Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kompilacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kompilacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 sierpnia 2018

Kompilacja: James x Nivan [1]

Hopecraft
— Jeszcze raz dziękuję — rzucił, zasypiając wśród odgłosów terkoczącego pociągu. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, widząc w jak niewygodnej pozycji zasnął, z głową opartą na miernej jakości, prowizorycznej poduszce z bluzy. Wyciągnąłem dłoń, palcem dotykając spadającego rękawa bluzy i przemieniłem ją w porządną, puchatą poduszkę. Drobne czary-mary i po chwili pojawił się również koc, którym przykryłem chłopaka. Wyglądał na nieco zmęczonego, początkowo nie miał najlepszego humoru, dlatego miałem nadzieję, że będzie mógł w spokoju odpocząć, bez bólu. Chciałem nawet upewnić się, że niczego nie poczuje złego w czasie snu, ale potrzeba kontaktu ze skórą nie mogła być zażegnana.
A może?
Ściągnąłem rękawiczkę, palcem dotykając czoła chłopaka. Jego mina rozpogodziła się razem z uspokajającym falami energii, które rozchodziły się wzdłuż jego ciała. Ukontentowany wykonaną pracą odsunąłem się z powrotem na własne siedzenie, wpatrując się z łagodnym uśmiechem w śpiącego chłopaka.
Gdy nie darł się na wszystkie strony i nie pyskował, to smarkacz bywał nawet znośny.

Oakley
Bądźmy szczerzy, nie sypiałem zbyt często, a nawet jak już to bliżej temu było do niespokojnych drzemek, nieprzyjemnych, przerywanych co jakiś czas, aniżeli do dłuższego odpoczynku.
Nie byłem więc w stanie opisać mojego zdziwienia, gdy obudziłem się po godzinie, czy dwóch. Po kilkudziesięciu minutach czystego odprężenia, wyciszenia powoli wykańczającego się organizmu i uspokojenia agresywnie łomoczących w głowie myśli.
Nie wiem, czy zasługą tego był już obrzydliwie zmęczony organizm, czy może mała pomoc ze strony Hopecrafta, bo tylko on mógł mnie wtedy przykryć i zadbać o lepszej jakości podpórkę pod głowę. Małe gesty po których człowiekowi po prostu było lepiej i przyjemniej w tym ostatnimi czasy zgryźliwym świecie.
I było mi trochę głupio, gdy odpowiedzieć na działania chłopaka mogłem tylko uśmiechem, poprzedzonym zdezorientowanym gapieniem się to na okrycie, to na blondyna siedzącego naprzeciwko.
— Ale odczarujesz mi ją potem, prawda? — mruknąłem, mocniej wtulając się w poduszkę, która dalej stanowiła barierę chroniącą głowę przez rozbiciem się o ścianę podczas jakiegoś większego wstrząsu. Co jak co, ale lubiłem tę bluzę.

Hopecraft
— Ale odczarujesz mi ją potem, prawda? — mruknął, wtulając się mocniej w poduszkę. Skinąłem głową, obserwując jak koszulka chłopaka obsuwa się nieco niżej, odsłaniając fragment jego szyi oraz obojczyka.
Gdzie się gapisz, James.
Odchrząknąłem, zastanawiając się, co ja w ogóle wyprawiam.
— Jeszcze trochę i dojedziemy, myślałem, że będziesz spał dłużej. Jeżeli jesteś zmęczony i nie możesz zasnąć, to przychodź do mnie. Drobne zaklęcie przed snem jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Oakley
Uniosłem brwi, gdy spojrzenie chłopaka nieco zjechało, ale już po chwili jakby postanowił naprawić drobne błędy i powrócił do nawiązywania ze mną kontaktu wzrokowego. Przeklęte brązowe oczy. Przeklęte brwi w idealnym kształcie. Przeklęta bródka. Przeklęty Hopecraft.
— Jeszcze trochę i dojedziemy, myślałem, że będziesz spał dłużej. Jeżeli jesteś zmęczony i nie możesz zasnąć, to przychodź do mnie. Drobne zaklęcie przed snem jeszcze nikomu nie zaszkodziło. — Odsunąłem głowę od poduszki, która szybko zsunęła się na moje ramię i pokiwałem nią delikatnie.
— Zapamiętam na przyszłość, dzięki — odparłem z uśmiechem. Tak, sen zdecydowanie się przyda. Cisza. Chyba tak miało być.
Nie potrafiłem z nim rozmawiać.

Hopecraft
— Zapamiętam na przyszłość, dzięki — odparł z uśmiechem, a potem zapadła cisza. Chyba żaden z nas nie był pewien, za co się zabrać i jaki temat podjąć, więc tylko wyciągnąłem karty z kieszeni zawieszonego na haku płaszcza i zerknąłem kątem oka na chłopaka.
— Uno? — spytałem, wskazując na trzymaną w moich dłoniach talię do jednej z moich ukochanych gier. — Jeszcze kilka godzin przed nami, możemy zabić czas.

Oakley
Uniosłem brew, widząc, jak chłopak sięga po wierzchnie okrycie, teraz luźno wiszące na wieszaku i wyciąga z jego kieszeni karty. Żeby to były zwykłe karty, typowe, do pokera, cokolwiek. Nie. Karty do...
— Uno? — spytał, podnosząc wyżej talię i ładnie mi ją prezentując.— Jeszcze kilka godzin przed nami, możemy zabić czas. — Dalej patrzyłem na niego jak na stworzenie urwane nie z tej choinki, co trzeba.
— Uno? — parsknąłem. — Ale że serio? Uno? Niech będzie — dodałem tylko, w głębi serca ciesząc się z powodu karcianki. Nie tak, że byłem lepa w hazardzie, ale byłem lepa w hazardzie wszelakiej maści i z takich gier opanowałem tylko uno i jako tako wojnę.

Hopecraft
— Uno? — spytał z niedowierzaniem. — Ale że serio? Uno? Niech będzie — dodał, na co przewróciłem z oburzeniem oczami.
— Dla twojej wiadomości, to jedna z najlepszych gier istniejących we Wszechświecie. Może poza Monopoly, ale w dwóch graczy nie dałoby się w to drugie grać, chociaż po powrocie, musimy zaciągnąć resztę. — W sumie to był dobry pomysł, spróbować zintegrować resztę ludzi, dlaczego nie, należało to przedyskutować z Herą.
— Na jakich zasadach gramy?


Oakley

Tylko parsknąłem śmiechem na monolog chłopaka. Musiałem mu przyznać rację, chociaż szczerze to wolałem Eurobusiness od Monopoly, ale jak kto woli.
— Siedem kart, wskakiwanki, zero wymiana taliami? — odparłem, ściągając brwi.

xXx

— Kantujesz, kurwa jego mać, pierdolę, szósty raz z rzędu — warknąłem, rzucając kartami, gdy Hopecraft znowu zaliczył „Po unie”. Nie wygrałem ani jednego zasranego razu, ja naprawdę wiedziałem, że nie mam szczęścia do hazardu, nawet na tym poziomie, ale błagam, czy to już nie jest lekka przesada? Walnąłem plecami o oparcie, zakładając ręce na piersi i zerkając na niego z miną wielce obrażonego bachora, który nie dostał cukieraska, ale w sumie to dalej kocha swoją mamę. — Mógłbyś mi chociaż dać fory — bąknąłem dodatkowo.

Hopecraft
— Kantujesz, kurwa jego mać, pierdolę, szósty raz z rzędu. — Roześmiałem się, słysząc wrzask Nivana i jego ostentacyjne zarzucenie kart. Przypominał teraz małego, podburzonego bachora. — Mógłbyś mi chociaż dać fory — baknał, wydymając śmiesznie policzki.
— Mógłbym — potwierdziłem. — Ale wtedy byłbyś jeszcze bardziej wściekły, tyle że o to, że ci fory dałem. Chyba że masz jakąś inną grę, w którą wolałbyś grać? — Pochyliłem się nieco bardziej do przodu, z kopiącym uśmieszkiem, przypatrując się chłopakowi. Trochę czasu na grze nam upłynęło, niedługo powinniśmy dojechać.

Oakley
— Mógłbym. Ale wtedy byłbyś jeszcze bardziej wściekły, tyle że o to, że ci fory dałem. Chyba że masz jakąś inną grę, w którą wolałbyś grać? — Uśmiechnąłem się, bo chłopak miał absolutną rację, tu wyjątkowo musiałem się z nim zgodzić. Już po chwili przewróciłem oczami, bo jego mina wyrażała czystą kpinę, gdy pochylił się w moją stronę.
— Kosi kosi łapci, wiesz? — bąknąłem, zakładając nogę na nogę. — Niestety, ale nie jestem zbyt kreatywny, jeśli chodzi o gierki.

Hopecraft
— Kosi kosi łapci, wiesz? — bąknął, brzmiąc coraz bardziej jak dzieciak, nawet założył nogę na nogę, jakby miało to sprawić, że będzie wyglądał doroślej. — Niestety, ale nie jestem zbyt kreatywny, jeżeli chodzi o gierki?
— Makao, wojna? — spytałem, doskonale wiedząc, że bez żadnego problemu mogę zaczarować karty na normalną talię. — A może pytanie za pytanie? — rzuciłem luźną propozycję.

Oakley
— Makao, wojna? — Skrzywiłem się znacząco na dźwięk nazw, za którymi nie przepadałem, bo tak, nawet w to nie potrafiłem grać. Wojna jeszcze jeszcze, ale makao? Nigdy w życiu. — A może pytanie za pytanie? — Jak na zawołanie przypomniałem sobie o ostatniej niezbyt przyjemnej grze z różowowłosym patafianem z pierwszej klasy. Irytujący smarkacz.
— Dobrze, ale ty zaczynasz — odparłem z uśmiechem. Wcale nie tak, że najchętniej kradłbym jego pytania, byle byśmy wyszli po równo. Wcale.

Hopecraft
— Dobrze, ale ty zaczynasz — odparł z uśmiechem, na co zacząłem powoli się rozluźniać. W takich momentach zapominałem, że Nivan to bachor, że jego nerki niedługo wysadzą mu całą chęć do życia, że to smarkacz i gówniarz jak każdy inny pod względem wieku, ale coś się czaiło w tym uśmiechu, jakaś obietnica, klątwa, przyciąganie.
— Ulubiony kolor? — zacząłem od czegoś prostego, bo w końcu sam się na tej grze za dobrze nie znałem, nie byłem Dexterem, a faktycznie najmniej wiedziałem o chłopaku o takich prozaicznych rzeczach. Muzyka. Filmy. Zainteresowania.

Oakley
— Ulubiony kolor? — spytał już po chwili, przyprawiając mnie o uniesienie brwi, bo nie wiem czemu, ale spodziewałem się czegoś ciekawszego, jakiejś petardy, pytania, które jako tako wciśnie mnie w fotel. Może musiałem po prostu poczekać?
— Wiesz, Hopecraft, w pewnym momencie życia człowiek przestaje mieć coś takiego, jak "Ulubiony kolor". No, ale uznajmy, że szary. — Neutralny, ładny, ciekawy. Pasujący do wszystkiego. — Twój? — Mówiłem? Mówiłem.

Hopecraft
— Wiesz, Hopecraft, w pewnym momencie życia człowiek przestaje mieć coś takiego, jak "Ulubiony kolor". No, ale uznajmy, że szary. Twój?
— Nie przestaje mieć, zaczyna wpadać w stan, w którym on już go nie obchodzi. To inna rzecz. I kolor zmienia się z wiekiem ulubiony czy dzięki doświadczeniom, ulubione rzeczy nie znikają w niebycie. Niebieski.

Oakley
— Albo nie tyle że ignoruje i nie zwraca uwagi, co po prostu zaczyna rozumieć, że każdy z nich jest cudowny i jedyny w swoim rodzaju, a wybieranie jednego jest najzwyczajniej w świecie rzeczą niesprawiedliwą, czy też po prostu głupią. Wywyższać jeden nad inne? Czy tęcza bez czerwonego, pomarańczowego, indygo, albo któregokolwiek innego byłaby tak piękna? Po co się ograniczać.

Hopecraft
— Twoja filozofia zaczyna nabierać znamion logiczności, jesteś pewien, że niczego nie ćpałeś z Hamirem? — spytałem z rozbawieniem, wpatrując się w twarz chłopaka. — Nie usłyszałem tyle słów w ciągu jednego monologu od ciebie, od... zawsze?

Oakley
Parsknąłem pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem i lekkim oburzeniem.
— Ha, ha, bardzo śmieszne i nie, wyjątkowo nie, no chyba że rano niepostrzeżenie mi coś "przeciwbólowego" dosypał do kawy, kto go tam wie. No. To teraz twoja kolej.

Hopecraft
— Ha, ha, bardzo śmieszne i nie, wyjątkowo nie, no chyba ze rano niepostrzeżenie mi coś "przeciwbólowego" dosypał do kawy, kto go tam wie. No. To teraz twoja kolej. — Pokręciłem z niedowierzaniem głową, wpatrując się w teatralnie oburzoną twarz chłopaka, do którego powoli zaczynałem się przekonywać. Jednak Nivan nie był aż takim idiotą i bachorem, oczywiście, tylko w towarzystwie jeden na jeden, nie wątpiłem, że małpiego rozumu dostałby ponownie, gdybyśmy siedzieli w tłumie.
— Czym się interesujesz? — zapytałem, w sumie nie wiedząc, w jakim kierunku poprowadzić rozmowę.

Oakley
Wyjątkowo przestał się mądrować, "nieświadomie" flirtować ze wszystkim, co się rusza i nawet uśmiechał się ładniej, niż zwykle. Był taki niby naturalny, chociaż i tak jebał typowym zakłamaniem, bo powiedzmy sobie szczerze, widać, że do tych czystych nie należy.
Zmarszczyłem brwi na pytanie, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Bo czym się interesowałem, nie licząc wkurwiania innych samą swoją egzystencją?
— Zainteresowania — mruknąłem, sapiąc cicho pod nosem. — Nie jest tego jakoś super dużo. Sport? Muzyka, tak, muzyka, coś tam informatycznego, ale w sumie to jakoś wszystko względnie mnie intryguje i porywa, gorzej tylko ze znalezieniem na to czasu. W jaki sposób przygotowane jajka lubisz jeść?

Hopecraft
— Zainteresowania — mruknął, sapiąc cicho pod nosem. — Nie jest tego jakoś super dużo. Sport? Muzyka, tak, muzyka, coś tam informatycznego, ale w sumie to jakoś wszystko względnie mnie intryguje i porywa, gorzej tylko ze znalezieniem na to czasu. W jaki sposób przygotowane jajka lubisz jeść? — Zamrugałem zdezorientowany, zastanawiając się skąd to pytanie.

— Sadzone. Jakie ty lubisz jeść i skąd pomysł an to pytanie? — Bo jednak Nivan nie po kolei w głowie miał od zawsze, to jednak się nie spodziewałem, że w chłopaku drzemią takie pokłady absurdu.

Oakley
I zaśmiałem się szczerze, widząc reakcję chłopaka, to jak łopocze rzęsami, jak spogląda na mnie z niedowierzaniem, jak jego mina automatycznie przekształca się w tę pełną zdziwienia i niepewności.
— Nie wiem, chciałem wiedzieć, czy nie jesteś przypadkiem psychopatą, który lubi jajecznicę ze szczypiorkiem? Chciałem wiedzieć co zrobić ci na śniadanie, gdyby nadarzyła się okazja? Nie miałem pomysłu na inne pytanie? Nie wiem, dobrze? I na miękko. Zdecydowanie na miękko.

Hopecraft
— Nie wiem, chciałem wiedzieć, czy nie jesteś przypadkiem psychopatą, który lubi jajecznicę ze szczypiorkiem? Chciałem wiedzieć co zrobić ci na śniadanie, gdyby nadarzyła się okazja? Nie miałem pomysłu na inne pytanie? Nie wiem, dobrze? I na miękko. Zdecydowanie na miękko. — Nawet jeżeli drgnąłem, słysząc tekst o śniadaniu, to nikt mi nie mógłby niczego zarzucić. Nikt. Skrzywiłem się za to słysząc odpowiedź chłopaka. Miękko? Toż to zbrodnia!

— I to jest twój idealny sposób? — spytałem z niedowierzaniem. — Jestem pewien, że równie dobrze Mińsk by sobie lepiej prowadził, prowadząc terapię alkoholową. Swoją drogą, jak tam twoje lekcje wychowania do życia w rodzinie? — spytałem, unosząc brwi.

Oakley
Udawałem, że nie widziałem drgnięcia, skrzywienia twarzy, że nie słyszałem kpiny w głosie, że wcale nie znaleźliśmy kolejnego zgrzytu, który nawet minimalny, to prawdopodobnie i tak dotkliwie nas pobodzie. Przynajmniej tak mi mówiło strzykanie w kościach, wyczuwalne wręcz w szpiku.

— Nie, błagam, nie wspominaj o tym, nigdy więcej nie zostanę nauczycielem. Nigdy. — Stanowczo zaakcentowałem słowo. — Chyba jedyne co przyswoili, to żart, że wina w barku Mińska to najlepsze afrodyzjaki, tyle że wzięli go na poważnie — dodałem, wzdychając i poprawiając koc, który dalej spoczywał na moich nogach. Miły, miękki, nieco pachnący koc. Miałem tylko nadzieję, że mi go nie zniknie, gdy będziemy wysiadać.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Kompilacja: James x Nivan [0]

Hopecraft
Dni mijały, czas do wyjazdu coraz bardziej się zmniejszał, aż w końcu nadszedł ten dzień, gdy siedzieliśmy oboje w wagonie kolejowym, racząc się kurtuazyjną ciszą. Bagaże były już zmniejszone zaklęciem i schowane w odpowiednio zabezpieczonym miejscu, a cel naszej podróży pozostawał niewypowiedziany. Przynajmniej dla chłopaka, bo do tej pory tłumaczyłem mu jedynie, że jedziemy do specjalisty.
Helka była upierdliwą, starą kobietą, która lata świetności miała już za sobą, ale jej niezmierzona wiedza w zakresie skłonności naturalnych organizmu była nieoceniona. Zawiesiłem spojrzenie na twarzy siedzącego przede mną chłopaka, starając się o czym myśli.
— Masz jakieś pytania? — rzuciłem, żeby nawiązać rozmowę.

Oakley
Najbardziej w tym wszystkim szkoda było Kumara, który zdecydowanie znajdował się pomiędzy młotem a kowadłem i to dosłownie na każdej płaszczyźnie życia. Z jednej strony był on, z drugiej ja. Z jednej Wanda, z drugiej ja. Z jednej spokój, z drugiej moja choroba, którą chyba zadręczał się bardziej, niż moja osoba.
Dlatego nie dziwiłem się, gdy z niepokojem zerkał na moje spazmatyczne ruchy podczas pakowania ubrań, bo miałem pojechać Sam Kurwa Nie Wiem Gdzie, z panem Sam Kurwa Nie Wiem Co.
A potem zostało tylko nerwowe przebieranie nogami, wbijając spojrzenie w krajobrazy, starając się tylko nie wpaść wzrokiem na czekoladowe tęczówki chłopaka.
— Masz jakieś pytania? — spytał nagle, całkowicie wybijając mnie z nadanego nogom rytmu, powtarzałem w myślach utwór Foo Fightersów, starając się zająć czymkolwiek głowę.
— To dziwne, że się boję? — Nie spojrzałem nawet w jego kierunku, jedynie parsknąłem beznadziejnym śmiechem.



Hopecraft
— To dziwne, że się boję? — O, nie. Ten beznadziejny, bezradny śmiech wcale mi się nie podobał, bo Nivan ponownie przypominał kogoś złamanego. Kogoś, kto nagle obrócił się o 180 stopni i już nie mogłem patrzeć na niego jak na buntownika, choleryka, gościa, który ćpał za dużo i pakował się ze zbyt dużym entuzjazmem w kłopoty.
— Hej, spokojnie — powiedziałem, pochylając się nieco do przodu, żeby załapać z chłopakiem kontakt wzrokowy — to całkowicie normalne, za dużo też ci nie powiedziałem o tym. Nic cię tam boleć nie będzie, drobny, standardowy dyskomfort przy badaniach jak w szpitalu jedynie poczujesz. Helka to stara znajoma — tak, to była bardzo długa znajomość — jest profesjonalistką, ale nieco innej maści, jak cię weźmie w obroty, to się potem nie zorientujesz, że cokolwiek cię bolało.

Oakley
— Hej, spokojnie — mruknął nagle, nachylając się, trafiając oczami na moje i cholera, chyba zaczynałem się gubić. — To całkowicie normalne, za dużo też ci nie powiedziałem o tym. Nic cię tam boleć nie będzie, drobny, standardowy dyskomfort przy badaniach jak w szpitalu jedynie poczujesz. Helka to stara znajoma jest profesjonalistką, ale nieco innej maści, jak cię weźmie w obroty, to się potem nie zorientujesz, że cokolwiek cię bolało. — Nawet słysząc względnie pocieszające słowa, jedyne co mogłem zrobić, to wcisnąć na twarz dość wymuszony uśmiech i znowu zerknąć przez okno, udając, że tak w sumie to wszystko jest ok.
— Tak właściwie, to czemu mi pomagasz? — mruknąłem, marszcząc brwi. — Większość osób na twoim miejscu, w tym i ja, wykopałaby mnie szybciej, niż zdążyłbym wydusić z siebie słowo, a ty jeszcze fatygujesz się i zabierasz mnie gdzieś na drugi koniec czegokolwiek.

Hopecraft
Chłopak nadal nie czuł się komfortowo i nie mogłem się temu dziwić. Ostatecznie mówiliśmy o sytuacji, której jedzie z praktycznie nieznaną osobą niewiadomo dokąd, a na dodatek w celach medycznych. Sam szpitali nie trawiłem.
— Tak właściwie, to czemu mi pomagasz? — mruknął, marszcząc zabawnie brwi. — Większość osób na twoim miejscu, w tym i ja, wykopałaby mnie szybciej, niż zdążyłbym wydusić z siebie słowo, a ty jeszcze fatygujesz się i zabierasz mnie gdzieś na drugi koniec czegokolwiek.
To było dobre pytanie, ale odpowiedź wymagała powiedzenia więcej niż mogłem. Chociaż? Nic mnie nie ograniczało już, to nie Nervill. Wanda wątpiła w moją rasę, Nivan widział rękawiczki i ich brudny sekret.
— Mój lud wierzył, że każdy jest lekarzem. A obowiązkiem lekarza jest leczyć. —  Musiałabym zagłębić się w filozofię ara, ale w dużej mierze można bylo tak to uprościć. — Poza tym fajny chłopak z ciebie jest, Nivan i o wiele bardziej wolę ciebie wkurwiającego otoczenie niż martwego.

Oakley
Nie musiałem czekać długo na odpowiedź, która swoją drogą nieco mnie zaskoczyła i zdziwiła.
— Mój lud wierzył, że każdy jest lekarzem. A obowiązkiem lekarza jest leczyć. — Skinąłem niepewnie głową. Jego lud? To znaczy, to, że facet urwał się z jakiejś zmutowanej choinki było mi już wiadome, szczególnie po incydentach z rączkami w roli głównej, ale i tak nieco wcisnęło mnie w dość miękki fotel. — Poza tym fajny chłopak z ciebie jest, Nivan i o wiele bardziej wolę ciebie wkurwiającego otoczenie niż martwego. — Tu nie mogłem powstrzymać parsknięcia śmiechem, lekkiego pokręcenia głową i odwrócenia spojrzenia od chłopaka, byle nie szczerzyć się jak głupi, bo jakoś połechtał moje ego. W sposób dość nieoczywisty, ale jednak.
— Dzięki? Miło to słyszeć, tak myślę? — rzuciłem niepewnie, zerkając na niego kątem oka. — W sumie to gdzieś pomiędzy popadaniem w amok spowodowany pracą, a byciem przesadnie miłym dla większości społeczności szkolnej, to też jesteś przyjemny do życia. Mogę się wreszcie dowiedzieć, gdzie do cholery jasnej jedziemy, bo jeszcze chwila i coś mnie trafi.

Hopecraft
— Dzięki? Miło to słyszeć, tak myślę? — rzucił niepewnie. Cóż, może to nie był najbardziej wyrafinowany komplement, ale takie zazwyczaj wydawały się puste.— W sumie to gdzieś pomiędzy popadaniem w amok spowodowany pracą, a byciem przesadnie miłym dla większości społeczności szkolnej, to też jesteś przyjemny do życia. Mogę się wreszcie dowiedzieć, gdzie do cholery jasnej jedziemy, bo jeszcze chwila i coś mnie trafi.
— Hej, to jest normalny poziom bycia miłym — oburzyłem się. — Caran, to jedna z osad dorenów na wschodzie Anory, na granicy z Valentine. — Dorenowie stanowili coś w stylu Amiszów. Bezkonfliktowe, demokratyczne, małe społeczeństwa z własnym kodeksem, sądem, odłączone prawnie od państwa, które zamieszkiwali. Kojarzone przede wszystkim ze wstrętem do technologii, ale z kolei magię wyćwiczyli do najwyższego poziomu.

Oakley
— Hej, to jest normalny poziom bycia miłym. — Uśmiechnąłem się szerzej na prychnięcie. Zdecydowanie, Hopecraft, zdecydowanie. — Caran, to jedna z osad dorenów na wschodzie Anory, na granicy z Valentine. — Zmarszczyłem brwi i pokiwałem głową po wytłumaczeniu chłopaka. W sumie to dało mi tyle, co nic i z chęcią zadałbym facetowi jeszcze kilka pytań, za które znając życie by mnie wyśmiał. Przecież to oczywiste oczywistości, co ty, nie wiesz, Oakley? No cóż, niestety, ludność i osady zdecydowanie nie są moim konikiem. Dlatego tylko pokiwałem głową, zdjąłem uśmiech z twarzy i znowu wlepiłem spojrzenie w okno.
Granica Anory i Valentine. Z jednej strony kawał drogi, z drugiej nie aż tak daleko, jak zdawać by się mogło.
— A jak tam z Nan? — rzuciłem, przypominając sobie o dręczącej kwestii czarnowłosej i blondyna, a raczej plotkach o nich. Co lepsze mówiły już, że mają za sobą nie tyle, że pierwszy pocałunek, co pierwszy raz, na co tylko przewracałem oczami i co innego mogłem zrobić, jak nie skorzystać z okazji i dowiedzieć się co nieco o tym duecie.

Hopecraft
— A jak tam z Nan? — Rzucone cicho w przestrzeń pytanie nie było złe, ani ciekawskie, ani intymne jakoś szczególnie. Przez ten krótki okres czasu znacznie więcej osób próbowało uzyskać klarowny obraz moich relacji z dziewczyną, choć Cesarz świadkiem, nie rozumiałem, co takiego skłoniło ich do zainteresowania się moim własnym życiem towarzyskim, w końcu powinni mieć własne. Ale Nivan to była całkowicie inna para kaloszy, chłopak raczej nie znajdował się w plotkarskiej masie, która interesowała się wybadaniem sytuacji.
— Dobrze, skąd to pytanie? — spytałem, wpatrując się z podejrzliwością w siedzącego przede mną mężczyznę. Jakby na to nie patrzeć, nie spodziewałem się go, przynajmniej nie od niego. — Jest cudowną przyjaciółką, jej pomoc w organizacji balu jest niezmierzona. A ty? Wiesz już z kim na niego idziesz? I jak tam Przewalska?

Oakley
Jego spojrzenie bawiło. Podejrzliwy wzrok, który rypał mnie od góry do dołu i wręcz krzyczał, co mnie nagle ugryzło na tym punkcie. Pochylił się do przodu. Nie moja wina, że nagle wszyscy zaczęli paplać o tej dwójce, a ja człowiek prosty i żądny informacji <s>no i trochę zazdrosny, bo jak to, Hopecraft był ode mnie szybszy?</s>
— Dobrze, skąd to pytanie? — odparł twardo, nie spuszczając ze mnie spojrzenia. Prychnąłem pod nosem i uśmiechnąłem się szerzej. — Jest cudowną przyjaciółką, jej pomoc w organizacji balu jest niezmierzona. A ty? Wiesz już z kim na niego idziesz? I jak tam Przewalska? — Miałem ochotę przewrócić oczami na dźwięk nazwiska dziewczyny.
— A nawet nie wspominaj, spierdoliłem tę relację po całości. — Lepiej późno, niż wcale, prawda, Oakley? — Co do balu, pewnie ruszę tam solo, a dlaczego pytam? Po prostu ładnie na nią patrzysz, Hopecraft — mruknąłem, w końcu zerkając w czekoladowe oczy, nieco bezczelnie, z dozą zakodowanej już we mnie kpiny.

Hopecraft
— A nawet nie wspominaj, spierdoliłem tę relację po całości. — Zamrugałem nieco zdziwiony. Początkowo planowałem poprosić Przewalską, żeby towarzyszyła Nivanowi w tej podróży, wydawali się być w dosyć zażyłej relacji, a z przyjacielem zawsze można było poczuć się lepiej. Chociaż aktualnie lepiej, że zdecydowałem się nikogo dodatkowego nie wprowadzać w kwestię, bądź co bądź, między pacjentem i lekarzem. — Co do balu, pewnie ruszę tam solo, a dlaczego pytam? Po prostu ładnie na nią patrzysz, Hopecraft — mruknął, spoglądając na mnie spod tej swojej absurdalnej niebieskiej grzywki.
— Szkoda, ładnie razem wyglądaliście. — Wzruszyłem ramionami, rozkładając się wygodnie na siedzeniu. — Nie uwierzę w twoje samotne przyjście, żadnej Nivanowej nie ma na horyzoncie? — odmruknąłem z przekąsem, skoro już jesteśmy przy tych tematach, niech nie będę jedynym cierpiącym. — Poza tym oczywiście, że ładnie na nią patrzę, trudno brzydko patrzeć na ładne osoby.

Oakley
— Szkoda, ładnie razem wyglądaliście. — Przewróciłem oczami na słowa chłopaka. Ładnie, ale co z tego, jeśli w środku wszystko było obrzydliwe, parszywe, oblepione grubą warstwą żółci. Nie wiem, kogo to bardziej wyżerało, ją, czy mnie (mnie, przecież ona nie miała o niczym pojęcia). — Nie uwierzę w twoje samotne przyjście, żadnej Nivanowej nie ma na horyzoncie? — Skrzywiłem się, gdy usłyszałem przekąs w jego głosie, zdecydowanie nieprzyjemny dla ucha głos, drażniące jakieś tam sfery umysłu, o których wcześniej pojęcia nie miałem. — Poza tym oczywiście, że ładnie na nią patrzę, trudno brzydko patrzeć na ładne osoby. — Nerw zszedł, a ja mogłem tylko ponownie się uśmiechnąć.
— Niestety, jak widać. Znalezienie kogokolwiek przychodzi mi z większym trudem niż Davonowi przystopowanie ze znaczeniem terenu. — Grymas wpełznął na moją twarz wraz ze wspomnieniem pokrytej malinkami szyi Przewalskiego, która wręcz świeciła na korytarzach, głośno dając do zrozumienia, że tak, są parą. — A ty? Idziesz z Nan? — Czy może z kimś innym z kółeczka adoracji Hopecrafta. — Daleko jeszcze?



Hopecraft
— Niestety, jak widać. Znalezienie kogokolwiek przychodzi mi z większym trudem niż Davonowi przystopowanie ze znaczeniem terenu. — Zawtórowałem grymasowi chłopaka, pamiętając, co się działo, gdy jeszcze mieszkałem z nimi w jednym pokoju. Armagedon. Sodoma i Gomora. Tragizm w czystej postaci połączony z wyciem po nocach, nieznającym umiaru Dexterem oraz Fomą, który nie bardzo był w stanie zapanować nad nadpobudliwym partnerem.   — A ty? Idziesz z Nan? Daleko jeszcze?
— Zapowiada się, że tak, zobaczymy, czy oboje wytrwamy w tym do końca. — Nadal miałem wrażenie, że może jest ktoś, kim dziewczyna jest zainteresowana albo ktoś, kto jest nią i że coś mogłoby się w naszym planie zmienić, ta nutka niepewności, która była absurdalna, irytowała. — Dojedziemy za kilka godzin, jeżeli jesteś zmęczony to możesz się przespać od razu.

Oakley
— Zapowiada się, że tak, zobaczymy, czy oboje wytrwamy w tym do końca. — Pokiwałem głową, dokładnie kodując słowa chłopaka. Póki dziewczynie nikt nie pogrozi, to raczej da radę, bo to jednak Hopecraft, tak, ten Hopecraft, pan posyłam uśmiech i zabijam jakąkolwiek moralność u większości publiki. No, a wątpiłem, żeby chłopak miał zamiar odstawić dziewczynę, z tego, co zasłyszałem, mieli się dobrze i nie ukrywano, że jedno do drugiego ciągnie. Czyżby zakład postawiony przez Mińska w końcu miał doczekać się swoich zwycięzców? — Dojedziemy za kilka godzin, jeżeli jesteś zmęczony to możesz się przespać od razu. — Nie mogłem ukryć uśmiechu, bo w sumie to tylko na to czekałem. Dla niepoznaki tylko wyglądnąłem przez okno, rozsiadłem się wygodniej, zacząłem miętolić bluzę w palcach, szykując ją powoli do pełnienia funkcji prowizorycznej poduszki.
Dopiero po chwili zastoju, zlania się mknącego obrazu za szybą, łagodnym bujaniu wagonu. Ułożyłem ciuch pomiędzy głową a ścianą i przymknąłem oko, zakładając ręce na piersi i rozstawiając nogi zdecydowanie zbyt szeroko.
— Jeszcze raz dziękuję — rzuciłem tylko, zerkając kątem oka na Hopecrafta i już po chwili przymykając coraz cięższe powieki. Kima w akompaniamencie turkotu i drgań była już chyba moim chlebem powszednim.

niedziela, 21 stycznia 2018

Kompilacja: Pogaduszki przy "Modzie na skrzydła"

Pelagonija
— Może jednak zostanę nauczycielką zielarstwa? — wymamrotałam do siebie w zamyśleniu, wpatrując się w ekran telewizora i wrzuciłam do ust popcorn. Nie musiałam odwracać wzroku, żeby wiedzieć, że Vanilka na mnie spojrzała zdziwiona. Cóż, wzięło mnie na przemyślenia o przyszłości w środku naszego małego maratonu "Mody na skrzydła". Niby dopiero trzeci rok nauki, ale jednak.
— A ty, Vanilio, co masz zamiar zrobić? — spytałam ją, kątem oka obserwując kolejne, dziwne wyczyny Mayan.


Vanilia
Spojrzałam na Pel ze zdziwieniem.
— Serio? Nawet dobrze, biedna dzieci nie będą się już męczyły z tą starą babą. — przełknęłam popcorn i popiłam łykiem soku pomarańczowego. — Nie mam bladego pojęcia. Naprawdę. Pewnie zostanę jakimś biednym artystą w środku lasu. — Zaśmiałam się, ale taka prawda.


Pelagonija
— Właściwie to jedna z opcji, ale dlaczego nie? Może być zabawnie. — Wzruszyłam ramionami z delikatnym uśmiechem. Co prawda obecnie moje oceny prezentowały się nędznie, ale powoli nadrabiałam.
— Osoby z uniwersytetu  będą przychodzić na twoje wystawy, a pan Amadeusz będzie robił wycieczki dla uczniów. Potem zbierzesz własne grono fanów i coraz więcej osób będzie odwiedzać cię w twoim lesie, żeby zobaczyć twoje obrazy. Po kilkunastu latach, gdy już wszyscy w uniwersum będą znać ciebie i twoją twórczość, powstanie muzeum sztuki twojego imienia — pociągnęłam, poszerzając nieco rozmarzony uśmiech, po czym zachichotałam pod nosem.


Vanilia
— Taaak, byłoby fajnie, gdyby tak mogło być. Ale Amadeusz nie zrobiłby wycieczki dla uczniów. A na stare lata przygarnęłabym jakiegoś młodego utalentowanego dzieciaka, żeby potem posłać go tutaj. Ale w sumie prawda, całkowicie wyobrażam sobie ciebie jako nauczycielkę. Naprawdę chciałoby ci się uganiać za tymi gówniarzami? To chyba po prostu nie dla mnie — zaśmiałam się, przyglądając się ekranowi. Fajny był ten nowy serial.


Pelagonija
Przeciągnęłam się na swoim miejscu i zanim odpowiedziałam, oglądałam, jak główna protagonista odwalała coraz bardziej dramatyczne rzeczy.
— Jak zobaczy, jakie machają obrazy, zaraz z wielką radością wyruszy na wycieczkę — mruknęłam rozbawiona. — Może. Miałabym na kogo klnąć, załamywać ręce i zastanawiać się, dlaczego w ogóle wybrałam tą ścieżkę — dodałam, mrużąc oczy. Zdecydowanie nie miałabym pogłosu wśród uczniów. — Pewnie nie udałoby mi się wykrzesać z nich jakiejkolwiek motywacji.


Vanilia
— Myślisz, że dyrektorem nadal byłby Mińsk? Pewnie tak, nic go stąd nie wybije. — Zachichotałam, prostując nogi, przy czym strzeliły mi kolana. Obserwowałam akcję na ekranie, która stała się dość gwałtowna. Jakiś pościg, ktoś z bronią, co jeszcze?
— Ale co, zostałabyś tutaj? Nie masz ochoty zwiedzić świata, pojeździć, przeżyć podróż? Wiem, to musi brzmieć badziewnie, ale całe życia w uczelni? Nie znudzi ci się?


Pelagonija
— Chyba że go wymienią — odpowiedziałam, układając się wygodniej, gdy akcja nabierała coraz dramatycznego charakteru. Zerknęłam na brunetkę przelotnie i wrzuciłam do ust popcorn, żeby dać sobie więcej czasu na odpowiedź.
— Mogę podróżować podczas przerw. Poza tym przyzwyczaiłam się do siedzenia w jednym miejscu — powiedziałam, przypominając sobie okres nauczania domowego. — Chociaż może masz racje? Może powinnam najpierw się gdzieś wybrać, a potem spróbować czegokolwiek nauczyć innych? — zamyśliłam się.


Vanilia
— Nie myślisz o tym czasem? Żeby wyruszyć w długą podróż? Ja bym chciała... Odwiedzić rodzinę, poznać nowych ludzi. — Upiłam łyk soku, patrząc na popcorn i zastanawiając się, czy zjeść jeszcze. — Idę po czekoladę, pewnie też chcesz? — Spojrzałam na ekran, ale nie działo się nic specjalnego, spokojnie mogła mnie minuta ominąć.
— Jakbyś mogła teraz być gdziekolwiek chcesz to gdzie byś była? W sensie jakby nie było szkoły, ani żadnych obowiązków, gdzie byś pojechała? — krzyknęłam z kuchni, nie mogąc się zdecydować, czy wziąć tą z migdałami, czy z solą.


Pelagonija
— Tak, poproszę. — Uśmiechnęłam się delikatnie, po czym odchyliłam głowę, spoglądając zamyślona w sufit. Gdzie chciałabym się teraz znaleźć? Chyba raczej przy kim chciałabym się teraz znaleźć. Przez sekundę uśmiechnęłam się smutno, ale zaraz wróciłam do poprzedniego lekkiego uniesienia ust z nutą zamyślenia.
— Rodzinę i przyjaciół oczywiście bym odwiedzała, gorzej z poznawaniem nowych ludzi — zaśmiałam się cicho. — A chciałabym teraz być... W miejscu pełnym kwiatów — odpowiedziałam wesołym tonem. — A ty? Gdzie chciałabyś teraz być?


Vanilia
W końcu złapałam obie czekolady i wróciłam do pokoju. Położyłam się na kanapie, opierając głowę na nodze dziewczyny.
— Hm, nie wiem, miejsce pełne kwiatów brzmi jak dobra opcja — uśmiechnęłam się — może na łące, ze słonecznikami, słońcem i sztalugą. Ale najchętniej wróciłabym chyba jednak do domu, do braci, sióstr i rodziców. Tak dawno ich nie widziałam. Tak naprawdę ledwo ich pamiętam. — zamyśliłam się, próbując sobie przypomnieć jak wyglądali. Mama chyba była ruda, ale nie pamiętałam.


Pelagonija
Spojrzałam rozbawiona na Vanilkę i pogłaskałam ją po ciemnych sprężynkach, słuchając jej słów o rodzinie. Wydawała się za nimi naprawdę tęsknić.
—  Nie odwiedzasz ich w wakacje albo przerwy? — spytałam nieco zdziwiona, ale zaraz się zamyśliłam. Może dziewczyna po prostu nie mogła? U mnie kuzyni wbijali po prostu, jak im się podobało, zamieniając innych w świnki morskie i łamiąc wszystkie zasady, które panowały w tym miejscu.


Vanilia
— Nie, właściwie to nie widziałam ich od dziewiątego roku życia. Średnio ich pamiętam. — westchnęłam, wpychając sobie kolejny kawałek czekolady do ust. — A u ciebie? Jak wyglądają rodzinne sprawy?


Pelagonija
Ułamałam sobie kawałek czekolady i zjadając ją powoli, zastanawiałam się nad ułożeniem odpowiedzi.
— Widzimy się kilka razy w roku, czasami nawet odwiedzają mnie, kiedy im się żywnie podoba bez zapowiedzi — zaśmiałam się cicho. — Cóż, jak to zawsze u mnie się mówi: "Rodzina jest najważniejsza". Więc nawet najdalszych krewnych znam dość dobrze, a gdyby nie moje felerne umiejętności artystyczne namalowałabym każdego z pamięci — uśmiechnęłam się lekko, przypominając sobie projekcje wspomnień poprzednich pokoleń. Znać historię, uczyć się i przede wszystkim rozumieć. Jak zawsze.


Vanilia
Słuchałam słów dziewczyny z uwagą, próbując nie pokazać za bardzo swojej zazdrości. U mnie nigdy tak nie było. Właściwie już nawet we wczesnych latach nie miałam najlepszych kontaktów z rodziną, oni mnie chcieli do szkoleń, do tradycji, do natury, a ja bym najchętniej całe dnie spędzała z kredą w ręku.
— Fajnie — skomentowałam swoje rozmyślenia jak i monolog Pel jednym krótkim słowem. W tym momencie usłyszałyśmy brzdęk kluczy w drzwiach, a następnie wpadła do środka Hera, która zrzuciwszy szpilki klapnęła obok nas na kanapę.
— Co robicie? Serial i pogaduszki? Mogę dołączyć? — Uśmiechnęłam się, spoglądając na Pel, czy jej nie przeszkadza.


Pelagonija
Zamrugałam parokrotnie i ogarnęło mnie uczucie paniki, gdy usłyszałam dźwięk przekręcanych kluczy. Starałam się nie denerwować na widok Hery i posłałam jej nerwowy uśmiech. To nie tak, że nie lubiłam czerwonowłosej, ale czułam w jej towarzystwie chęć schowania się i niewychodzenia ze swojej kryjówki. Krótko rzecz ujmując, bałam się jej trochę, ale hej. Trzeba kiedyś w końcu się przełamać.
— Pewnie, aktualnie oglądamy Modę na skrzydła — odpowiedziałam, poszerzając nieznacznie uśmiech, po czym wyciągnęłam w jej stronę rękę z tabliczką czekolady. — Chcesz może? — spytałam.


Vanilia
Hera wdzięcznie przyjęła kawałek czekolady, po czym wróciłyśmy do oglądania serialu. Katem oka zauważyłam jak powoli opadają jej powieki, a później cała głowa. Pięć minut później czerwonowłosa całkowicie spała, a podłożywszy jej poduszkę pod głowę, obróciłam się do Pelci.
— No, to zbyt długo sobie z nią nie pogadałyśmy. Biedna, musi być bardzo zmęczona. — Odcinek powoli dobiegał końca, już leciała piosenka zamykająca, do której wesoło zaczęłam śpiewać. — To co, oglądamy jeszcze jeden?


Pelagonija
Hera z nami za długo nie została. Nim się obejrzałyśmy czerwonowłosa zasnęła i nawet nie zdążyła się wkręcić w serial czy rozmowę. Uśmiechnęłam się lekko, przyglądając się śpiącej dziewczynie. Najwidoczniej musiała być bardzo zmęczona.
— Jeszcze jeden, a potem następny i następny, i następny — powiedziałam żartobliwym tonem, zaśmiawszy się cicho. Oparłam głowę na ramieniu Vanilki. — Przed nami jeszcze dłuugi dzień.


Vanilia
Włączyłam kolejny odcinek, opierając się do tyłu. Uśmiechnęłam się, czując białą główkę na ramieniu i pogłaskałam ją delikatnie. Ziewnęłam, mrużąc przy tym oczy. Zaraz wszystkie skończymy jak Hera, która teraz drzemała sobie spokojnie obok nas, przykryta kocykiem.
— Słyszałaś o ostatnim zamieszaniu z duchem?


Pelagonija
Uniosłam wzrok na Vanilkę i zmarszczyłam brwi, chcąc sobie przypomnieć cokolwiek, ale mój umysł pracował zbyt wolno. Dopiero po paru chwilach coś pstrykło, przypominając mi o rozwrzeszczanym Mińsku, grożącym profesorze od sztuk artystycznych oraz misji ratunkowej ducha. Sama wolałam się nie mieszać, ponieważ nadal pamiętałam swoją próbę z biblioteką na pierwszym roku.
— Tak, trudno nie usłyszeć. Chociaż nie wiem, co z tego w końcu wynikło, gdzieś mi już to umknęło. Kto wygrał? — spytałam z rozbawieniem.


Vanilia
Prychnęłam. Ja w końcu do tej biblioteki nie dotarłam. Jakbym doszła to duch by się nie pozbierał.
— Eh, udało im się obronić ducha. Ja szczerze mówiąc go nie chciałam. Bo po co? Tylko tam siedzi i przeszkadza. — Nie żebym jakoś często chodziła do biblioteki. Uśmiechnęłam się, wpychając sobie kolejny kawałek czekolady do ust. Takie wieczory mogły dla mnie być częściej. Siedzenie, oglądania serialu i gadanie o niczym (anie, przepraszam, o duchu) - ideolo.


Pelagonija
Zaśmiałam się cicho, kiwając głową, czego Van nie mogła zobaczyć, ale mogła poczuć, ponieważ nadal trzymałam głowę na jej ramieniu.
— Zobaczymy, co z tego wyniknie. Wątpię, żeby to był koniec wojny o bibliotekę — powiedziałam, niemalże mrucząc i ziewnęłam cicho, sadowiąc się wygodniej. Było ciepło, byłam najedzona, uśmiechnięta i ogółem to był przyjemnie spędzony dzień na oglądaniu seriali. A zaśnięcie z wtulaniem się w Van było całkiem miłym zakończeniem i chętnie bym częściej spożytkowała w ten sposób czas.

piątek, 22 września 2017

[EP] Rishima x Violet (Kompilacja)

Już w wejściu przywitała mnie głośna muzyka. Wolałam wolniejsze nuty, ale nie nastawiałam się źle, bo wszystko mogło się zdarzyć, a muzyka mi w tym nie przeszkodzi. W razie czego notes był w torbie, która dzisiaj postanowiła nie robić mi zbędnych żartów i ani razu nie spadła. Wtedy byłoby źle, naprawdę źle. Bez notatnika nie dałabym rady. Wszystko idealnie zaplanowane, za około minutę, kiedy kolejka się trochę zmniejszy, powinnam poznać swoją parę. Ciekawość dosłownie zżerała mnie od środka. Będzie przystojny? Rozmawialiśmy już wcześniej? A może trafię na tego Super Pięknego Pana zwanego Władcą Wagin?
W końcu nadeszła moja kolej. Szybkie przywitanie się z ognistowłosą, a potem karteczka lądująca w mojej dłoni. I zdziwienie na mojej twarzy.
— Ale... Ja wolę... Chłopców — wytłumaczyłam po cichu, wciąż spoglądając na "Violet" wypisane ozdobnym pismem. Nie ma szans, żeby to imię należało do kogokolwiek płci przeciwnej.
Hera wzruszyła tylko ramionami, wciskając mi alkohol. Nie zdążyłam odmówić, bo dziewczyna ruszyła już po kolejną porcję, a potem przywitała kolejną osobę, której twarz wyrażała dokładnie takie samo zdziwienie. Dałabym sobie łeb urwać, że pary były ustawiane.
Usiadłam na kanapie, szukając wzrokiem osoby, z którą nigdy nawet wcześniej nie rozmawiałam. Randka w ciemno i to po całej linii.
Właściwie w którymś momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy aby na pewno spódniczka przed kolano była dobrym pomysłem. Większość dziewczyn wybrała bardziej ozdobne ubrania i dość mocno się wyróżniałam.
Zmęczona oczekiwaniem, zamoczyłam usta w alkoholu. Nigdy za tym smakiem nie przepadałam, ale jednocześnie mi nie przeszkadzał. W planie nie napisałam niczego o całkowitym braku piwa. Modlić się, tylko żebym nie skończyła na podłodze po jednym kieliszku.
W którymś momencie zauważyłam dziewczynę, u której najbardziej charakterystyczną rzeczą były kolczyki. Definitywnie zbliżała się w moją stronę. Odstawiłam torbę na kanapę i wstałam, nie chcąc pokazywać braku kultury.
— Um, Violet? — zapytałam, mając nadzieję, że poprawnie przeczytałam jej imię.

Pierwsza impreza w szkole, do której przybyłam niedawno. Strzał w dziesiątkę! Nie zdążyłam poznać zbyt wielu nowych ludzi, więc to może być świetna okazja. Przed wyjściem spędziłam wiele czasu na przygotowanie się do imprezy. Pióra błyszczały bardziej niż zwykle, a włosy wyglądały schludniej. Decyzja w kwestii ubrania zajęła mi pewnie całe wieki, ostatecznie jednak skończyłam w mojej ulubionej sukience: krótkiej, czarnej z lekkiego materiału. Tuż przed opuszczeniem pokoju zdecydowałam się jeszcze zmienić baleriny na niskie obcasy. Tak przystrojona zjawiłam się przed mieszkaniem Hery i nie wahając się ani chwili, zadzwoniłam do drzwi. Szybko stanęły otworem, więc weszłam do środka, mieszając się z już całkiem sporą grupą. Odnalezienie Hery nie było wielkim wyzwaniem — jej płomienne włosy wyróżniały się z tłumu. Dziewczyna nie marnując czasu, wcisnęła do ręki dwie wizytówki i nachyliła się, by coś powiedzieć. Jej słowa w większości zostały zagłuszone:
— ...alkohol... barze... zabaw.
Skinęłam głową w odpowiedzi. Gdybym się odezwała i tak by nic nie zrozumiała. Po co się kłopotać.
Przyjrzałam się wizytówkom, które chwile temu dostałam. Tę ze swoim imieniem przypięłam ostrożnie do sukienki, a drugą schowałam w staniku. Rishima. Takie imię widniało na karteczce. Poczułam lekkie ukłucie zawodu, ale prędko je przepędziłam. Może seksowny chłopak byłby bardziej interesujący, ale nie jestem wybredna. Kobietą też mogłam się zadowolić. Zanim weszłam między tańczących ludzi, zwinęłam skrzydła. Wolałam ich nie narażać na niebezpieczeństwo. Ruszyłam przed siebie, mijając głośniki, które były nastawione na wręcz ogłuszającą głośność. Uśmiechnęłam się szeroko. Nie zatrzymywałam się, póki nie zauważyłam na kanapie dziewczyny bez pary. W kilku krokach byłam przy niej. Nieznajoma zlustrowała mnie wzrokiem, więc zrobiłam to samo. Miała długie blond włosy, a w rękach trzymała ledwo napoczętego drinka.
— Um, Violet? – spytała.
Uśmiechnęłam się do niej:
— To ja! – odparłam z entuzjazmem. — Rishima? — Nie czekając na odpowiedź wyjęłam jej z dłoni drinka i upiłam solidnego łyka. — Wybacz, zaraz załatwię coś dla nas obu. Zatańczysz?
Nie wiem, czy nie byłam zbyt nachalna, ale nie chciałam marnować czasu imprezy. Z niecierpliwością oczekiwałam jej odpowiedzi.

Dziewczyna zdążyła już podejść. Zauważyłam wtedy, że na szczęście również nie wybrała najdłuższej kreacji. Może nie będę się aż tak wyróżniać. Czarna sukienka wyglądała na niej bardzo dobrze, a buty i idealna fryzura jedynie dopełniały całość.
— To ja! — krzyknęła dziewczyna. Bez tego prawdopodobnie bym jej nie usłyszała. — Rishima? — zapytała, biorąc z mojej dłoni kieliszek, który ledwo zaczęłam. Nabrała pokaźnego łyka. Oj, moja głowa zdecydowanie by czegoś takiego nie wytrzymała.
Violet naprawdę wyglądała na zakręconą, może warto było ją poznać. Wiadomo, że nie będzie to randka, ale zawsze można nazwać to całkiem szalonym spotkaniem towarzyskim.
— Wybacz, zaraz załatwię coś dla nas obu! — Uśmiechnęła się, przekrzykując muzykę. — Zatańczysz? — Wyciągnęła do mnie rękę. Na początku chciałam odmówić, bo nie jestem dobra w tańcu, ale impreza trwała już w najlepsze, więc większość gości była pod wpływem alkoholu, najwyraźniej dobrze się bawili. W takim razie raczej nikt nie będzie zwracać uwagi na moje potykanie się.
— Chętnie! — odpowiedziałam z uśmiechem, wstając. Poprawiłam spódnicę, odgarnęłam włosy na plecy i chwyciłam wyciągniętą rękę Violet, która od razu wyciągnęła nas na środek parkietu. Może i z początku ciężko było mi wczuć się w rytm, bo nigdy nie słuchałam takiej muzyki, ale obserwacja ruchów fioletowowłosej pomogła mi się z nią oswoić i chwilę po tym tańczyłyśmy w najlepsze.
— To — zaczęłam, prawie wrzeszcząc jej do ucha — czym się zajmujesz?

Wyciągnęłam rękę w kierunku dziewczyny, zachęcając ją gestem do tańca. Rishima nie wydawała się przekonana, ale po szybkim zlustrowaniu wzrokiem parkietu się rozpogodziła:
— Chętnie! — uśmiechnęła się promiennie, na co odpowiedziałam jej tym samym.
Złapałam ją za nadgarstek, zdecydowanie, lecz nie brutalnie i pociągnęłam za sobą. Ludzie na parkiecie byli już niewątpliwie po kilku drinkach, wielu wyglądało na nieco zamroczonych, ale szczęśliwych. Pewnie po kilku drinkach podzielimy ich los, a ta myśl napawała mnie miłym uczuciem, podobnym do podniecania, ale z mieszanką adrenaliny. Lubiłam alkohol oraz zamroczenie, które po nim następowało. To uczucie było dla mnie porywające. Zawsze wiązało się też z imprezą. Muszę zaraz wyszukać dla nas trunków. Omiotłam spojrzeniem pokój i zauważyłam kilka szklanek oraz mniejszych kieliszków na blacie barku. Na powrót skupiłam się na dziewczynie. Zaczęłyśmy się wspólnie kiwać w rytm muzyki. Chyba moja partnerka z początku nie czuła się zbyt pewnie, ale już po chwili się rozluźniła. Tańczyłyśmy przez jakiś czas, po czym Rishima coś powiedziała, ale rycząca głośno muzyka całkowicie zagłuszyła jej słowa. Nachyliłam się i gestem pokazałam jej, że nie zrozumiałam.
— Czym się zajmujesz? — powtórzyła pytanie, tym razem głośniej.
Zbiła mnie z tropu tym pytaniem. Niby proste, ale jednak odpowiedź zawsze była skomplikowana. Różne rzeczy już zaprzątały mi głowę, jak byłam młodsza często, zmieniałam zajęcia, ale jedno pozostało niezmienne na zawsze. Można nawet uznać, że dwa.
— Zazwyczaj zabawą. Często latałam z siostrami, nie przejmując się niczym szczególnym. W szkole zawsze zwracałam szczególną uwagę na historię i kulturę, wraz z językami. Tak naprawdę to mój wyjazd na Uczelnię był moim pierwszym dalszym. Wcześniej nie opuszczałam Edeni — nie byłam pewna jak wiele usłyszała Rishima, ale pokiwała głową w odpowiedzi — A ty? — postanowiłam też trochę się dowiedzieć — Czym się zajmujesz? — zlustrowałam ją wzrokiem od stóp do głów — Chyba nie pytałam jeszcze, jakiej jesteś rasy — odetchnęłam i przestałam mówić. Nie znałam dziewczyny jeszcze zbyt dobrze, więc zarzucenie jej potokiem słów nie wydawało się najlepszym wyjściem, ale oczywiście zbyt późno o tym pomyślałam.

Violet chyba mnie nie usłyszała, więc powtórzyłam moje pytanie. Dziewczyna kiwnęła głową na znak, że teraz najprawdopodobniej zrozumiała.
— Zazwyczaj... siostrami... szkole... historię i kulturę... Uczelnię... Edenii... — Właściwie nie słyszałam większości słów, ale mogłam wywnioskować, że lubi historię i kulturę. A może odwrotnie? Nie lubi jej? Głupio byłoby poprosić o powtórzenie, bo wypowiedź nie należała do cóż, najkrótszych. Pokiwałam tylko głową z uśmiechem, z nadzieją, że Violet nie wyczuje, że trochę pewności siebie mi uleciało.
— A ty? — usłyszałam, więc podeszłam bliżej, aby mieć pewność, że tym razem ani jedno słowo mi nie umknie. W końcu im więcej trzeba powtarzać, tym więcej życia uleci. — Czym się zajmujesz? Chyba nie pytałam jeszcze, jakiej jesteś rasy!
Wróciłam do poprzedniej pozycji, zastanawiając się nad odpowiedzią. Właściwie nigdy nie zajmowałam się niczym konkretnym, jedynie rośliny zajmowały mi sporo czasu. I zajmowałyby pewnie jeszcze więcej, gdyby nie cholerna wysypka, która pojawiała się na czole i brodzie za każdym razem, kiedy miałam z nimi dłuższy kontakt.
— Uwielbiam ogrodnictwo! — krzyknęłam, modląc się, żeby Hera zadbała o jakąś muzykę dla par. W końcu mogłabym przestać zdzierać gardło i faktycznie dowiedziałabym się czegoś o towarzyszce. — A co do rasy... — mruknęłam, ciągnąc ją za rękę w stronę kąta. Potem zwinnie przełożyłam dłoń przez ścianę. — Esper! — wyjaśniłam, biorąc do ust większy łyk piwa, niż którykolwiek wcześniej.

Odetchnęłam z ulgą, gdy zauważyłam zamyślenie na jej twarzy. Dobrze, że myślała nad odpowiedzią, a nie zastanawiała się jak najszybciej stąd uciec. Chociaż mogła rozważać jedno i drugie. Nie musiałam długo czekać na odpowiedź:
— Uwielbiam ogrodnictwo! — krzyknęła, przez co udało mi się ją bez problemu zrozumieć. Najwyraźniej z tym ogrodnictwem była większa historia, bo na jej czole pojawiła się zmarszczka, ale na razie wolałam głębiej nie wnikać. Mimo wszystko miałam z nią spędzić cały wieczór, a zrażanie do siebie swojej pary nie należało do najgenialniejszych pomysłów. Może po prostu ktoś nadepnął jej na stopę, a moja interpretacja mimiki twarzy była do bani. Nie rozwodziłam się nad tym długo, bo dziewczyna kontynuowała swoją odpowiedź — Do... rasy... — zniżyła głos, więc niecałe zdanie dotarło do moich uszu, ale prawdopodobnie chciała powiedzieć, że do jej rasy nie powinnam wściubiać nosa. Czyżbym znalazła jej czuły punkt? Teraz postanowi mnie zostawić, a ja spędzę resztę wieczora grzejąc ścianę. Niemal od razu pociągnęła mnie za rękę, prowadząc w kierunku prawdopodobnie wyjścia. Może jednak błędnie zinterpretowałam jej wypowiedź? Nie wydawała się wkurzona, ale zdeterminowana. Kiedy dotarłyśmy na kraniec pokoju, Rishima przystanęła. Z uśmiechem wyciągnęła rękę i przełożyła ją przez ścianę — Esper!
Dziewczyna wzięła duży łyk piwa, które trzymała w dłoni i znów się uśmiechnęła. Na moją twarz również wpłynął szeroki uśmiech. Chyba zbyt bardzo przejmowałam się jej reakcjami, dziewczyna nie była jakoś nadmiernie wrażliwa:
— Ale super! — pewnie w tym momencie oczy zalśniły mi ekscytacją, niczym małej dziewczynce, której obiecano balonika — Nie wiem, czy kiedykolwiek spotkałam Espera. Moi rodzice nie są rasistami, ale zazwyczaj trzymaliśmy się towarzystwa Ikarów. — Rozłożyłam skrzydła, żeby podkreślić moją wypowiedź, ale szybko znów złożyłam je wzdłuż pleców. Zbyt wiele ludzi, żebym mogła to swobodnie zrobić, nie narażając nikogo.
Zauważyłam chłopaka przechodzącego obok. Miał naburmuszoną minę i nienapoczęte piwo. Uśmiechnęłam się szeroko i zwróciłam do niego:
— Masz coś przeciwko? Nie wyglądasz jakbyś miał to pić — zanim zdążył odpowiedzieć, wyjęłam mu szklankę z ręki. Odszedł, mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem.
Moja uwaga na powrót skupiła się na Rishimie:
— Chyba nie pytałam jeszcze, z której klasy jesteś. Jestem tu od niedawna, więc jeszcze nie pamiętam wszystkich twarzy. — Miałam szczerą nadzieję, że tym razem zrozumie bez problemów. Nie byłyśmy już tak blisko głośnika i miałam wrażenie, że muzyka nieco przycichła, chociaż to mogły równie dobrze być moje wysiadające bębenki.

— Klasa Słońca — odpowiedziałam, uśmiechając się. Właściwie nie powinnam była pić więcej. To był chyba trzeci raz, więc nie miałam pewności, że moja głowa to wytrzyma. Nie chciałam, żeby Hera obudziła mnie jutro w kałuży własnych wymiocin. To na pewno byłoby niesmaczne, niehigieniczne i, na dodatek, zawstydzające. Nikt ze szkoły nie byłby w stanie spojrzeć mi w oczy po raz kolejny, stałabym się pośmiewiskiem i obiektem żartów. Może i na imprezie było kilka dziewczyn, które miały niedopasowane ubrania, jedna założyła najpewniej za małe buty i teraz balowała bez nich, ale to były rzeczy, które łatwo było zapomnieć. Co innego, jeśli w następnej gazetce ujrzałabym swoje kompromitujące zdjęcie.
Violet zaproponowała powrót na parkiet, ale stanowczo odmówiłam, czując, że moje nogi mogą nie wytrzymać większego wysiłku. Nigdy wyjątkowo dobra w sporcie nie byłam, dodatkowo nie ćwiczyłam i kolejne tańce byłyby zwyczajnie męczące, a chodziło o to, żeby dobrze się bawić. Z umiarem, w nadal dobrze. I żeby obudzić się, pamiętając cokolwiek.
Nagle dosłownie cały w miarę trzeźwy tłum skierował się w stronę drzwi.
— O co chodzi? — zapytałam, podążając za nimi wzrokiem. Violet odpowiedziała krótkim wzruszeniem ramion. Tym razem ciekawość ze mną wygrała i poszłam za większością, dając fioletowowłosej szybki znak, żeby poszła ze mną. Moim oczom ukazała się dwójka chłopaków, którzy najwyraźniej nie przejmowali się innymi i, jak gdyby nigdy nic, dosłownie się do siebie przyssali. Co lepsze, jednym z nich był Foma.

— Klasa Słońca — odpowiedziała z uśmiechem na moje pytanie. To chyba znaczyło, że chodzi do mojej klasy, ale wolałam się nie przyznawać do tego. Może byłam nowa, ale twarze towarzyszy z lekcji mimo wszystko powinno się kojarzyć. Udałam, że zapatrzyłam się na jakąś tańczącą parę. Dziewczyna zdjęła buty i tańczyła na boso. Pewnie zbyt małe, stopy miała spore, chociaż nie ogromne. Złapałam z baru nowego drinka, powoli zaczynało mi szumieć w uszach, ale to tylko dodawało mi dobrego humoru. W pewnym momencie zaproponowałam Rishimie taniec, ale odmówiła. Pewnie miała rację odmawiając. Po alkoholu, jaki obie przyswoiłyśmy, mogło się to skończyć nie najlepiej. Mogłyśmy zacząć robić jakieś dziwne manewry, mogłoby stać się niezręcznie.
Usłyszałam poruszenie przy drzwiach. Rishima niezwłocznie obejrzała się w tamtym kierunku, wyciągając głowę. Jej było łatwiej, mimo wszystko była o ponad dziesięć centymetrów wyższa.
— O co chodzi? — spytałam ją.
Wzruszyła ramionami, na znak, że niewiele stąd widzi. Ruszyła w tamtą stronę, pokazując mi gestem, żebym też poszła. Skinęłam głową, ale tego już chyba nie zauważyła. Cała jej uwaga była skupiona na zamieszaniu przy drzwiach. Kiedy podeszłyśmy bliżej, moją towarzyszkę zamurowało. Szturchnęłam ją nagląco i spytałam ściszonym głosem:
— Co jest? — ludzie przede mną byli zbyt wysocy, żebym swobodnie mogła widzieć.
Rishima nie odpowiedziała, tylko bez słowa patrzyła się na zamieszanie. Przewróciłam oczami i rozłożyłam skrzydła. Usłyszałam piski kilku osób za mną, które prawdopodobnie oberwały piórami, ale je zignorowałam. Wzbiłam się wysoko, nie zważając, że osoby z dołu mogą mieć ciekawe widoki. Rajstopy, które miałam na sobie powinny zasłonić widok. Skupiłam się na tym, co wszyscy obserwowali z zapartym tchem. Było to dwóch chłopaków, ze starszego rocznika, którzy całowali się tak namiętnie, że wyglądali jakby sobie chcieli duszę wyssać. W jednym z nich rozpoznałam przewodnika, który oprowadzał mnie po szkole. Daniel chyba, ale nie postawiłabym o to nawet palca. Lub Deamon, albo Dexter. Delikatnie wylądowałam obok Rishimy, starając się nikogo więcej nie staranować:
— Czy to ten chłopak z samorządu? — zapytałam.

Zdecydowanie mogłabym przekreślić możliwość, że to Foma jest Władcą Wagin, o którym ktoś kiedyś wspominał. W końcu ciężko o to było, skoro ostatecznie skończył z mężczyzną. Na dodatek wyglądał jakby się z nim dłużej i lepiej znał, a nie jakby to była chwila namiętności pod wpływem alkoholu. Być może to dlatego tyle osób się zebrało?
— Idealnie — mruknęłam, stwierdzając, że przecież chłopak był całkiem miły i ładny, być może wyszłoby z naszej śmiesznej znajomości coś więcej w przyszłości. Scena się zakończyła, chłopacy oberwali kilka razy fleszem po oczach.
— Czy to ten chłopak z samorządu? — Poczułam lekkie dotknięcie na ramieniu. Odwróciłam się do Violet.
— Chyba oboje są z samorządu. Jasnowłosy mnie wprowadzał, a ten drugi chyba nosił naszywkę — odpowiedziałam, nie będąc do końca pewna swoich słów. — Mniejsza o nich. Jutro będą wszystkiego żałować — rzuciłam i wróciłam z dziewczyną do pokoju. Od razu skierowałam się w stronę baru z zamiarem wypicia czegoś zimnego. Może niekoniecznie czegoś, co zawierało procenty, ale wyglądało na to, że nic bezalkoholowego się nie ostało. Cóż, dochodziła północ, więc i ciężko o zapasy równe temu, co było na początku. Chwyciłam kieliszek, który, jak na złość, chwilę po tym dosłownie przeleciał przez moją dłoń, przy okazji solidnie brudząc podłogę.
— Ugh... Wygląda na to, że dzisiaj już nie skorzystam — mruknęłam do Violet. — Bycie esperem jest okropne. Gdybym chociaż mogła wybrać co chcę robić. Niby przydatne, bo skraca drogę, a z drugiej strony czasem nie mogę się nawet przebrać... — Ułożyłam usta w grymas. — Powinnam się nauczyć to kontrolować. Właśnie, długo zajęła ci nauka latania?

— Chyba oboje są z samorządu. Jasnowłosy mnie wprowadzał, a ten drugi chyba nosił naszywkę — usłyszałam odpowiedź na moje pytanie, ale moja towarzyszka nie wydawała się do końca przekonana. — Mniejsza o nich. Jutro będą wszystkiego żałować. — Czemu tak powiedziała? Pewnie chodziło o plotki, które często nie dawały ludziom w szkole żyć, ale chyba para była popularna. Wcześniej dostrzegłam uśmiech samozadowolenia na twarzy Hery, więc misja została wykonana. Nie można było być pewnym, o co dokładnie jej chodziło, ale na pewno to się stało. Rishima ruszyła w stronę parkietu, nie oglądając się za siebie. Wydawała się przybita, chociaż nie widziałam żadnego powodu. Może któryś z tych facetów był jej bratem, a ona była smutna, bo jej nie powiedział, że jest homoseksualny? Mogło istnieć milion różnych powodów. Może żałowała, że zamiast dobrze bawić się na imprezie z chłopakiem, musiała zadowolić się pogawędką z drugą dziewczyną. Poszłam za jasnowłosą przez tłum, także nie oglądając się powtórnie. Skierowała się ku barowi, pewnie w poszukiwaniu kolejnych drinków. Zapasy już nie były aż takie pokaźne jak na początku, ale nadal można było się zadowolić alkoholem. Dziewczyna sięgnęła po pierwszy lepszy kieliszek, ale już po chwili ten poleciał na podłogę, brudząc nasze buty oraz przy okazji kilka innych osób stojących naokoło. Chyba miałam rację, myśląc, że się zdenerwowała.
— Ugh... — westchnęła głęboko — Wygląda na to, że dzisiaj już nie skorzystam — mruknęła w moim kierunku. Humor zdecydowanie zmienił się, odkąd zobaczyła scenę rozgrywającą się przy drzwiach, ale nie chciałam o to pytać. Już i tak zbyt dużo o tym myślałam, ale przynajmniej tego nie wiedziała — Bycie esperem jest okropne. Gdybym chociaż mogła wybrać, co chcę robić. Niby przydatne, bo skraca drogę, a z drugiej strony czasem nie mogę się nawet przebrać... Powinnam się nauczyć to kontrolować. Właśnie, długo zajęła ci nauka latania? — spytała, nieco się rozchmurzając, ale to mogło mi się tylko wydawać, bo wspomniała o lataniu.
— Niewiele, tak naprawdę to wszystko kwestia ćwiczeń. Od małego wiedziałam, że kiedyś dostanę skrzydeł. Zawsze o tym marzyłam i nie mogłam się tego doczekać — uśmiechnęłam się pod nosem — A potem się okazało, że skrzydła dostałam zbyt wcześnie. Wszystko się zmieniło, było pięknie, ale strasznie. Dostałam nowe imię, moje siostry były zbyt małe, latałam sama po naszym dworze. Po dwóch latach dostała skrzydeł moja siostra, a potem było już tylko łatwiej. Wszystkie latałyśmy, sprawiało nam to sporo uciechy, po prostu w pewnym momencie do tego przywykłyśmy — jeszcze raz się uśmiechnęłam, po czym sięgnęłam po napój — Tak w zasadzie to która godzina?

— Tak właściwie, to która godzina? — Usłyszałam.
W tamtym momencie na ramionach pojawiła się gęsia skórka. Ręce zaczęły drżeć, a serce prawie wyrywało się z klatki piersiowej.
Wyciągnęłam najpierw telefon, a potem podeszłam do sofy niedaleko, na której zostawiłam na początku zabawy torbę. Notatnik był na miejscu, pieniądze i długopisy też. Wyglądało na to, że nikomu nie chciało się kraść, kiedy dookoła było tyle innych, lepszych rzeczy do sprawdzenia, czy zrobienia. Ciekawe, czy wyjdzie z tego jakakolwiek para...
Otworzyłam planner na stronie z dzisiejszym dniem. Potem spojrzałam na telefon. Druga trzynaście. Na kartce napisane, żeby przed pierwszą być bezpiecznie w akademiku. To oznacza, że zmarnowałam około dwóch godzin. Poczułam pojedynczą kropkę spływającą po czole. Okropne. Może i teraz panikowałam, ale przypuszczam, że z biegiem czasu w ogóle nie będę pamiętać tego spóźnienia. A co gorsza, być może się tym w ogóle nie przejmę. Im bliżej do końca, tym mniej się boję. Jakbym zdążyła się już pogodzić z losem, który mnie czeka.
Podbiegłam do Violet, odgarnęłam włosy na plecy, jednocześnie poprawiając spódnicę.
— Przepraszam, ale mam coś do zrobienia! To ważne! Pogadamy w szkole!
Nie byłam pewna ile z tego zrozumiała. Mam nadzieję, że chociaż te najważniejsze słowa.
A potem wybiegłam szybko z terenu zabawy, potykając się o własne nogi. Za siedem minut zaplanowany jest prysznic. Znów nie zdążę. Źle.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

[Kompilacja]: Mińsk x Alex

— Ta banda gówniarzy, jak zwykle zresztą, nie potrafiła niczego zrobić dobrze. Na cesarza, z jakich powodów zostałem tutaj zesłany, jak na zasraną banicję? Przecież to się nie godzi — mamrotałem pod nosem, leżąc wygodnie na kanapie. W międzyczasie usłyszałem pukanie do drzwi. Machnąłem dłonią, nawet nie wstając, a wspomniana rzecz odskoczyła od pukającego z cichym pyknięciem. Chwała za magię, jedyną logiczną i wartą uwagi rzecz w tym wszechświecie.
— KA: M.S.JH.2, spóźniłeś się, masz wszystkie wydru... — Rzuciłem kątem oka na wchodzącego, orientując się, że James i tym razem wysłużył się kimś innym w odwalaniu roboty samorządu. Mili ludzie zdecydowanie są najgorsi. — KA: M.K.AL.1, jak mniemam? — spytałem, nadal nie wstając.


— Tak, tak. Dokładnie tak. — Zamknąłem za sobą drzwi, starając się zrobić to jak najciszej, wolałem Mińskiego nie denerwować, skubany obrzuciłby mnie jeszcze robotą samorządu. Parszywy, fałszywy gnojek. — Nauczyciel mnie tu wyrzucił za złe zachowywanie się na lekcji, więc po prostu usiądę, pan mi poopowiada, a za dziesięć minut mnie nie ma. Nie będę robił problemu. — Raz kozie śmierć, mój język był silniejszy od mocy młodego dyrektora, to niemożliwe, żeby znalazł się przy tym biurku bez znajomości. Zresztą, mimo to, nie był najgorszy. Dobrze zarysowana szczęka, dłuższe, blond włosy wpadające aż w biały i niebieskie, a może szare, oczy. Był przystojnym trzydziestoparo latkiem.
— To jak, możemy iść na taki układ? Ani panu nie chce się tu siedzieć, ani mi. Wszyscy w całości i zadowoleni! — Usiadłem wygodnie w fotelu naprzeciw biurka.


Przyjrzałem sie swobodnej postawie chłopaka, przymykając oczy i nakładając na głowę książkę. 
Machnąłem ręką kierunku biblioteczki umiejscowionej za biurkiem.
— Własnie zarobiłeś dodatkowy tydzień pracy na rzecz szkoły. Możesz zacząć od odkurzenia regałów.


Prychnąłem zirytowany. Nie mówiłem, że parszywy gnój? — Odkurzanie półek? Zwariował pan? Przecież to nie leży w obowiązkach uczniów — warknąłem, zaciskając lewą dłoń na siedzisku. 
— Wyraźnie wysłano mnie jedynie na pogadankę o pierdołach, a nie dla pana zachcianek. — Zmrużyłem oczy od razu, łapiąc z nim kontakt wzrokowy. Mam się dać mu ustawiać? W dupie mu się poprzewracało i nic więcej.
Jedno mrugnięcie. Nigdy nie zamierzam wykonywać ani jednego polecenia z jego ust, nie gdy jest nie słuszne.
Drugie mrugnięcie. Wyjdę stąd dopiero, gdy zrobi to, co do niego należy, bez durnych poleceń. Trzecie mrugnięcie. Nadal uważam, że jest przystojny.


Zdjąłem książkę z głowy, przyglądając się chłopakowi. — Dlatego prace społeczne masz za słownictwo  —  wyjaśniłem krótko, ponownie wskazując na regały. — Jeżeli uwiniesz się sensownie w pięć dni, pomyślę, czy może jednak nie potrącić ci za każde przekleństwo z wypłaty.


— Jakby nasz dyrektorek był święty — mruknąłem pod nosem, ale pewnie i tak usłyszał. Ruble poszły w... Zresztą! Okej, jeśli tak bardzo chciał to niech będzie, pożałuje jeszcze swojej decyzji. 
— Okej, niech będzie. Mogą wysprzątać cały gabinet w ciągu najbliższych pięciu dni, będę przychodził od razu po szkole, pasuje panu?  — Uśmiechnąłem się zadowolony, plan był, wystarczyło go zrealizować. James i Heather będą płakać z powodu wkurzonego Mińskiego, ale dadzą radę, w dobroci im to wynagrodzę, może oddam jakieś ciasteczko owsiane. — Mogę zacząć od zaraz, musiałby mi tylko dyrektor ogarnąć jakieś pierdoły do sprzątania, wie pan, szmatki, płyny i inne głupoty.


— Święty i błogosławiony, gówniarzu — podsumowałem głośno, przewracając oczami. Smarkacz zauważyć tego nie mógł, ale w końcu wziął się do roboty. A że przy tym celowo stukał nadmiernie, rzępolił jak tylko się dało i dosyć wyraźnie dawał do zrozumienia, że to niekoniecznie jego wymarzone zajęcie na ten dzień. Trzeba było się dobrze zachowywać, bachorze, a nie mi tutaj teraz stękać i parskać nad uchem.
—Wszystko jest w biurku. — Machnąłem ręką w kierunku mebla.


Wkurzony do granic możliwości złapałem wszystkie potrzebne rzeczy i zabrałem się do pracy. Fakt faktem, kurze były pościerane tak, że momentami tworzyły szachownicę, książki odłożyłem niealfabetycznie, a drewno nie błyszczało wystarczająco z powodu pomylenia dwóch różnych płynów, ale to nic. Ważne, że posiedzę tu trochę, poudaję i zniknę. Ewentualnie zrobię to porządnie w nocy, gdy nie będzie tu tego denerwującego faceta, to będzie najlepszy pomysł. Po godzinie robienia wszystkiego, ale niczego, odłożyłem wszystko i skierowałem się do wyjścia. 
— Wrócę jak pana tu nie będzie, nie chcę przeszkadzać — prychnąłem pod nosem i zamknąłem za sobą drzwi, głośno.



Dobra, to zdecydowanie nie był najlepszy dzień mojego życia. Nuda. Czysta, bezgraniczna w swoim jestestwie nuda, gdzie niczego nie dało się zrobić, byle tylko nie czuć idiotycznego ssania w żołądku i pustki w mózgu. Chciałem już zawołać Estrell, żeby w końcu ruszyła się po obiad, ale, oczywiście, tego dnia musiała wziąć wolne. Krążyłem po gabinecie, szukając czegokolwiek do zajęcia myśli. W końcu zrezygnowany rozłożyłem się wygodnie z książką na kanapie, otwierając butelkę wina. Durna smarkateria, znowu w cholerę papierów do pisania, jakby bachory same nie mogły tego z sekretarką załatwić. I właśnie wtedy usłyszałem pukanie do drzwi.



Nie czekając na odpowiedź wparowałem do pomieszczenia, rozglądając się. Gdzie on do mógł się podziać. — Zgubiłem telefon, pewnie gdzieś tu jest, niech sobie pan dyrektor nie przeszkadza. —Machnąłem ręką, kierując się do regałów, nic, obok biurka i dokumentów też nic. To jakiś słaby żart? Nie był ani trochę śmieszny. — Musi gdzieś leżeć... — mruczałem pod nosem, a potem spojrzałem na na kanapę. Był, tyle, że o zgrozo, prawie pod nią, obok jednej z przednich nóg. W kilku susach stanąłem obok kanapy i wypiąłem się pochylając po przedmiot. — Chyba nie powinien pan pić wina w trakcie pracy? Elfickie?


Westchnąłem głośno, gdy bezpardonowo do pokoju wbił nieogarnięty, jak zresztą każdy z tych bachorów, smarkacz. Zmrużyłem oczy, orientując się, że to dzieciak od sprzątania gabinetu. 
— Pukać nauczyli, czekać na pozwolenie już nie? — warknąłem głośno, widząc jak bezceremonialnie rozpoczyna jakieś dziwaczne poszukiwania niewiadomo-czego. Miałem coś zaraz dodać o zarzucaniu tyłkiem w kierunku członka grona pedagogicznego, gdy chłopak wstał żwawo, trzymając w dłoniach komórkę. A w sumie? I tak się nudziłem.
— Z miodem. Nie krępuj się. — Machnąłem dłonią w kierunku kieliszków i karafki.


— Czy proponowanie alkoholu nieletnim albo picie w pracy nie jest przypadkiem nadużyciem? Zresztą, skoro pan proponuje. — Wzruszyłem ramionami, w zasadzie to w tej kwestii byłem grzeczny i nigdy nie piłem, ale w końcu musi być ten pierwszy raz, prawda? Nadałem zaledwie pół kieliszka wina, a potem odepchnąłem nogi mężczyzny z kanapy i usiadłem na tym miejscu, skoro zaproponował to relacja uczeń-dyrektor chyba przestała na razie istnieć. Upiłem mały łyk, a potem kolejny, trochę większy, było okej, w zasadzie to podniebienie siedemnastolatka gówno wiedziało o winach, ale było naprawdę w porządku. Zanim się obejrzałem kieliszek okazał się pusty, a mój wzrok trafił na twarz Mińskiego, mógłby pozwolić na jeszcze.


– Przed AWU istniało tylko pięć uczelni, myślisz, że tam były jakiekolwiek regulaminy? – prychnąłem, upijając łyk niebiańskiego nektaru, przez niektórych zwanego elfim winem. Uwielbiałem, kochałem, zwłaszcza od elfów z Verneu, miód jedynie podsycał słodko-gorzką mieszankę sfermentowanego soku winogronowego. 
– Na Cesarza, naprawdę nie umiesz pić, prawda? – spytałem, przyglądając się jak wychyla za kołnierz cały kieliszek.


— Um, właściwie to nigdy nie piłem, chyba, że podkradanie łyka piwa od ojca się liczy. —odpowiedziałem zgodnie z prawdą i odetchnąłem cicho czując ciepło na policzkach, serio? Po zaledwie połowie kieliszka? A znajomi prosili "Wypij z nami, naucz się dzieciaku!".
Jakbym nie mógł ich po prostu posłuchać i nie martwić się o swój tyłek i zachowanie.  — A to źle? — Pochyliłem się w jego stronę zaraz wyciągając kieliszek przed siebie.


Westchnąłem głośno, zastanawiając się co za przykurcze trafiają do tej szkoły. Nie nastawiałem się na analfabetów, abstynentów i inne osobniki, które nie tknęły prawdziwego życia. Gdzie takie bachory się jeszcze chowają? 
— A opowiadasz mi swoją historię życia i wszystkich przygód alkoholowych, bo? — Jedna z moich brwi podjechała do góry. — Bardzo. Dzisiejsze bachory w ogóle nie delektują się smakiem — parsknąłem.


— Śmiej się, śmiej. Jeszcze zobaczysz, będziesz mnie musiał tu znosić przez całe dłuuugie cztery lata, o! — Zaśmiałem się jak idiota. O czym ja w ogóle mówiłem? Albo nie mówiłem? Mniejsza o to. — To jak, panie Miński, dostanę jeszcze troszkę? — Przysunąłem się bliżej kładąc brodę na jego zgiętych kolanach i ułożyłem usta w najbardziej idiotyczną, smutną minę jaka mogła powstać. —Więc? — Podsunąłem kieliszek jeszcze bliżej. — Panie Miński... — Kontynuowałem.



— Cztery lata mogą być bardzo krótkim okresem — mruknąłem, upijając kolejny łyk wina. Różne sposoby, różne machlojki, jedna lepsza od drugiej. Jedne miejsca mają schody i okna. A my mamy przecież bardzo wysokie budynki, a wśród uczniów zdarzają się drobne wypadki, jak dla przykładu samobójstwa. Ktoś się poślizgnie na dachu, ktoś upadnie i tak dalej, i tak dalej. Jeden bachor w tą czy w tamtą, nikt nawet nie zwróci uwagi. Powstrzymałem odruch drgnięcia, gdy poczułem napór na moje kolana. Westchnąłem głośno, co stało się już chyba moją małą tradycją. — Podaj karafkę, naleję nam. — Zerknąłem na stan własnego kieliszka, który wręcz błagał o dolewkę.


— Cztery lata to wystarczająco aby wszystkich zdenerwować. — Sięgnąłem po karafkę tak jak polecił, pełną smacznego alkoholu, w końcu co innego mam powiedzieć po kilku dużych łykach? Z iskierkami w oczach patrzyłem jak kieliszek ponownie się napełnia, a zaraz potem postanowiłem zwolnić tempa. Może faktycznie lepiej pić je na spokojnie? 
— Wygląda na to, że każdy uczeń z osobna denerwuje naszego jakże miłego dyrektorka. Dlaczego tu pracujesz, skoro jest tak tragicznie? — zagadnąłem, zupełnie zapominając o jakichkolwiek zwrotach grzecznościowych i upiłem łyk wina. Przecież mnie za to nie zabije. Chyba.


— I wystarczająco dużo, żeby narobić sobie wrogów — powiedziałem, mrużąc oczy. Chłopak podał mi karafkę, a następnie nalałem nam obu do pełna, odstawiając naczynie na podłogę, doskonale wiedząc, że jeżeli postawię go gdzieś dalej, nie będzie mi się chciało po niego wstać. Zdecydowanie, alkohol mnie jeszcze bardziej rozleniwiał. 
— Wszyscy jesteście bachorami — potwierdziłem, wzruszając ramionami. — Bo dobrze płacą? Bo były braki kadrowe? — Przewróciłem oczami, ignorując zbytnią swobodę w wypowiedzi chłopaka. Ostatecznie, właśnie piłem z uczniem. Bardziej tej granicy nie dało się zatrzeć.


— Spokojnie, wrogów już mam, i nie tylko w szkole.  — Wzruszyłem ramionami. Zdążyłem przewinąć się przez tyle miejsc, że kolejne osoby są mi obojętne.  — A dyrektorek ile ma lat skoro my jesteśmy bachorami? Na starego nie wyglądasz, pewnie coś po trzydziestce. — Oblizałem wargi, rozsiadając się wygodnie.  — Za przystojny na więcej. — Dodałem pod nosem, niewiele myśląc, a zaraz potem wróciłem do poprzedniej pozycji. Opieranie się o kolana mężczyzny i przyglądanie się mu było i wiele ciekawsze niż bezczynne siedzenie.


— Twoje skłonności do działań samobójczych nie wiem czy mnie przerażają, czy bardziej mnie bawią — powiedziałem z rozbawieniem, upijając kolejne kilka łyków wina. — Trzydzieści trzy, smarkaczu, równie dobrze mógłbym być w waszym wieku, a i tak stanowilibyście echo nieudanej ewolucji. — Zignorowałem dalszy fragment wypowiedzi chłopaka, a właściwie chciałem. Szybko zmieniam zdanie po alkoholu, zły kierunek, Mińsk. — Próbuj zdobywać punkty dalej, nadal masz szlaban do odrobienia — prychnąłem.


— Oh, daj spokój z tym wrogim nastawieniem. Wcale nie jesteśmy tacy źli i okropni, okej? Nauka to nie wszystko, a doświadczenie w życiu można zdobyć z czasem. — U piłem dużo większy łyk niż poprzednie i odstawiłem kieliszek. Mi już dzisiaj zdecydowanie wystarczy, dopóki kontaktuje jakkolwiek i myślę nad tym co robię, chyba. Przyglądałem się blondwłosemu jeszcze przez chwilę, a potem objąłem jego nogi dłońmi, nie wiadomo czemu. — Może nikt Pana Mińskiego nie chce i najzwyczajniej jest sfrustrowanym facetem, huh? — Uśmiechnąłem się szeroko, drapiąc paznokciami jego uda w miejscu gdzie trzymałem dłonie.

— Jesteście — zaprzeczyłem, mrużąc oczy. —  Wszyscy, bez wyjątku. Któryś podrzucił mi nawet rzeczy do biurka. W was jest więcej z małp, niż ludzi — wytknąłem. A dalsze wydarzenia zamknęły się w ułamkach sekund. Słowa gówniarza, jego dłonie na moich udach, zdecydowanie prosił praktycznie o porządne lanie. Kieliszek upadł na podłogę ze stukotem, tocząc się po podłodze i rozlewając czerwony płyn na dywan. Chłopak leżał pode mną, mrugając ze zdziwieniem. Jego ręce trzymałem w żelaznym uścisku, przytrzymując przy zagłówku kanapy.
— Dlatego dzieci nie piją — parsknąłem. 

— Nie jestem dzieckiem — fuknąłem, ale w ciągu chwili uśmiech zszedł mi z twarzy zastąpiony zdziwieniem i niepewnością. To nie do końca tak miało wyjść, chciałem się tylko droczyć, a znowu wpakowałem się w kłopoty. Ale w końcu nie mogę pokazać słabości, prawda? Pokazanie ich to przegrana, a tym razem nie zamierzałem przegrać. — Nie wyglądasz na kogoś komu przeszkadzałaby ta sytuacja, dyrektorku. — Poprzednią minę zastąpiłem kokieteryjnym uśmiechem. Raz się żyje, a ja nawet nie miałem pojęcia czy to co się dzieje na pewno jest rzeczywistością.


— Jesteś — prychnąłem, puszczając dłonie chłopaka i odsuwając się. Alohol alkoholem, ale wolałem, żeby Tyrion nie posądził mnie później o molestowanie uczniów i zaawansowane stadium pedofilii. — W miarę ładny osobnik pode mną zawsze jest mile widziany, smarkatość schodzi na drugi plan — dodałem.


— Więc na co czekasz? Podobno do brzydkich nie należę. — zmrużyłem oczy, przyglądając się mu uważnie. — Przecież nikt tu nie zajrzy, co nie? I nikt nie musi wiedzieć. — Ułożyłem dłoń na lewym ramieniu mężczyzny i przesunąłem ją aż na brzuch, czując pod palcami mięśnie. Co ja robię?


— Podobno. — Zauważyłem z rozbawieniem, wstając. Ruszyłem po nową szklankę, którą już po chwili napełniałem winem. Zerknąłem na oburzonego chłopaka.  — Nikt nie musi wiedzieć także, jeżeli nie będzie niczego — prychnąłem.


— Więc niby jesteś taki grzeczny, że nie skorzystasz? Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Prawda... Adam? Dawno nie spotkałem kogoś z tym imieniem. Adam, Adam, Adam... — Zacząłem powtarzać, a gdy ten usiadł, od razu usiadłem blisko niego i ułożyłem głowę na jego ramieniu, korzystając z okazji, że jeszcze się nie położył.


— Tego nie powiedziałem — wymamrotałem, upijając kolejny łyk wina. — Inną kwestią jest posiadania pod sobą pijanego nastolatka, nie sądzisz, że to zmienia postać rzeczy? — powiedziałem, siadając obok chłopaka, który zaraz przybliżył się jeszcze bardziej. Przysięgam, lepił się jak małpka. Bardzo smarkata małpka.


— Myślę, że to nic nie zmienia i chętnie skorzystasz. I vice versa, Miński. — Objąłem go dłońmi, chowając twarz w szyi mężczyzny. — Adam... — mruknąłem cicho, trącając jedno miejsce nosem kilka razy. Nie mam pojęcia co robię, ale nie zamierzałem przestać, zdecydowanie mi siłę to podobało.


— Już to widzę — prychnąłem, ale już po chwili odwróciłem się, odkładając kieliszek na biurko. Tym razem wolałem nie zapaskudził podłogi. Następnie wróciłem myślami do chłopaka, wyciągając dłoń i zanurzając ją w jego włosach. Nie dość, że gówniarz, to jeszcze kurdupel.


Uśmiechnąłem się szeroko i zwycięsko. Uległ mojemu urokowi, dokładnie o to chodziło. Złapałem za szlufki jego spodni, sadzając go na kanapie, a zaraz potem usiadłem na udach mężczyzny okrakiem.  Moje dłonie trafiły na tors Mińskiego, gładząc go wzdłuż i wszerz, a ja głupi, zamiast patrzeć na jego reakcje dokładnie, przyglądałem się ciału schowanemu pod koszulą. — Nie spodziewałem się, że leniwy dyrektorem będzie miał mięśnie, ciekawe.


Dzieciak zdecydowanie był nazbyt entuzjastyczny, co dało się wyczuć zarówno w jego ruchach, jak i zwycięskim uśmiechu, który wpłynął na jego twarz. Zabawne, już się cieszyć, a nawet jeszcze właściwie nie zaczął. Tyle bodźców, tyle czynników, które jeszcze mogą zmienić przyjemne, alkoholowe rozdrażnienie w cierpki, szorstki ból, który otępia do granicy wytrzymałości. Dałem się posadzić na kanapie, stwierdzając, że bachor poczuł się jeszcze bardziej swobodnie.


Kontynuowałem dokładnie lustrowanie wzrokiem ciała Mińskiego cały czas gładząc tors, a momentami moje dłonie uciekały na biodra i plecy mężczyzny. — Nie bądź taką kłodą, Adam... — parsknąłem i ucałowałem miejsce zaraz nad kołnierzem koszuli, bez skrupułów całując je, a potem przygryzając, chyba mnie za to nie uderzy?


To zdecydowanie powinno zaliczać się do igrania z ogniem. Ruchy chłopaka były niecierpliwe, pośpieszne, a przy tym wydawały się być jedynie dziecięcą igraszką. Westchnąłem z poirytowaniem, popychając chłopaka w kierunku ściany, następnie dociskając go do niej.


Uśmiechnąłem się do niego jak na zawołanie starając się wyzbyć ochoty wierzgania nogami, byłoby zabawnie. "Dyrektor stał się bezpłodny w trakcie upijania ucznia." Idealnie. — Zamierzasz się bawić w kotka i myszkę czy w końcu udowodnisz, że faktycznie jesteś dorosłym facetem, huh? — Przygryzłem wargę cały czas się mu uważnie przyglądając. — No dalej, chyba nie chcesz zmarnować okazji, dyrektorku?


— Takie te dzieci dzisiejsze głupie — mruknąłem, zabierając się za badanie niezbadanegosą dotąd terenu, jakim była szyja chłopaka. Skubałem skórę, podgryzałem ją w kilku miejscach, prawie do krwi, żeby zaraz po tym polizać obolałe miejsce szorstkim językiem. Nie wątpiłem, że jutro smarkacz obudzi się z kilkoma, lekko bolącymi, siniakami. Nie było to delikatne ani szczególnie gwałtowne, ale zdecydowanie było w tym więcej zębów i kary, aniżeli śliny i zabawy.


Syknąłem głośno gdy tylko zaczął przygryzać mocniej skórę, co on sobie kurwa wyobrażał? Nie musiał być tak brutalny, pieprzony dyrektorek. Nie minęło nawet pół minuty, a westchnąłem cicho  mrużąc oczy, a dłońmi wyjąłem koszulę z jego spodni, żeby zaraz wsunąć chłodne dłonie pod nią i móc teraz bez problemu wymacać go po gołej skórze, i o matko Cesarzowa, nie mogąc się powstrzymać od razu zacząłem ją odpinać co chwilę wzdychając, a nawet raz czy dwa cicho jęcząc, na uczucie zębów i języka na skórze.


Bachor reagował nadzwyczaj entuzjastycznie, dobry ruch, rozpinanie mojej koszuli szło mu nadzwyczaj sprawnie. W tym czasie mogłem zrobić mu jeden czy dwa siniaki, stopniowo przechodząc z szyi na punkt zgięcia między nią a ramionami, upewniając się, że przyszłe malinki będą zakryte przez koszulkę. 
— Sam się o to prosiłeś  — zauważyłem z rozbawieniem, słysząc spóźnione syknięcie, które szybko zastąpione zostało przez pojedyncze jęki.


— Przecież nie narzekam, o co ci chodzi? — Skończyłem rozpinać koszulę więc uważnie zlustrowałem wzrokiem jego tors prawie się zapowietrzając, a gdy tylko wszystkie czynności życiowe do mnie wróciły zsunąłem ją z ramion uprzednio rozpinając jeszcze mankiety, nie chciałem jej przecież zniszczyć.


— Właśnie słyszę — prychnąłem, decydując się przejść do następnego etapu. Ostatecznie i tak starałem się nie być nazbyt brutalny, a chłopakowi należało się za całą akcję, jaką tutaj odwalał. Ściągnąłem jego koszulkę, prawie rozrywając ją przy omijaniu głowy chłopaka, a następnie przeniosłem się z poprzednią czynnością na jego obojczyki.


Przez chwilę przemknęło przez głowę pytanie co ja takiego wyrabiam, ale szybko je odrzuciłem i błądząc dłońmi po jego ciele dotarłem aż do zamka spodni od razu go rozpinając, a z moich ust wydobył się kolejny, tym razem głośniejszy, jęk. Nie czekając na kolejne ruchu starszego zniecierpliwiony szybko uporałem się z zamkiem i zsunąłem materiał na tyle, żeby bezwstydnie zacząć pocierać jego penisa dłonią przez materiał bielizny. Igrałem z pieprzonym diabłem, a nie ogniem.


Smarkacz, bachor, idiota, który zachowywał się jak najzwyklejszy w świecie prawiczek. Przemknęło mi nawet przez myśl, czy to aby nie jego pierwsze doświadczenie seksualne. Jego dłonie ochoczo wędrowały po moim ciele, ale doskonale zdawałem sobie sprawę z niepewności, jaka kryła się w tych ruchach, jakby właściciel rąk był nieprzyzwyczajony do użycia ich w ten konkretny sposób. Pierdolić, dzieciak sam na to zasłużył. Porwałem jego dłonie, przyszpilając je nad głową chłopaka, mocniej przyciskając jego ciało do ściany. W międzyczasie przeszedłem ustami z obojczyków chłopaka na jego sutki, skubiąc zębami brodawki, zostawiając szlak malinek, siniaków i ugryzień na jego torsie.


Syknąłem głośno nie do końca wiedząc czy była to reakcja na uścisk nadgarstków czy może kolejne zabawy z zębami ze strony Mińskiego. Ramiona bolały, szyja i tors szczypały w coraz to nowszych miejscach, nogi prawie się pode mną uginały, a ten dupek zwracał uwagę tylko na ciebie i bawił się dla swojej uciechy. — Puść, du... —warknęłam, ale zaraz kolejne słowa stłumiło głośne westchnięcie, co on ze mną wyrabiał?
— Zająłbyś się wreszcie czymś innym niż tylko tym durnym gryzieniem, próbujesz przeciągać? —prychnąłem uśmiechając się do niego zadziornie, mógłby wreszcie zrobić coś innego.


Chłopak na przemian syczał, wzdychał i jęczał, co było dosyć miłą dla ucha mieszanką, chociaż wolałbym, jakby przestał bachorzyć na wszystkie możliwe sposoby. Przycisnąłem go mocniej do ściany, wciskając kolano w szparę pomiędzy nogami chłopaka i ocierając je o jego penisa przez materiał spodni. Kolejny jęk wyciśnięty z chłopaka zabarwił się niecierpliwością, co potwierdzały jego kolejne słowa.
— Naprawdę widać, że jesteś dzieckiem — podsumowałem, przewracając oczyma, ale zająłem się rozpinaniem paska chłopaka.


— Więc może po prostu przestań mi to wypominać i naucz mnie wszystkiego? — Jęknąłem po raz kolejny gdzieś na początku zdania, a potem jeszcze ze trzy razy. Jęcząca, zarumieniona kupka niemożliwych do rozpoznania emocji, świetnie. —Chyba, że nie chcesz, wtedy mogę sobie iść i udawać, że nic się nie stało. — Korzystając z okazji, że ten nie trzymał moich nadgarstków zarzuciłem ręce na jego kark drapiąc go w jego tył.


— Tyle ględzenia, że nie wiem, czy nie zacząć od teorii — parsknąłem. Jednym palcem zacząłem gładzić penisa chłopaka przez bokserki, delikatnie wodząc paznokciem po najwrażliwszych miejscach. Kolejne jęki chłopaka zaczynał być coraz głośniejsze. — Sądząc po twoich reakcjach, sam raczej wolałbyś zostać.


— Zawsze mogę znaleźć sobie kogoś innego, a nie dać się bez skrupułów obmacywać dyrektorowi szkoły. — Wciągnąłem gwałtownie powietrze w płuca, żeby po chwili równie gwałtownie odetchnąć co chwilę pojękując. Nadal drapiąc jego kark, momentami może trochę mocniej, zadarłem głowę do góry dłońmi pochylając dodatkowo jego głowę i pocałowałem go niewiele myśląc, niech mnie tylko nie uderzy.


— Mówisz, jakbyś miał z tym problemy — prychnąłem, trzema palcami zaczynając ściskać penisa chłopaka. Wydobyłem go z bokserek, paznokciem śledząc linie jednej z bardziej wypukłych żył. Ochoczo oddałem pocałunek, stwierdzając, że chłopaka zdecydowanie trzeba nauczyć całować. Ugryzłem go w dolną wargę, sprawiając, że otworzył usta. 


Jęknąłem w jego usta, raz, może dwa albo i sześć, kto by to liczył do cholery. Penis boleśnie pulsował, nogi dygotały mi jakbym zaraz miał upaść, a spocony Miński przede mną ani trochę mi w tym wszystkim nie pomagał. Posłusznie rozchyliłem wargi ochoczo przyjmując język, który od razu wpadł w gości.

Palce docisnąłem do czubka penisa, upewniając się, że nie zranię przy tym smarkacza. Ostatecznie pobudzony organ był mocno nadwrażliwy, dlatego oderwałem usta od gówniarza, drugą dłoń wykorzystując do delikatnego pogładzenia go po biodrze i pośladku. 

— M-możesz już przestać się bawić? Proszę — jęknąłem i parłem głowę o tors Adama mocniej przytrzymując się dłońmi. Długo jeszcze zamierzał tylko całować i drażnić mnie ręką? To nie na moje nerwy, do cholery. —I nie rzucaj tymi swoimi durnymi uwagami o dzieciakach — warknąłem zły, a między słowami jęknąłem kolejne kilka razy.


To był jeden, krótki moment zawahania, pomiędzy zostawieniem chłopaka w spokoju a kontynuowaniem naszej obecnej zabawy. Ostatecznie przycisnąłem go jeszcze mocniej do ściany, dociskając lewą dłonią ręce Alexa nad jego głową, chłonąc wzrokiem obsceniczny widok. Wyglądał bardziej jak uparta dziwka, aniżeli dziewiczy nastolatek. Zamrugałem kilkukrotnie, słysząc, że gówniarz ucichł i tylko dyszał swobodnie, spuszczając wzrok. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała, eksponując nadwrażliwe sutki. Zjechałem nieco głową w dół, zaciskając zęby na lewej brodawce, jednocześnie obciągając kciukiem napletek chłopaka. Potarłem dziurkę na czubku penisa, prychając na dźwięk głośnego sapnięcia ze strony smarkacza. 
— Wyglądasz jak kurwa — mruknąłem, oddychając przeciągle i wydychając powietrze na napięty brzuch chłopaka.
Zacząłem mu ociągać, szybkimi, wręcz mechanicznymi ruchami, puszczając jego ręce, które zaraz oplotły moją szyję. Skupiłem się na gwałtownych, niedbałych pociągnięciach, wymuszając z dzieciaka kolejne westchnienia, sapnięcia i okoliczne języki, które od czasu do czasy wydobywały się z tych grzesznych ust. A jakby to tak na kasetę nagrać...? 
— Innym razem, zdecydowanie — mruknąłem cicho, sam do siebie, a smarkacz spojrzał na mnie z niezrozumieniem, ale szybki, mocny uścisk na wrażliwym narządzie skutecznie odegnał od niego chęć pytania. 
— Nie baw się — prychnął, wyginając plecy i odchylając głowę do tyłu.
— Smarkacz — odparłem z rozbawieniem, z zadowoleniem dostrzegając, że to jeszcze bardziej go zirytowało. — Uważaj — ostrzegłem, puszczając chłopaka, który na miękkich nogach wylądował na podłodze. Złapanie równowagi poszło mu kiepsko, pochylił się zanadto w przód, gdyby nie moja dłoń na jego ramieniu i ręce chłopaka, które dosięgły ściany, zarobiłby glebę. Odsunąłem się na moment, rozglądając się wokoło. Nawilżenie, jakiegokolwiek, gdziekolwiek?
.
.
.
.
.
.
template by oreuis