Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Hopecraft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Hopecraft. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 sierpnia 2018

Kompilacja: James x Nivan [1]

Hopecraft
— Jeszcze raz dziękuję — rzucił, zasypiając wśród odgłosów terkoczącego pociągu. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, widząc w jak niewygodnej pozycji zasnął, z głową opartą na miernej jakości, prowizorycznej poduszce z bluzy. Wyciągnąłem dłoń, palcem dotykając spadającego rękawa bluzy i przemieniłem ją w porządną, puchatą poduszkę. Drobne czary-mary i po chwili pojawił się również koc, którym przykryłem chłopaka. Wyglądał na nieco zmęczonego, początkowo nie miał najlepszego humoru, dlatego miałem nadzieję, że będzie mógł w spokoju odpocząć, bez bólu. Chciałem nawet upewnić się, że niczego nie poczuje złego w czasie snu, ale potrzeba kontaktu ze skórą nie mogła być zażegnana.
A może?
Ściągnąłem rękawiczkę, palcem dotykając czoła chłopaka. Jego mina rozpogodziła się razem z uspokajającym falami energii, które rozchodziły się wzdłuż jego ciała. Ukontentowany wykonaną pracą odsunąłem się z powrotem na własne siedzenie, wpatrując się z łagodnym uśmiechem w śpiącego chłopaka.
Gdy nie darł się na wszystkie strony i nie pyskował, to smarkacz bywał nawet znośny.

Oakley
Bądźmy szczerzy, nie sypiałem zbyt często, a nawet jak już to bliżej temu było do niespokojnych drzemek, nieprzyjemnych, przerywanych co jakiś czas, aniżeli do dłuższego odpoczynku.
Nie byłem więc w stanie opisać mojego zdziwienia, gdy obudziłem się po godzinie, czy dwóch. Po kilkudziesięciu minutach czystego odprężenia, wyciszenia powoli wykańczającego się organizmu i uspokojenia agresywnie łomoczących w głowie myśli.
Nie wiem, czy zasługą tego był już obrzydliwie zmęczony organizm, czy może mała pomoc ze strony Hopecrafta, bo tylko on mógł mnie wtedy przykryć i zadbać o lepszej jakości podpórkę pod głowę. Małe gesty po których człowiekowi po prostu było lepiej i przyjemniej w tym ostatnimi czasy zgryźliwym świecie.
I było mi trochę głupio, gdy odpowiedzieć na działania chłopaka mogłem tylko uśmiechem, poprzedzonym zdezorientowanym gapieniem się to na okrycie, to na blondyna siedzącego naprzeciwko.
— Ale odczarujesz mi ją potem, prawda? — mruknąłem, mocniej wtulając się w poduszkę, która dalej stanowiła barierę chroniącą głowę przez rozbiciem się o ścianę podczas jakiegoś większego wstrząsu. Co jak co, ale lubiłem tę bluzę.

Hopecraft
— Ale odczarujesz mi ją potem, prawda? — mruknął, wtulając się mocniej w poduszkę. Skinąłem głową, obserwując jak koszulka chłopaka obsuwa się nieco niżej, odsłaniając fragment jego szyi oraz obojczyka.
Gdzie się gapisz, James.
Odchrząknąłem, zastanawiając się, co ja w ogóle wyprawiam.
— Jeszcze trochę i dojedziemy, myślałem, że będziesz spał dłużej. Jeżeli jesteś zmęczony i nie możesz zasnąć, to przychodź do mnie. Drobne zaklęcie przed snem jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Oakley
Uniosłem brwi, gdy spojrzenie chłopaka nieco zjechało, ale już po chwili jakby postanowił naprawić drobne błędy i powrócił do nawiązywania ze mną kontaktu wzrokowego. Przeklęte brązowe oczy. Przeklęte brwi w idealnym kształcie. Przeklęta bródka. Przeklęty Hopecraft.
— Jeszcze trochę i dojedziemy, myślałem, że będziesz spał dłużej. Jeżeli jesteś zmęczony i nie możesz zasnąć, to przychodź do mnie. Drobne zaklęcie przed snem jeszcze nikomu nie zaszkodziło. — Odsunąłem głowę od poduszki, która szybko zsunęła się na moje ramię i pokiwałem nią delikatnie.
— Zapamiętam na przyszłość, dzięki — odparłem z uśmiechem. Tak, sen zdecydowanie się przyda. Cisza. Chyba tak miało być.
Nie potrafiłem z nim rozmawiać.

Hopecraft
— Zapamiętam na przyszłość, dzięki — odparł z uśmiechem, a potem zapadła cisza. Chyba żaden z nas nie był pewien, za co się zabrać i jaki temat podjąć, więc tylko wyciągnąłem karty z kieszeni zawieszonego na haku płaszcza i zerknąłem kątem oka na chłopaka.
— Uno? — spytałem, wskazując na trzymaną w moich dłoniach talię do jednej z moich ukochanych gier. — Jeszcze kilka godzin przed nami, możemy zabić czas.

Oakley
Uniosłem brew, widząc, jak chłopak sięga po wierzchnie okrycie, teraz luźno wiszące na wieszaku i wyciąga z jego kieszeni karty. Żeby to były zwykłe karty, typowe, do pokera, cokolwiek. Nie. Karty do...
— Uno? — spytał, podnosząc wyżej talię i ładnie mi ją prezentując.— Jeszcze kilka godzin przed nami, możemy zabić czas. — Dalej patrzyłem na niego jak na stworzenie urwane nie z tej choinki, co trzeba.
— Uno? — parsknąłem. — Ale że serio? Uno? Niech będzie — dodałem tylko, w głębi serca ciesząc się z powodu karcianki. Nie tak, że byłem lepa w hazardzie, ale byłem lepa w hazardzie wszelakiej maści i z takich gier opanowałem tylko uno i jako tako wojnę.

Hopecraft
— Uno? — spytał z niedowierzaniem. — Ale że serio? Uno? Niech będzie — dodał, na co przewróciłem z oburzeniem oczami.
— Dla twojej wiadomości, to jedna z najlepszych gier istniejących we Wszechświecie. Może poza Monopoly, ale w dwóch graczy nie dałoby się w to drugie grać, chociaż po powrocie, musimy zaciągnąć resztę. — W sumie to był dobry pomysł, spróbować zintegrować resztę ludzi, dlaczego nie, należało to przedyskutować z Herą.
— Na jakich zasadach gramy?


Oakley

Tylko parsknąłem śmiechem na monolog chłopaka. Musiałem mu przyznać rację, chociaż szczerze to wolałem Eurobusiness od Monopoly, ale jak kto woli.
— Siedem kart, wskakiwanki, zero wymiana taliami? — odparłem, ściągając brwi.

xXx

— Kantujesz, kurwa jego mać, pierdolę, szósty raz z rzędu — warknąłem, rzucając kartami, gdy Hopecraft znowu zaliczył „Po unie”. Nie wygrałem ani jednego zasranego razu, ja naprawdę wiedziałem, że nie mam szczęścia do hazardu, nawet na tym poziomie, ale błagam, czy to już nie jest lekka przesada? Walnąłem plecami o oparcie, zakładając ręce na piersi i zerkając na niego z miną wielce obrażonego bachora, który nie dostał cukieraska, ale w sumie to dalej kocha swoją mamę. — Mógłbyś mi chociaż dać fory — bąknąłem dodatkowo.

Hopecraft
— Kantujesz, kurwa jego mać, pierdolę, szósty raz z rzędu. — Roześmiałem się, słysząc wrzask Nivana i jego ostentacyjne zarzucenie kart. Przypominał teraz małego, podburzonego bachora. — Mógłbyś mi chociaż dać fory — baknał, wydymając śmiesznie policzki.
— Mógłbym — potwierdziłem. — Ale wtedy byłbyś jeszcze bardziej wściekły, tyle że o to, że ci fory dałem. Chyba że masz jakąś inną grę, w którą wolałbyś grać? — Pochyliłem się nieco bardziej do przodu, z kopiącym uśmieszkiem, przypatrując się chłopakowi. Trochę czasu na grze nam upłynęło, niedługo powinniśmy dojechać.

Oakley
— Mógłbym. Ale wtedy byłbyś jeszcze bardziej wściekły, tyle że o to, że ci fory dałem. Chyba że masz jakąś inną grę, w którą wolałbyś grać? — Uśmiechnąłem się, bo chłopak miał absolutną rację, tu wyjątkowo musiałem się z nim zgodzić. Już po chwili przewróciłem oczami, bo jego mina wyrażała czystą kpinę, gdy pochylił się w moją stronę.
— Kosi kosi łapci, wiesz? — bąknąłem, zakładając nogę na nogę. — Niestety, ale nie jestem zbyt kreatywny, jeśli chodzi o gierki.

Hopecraft
— Kosi kosi łapci, wiesz? — bąknął, brzmiąc coraz bardziej jak dzieciak, nawet założył nogę na nogę, jakby miało to sprawić, że będzie wyglądał doroślej. — Niestety, ale nie jestem zbyt kreatywny, jeżeli chodzi o gierki?
— Makao, wojna? — spytałem, doskonale wiedząc, że bez żadnego problemu mogę zaczarować karty na normalną talię. — A może pytanie za pytanie? — rzuciłem luźną propozycję.

Oakley
— Makao, wojna? — Skrzywiłem się znacząco na dźwięk nazw, za którymi nie przepadałem, bo tak, nawet w to nie potrafiłem grać. Wojna jeszcze jeszcze, ale makao? Nigdy w życiu. — A może pytanie za pytanie? — Jak na zawołanie przypomniałem sobie o ostatniej niezbyt przyjemnej grze z różowowłosym patafianem z pierwszej klasy. Irytujący smarkacz.
— Dobrze, ale ty zaczynasz — odparłem z uśmiechem. Wcale nie tak, że najchętniej kradłbym jego pytania, byle byśmy wyszli po równo. Wcale.

Hopecraft
— Dobrze, ale ty zaczynasz — odparł z uśmiechem, na co zacząłem powoli się rozluźniać. W takich momentach zapominałem, że Nivan to bachor, że jego nerki niedługo wysadzą mu całą chęć do życia, że to smarkacz i gówniarz jak każdy inny pod względem wieku, ale coś się czaiło w tym uśmiechu, jakaś obietnica, klątwa, przyciąganie.
— Ulubiony kolor? — zacząłem od czegoś prostego, bo w końcu sam się na tej grze za dobrze nie znałem, nie byłem Dexterem, a faktycznie najmniej wiedziałem o chłopaku o takich prozaicznych rzeczach. Muzyka. Filmy. Zainteresowania.

Oakley
— Ulubiony kolor? — spytał już po chwili, przyprawiając mnie o uniesienie brwi, bo nie wiem czemu, ale spodziewałem się czegoś ciekawszego, jakiejś petardy, pytania, które jako tako wciśnie mnie w fotel. Może musiałem po prostu poczekać?
— Wiesz, Hopecraft, w pewnym momencie życia człowiek przestaje mieć coś takiego, jak "Ulubiony kolor". No, ale uznajmy, że szary. — Neutralny, ładny, ciekawy. Pasujący do wszystkiego. — Twój? — Mówiłem? Mówiłem.

Hopecraft
— Wiesz, Hopecraft, w pewnym momencie życia człowiek przestaje mieć coś takiego, jak "Ulubiony kolor". No, ale uznajmy, że szary. Twój?
— Nie przestaje mieć, zaczyna wpadać w stan, w którym on już go nie obchodzi. To inna rzecz. I kolor zmienia się z wiekiem ulubiony czy dzięki doświadczeniom, ulubione rzeczy nie znikają w niebycie. Niebieski.

Oakley
— Albo nie tyle że ignoruje i nie zwraca uwagi, co po prostu zaczyna rozumieć, że każdy z nich jest cudowny i jedyny w swoim rodzaju, a wybieranie jednego jest najzwyczajniej w świecie rzeczą niesprawiedliwą, czy też po prostu głupią. Wywyższać jeden nad inne? Czy tęcza bez czerwonego, pomarańczowego, indygo, albo któregokolwiek innego byłaby tak piękna? Po co się ograniczać.

Hopecraft
— Twoja filozofia zaczyna nabierać znamion logiczności, jesteś pewien, że niczego nie ćpałeś z Hamirem? — spytałem z rozbawieniem, wpatrując się w twarz chłopaka. — Nie usłyszałem tyle słów w ciągu jednego monologu od ciebie, od... zawsze?

Oakley
Parsknąłem pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem i lekkim oburzeniem.
— Ha, ha, bardzo śmieszne i nie, wyjątkowo nie, no chyba że rano niepostrzeżenie mi coś "przeciwbólowego" dosypał do kawy, kto go tam wie. No. To teraz twoja kolej.

Hopecraft
— Ha, ha, bardzo śmieszne i nie, wyjątkowo nie, no chyba ze rano niepostrzeżenie mi coś "przeciwbólowego" dosypał do kawy, kto go tam wie. No. To teraz twoja kolej. — Pokręciłem z niedowierzaniem głową, wpatrując się w teatralnie oburzoną twarz chłopaka, do którego powoli zaczynałem się przekonywać. Jednak Nivan nie był aż takim idiotą i bachorem, oczywiście, tylko w towarzystwie jeden na jeden, nie wątpiłem, że małpiego rozumu dostałby ponownie, gdybyśmy siedzieli w tłumie.
— Czym się interesujesz? — zapytałem, w sumie nie wiedząc, w jakim kierunku poprowadzić rozmowę.

Oakley
Wyjątkowo przestał się mądrować, "nieświadomie" flirtować ze wszystkim, co się rusza i nawet uśmiechał się ładniej, niż zwykle. Był taki niby naturalny, chociaż i tak jebał typowym zakłamaniem, bo powiedzmy sobie szczerze, widać, że do tych czystych nie należy.
Zmarszczyłem brwi na pytanie, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Bo czym się interesowałem, nie licząc wkurwiania innych samą swoją egzystencją?
— Zainteresowania — mruknąłem, sapiąc cicho pod nosem. — Nie jest tego jakoś super dużo. Sport? Muzyka, tak, muzyka, coś tam informatycznego, ale w sumie to jakoś wszystko względnie mnie intryguje i porywa, gorzej tylko ze znalezieniem na to czasu. W jaki sposób przygotowane jajka lubisz jeść?

Hopecraft
— Zainteresowania — mruknął, sapiąc cicho pod nosem. — Nie jest tego jakoś super dużo. Sport? Muzyka, tak, muzyka, coś tam informatycznego, ale w sumie to jakoś wszystko względnie mnie intryguje i porywa, gorzej tylko ze znalezieniem na to czasu. W jaki sposób przygotowane jajka lubisz jeść? — Zamrugałem zdezorientowany, zastanawiając się skąd to pytanie.

— Sadzone. Jakie ty lubisz jeść i skąd pomysł an to pytanie? — Bo jednak Nivan nie po kolei w głowie miał od zawsze, to jednak się nie spodziewałem, że w chłopaku drzemią takie pokłady absurdu.

Oakley
I zaśmiałem się szczerze, widząc reakcję chłopaka, to jak łopocze rzęsami, jak spogląda na mnie z niedowierzaniem, jak jego mina automatycznie przekształca się w tę pełną zdziwienia i niepewności.
— Nie wiem, chciałem wiedzieć, czy nie jesteś przypadkiem psychopatą, który lubi jajecznicę ze szczypiorkiem? Chciałem wiedzieć co zrobić ci na śniadanie, gdyby nadarzyła się okazja? Nie miałem pomysłu na inne pytanie? Nie wiem, dobrze? I na miękko. Zdecydowanie na miękko.

Hopecraft
— Nie wiem, chciałem wiedzieć, czy nie jesteś przypadkiem psychopatą, który lubi jajecznicę ze szczypiorkiem? Chciałem wiedzieć co zrobić ci na śniadanie, gdyby nadarzyła się okazja? Nie miałem pomysłu na inne pytanie? Nie wiem, dobrze? I na miękko. Zdecydowanie na miękko. — Nawet jeżeli drgnąłem, słysząc tekst o śniadaniu, to nikt mi nie mógłby niczego zarzucić. Nikt. Skrzywiłem się za to słysząc odpowiedź chłopaka. Miękko? Toż to zbrodnia!

— I to jest twój idealny sposób? — spytałem z niedowierzaniem. — Jestem pewien, że równie dobrze Mińsk by sobie lepiej prowadził, prowadząc terapię alkoholową. Swoją drogą, jak tam twoje lekcje wychowania do życia w rodzinie? — spytałem, unosząc brwi.

Oakley
Udawałem, że nie widziałem drgnięcia, skrzywienia twarzy, że nie słyszałem kpiny w głosie, że wcale nie znaleźliśmy kolejnego zgrzytu, który nawet minimalny, to prawdopodobnie i tak dotkliwie nas pobodzie. Przynajmniej tak mi mówiło strzykanie w kościach, wyczuwalne wręcz w szpiku.

— Nie, błagam, nie wspominaj o tym, nigdy więcej nie zostanę nauczycielem. Nigdy. — Stanowczo zaakcentowałem słowo. — Chyba jedyne co przyswoili, to żart, że wina w barku Mińska to najlepsze afrodyzjaki, tyle że wzięli go na poważnie — dodałem, wzdychając i poprawiając koc, który dalej spoczywał na moich nogach. Miły, miękki, nieco pachnący koc. Miałem tylko nadzieję, że mi go nie zniknie, gdy będziemy wysiadać.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Kompilacja: James x Nivan [0]

Hopecraft
Dni mijały, czas do wyjazdu coraz bardziej się zmniejszał, aż w końcu nadszedł ten dzień, gdy siedzieliśmy oboje w wagonie kolejowym, racząc się kurtuazyjną ciszą. Bagaże były już zmniejszone zaklęciem i schowane w odpowiednio zabezpieczonym miejscu, a cel naszej podróży pozostawał niewypowiedziany. Przynajmniej dla chłopaka, bo do tej pory tłumaczyłem mu jedynie, że jedziemy do specjalisty.
Helka była upierdliwą, starą kobietą, która lata świetności miała już za sobą, ale jej niezmierzona wiedza w zakresie skłonności naturalnych organizmu była nieoceniona. Zawiesiłem spojrzenie na twarzy siedzącego przede mną chłopaka, starając się o czym myśli.
— Masz jakieś pytania? — rzuciłem, żeby nawiązać rozmowę.

Oakley
Najbardziej w tym wszystkim szkoda było Kumara, który zdecydowanie znajdował się pomiędzy młotem a kowadłem i to dosłownie na każdej płaszczyźnie życia. Z jednej strony był on, z drugiej ja. Z jednej Wanda, z drugiej ja. Z jednej spokój, z drugiej moja choroba, którą chyba zadręczał się bardziej, niż moja osoba.
Dlatego nie dziwiłem się, gdy z niepokojem zerkał na moje spazmatyczne ruchy podczas pakowania ubrań, bo miałem pojechać Sam Kurwa Nie Wiem Gdzie, z panem Sam Kurwa Nie Wiem Co.
A potem zostało tylko nerwowe przebieranie nogami, wbijając spojrzenie w krajobrazy, starając się tylko nie wpaść wzrokiem na czekoladowe tęczówki chłopaka.
— Masz jakieś pytania? — spytał nagle, całkowicie wybijając mnie z nadanego nogom rytmu, powtarzałem w myślach utwór Foo Fightersów, starając się zająć czymkolwiek głowę.
— To dziwne, że się boję? — Nie spojrzałem nawet w jego kierunku, jedynie parsknąłem beznadziejnym śmiechem.



Hopecraft
— To dziwne, że się boję? — O, nie. Ten beznadziejny, bezradny śmiech wcale mi się nie podobał, bo Nivan ponownie przypominał kogoś złamanego. Kogoś, kto nagle obrócił się o 180 stopni i już nie mogłem patrzeć na niego jak na buntownika, choleryka, gościa, który ćpał za dużo i pakował się ze zbyt dużym entuzjazmem w kłopoty.
— Hej, spokojnie — powiedziałem, pochylając się nieco do przodu, żeby załapać z chłopakiem kontakt wzrokowy — to całkowicie normalne, za dużo też ci nie powiedziałem o tym. Nic cię tam boleć nie będzie, drobny, standardowy dyskomfort przy badaniach jak w szpitalu jedynie poczujesz. Helka to stara znajoma — tak, to była bardzo długa znajomość — jest profesjonalistką, ale nieco innej maści, jak cię weźmie w obroty, to się potem nie zorientujesz, że cokolwiek cię bolało.

Oakley
— Hej, spokojnie — mruknął nagle, nachylając się, trafiając oczami na moje i cholera, chyba zaczynałem się gubić. — To całkowicie normalne, za dużo też ci nie powiedziałem o tym. Nic cię tam boleć nie będzie, drobny, standardowy dyskomfort przy badaniach jak w szpitalu jedynie poczujesz. Helka to stara znajoma jest profesjonalistką, ale nieco innej maści, jak cię weźmie w obroty, to się potem nie zorientujesz, że cokolwiek cię bolało. — Nawet słysząc względnie pocieszające słowa, jedyne co mogłem zrobić, to wcisnąć na twarz dość wymuszony uśmiech i znowu zerknąć przez okno, udając, że tak w sumie to wszystko jest ok.
— Tak właściwie, to czemu mi pomagasz? — mruknąłem, marszcząc brwi. — Większość osób na twoim miejscu, w tym i ja, wykopałaby mnie szybciej, niż zdążyłbym wydusić z siebie słowo, a ty jeszcze fatygujesz się i zabierasz mnie gdzieś na drugi koniec czegokolwiek.

Hopecraft
Chłopak nadal nie czuł się komfortowo i nie mogłem się temu dziwić. Ostatecznie mówiliśmy o sytuacji, której jedzie z praktycznie nieznaną osobą niewiadomo dokąd, a na dodatek w celach medycznych. Sam szpitali nie trawiłem.
— Tak właściwie, to czemu mi pomagasz? — mruknął, marszcząc zabawnie brwi. — Większość osób na twoim miejscu, w tym i ja, wykopałaby mnie szybciej, niż zdążyłbym wydusić z siebie słowo, a ty jeszcze fatygujesz się i zabierasz mnie gdzieś na drugi koniec czegokolwiek.
To było dobre pytanie, ale odpowiedź wymagała powiedzenia więcej niż mogłem. Chociaż? Nic mnie nie ograniczało już, to nie Nervill. Wanda wątpiła w moją rasę, Nivan widział rękawiczki i ich brudny sekret.
— Mój lud wierzył, że każdy jest lekarzem. A obowiązkiem lekarza jest leczyć. —  Musiałabym zagłębić się w filozofię ara, ale w dużej mierze można bylo tak to uprościć. — Poza tym fajny chłopak z ciebie jest, Nivan i o wiele bardziej wolę ciebie wkurwiającego otoczenie niż martwego.

Oakley
Nie musiałem czekać długo na odpowiedź, która swoją drogą nieco mnie zaskoczyła i zdziwiła.
— Mój lud wierzył, że każdy jest lekarzem. A obowiązkiem lekarza jest leczyć. — Skinąłem niepewnie głową. Jego lud? To znaczy, to, że facet urwał się z jakiejś zmutowanej choinki było mi już wiadome, szczególnie po incydentach z rączkami w roli głównej, ale i tak nieco wcisnęło mnie w dość miękki fotel. — Poza tym fajny chłopak z ciebie jest, Nivan i o wiele bardziej wolę ciebie wkurwiającego otoczenie niż martwego. — Tu nie mogłem powstrzymać parsknięcia śmiechem, lekkiego pokręcenia głową i odwrócenia spojrzenia od chłopaka, byle nie szczerzyć się jak głupi, bo jakoś połechtał moje ego. W sposób dość nieoczywisty, ale jednak.
— Dzięki? Miło to słyszeć, tak myślę? — rzuciłem niepewnie, zerkając na niego kątem oka. — W sumie to gdzieś pomiędzy popadaniem w amok spowodowany pracą, a byciem przesadnie miłym dla większości społeczności szkolnej, to też jesteś przyjemny do życia. Mogę się wreszcie dowiedzieć, gdzie do cholery jasnej jedziemy, bo jeszcze chwila i coś mnie trafi.

Hopecraft
— Dzięki? Miło to słyszeć, tak myślę? — rzucił niepewnie. Cóż, może to nie był najbardziej wyrafinowany komplement, ale takie zazwyczaj wydawały się puste.— W sumie to gdzieś pomiędzy popadaniem w amok spowodowany pracą, a byciem przesadnie miłym dla większości społeczności szkolnej, to też jesteś przyjemny do życia. Mogę się wreszcie dowiedzieć, gdzie do cholery jasnej jedziemy, bo jeszcze chwila i coś mnie trafi.
— Hej, to jest normalny poziom bycia miłym — oburzyłem się. — Caran, to jedna z osad dorenów na wschodzie Anory, na granicy z Valentine. — Dorenowie stanowili coś w stylu Amiszów. Bezkonfliktowe, demokratyczne, małe społeczeństwa z własnym kodeksem, sądem, odłączone prawnie od państwa, które zamieszkiwali. Kojarzone przede wszystkim ze wstrętem do technologii, ale z kolei magię wyćwiczyli do najwyższego poziomu.

Oakley
— Hej, to jest normalny poziom bycia miłym. — Uśmiechnąłem się szerzej na prychnięcie. Zdecydowanie, Hopecraft, zdecydowanie. — Caran, to jedna z osad dorenów na wschodzie Anory, na granicy z Valentine. — Zmarszczyłem brwi i pokiwałem głową po wytłumaczeniu chłopaka. W sumie to dało mi tyle, co nic i z chęcią zadałbym facetowi jeszcze kilka pytań, za które znając życie by mnie wyśmiał. Przecież to oczywiste oczywistości, co ty, nie wiesz, Oakley? No cóż, niestety, ludność i osady zdecydowanie nie są moim konikiem. Dlatego tylko pokiwałem głową, zdjąłem uśmiech z twarzy i znowu wlepiłem spojrzenie w okno.
Granica Anory i Valentine. Z jednej strony kawał drogi, z drugiej nie aż tak daleko, jak zdawać by się mogło.
— A jak tam z Nan? — rzuciłem, przypominając sobie o dręczącej kwestii czarnowłosej i blondyna, a raczej plotkach o nich. Co lepsze mówiły już, że mają za sobą nie tyle, że pierwszy pocałunek, co pierwszy raz, na co tylko przewracałem oczami i co innego mogłem zrobić, jak nie skorzystać z okazji i dowiedzieć się co nieco o tym duecie.

Hopecraft
— A jak tam z Nan? — Rzucone cicho w przestrzeń pytanie nie było złe, ani ciekawskie, ani intymne jakoś szczególnie. Przez ten krótki okres czasu znacznie więcej osób próbowało uzyskać klarowny obraz moich relacji z dziewczyną, choć Cesarz świadkiem, nie rozumiałem, co takiego skłoniło ich do zainteresowania się moim własnym życiem towarzyskim, w końcu powinni mieć własne. Ale Nivan to była całkowicie inna para kaloszy, chłopak raczej nie znajdował się w plotkarskiej masie, która interesowała się wybadaniem sytuacji.
— Dobrze, skąd to pytanie? — spytałem, wpatrując się z podejrzliwością w siedzącego przede mną mężczyznę. Jakby na to nie patrzeć, nie spodziewałem się go, przynajmniej nie od niego. — Jest cudowną przyjaciółką, jej pomoc w organizacji balu jest niezmierzona. A ty? Wiesz już z kim na niego idziesz? I jak tam Przewalska?

Oakley
Jego spojrzenie bawiło. Podejrzliwy wzrok, który rypał mnie od góry do dołu i wręcz krzyczał, co mnie nagle ugryzło na tym punkcie. Pochylił się do przodu. Nie moja wina, że nagle wszyscy zaczęli paplać o tej dwójce, a ja człowiek prosty i żądny informacji <s>no i trochę zazdrosny, bo jak to, Hopecraft był ode mnie szybszy?</s>
— Dobrze, skąd to pytanie? — odparł twardo, nie spuszczając ze mnie spojrzenia. Prychnąłem pod nosem i uśmiechnąłem się szerzej. — Jest cudowną przyjaciółką, jej pomoc w organizacji balu jest niezmierzona. A ty? Wiesz już z kim na niego idziesz? I jak tam Przewalska? — Miałem ochotę przewrócić oczami na dźwięk nazwiska dziewczyny.
— A nawet nie wspominaj, spierdoliłem tę relację po całości. — Lepiej późno, niż wcale, prawda, Oakley? — Co do balu, pewnie ruszę tam solo, a dlaczego pytam? Po prostu ładnie na nią patrzysz, Hopecraft — mruknąłem, w końcu zerkając w czekoladowe oczy, nieco bezczelnie, z dozą zakodowanej już we mnie kpiny.

Hopecraft
— A nawet nie wspominaj, spierdoliłem tę relację po całości. — Zamrugałem nieco zdziwiony. Początkowo planowałem poprosić Przewalską, żeby towarzyszyła Nivanowi w tej podróży, wydawali się być w dosyć zażyłej relacji, a z przyjacielem zawsze można było poczuć się lepiej. Chociaż aktualnie lepiej, że zdecydowałem się nikogo dodatkowego nie wprowadzać w kwestię, bądź co bądź, między pacjentem i lekarzem. — Co do balu, pewnie ruszę tam solo, a dlaczego pytam? Po prostu ładnie na nią patrzysz, Hopecraft — mruknął, spoglądając na mnie spod tej swojej absurdalnej niebieskiej grzywki.
— Szkoda, ładnie razem wyglądaliście. — Wzruszyłem ramionami, rozkładając się wygodnie na siedzeniu. — Nie uwierzę w twoje samotne przyjście, żadnej Nivanowej nie ma na horyzoncie? — odmruknąłem z przekąsem, skoro już jesteśmy przy tych tematach, niech nie będę jedynym cierpiącym. — Poza tym oczywiście, że ładnie na nią patrzę, trudno brzydko patrzeć na ładne osoby.

Oakley
— Szkoda, ładnie razem wyglądaliście. — Przewróciłem oczami na słowa chłopaka. Ładnie, ale co z tego, jeśli w środku wszystko było obrzydliwe, parszywe, oblepione grubą warstwą żółci. Nie wiem, kogo to bardziej wyżerało, ją, czy mnie (mnie, przecież ona nie miała o niczym pojęcia). — Nie uwierzę w twoje samotne przyjście, żadnej Nivanowej nie ma na horyzoncie? — Skrzywiłem się, gdy usłyszałem przekąs w jego głosie, zdecydowanie nieprzyjemny dla ucha głos, drażniące jakieś tam sfery umysłu, o których wcześniej pojęcia nie miałem. — Poza tym oczywiście, że ładnie na nią patrzę, trudno brzydko patrzeć na ładne osoby. — Nerw zszedł, a ja mogłem tylko ponownie się uśmiechnąć.
— Niestety, jak widać. Znalezienie kogokolwiek przychodzi mi z większym trudem niż Davonowi przystopowanie ze znaczeniem terenu. — Grymas wpełznął na moją twarz wraz ze wspomnieniem pokrytej malinkami szyi Przewalskiego, która wręcz świeciła na korytarzach, głośno dając do zrozumienia, że tak, są parą. — A ty? Idziesz z Nan? — Czy może z kimś innym z kółeczka adoracji Hopecrafta. — Daleko jeszcze?



Hopecraft
— Niestety, jak widać. Znalezienie kogokolwiek przychodzi mi z większym trudem niż Davonowi przystopowanie ze znaczeniem terenu. — Zawtórowałem grymasowi chłopaka, pamiętając, co się działo, gdy jeszcze mieszkałem z nimi w jednym pokoju. Armagedon. Sodoma i Gomora. Tragizm w czystej postaci połączony z wyciem po nocach, nieznającym umiaru Dexterem oraz Fomą, który nie bardzo był w stanie zapanować nad nadpobudliwym partnerem.   — A ty? Idziesz z Nan? Daleko jeszcze?
— Zapowiada się, że tak, zobaczymy, czy oboje wytrwamy w tym do końca. — Nadal miałem wrażenie, że może jest ktoś, kim dziewczyna jest zainteresowana albo ktoś, kto jest nią i że coś mogłoby się w naszym planie zmienić, ta nutka niepewności, która była absurdalna, irytowała. — Dojedziemy za kilka godzin, jeżeli jesteś zmęczony to możesz się przespać od razu.

Oakley
— Zapowiada się, że tak, zobaczymy, czy oboje wytrwamy w tym do końca. — Pokiwałem głową, dokładnie kodując słowa chłopaka. Póki dziewczynie nikt nie pogrozi, to raczej da radę, bo to jednak Hopecraft, tak, ten Hopecraft, pan posyłam uśmiech i zabijam jakąkolwiek moralność u większości publiki. No, a wątpiłem, żeby chłopak miał zamiar odstawić dziewczynę, z tego, co zasłyszałem, mieli się dobrze i nie ukrywano, że jedno do drugiego ciągnie. Czyżby zakład postawiony przez Mińska w końcu miał doczekać się swoich zwycięzców? — Dojedziemy za kilka godzin, jeżeli jesteś zmęczony to możesz się przespać od razu. — Nie mogłem ukryć uśmiechu, bo w sumie to tylko na to czekałem. Dla niepoznaki tylko wyglądnąłem przez okno, rozsiadłem się wygodniej, zacząłem miętolić bluzę w palcach, szykując ją powoli do pełnienia funkcji prowizorycznej poduszki.
Dopiero po chwili zastoju, zlania się mknącego obrazu za szybą, łagodnym bujaniu wagonu. Ułożyłem ciuch pomiędzy głową a ścianą i przymknąłem oko, zakładając ręce na piersi i rozstawiając nogi zdecydowanie zbyt szeroko.
— Jeszcze raz dziękuję — rzuciłem tylko, zerkając kątem oka na Hopecrafta i już po chwili przymykając coraz cięższe powieki. Kima w akompaniamencie turkotu i drgań była już chyba moim chlebem powszednim.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Czy już jestem Ofelią? [5]

— Ale po prostu nie chcę być tylko dla siebie — szepnęła, ale w praktyce dalej płakała, zalewając się rzewnymi łzami, a ja wciąż niewiele mogłem na to poradzić. Co powiedzieć, co zrobić? Ostatni raz dziecko musiałem uspokajać z dobre osiem lat temu? Chyba po raz ostatni, gdy kolejny eksperyment w naszym ówczesnym gronie nie wyszedł i Heather zaczęła ni stąd, ni zowąd ryczeć.
— James, jak bardzo już szalona jestem i jak bardzo blisko mi do Ofelii, i dlaczego mi się to przytrafiło, co ja tym ludziom zrobiłam — jęczała znowu. Doświadczenia w tym (pocieszaniu gawiedzi, plebsu) większego nie miałem, z rozumieniem w czym problem podobnie. Owszem, nieco się w życiu dziewczyny musiało pozmieniać, ale ja się tu spodziewałem jakiś wielkich dramatów, a tu nagłe odniesienia do Ofelii i chęć uczynienia wszystkie dobrym... — Ja tylko chcę, żeby było dobrze, czy to za dużo?
— Wanda — westchnąłem cierpko, chwytając jej twarz w donie i unosząc nieco podróbek dziewczyny. Starałem się przy tym nie dotykać jej zbyt mocno, przynajmniej na części dłoni zaczynając tworzyć iluzję. — Nie chcesz, żeby było dobrze. Chcesz, żeby było lepiej, a to jest zwykle wrogiem dobrego — powiedziałem łagodnie, chociaż powoli dawało się w tym odnaleźć szorstkie nuty. — Co ci się znowu przytrafiło to tam, złamane serce to dopiero początek, a ty się przejmujesz, jakby pół świata się zwaliło. A to ty czyjąś tam miłość odrzuciłaś? Jakieś wycieczki do klasztoru planujesz Głowa do góry, popraw makijaż i wracaj na salony. Świat nie jest miłym miejsce, Wandziu, jeżeli już cię złamał, to się martwię, co tobie zrobią, jak wyniesiesz się z AWU — kontynuowałem, trąc powierzchnią kciuka o lewy policzek dziewczyny. 

czwartek, 14 czerwca 2018

Czy już jestem Ofelią? [3]

Westchnęła głośno, odsunęła się i spróbowała się uspokoić. Nie bardzo zadziałało, doskonale widziałem, jak jej klatka piersiowa nadal faluje w nierównym oddechu, dłonie drżą, a posturą nadal przypominała raczej skuloną, kopniętą wiewiórkę, aniżeli dumną pannę z rodu Przewalskich w swoich obcasikach. 
— Dużo. — Dobra, to już samo z siebie nie brzmiało dobrze, ale skinąłem ze zrozumieniem głową. Faktycznie, ostatnie tygodnie raczej wszystkim dały w kość i nie wątpiłem, że pewnie kumulowało się w niej coś od tego czasu. — Za dużo, jak na jeden raz. — Westchnęła, usiadła prosto, jakbym nagle zaczął dbać o jej postawę. I miała oczy, tak piękno oczy, tak bardzo przepełnione teraz bólem, że serce praktycznie i mnie zaczynało boleć. — Yamir jest z Renee. Chłopaki się kłócą. Foma się nie odzywa. Dostaję pogróżki, które są nierealne do spełnienia. — I zaraz ponownie zaczęła ryczeć, ukryła twarz w dłoniach, zanim wysmarkała. — Czy ja w ogóle jestem komukolwiek potrzebna?  —Zamrugałem, przez moment nie będąc pewien, co odpowiedzieć i czy w ogóle dotknąć dziewczyny w geście pocieszenia. Zerknąłem na jedną z moich dłoni, zanim westchnąłem ciężko, decydując się nie używać teraz zaklęcia iluzji. Jedynie zacząłem ponownie głaskać Przewalską po włosach.
— Wanda — przekląłem w myślach, że mój głos brzmiał bardziej sucho niż łagodnie — to tak nie działa. — Tutaj mógł potwierdzić, po tylu latach życia człowiek zaczynał przestawać zastanawiać się co, jak i dlaczego.— Nie musisz być nikomu potrzebna za wyjątkiem samej siebie, wiesz? 


sobota, 2 czerwca 2018

Czy już jestem Ofelią? [1]

Świat powoli ruszał do przodu, ale to nadal było za mało. Wyciągnięcie Dextera na piwo nie było łatwym zadaniem, ale już z bardziej przewracającą oczami Heather, która w końcu zwyczajnie wylała na niego kubek zimnej wody (dosłownie, bo stał na stoliku, chyba nie powinniśmy zaczynać tej rozmowy na stołówce), wyraźnie i głośno (tak, ze względu na cały ambaras tym bardziej powinniśmy znaleźć bardziej ustronne miejsce) zaznaczyła, że ma w dupie jego fochy, pląsy i miny teraz, niech zbiera swój pozornie królewski tyłek z tego siedzenia, bo idziemy do baru, idziemy się upić i zamierzamy obgadać wtedy wszystkie najdziwniejsze historie świata. Z rozwaloną dexomą włącznie. Nadal nie wiedziałem jakim cudem to zadziało, ale skoro Miracles potem przysiadł się do nas z Diaskro, niezbyt delikatnie sugerując, że zachowujemy się jak banda idiotów, to uznałem, że nawet cuda tego dnia potrafiły się zdarzać po wielokroć. 
Blondynki znalazły ze sobą garść wspólnych tematów, których nigdy nie potrafiłem zrozumieć, ale nie bardzo mnie interesowały różnice między jednym upięciem a drugim, dlatego z prawdziwą trwogą zatopiłem się w rozmowę z bratem Heat i moim najlepszym przyjacielem o nadchodzącym wieczorem kawalerskim Vina. Nie wiem, czy sterroryzowało mnie bardziej to, że Miracles wydawał się, po jego komentarzach, zaprzyjaźniony z wampirem czy fakt, że znalazłem przyjemność w rozmowie z nim. Ta trauma po bliższym kontakcie z tym konkretnym ćpunem, który przy okazji prawie wybił mi oko, gdy zerknąłem na Heather kątem oka (i nadal twierdził, że przypadkiem! ale ten piekielny uśmiech poznam wszędzie!).
Więc poszliśmy na piwo. I może dlatego zwlokłem się tego dnia z łóżka o naprawdę zbyt późnej godzinie, zastanawiając się, kogo, kurwa, pierdolnęło, żeby przychodzić do mnie o takiej porze, w jakim celu, kto był takim sadystą, ja nawet nie wiedziałem, że mogę mieć tak wielkiego kaca, że ja w ogóle upić się potrafię. 
Jak wcześniej świat powoli ruszał, tak teraz przy każdym kolejnym kroku z łóżka do drzwi miałem wrażenie, że to pierdzielona karuzela, która była połączona z nieudanym symulatorem wycieczki krajoznawczej po tych rejonach mojego żołądka, których wolałbym nigdy więcej nie zwiedzać. 
A potem otworzyłem drzwi i pojawiła się Przewalska.
— Po prostu tego użyj — wydukała, czkając, przypominając kupkę nieszczęścia i cierpiałem srogo, pamiętając, że zwykle nasze spotkania przebiegały dokładnie w takich okolicznościach, gdy jedno albo drugie stawało się zbyt złamane, zbyt wściekłe, pozbawione granic i swoich własnych limitów, dlatego tylko westchnąłem ciężko. Albo jęknąłem. Albo cokolwiek, bo już mnie nic nie obchodziło, tylko przerzuciłem maść na łóżko, magicznie poprawiając tor jej lotu, żeby nie spadła, czemu towarzyszyło kilka iskierek, zanim zagarnąłem Przewalską do siebie i wciągnąłem ją do środka. Głaskania ją po włosach nie było najlepszym pomysłem bez rękawiczek, a ja nadal byłem w stanie agonalnym po wczorajszym piciu, ubrany tylko w spodnie od piżamy i pozbawiony moich ukochanych, bezpiecznych skrawków materiału do ochronny dłoni. Dlatego skupiłem się na gładzeniu jej po plecach, trzymaniu blisko, uspokajającego klepania i mruczenia, że czemu ona płacze, przecież ja zaraz wyczaruję lody, zaraz wyczaruję jakąś komedię, zaraz możemy usiąść, pogadać i ona wyjaśni, kto jej tak wyrwał serce, że została po nim tylko zioniejąca czernią dziura, którą tak koniecznie nastolatka pragnęła zatopić łzami, jakby stanowiły odpowiedni budulec emocjonalny.
— Wanda, Wanda — podsumowałem, zwracając się w końcu do niej po imieniu, w rytm pociągania nosem, pokrętnych spazmów szlochu i cichego kołysania się w ramionach. — Co ci się stało, co się w ogóle stało, co się dzieje? — zacząłem, kierując nas odrobinę w stronę łóżka, na którym wcześniej wylądowała maść. Niby mogłem bez problemu większego utrzymywać ciężar dziewczyny i stabilizować nas magią, ale lepiej bezpieczne miejsce, gdzieś, gdzie można zrobić legowisko z koców, poduszek i oglądać telenowele. 
— I przepraszam za ręce, wypiorę ci później sukienkę i dziękuję za maść, przysięgam, że użyję, ale o co, serio, chodzi? — dopytałem, dalej gładząc ją uspokajająco po plecach. —  Nie musisz odpowiadać, starczy imię, kogo mam wykastrować, da się zrobić, już ja drania załatwię, który to? Jakieś kłopoty z Nivanem? Ktoś ci dokuczał? Wanda, Wandziu, halo, spójrz na mnie, co się dzieje? —  kontynuowałem, coraz mocniej zdezorientowany całą sytuacją.

czwartek, 31 maja 2018

Wprowadzenie: Noah [X]

— Otóż to. Od najmłodszych lat mieszkałam w Szkocji. Tak samo jak 5,295 miliona innych ludzi. Tyle przynajmniej nas było w 2011 roku. Teraz mamy tam 2017 rok. Więc jesteśmy do tyłu z technologią. Znaczy owszem są komórki, komputery, ale wszystko wygląda tutaj inaczej niż u mnie. Znaczy miasto. Byłam kilka razy w Londynie czy nawet raz w Nowym Yorku, a Dolinę Krzemową widziałam tylko na zdjęciach… Są to nowoczesne miejsca, ale miną pokolenia, nim dorównamy technologicznie temu miejscu. — Zastanowiłem się przez moment, co tu się w takim wypadku, do jasnej anielki, podziało. Dziewczyna oczywiście mogła być tutaj, ale zostawienie jej tutaj samej sobie wydawało mi się egzekucją. Przecież oni by ją tam zjedli, Nivan przypadkiem podpalił, Yamir zamienił w złoto, Walsh tylko przewrócił oczami, a Davon pewnie nawet nie zauważyłby, jakby ją podtruł. W wyobraźni już widziałem, jak dziewczyna przypadkiem pakuje się w wojnę między Herą i Diaskro. 
—  A co najważniejsze w Szkocji jest teraz wiosna. Mimo, że ciepło jest jak w lecie. Do AWU dostałam się przez mojego ojca. Tak mi się w każdym razie wydaje.
— Jak to? — mruknąłem zaskoczony, bo w końcu pojawiło się jakieś światełko w tej całej sprawie.
— Nigdy nie poznałam swojego ojca. Zniknął, gdy matka była w ciąży z Eleną, moją najmłodszą siostrą. Matka nigdy nam o nim nie opowiadała, a starsze rodzeństwo mówiło, że tak naprawdę to zawsze więcej go nie było niż było. Jednak nigdy nie zapomniał o urodzinach, imieninach czy świętach. Zawsze dostawaliśmy kartki czy prezenty. 
— Wczoraj znalazłam list — powiedziała, pokazując list. — Było w nim napisane, że chce się ze mną spotkać. Po charakterze pisma poznałam, że to musi być mój ojciec, gdyż takim samym pisał na wszystkich kartkach. Poszłam więc we wskazane miejsce, czyli do lasu. I kiedy tylko mnie zauważył, zaczął uciekać. Pobiegłam za nim i trafiłam prosto w środek “Czarciego Koła”, czyli koła z grzybów. Ludność wierzy, że są one pułapką, za pomocą której elfy i wróżki porywają ludzi do swojego świata. I właściwie zanim się obejrzałam, trafiłam tutaj. Znaczy do lasu, Był on bardzo podobny do tego, z którego przyszłam. Wydawał mi się być żywą istotą. I znalazłam list. — Wyciągnęła drugą kopertę. — Napisał mi, żebym tutaj przybyła po odpowiedzi na swoje pytania. Błądziłam więc po mieście, próbując tutaj dotrzeć. A że nie miałam waszych pieniędzy, musiałam przejść całą drogę na piechotę. O AWU nic nie wiem. Poza tym, że mogę znaleźć tutaj, jak wcześniej wspomniałam, odpowiedzi.
— Odpowiedzi na co? — zapytałem ciekawie, bo w końcu pojawiła się zagadka i nie mogłem się powstrzymać, żeby nie znaleźć wspomnianych odpowiedzi. 
—  Na to kim naprawdę jestem. Nikt w mojej rodzinie nie słyszy ani nie widzi duchów. Ale ja je słyszę, odkąd sięgam pamięcią. Znaczy słyszałam. Dziś po raz pierwszy jakiegoś zobaczyłam. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. I jeszcze co to znaczy, że jestem Przewodnikiem Dusz. Tak mówiła o mnie moja babcia ze strony ojca. Ale nadal nic nie rozumiem. Nie wiem też w sumie, jak miałabym wrócić do domu. Zostawiłam tam całe moje poprzednie życie. Rodzinę i żółwia mojego przyjaciela. I tęsknię za nimi.
— Nie będę ukrywać, że wiedza o Przewodnikach Dusz nie jest czymś szczególnie znanym... — zacząłem, kalkulując w myślach, jak pomóc, żeby za bardzo samemu się w to wszystko nie wkręcić. Wolałem jednak pozostać anonimowy względem własnego gatunku i trudno byłoby mi wytłumaczyć, skąd wiem o czymś takim, a rzucenie, że znałem lata temu kogoś takiego brzmiałoby zdecydowanie niedyskretnie. Za dużo wspomnień, za duże ryzyko. — Zapytaj Miraclesa i powiedz, że jesteś ode mnie, nie powinien cię zeżreć na miejscu, a on swoje kontakty jednak do wszystkiego ma. — Uśmiechnąłem się ciepło. — Nie martw się, rozgryziemy to. 

poniedziałek, 28 maja 2018

Wprowadzenie: Ante [2]

Na horyzoncie pojawił się osobnik z nowej generacji studentów. Nie żebym narzekał, bo każda kolejna osoba, która mogłaby uspokoić żądnych krwi uczniów była na wagę złota, zwłaszcza, jeżeli świeże mięso przedstawiało się tak obiecująco według jego akt. Ante Stjepan Valentić, nowy nabytek w klasie księżyca, z zainteresowaniem na klub muzyczny. Nieco niższy ode mnie, ale z daleko najbardziej w oczy rzucały się jego jasne, chyba nawet białe włosy, praktycznie zlewające się z jego skórą. Białe? Srebrne? Trudno powiedzieć, na kolorach się mało znałęm. 
I skrzyżowane spojrzenie dało mi doskonały pogląd na niesamowite, fioletowe tęczówki, sprawiające wrażenie, jakby zaraz miały mnie zatłuc. Niby miałem już doświadczenie w tym po Dexterze i Miraclesie, i tonie innych morderczych istot w tej szkole, ale to się miało zdecydowanie źle skończyć.Skierowałem się w jego stronę, starając się utrzymać na twarzy przyjazny uśmiech.
Gdy już zbliżyłem się nieco, opuściłem głowę, te prawie jakieś piętnaście centymetrów wzrostu robiło różnicę.
— Cześć, jestem James Hopecraft, przewodniczący samorządu. Miło mi cię poznać, będę cię wprowadzać do akademii. Na sam początek, masz jakieś pytania czy wolisz od razu zacząć wycieczkę? — Standardowa formułka, w czasie której próbowałem utrzymać jednolity, w miarę przyjazny ton, który tak trenowałem przez wszystkie lata mojego bytowania tutaj.


Wprowadzenie: Noah [4]

— Dziękuję — mruknęła tylko cicho, choć nadal zdawała się być zdezorientowana całą sytuacją.  Dobra, to nie było standardowe wprowadzenie, jakaś lampka ostrzegawcza zapaliła mi się w głowie i upomniałem samego siebie, że powinienem później poważnie porozmawiać z Mińskiem. Głównie na temat sprowadzanych studentów oraz faktu, że potrzebujemy o nich więcej informacji na start, teczki nic nie dają. 
— Coś się stało? — spytałem z troską, gdy zatrzymała się jak wryta. — Coś nie tak? — Dobra, normalnie całkiem sporo osób szalało w AWU i znikąd dostawało legendarnego olśnienia na parę chwil, ale zazwyczaj było to po zobaczeniu jakichś naszych specyficznych jegomości. Gdy Yamir przypadkiem zamienił coś złoto. Miracles, który wpadł na kogoś i zaczął wrzaskiem tłumaczyć coś ścianie o tym, że powinna przeprosić, gdy na niego wpada. 
— Ja… — Zamrugałem, wydając z siebie jakiś niezidentyfikowany dźwięk, który miał zachęcić dziewczynę do dalszego imienia, nawet jeżeli miała strach w oczach. Miałem wrażenie, że zaraz zacznie się mi tutaj trząść, jakby miała kolejny atak epilepsji, a to wszystko sprawiło, że aż serce mi zadrżało w obawie, co tu się, kurwa, tutaj wyprawia. 
— Noah! — Raz kozie śmierć, potrząsnąłem delikatnie za ramiona dziewczyną, w pamięci mając doskonale zapisane, że przecież na zawiechy Heather działało w dzieciństwie, to dlaczego tutaj miałoby nie działać. — Co się dzieje?!
Wyrwała się mi tylko i mnie odepchnęła, co nie było zbyt mądrym pomysłem. W końcu byłem od niej starszy (dużo byłoby niedopowiedzeniem), silniejszy (no jednak) i bardziej masywny, wiec co najwyżej mogła bardziej odbić się jak piłeczka pingpongowa ode mnie, nawet jeżeli element zaskoczenia działał na jej korzyść.
— Odsuń się! — krzyknęła z nagła i to już była przesada. Zwłaszcza, że upadła na ziemie, ślizgając się po mokrej podłodze z powodu rozlanej herbaty, cholera jasna, a jak się oparzyła przy okazji? Nigdy zbyt dobry w regulacji temperatury aż tak nie byłem, rękawiczki odzwyczaiły mnie od sprawdzania tego dłońmi, podkładanie herbaty do brzucha raczej nie byłoby zbyt widowiskowe czy rozsądne. 
— Noah, co się dzieje? — zacząłem już łagodniej. Dobra, niby działy się już tutaj większe cyrki, ale rzadko zwiastowały coś dobrego, a dziewczyna naprawdę wyglądała, jakby potrzebowała wyprzytulania na wszystkie strony świata, porządnego łyku herbaty, więc tym bardziej zanotowałem w myślach, żeby podstawić ją potem do naszego szkolnego Kwiatuszka. 
Panna odwróciła wzrok, ale nadal zdawała się wyglądać smętnie, niezbyt raźnie, jakby zaraz miała się przewrócić na ziemię, zwymiotować, obrócić się na drugi bok i zacząć niekontrolowanie płakać, a już po przykładzie Prz"y"walskiej, ja się do opieki nad rannymi emocjonalnie dziewczętami wieku nastoletniego nie pisałem, a nie nadawałem tym bardziej. 
— Duchy… 
— Słucham? — Dobra, gdzie jest ukryta kamera, czy teraz mogłem się już oficjalnie śmiać?
—  Słyszę je… —  powiedziała ciszej. —  I teraz też widzę. 
— Noah — westchnąłem ciężko, bo chyba doszedłem do źródła tego całego naszego problemu z komunikacją tutaj. — Nasz bibliotekarz jest duchem — powiedziałem łagodnie. — A na terenie obiektu pewnie pałęta się ich od cholery, skoro mamy parę wampirów, wilkołaków i reszty w uczniach. Słuchaj, myślę, że oprowadzka powinna poczekać — podsumowałem. — Znajdźmy ustronne miejsce do pogadania, powiesz mi, co tam się u ciebie działo wcześniej życiu i tak dalej, a ja odpowiem na wszystkie twoje pytania, bo zakładam, że nie miałaś w ogóle do czynienia z naszym światem? Pierwsza podroż międzyświatowa? — spytałem, pomagając dziewczynie wstać, łapiąc ją za rękę i ciągnąc w celu znalezienia się w stołówce. Oficjalnie trwały lekcje, więc wszyscy powinni być na zajęciach, więc powinniśmy móc w spokoju pogadać. 
W końcu przysiedliśmy przy jednym z wielu stolików, wziąłem dla nas na tackach po paru smakołykach cukrowo-babeczko-ciastkowych, naleśniku ze szpinakiem i sosem oraz dużym kubkiem herbaty, bo czułem, że będzie potrzebna. Tak obładowani rozsiedliśmy się przy stoliku.
— Dobra, to po pierwsze. Skąd jesteś, jak dostałaś się do AWU, co o nas wiesz? — wyliczyłem najważniejsze pytania.

środa, 23 maja 2018

Wprowadzenie: Noah [2]

— Prze... prze.. praszam — wyjąkało coś, co ledwie dowlokło się na dziedziniec szkoły. Isotka drżała z zimna, zęby jej szczękały jakby zaraz miały siebie nawzajem powygryzać i powypadać z całkiem ładnej twarzyczki, a ja nie mogłem pozbyć się tego delikatnego szoku, na pewno widocznego na mojej twarzy, jasno wskazującego, co sądzę o osobach ubierających się na lato w zimie. Padał śnieg, do cholery, wypadałoby założyć chociaż płaszcz, o odpowiednim odzieniu pod spodem nie wspominając, bo raczej lichy ubiór dziewczyny ciepła nie zapewniał. Dziewczę spróbowało przygładzić dłonią włosy i wymiętą spódnicę, ale byłem prawie pewny, że fałdki na materiale zwyczajnie zamarzły w ten sposób. — Jestem... Em... Noah D’Artagnan. 
Dygnęła. Znaczy, próbowała dygnąć, a ja nadal gapiłem się, brzydko mówiąc, na nią, starając się rozgryźć, co to za abominacja dotarła do naszej uczelni. Przeżyliśmy ćpunów, alkoholików, przyszłe królowe, nawet typowych emo-gości, jakby spojrzeć na to z tej strony, ale no. Szczupła, drobna iskierka nie pasowała mi do żadnej z tych grup, choć w jej oczach wiła się właśnie ta wspomniana iskierka ciepła. Może dlatego po chwili otrząsnąłem się z tego całego szoku, zrzuciłem płaszcz i otuliłem nim dziewczynę, pstrykając palcami i wyczarowując do tego szalik. W ciszy opatuliłem nową uczennicę najpierw wierzchnim odzieniem, potem wielokrotnie obwinąłem jej szyje szalikiem. Co prawda wyglądała absurdalnie w o wiele za dużym na nią ubraniu, ale kto by się tym przejmował, skoro wyglądała jak oderwany od dachu sopel lodowy.
Chwilę później bez słowa prowadziłem ją w kierunku akademika, przy okazji wyczarowując kubek gorącej herbaty z cynamonem i wcisnąłem go w jej dłonie, dodatkowo po chwili podrzucając jej moje rękawiczki.
— Cześć, cześć, jestem James, przewodniczący samorządu. Normalnie powinienem oprowadzić cię po całym tym bajzlu, ale wybacz, wyglądasz jak zamrożona iskierka, więc lepiej chyba będzie najpierw zaprowadzić cię do akademika, ogrzać porządnie i dopiero potem spróbować ponownie cię na ten mróz wyciągam. Mów, jakbym mówił za dużo, jak zacznę, to nie mogę skończyć — kontynuowałem, prowadząc dziewczynę przez zaspy śnieżne, aż nie doszliśmy do budynku. Otworzyłem przed nią drzwi i wpuściłem ją od środka, zastanawiając się, czy nie powinienem przy okazji sprawdzić, czy nam się nie rozchoruje na jutro.
Strzepnąłem z włosów resztki śniegu, który powoli zaczynał się topić w ciepłym pomieszczeniu i wyciągnąłem dłoń na powitanie do dziewczyny.
— No to może jeszcze raz — zacząłem. — Cześć, jestem James Hopecraft i mam wprowadzić cię do akademii. Noah, jeżeli dobrze pamiętam, prawda? Jakbyś miała jakiekolwiek pytania, to jestem do twojej dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na siedem dni w tygodniu, co prawda powitanie miałaś na chłodno — mało powiedziane — ale zapewniam, że cię tu wygrzejemy, dobrze nakarmimy i nawet nie straszymy świeżaków za bardzo. 

wtorek, 22 maja 2018

Wprowadzenie: Noah [0]

Noah Maria D'Artagnan. Kto by pomyślał, że i ten rok zaowocuje kimś ciekawym w szeregach naszej wspaniałej, prawie utopijnej placówki. Pomijając fakt, że większość osób topiła się we własnych łzach spowodowanych nadmiarem kartkówek czy niepełnych księgozbiorów. Ewentualnie dla szczególnie wytrawnych jednostek zawsze zostawał alkohol, który brać uczniowska przemycała z prawdziwym powołaniem, a profesor Remus czy dyrektor Mińsk zawsze mieli przy sobie butelkę czegoś na zapicie własnej marnej egzystencji. Gdy w szkole przebywała sekretarka, jeszcze dało się to w jakiś sposób kontrolować, całe towarzystwo znaczy, ale im dalej w las, tym co raz bardziej wszystko się kiełbasiło nam trzy przez czwarte. 
Heather została asystentką, Nivan w sumie sekretarką, Dexter rozstał się z Fomą, a Przewalski wrócił do domu. Wandzia zaciekle broniła honoru brata, w czasie gdy Renee swobodnie romansowała za jej plecami z Yamirem. Pel poiła wszystkich herbatką, ale wydawało się, że nawet Adam (Walsh już, nie Mińsk) tracił zapał do niszczenia przeciwników. Miracles nawet już tak ani nie ćpał, ani nie wnerwiał towarzystwa razem z Diaskro za bardzo. Zbliżał się jedynie wieczór kawalerski Vina (choć nikt nadal nie wiedział, jak wygląda cała impreza w wersji "po wampirzemu"), Hera wciąż uciskała ludzi gazetką, a Plotkarz mieszał dalej.
Innymi słowy potrzebowaliśmy nowości. Zajęcia czymś myśli, jakimś nowym interesującym materiałem, a Noah wydawała się być idealna. Może dlatego stałem aktualnie na dziedzińcu, oczekując przyjazdu nowej uczennicy. Związałem tylko włosy w kucyk, żeby natrętne kosmyki nie zasłaniały mi widoku. 
Noah, gdzie jesteś?

środa, 16 maja 2018

Wprowadzenie: Ante [0]

Życie trwało dalej. Nie było to przecież nic zaskakującego, ale przez tego całego "Plotkarza', którego tożsamość wciąż określano jako nieznaną, zaczynałem mieć ciarki. Foma rozszedł się w końcu z Dexterem, nawet jeżeli zapowiadało się na to od jakiegoś czasu, to kolejne wypady na piwo razem z alchemikiem cały się już tradycją. Przewalski wyjechał, podwinął ogon i zwiał ze szkoły, a Wanda stała na straży jego dobrego honoru, fukając i zaciekle broniąc każdą osobę, która raczyła rzucić komentarz w złym tonie w stronę jej brata.
Całkiem zastanawiające, co jeszcze nas czekało w kolejnym roku? Pomijając wielką kłótnię Diaskro z Herą, w czasie której obie pożarły się o plotkę, jakoby spółkowały ze sobą namiętnie pod radosnym światełkiem księżyca. Został jeszcze wieczór kawalerski Vina, ale Vincent już od dawna namotał w tej szkole swoim spokojnym, opanowanym sposobem bycia. Najpierw rozszedł się z Ivens, potem rozszedł się z Van i chyba już dla świętego spokoju od babskich interesów zdecydował się przestać narzekać na aranżowane małżeństwo z miłą wampirzycą z sąsiedztwa. 
Innymi słowy AWU potrzebowało odmiany. Świeżej krwi, która wyrwie nas ze skakania sobie wzajemnie do gardła, sprawi, że na powrót zainteresujemy się czymś konkretnym, a nie tylko będziemy kontynuować zapierdalanie się wzajemne na prawo i lewo.
Może własnie dlatego stałem na środku dziedzińca, czekając na nowego osobnika, chcąc ze szczerym, przyjacielskim uśmiechem wprowadzić go w arkana awuskich tajemnic.

niedziela, 25 marca 2018

Konfrontacja grupowa [7]

— Musimy pogadać. — I chyba to były słowa kluczowe, od których powoli zaczęliśmy się ogarniać. Heather wytarła zasmarkany nos, ja odchrząknąłem, udając, że wcale cichym pstryknięciem palców nie wysuszyłem mokrych plam na białej koszuli, a Dexter wcale, ale to wcale, nie starał się zaprzyjaźnić z otoczeniem na sposób znany tylko kameleonom, powinny go za naruszenie praw autorskich pozwać, choć nie wtapiał się w otoczenie tak dobrze, jak one.
— Wiem, ale ja ciągle nie mogę nic powiedzieć. — Skrzyżowałem własne spojrzenie z tym należącym do chłopaka, gdy ten zmarszczył z niezrozumieniem brwi.
Dlaczego? To pytanie zostało niewypowiedziane, ale jakoś ciągle tam krążyło między nami. Czemu znikła, czemu nie było z nią praktycznie kontaktu, nawet pomijając listy, czemu to wszystko tak się potoczyło. 
— Mam siostrę. Nie mogę jej zostawić. — Zamrugałem kilkukrotnie, gdy Dexter automatycznie wypalił. 
— Kurwa, mnożyli się ci starzy jak króliki, czy jak? — Parsknąłem zduszonym śmiechem, gdy dziewczyna tylko fuknęła na niego, choć przez zapłakane oczy nabrało to nieco patetycznego obrazu. — Serio, Heat. Najpierw nie masz żadnego rodzeństwa. Potem Sky. Pojawił się James, pierdolony, Miracles, a teraz w końcu masz kolejną siostrę? Nie zapomniałaś wspomnieć nam może o jakichś jeszcze szczególnie ważnych informacjach? — Ponowne wejście na bardzo grząski grunt, który w każdej chwili mógł się usunąć z góry. 

sobota, 24 marca 2018

Przyjaciele z dzieciństwa [2]

— Mieliśmy moją pracę opijać — fuknął z oburzeniem, zanim upił kolejny łyk piwa. Wzruszyłem ramionami, bo co więcej mogłem zrobić, gdy w rzeczywistości ciężki pierścionek zaręczynowy ciążył ukryty w szufladach chłopaka, o czym doskonale wiedziałem. Jak i o fakcie, że Foma tylko czeka na ponowną propozycję Dextera, którego stagnacja powoli zaczynała go nieco irytować. 
— Tak, tak, powiedzmy. — Zgodziłem się niemrawo, domawiając kieliszki. 
— Lepiej ty mi powiedz, od kiedy ty z Nan kręcisz? — Zakrztusiłem się pitym napojem, zaczynając się dusić i próbować wyartykułować jakiekolwiek zdanie, które nie przyprawiłoby mnie o dreszcze. — No, taka reakcja zdecydowanie mówi mi wszystko. 
— Chyba zwariowałeś — odparłem całkiem serio, wciąż lekko pokaszlując. — Pomijając fakt, że czasu nie mam, ona pewnie nie jest zainteresowana, to zwyczajnie związki nie są dla mnie — podsumowałem, odwracając wzrok z powrotem na wielobarwną ciecz iskrzącą się zachęcająco w szklance. 
— Tak, tak powiedzmy — odparł z przekąsem. — Czyli jednak Oakley? Spodziewałem się, że masz nieco lepszy gust, James, ale potrafię zrozumieć, w końcu te kości policzkowe i biod...
— Błagam, kurwa, nawet nie kończ — zaprotestowałem, ponownie się krztusząc, tym razem Dexter ewidentnie próbował pozbawić mnie życia. Jakbym zaliczał się do tych osób, które rozpatrują kogokolwiek pod kątem partnera seksualnego lub romantycznego, to już na pewno Nivan zaliczałby się do ostatnich osób na mojej liście.
Prawda?
— To co było z tą pracą? — zagaiłem, żeby nie wyjść na całkowitego gbura. 

wtorek, 20 marca 2018

Konfrontacja grupowa [4]

— Heather, to nie tak — mruknąłem bardziej sam do siebie, pewnie na tyle cicho, że nikt mnie nawet z obecnych nie usłyszał, zresztą słowa w tej sytuacji i tak były nic nie warte. Co mogłem dodać, w jaki sposób wyjaśnić, dlaczego nie przekazałem nikomu listów, które otrzymałem w zaufaniu? Dziewczyna tylko odtrąciła moją dłoń, jej spojrzenie stało się chłodne, postawa obca. Wyprostowała się, uniosła nieco wyżej głowę, uśmiechnęła się w sposób, który mroził krew w żyłach i chyba zaczynałem rozumieć, że to nie było już to dziecko, które parę lat temu przybyło do Nervill. Nie bawiła się już w udawanie, że wcale nie boi się pajonków i naigrywanie się z niej przez Dextera nie robi jej żadnej różnicy. Nie pamiętała już chyba nawet wcale o tym dzikim języku, echu dawnych krain, który gdzieś tam siedział w tej głowie, choć każdego roku wracała z coraz bardziej pustymi myślami. 
To chyba moja wina, bo powinienem zorientować się wcześniej, jako przeciwdziałać. Wiedziałem tyle, żeby nie pytać, zgodnie z zaleceniami pielęgniarki z ośrodka, ale chyba właśnie powinienem to zrobić wcześniej, bo teraz, patrząc na chłód w oczach dziewczyny, było już za późno. 
— Heather, czekaj — mruknąłem miękko, łapiąc odchodzącą postać za dłoń, przyciągając ją do siebie jeszcze mocniej, gdy zaczęła próbować się wyrwać. — Wszystko będzie dobrze, cii — szepnąłem w je jasne włosy, sam nie wiedząc, kiedy ramiona blondynki zaczęły ruszać się w spazmach, a łzy zmoczyły mi koszulę. 

niedziela, 18 marca 2018

Poważne dyskusje przed migającym ekranem [3]

— Podziękuję — mruknęła, wzrok kierując na ekran telewizora. Cóż, mogłem powiedzieć, jej spojrzenie wyraźnie wskazywało, że podobnie jak ja, miała już powoli wszystkiego dosyć, chciała jedynie odrobiny spokoju i nic z tego nie było jej dane. Jak na złość najprostsze rozwiązania bywały najtrudniejsze, może dlatego zrobiłem jej miejsce na kanapie, poprawiając ukradkiem kocyk, który osunął się przy tym z nóg dziewczyny. 
— Nawet nie wiesz, jak nudny, dosłownie wszyscy poznikali i pozamykali się w pokojach — stwierdziła, akurat w momencie, gdy na ekranie padło pierwsze zaklęcie batalistyczne. Spojrzałem na nią ostro, bo jednak chciałem przede wszystkim obejrzeć mój ukochany serial, który powoli zmierzał się do końca. Nie mogłem zaprzeczyć, że uchwycenie sztuk teatralnych na taśmach, w dodatku z setką efektów specjalnych, było największym osiągnięciem ludzkości w ciągu ostatnich kilku stuleci. Kto by pomyślał, że te plugawce się tak rozprzestrzeniają, dając wyraźnie do zrozumienia, że potrzebują więcej miejsca dla swojego gatunku.
Szkoda, że przy okazji wytępili kilka innych. 
Za to Przewalska w końcu nieco się uspokoiła, zjadła odrobinę błogosławionych ziaren, uśmiechnęła się, ale widać było, że akcja odgrywana na ekranie nie zaliczała się do jej ulubionych. 
— Łap, ty teraz wybierz coś do oglądania.— Rzuciłem jej pilot, z uśmiechem biorąc garść popcornu, gdy tylko mój serial się zakończył.

Przyjaciele z dzieciństwa [0]

Sprawy się nieco skomplikowały, zwłaszcza, że te same dzieciaki, z którymi parę lat temu czytałem stare baśnie ludu ara, dzisiaj są już dorośli. Na Cesarza, praktycznie sobie w końcu uświadomiłem, że przecież Dexter dosyć wyraźnie zaznaczał, że w bliskiej przyszłości planuje urządzić huczne weselisko, planował już jakąś przyszłość z Fomą, spekulując na temat kwestii ewentualnego dziedzica. Już się nawet pochwalił, że rodzicielską pogadankę od matki i ojca zaliczył, że teraz to już może się całkowicie palić ze wstydu, rzucać się ze skał upokorzenia i inne dziwne rzezy.
Heather? Heather nieskrywanie zaczęła nieco mniej formalnie zerkać na jednego z profesorów, przestała udawać, że ani trochę żaden z nich ją nie obchodzi, dostała robotę u Mińska, przecież budowała podwaliny przyszłego życia na gruncie, o którym większość osób mogła tylko pomarzyć.
I właśnie w takich momentach czułem się stary. Stary, zmęczony, zastanawiając się, kiedy oni mi tak szybko z tego Nervill wyfrunęli, kiedy zaplątaliśmy się we własnych emocjach, wspomnieniach, żeby w końcu zrzucić je jak zbędny balast i iść na przód.
Tylko ja wciąż tam byłem do tyłu, niepotrzebnie siedząc we własnej, zagmatwanej historii, zamiast wytłumaczyć i wyjść do ludzi. Może dlatego siedzieliśmy z Dexterem aktualnie w barze, popijając kieliszki wódki łykami gorzkiego piwa z pobliskich szklanek. 
— Czyli co, to jakieś chlubne dodawanie odwagi czy słaby wieczór kawalerski? — spytałem z rozbawieniem, domawiając dolewkę. 

Konfrontacja grupowa [1]

— Nie możesz, kurwa, po prostu powiedzieć prawdy? — To zdecydowanie zaszło za daleko. Owszem, potrafiłem zrozumieć kotłującą się w chłopaku złość, uszanować jego powody, dla których używał tonu daleko odbiegającego od przyjaznego czy chociażby spokojnego, ale tym razem to zdecydowanie przeciągnęło strunę. Pewnych granic nie należało naruszać niezależnie od tego, gdzie leżały i kto je tam umieścił.  — Co się dzieje, Heat? — zadał pytanie, ale jego wzrok wyraźnie wskazywał, że tym razem żąda odpowiedzi albo sam je weźmie. Może dlatego, gdy tylko jego oczy błysnęły złowrogim szmaragdem, chwyciłem go za ramię i pociągnąłem mocno w moją stronę, uderzając lekko pięścią po twarzy.
— Popierdoliło cię? — warknąłem, bo ta sytuacja od samego początku nie należała do tych z gatunku komfortowych, ale Dexter stracił kontrolę nad własnym zachowaniem. — Chcesz z niej zrobić roślinkę? Pakowanie się do czyjegoś umysłu, Dex? Myślałem, że znałem cię lepiej — podsumowałem sucho, wpatrując się z niezrozumieniem w chłopaka, który tylko odwrócił wzrok, kierując go na pobliskie szafki. Zdawał się być pogrążony w myślach, zbladł, jakby w końcu zaczynał sobie uświadamiać, co chciał zrobić.
Heather dyszała wciąż jak zwierze zagonione do zbyt ciasnej klatki, kuląc się przy ścianie i oplatając własną klatkę piersiową ramionami. Starała się nie patrzeć na żadnego z nas i to powoli przestawało mieć jakikolwiek sens.

środa, 14 marca 2018

Papierkowa... łódka? [1]

Świat powoli ruszał do przodu, nawet jeżeli jeszcze nie wszystko było okey. Pomiędzy naszą trójką nadal zdawała się pojawiać ta niezręczna cisza, nie byliśmy w stanie wyjaśnić sobie wszystkiego poprzednim razem, pewna nutka niesmaku pewnie zostanie z nami już na zawsze, o wiele dłużej niż zblakną sińce dziewczyny na plecach czy wyblaknie tatuaż na plecach. Dorastaliśmy i zapomnieliśmy, że nasza przyjaźń powinna zrobić tak samo. A raczej oni dorastali, bo jednak czas dla tego gatunku płynął inaczej. Jeszcze kilka lat temu byli brzdącami, którzy nie umieli poprawnie wysławiać się w naszym języku, a teraz jedno z nich już dawno mnie przerosło, drugie było na dobrej drodze, rzucając ten swój dobrotliwy, smętny uśmiech.
Temat listów oczywiście nie został przemilczany, ale ukłucie wstydu odczuwałem do tej pory.
Siedzieliśmy wszyscy w pokoju samorządu, zabierając się powoli do organizacji tego całego balu. Heather, jako nowa asystentka Mińska, robiła za dyscyplinarkę w kwestiach budżetowo-organizacyjnych, Dexter znał gusta ludzi wyższego szczebla, ja musiałem bawić się w przewodniczącego, ale już chwilę później ciche pukanie zapowiedziało przybycie Nanette. Uśmiechnąłem się do dziewczyny, która weszła nieśmiało do środka. Wstaliśmy wszyscy, żeby się z nią przywitać. 
— Cześć, Nan. Nan, Dexter, Dexter, Nan. — Uśmiechnąłem się szeroko, jak Dexter tradycyjnym przywitaniem składa pocałunek na wierzchu dłoni dziewczyny, gdy Heather po chwili wymieniła z nią tylko szybki uścisk dłoni. — Heather, Nan, Nan, Heather. 

poniedziałek, 12 marca 2018

Poważne dyskusje przed migającym ekranem [1]

Serial trwał w najlepsze, popcorn smakował doprawdy wybornie, a ja mogłem w spokoju podumać nad losem tej idiotycznej bohaterki z wielkimi oczami i cyckami, która przez dziewięćdziesiąt procent czasu antenowego przyznanemu tej telenoweli grała mi na nerwach. Jakiś czas temu główna aktorka zaszła w ciążę, w związku z tym musieli dopasować fabułę serialu do stanu brzemiennej, ale co się tutaj porobiło z tabletkami gwałtu na ekranie, to się największym filozofom nie śniło. 
I wtedy nagle drwi się otworzyły, a moje błogie chwile odpoczynku przerwało wejście Przewalskiej, obwiązanej fioletowym kocykiem. Przysięgam, ta smarkula miała zerowe wyczucie czasu i dodatkowo aż sama prosiła się o wpadnięcie w kłopoty.
— Nudny wieczór? — spytałem, robiąc jej miejsce na kanapie i wyciągając w stronę dziewczyny miskę z popcornem. Ostatecznie niech zna łaskę mojego dobrego humoru w dni dzisiejszym, który był coraz bardziej parszywy. Byłem już po wizycie z Nivanem w wiosce, drobne komentarze Helki wciąż tłukły mi się po głowie i to nie było dobre na samotny wieczór. A mimo wszystko w moim wieku pić do lustra już nie wypadało, prawda, a w takim wypadku nawet Przewalska była lepsza niż brak towarzystwa. Złapałem za kilka mocno posolonych ziaren, delektując się smakiem. Najlepsza rzecz pod samiuteńkim słońcem. 

sobota, 24 lutego 2018

Niezapowiedziane spotkania [5]

— To. Brzmi. Świetnie. Cudownie, już nie mogę się doczekać. Taniec, stroje, dekoracje. To będzie coś niesamowitego. Będzie walc? Znaczy, pewnie walc, ale wiedeński czy angielski? Oba są równie piękne, choć osobiście wolę angielski, bo jest taki bardziej płynny, dużo uniesień. Jednak biorąc pod uwagę, że nie każdy jest urodzony do tańca, polecam wiedeński. Kroki są proste, powtarzają się i ogólnie szybko wchodzą do głowy. — Skinąłem ze zrozumieniem głową, wpatrując się w rumieniącą się z ekscytacji twarz Nan. Cała impreza wydawała się naprawdę ją oczarować, nie mogłem się nie uśmiechnąć, widząc, jak bardzo promienieje na wieść o zwykłym balu. — Ze wszystkim ci pomogę! Obiecuję dać z siebie wszystko. Samo uczestniczenie w balu brzmi super, ale organizowanie jest jeszcze wspanialsze. Będzie dużo pracy, ale damy radę. — Roześmiałem się dźwięcznie, wsłuchując się w melodyjny, naładowany emocjami głos dziewczyny. 
— Przepraszam, za dużo gadam. I za szybko. 
— Spokojnie, nadążam. — Poszerzyłem uśmiech. — Muszę cię niestety zmartwić, walca będziemy tańczyć pomiędzy jako rozproszenie, na wejście mamy tradycyjny, anorski. Ale w razie czego polecam się do nauki. — Wstałem, skłaniając się teatralnie przed dziewczyną i wyciągając dłoń jak do tańca. — A za pomoc w organizacji dziękuję, Mińsk oszalał z ogarnianiem tej roboty, zdecydowanie. 
.
.
.
.
.
.
template by oreuis