No i wlepiła we mnie te czyste, błękitne oczęta, w których ponownie się utopiłem, przy okazji jedynie siląc się na błogi uśmiech, bo chyba nie było co się krzywić, czy uciekać. Do tego lekko się zarumieniła, dosłownie lekko, pozwalając subtelnemu różowi wlać się na policzki, uszy, może nieco ściekając przy okazji na szyję, jednak w zdecydowanie śladowych ilościach. Oczywiście wszystko z wisienką na torcie w postaci delikatnego uśmiechu, który zawirował na pełnych, utrzymanych w ładnym kształcie, ustach.
I na chwilkę zamilkła. Oboje zamilknęliśmy, po prostu się na siebie lampiąc, jak cielaki na malowane wrota.
— Pewnie — rzuciła w końcu, powoli się wybudzając i nieco żywiej łypiąc tymi ładnymi oczami. Pokiwałem głową, zdecydowanie ukontentowany tą odpowiedzią, a już za chwilę dotarła do mnie reszta wypowiedzi — uhm, pasowałby ci koniec tego tygodnia? Albo jakiś dzień w przyszłym? — dopytała.
— Jestem cały do twojej dyspozycji, Heather — odparłem, przypominając sobie, jak przeszliśmy na per „ty”, bo czułem się staro. Przynajmniej na pamiętnej parapetówce, którą wspominam z supłem zawiązującym się gdzieś na przewodzie pokarmowym i ze względu na towarzyszące temu emocje, jak i chyba już wieczny wstyd, jaki miał się z tym łączyć. — Koniec tego tygodnia jak najbardziej mi pasuje — dodałem, orientując się, że za bardzo jej nie naprowadziłem, a do tego lekko się zawiesiłem, co nie powinno mieć miejsca.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amadeusz Julian Remus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amadeusz Julian Remus. Pokaż wszystkie posty
środa, 26 września 2018
niedziela, 23 września 2018
Karmimy raka [9]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Karmimy raka
Oczywiście Williams zareagowała na sytuację delikatnym uśmiechem, a później kwitując wszystko szybką gadką-szmatką na rzekomą poprawę humoru i tak dalej i tak dalej, wiadomo, o co chodzi, pitu sritu, lalala, cimcirimci i o czym ja, kurwa, mówię?
Patrząc na Heather, głupiałem. Od pierwszego dnia. Odkąd trafiłem do pierdolonej szkółki, to są już dobre trzy lata? Siły wyższe, Stwórco, czy coś tam, jaki ja już stary.
A po ustatkowaniu się wciąż ani widu, ani słychu. I chyba już nigdy nie miało być, tyle.
— Myśl pozytywnie, większość z nas wyfrunie w ciągu kolejnego rocznika. Już nie ma Jamesa Hopecrafta, Nivan pomknął też siną w dal, Foma tak samo. Jeszcze za nami zatęsknicie, bo po nas przyjdą jeszcze gorsze bachory — rzuciła, szczerząc się, pięknie się szczerząc, pokazując wszystkie ząbki i olśniewając swoją skromną osóbką.
Pierdolę, jak ja byłem nią onieśmielony, kurwa, szczeniak bez mózgu, nastawiony tylko na uganianie się z wywalonym jęzorem za swoją panią życia.
— Które będą wnerwiać również panią profesor Williams w przyszłości. Poza tym, siostry mamy się w końcu spodziewać w przyszłości?
— Jeden Miracles tutaj nie starczy? — Krótki dialog między dyrkiem, a Williams przeszedł mi jakoś mimo uszu, nie zwróciłem nawet na niego większej uwagi, to on się w ogóle odbył? Nic nie pamiętam, unoszę łapki i wzdycham, tyle, nic tu po mnie.
— Wyjdziemy kiedyś na kawę? — spytałem, gdy Mińsk wdał się w jakąś dyskusję, jednostronną oczywiście, z Miśką.
Patrząc na Heather, głupiałem. Od pierwszego dnia. Odkąd trafiłem do pierdolonej szkółki, to są już dobre trzy lata? Siły wyższe, Stwórco, czy coś tam, jaki ja już stary.
A po ustatkowaniu się wciąż ani widu, ani słychu. I chyba już nigdy nie miało być, tyle.
— Myśl pozytywnie, większość z nas wyfrunie w ciągu kolejnego rocznika. Już nie ma Jamesa Hopecrafta, Nivan pomknął też siną w dal, Foma tak samo. Jeszcze za nami zatęsknicie, bo po nas przyjdą jeszcze gorsze bachory — rzuciła, szczerząc się, pięknie się szczerząc, pokazując wszystkie ząbki i olśniewając swoją skromną osóbką.
Pierdolę, jak ja byłem nią onieśmielony, kurwa, szczeniak bez mózgu, nastawiony tylko na uganianie się z wywalonym jęzorem za swoją panią życia.
— Które będą wnerwiać również panią profesor Williams w przyszłości. Poza tym, siostry mamy się w końcu spodziewać w przyszłości?
— Jeden Miracles tutaj nie starczy? — Krótki dialog między dyrkiem, a Williams przeszedł mi jakoś mimo uszu, nie zwróciłem nawet na niego większej uwagi, to on się w ogóle odbył? Nic nie pamiętam, unoszę łapki i wzdycham, tyle, nic tu po mnie.
— Wyjdziemy kiedyś na kawę? — spytałem, gdy Mińsk wdał się w jakąś dyskusję, jednostronną oczywiście, z Miśką.
czwartek, 20 września 2018
Karmimy raka [7]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Karmimy raka
Zaszczycił nas krótkim „Witam, witam”, zmęczonym spojrzeniem i zwinnymi palcami, które szybko podkradły od Miśki jednego papierosa, cygaro, czy co to tam innego mogło być, naprawdę, powtarzam, naprawdę nie miałem ochoty wiedzieć, co to tam w sobie zawiera i jak bardzo dewastuje to płuca, po prostu nie, poddawałem się, unosiłem dłonie i cicho wzdychałem.
Leonid wyglądał, jakby coś go tak z przynajmniej pięć razy przejechało i wcale mu się nie dziwiłem. Patrząc na kadrę, czy nawet sam stan rzeczy pozaszkolnych sam już dawno dostałbym korby.
Ba i bez tego już mną pierdolnęło na wszystkie możliwe sposoby.
— Akademik nowy dostaniecie. A wy mieszkania — burczał, cholera wie w sumie, do kogo. Prawdopodobnie sam do siebie. — A mi tu kuratorium jakieś dzikie przyklepią, jakbym ja nianiek dodatkowo potrzebował, wiecie wy co. Kurwy sromotne na tych stołkach z biurokracji siedzą, nie ma co. Jakby mnie stać na to wszystko było, o nerwach nie wspomnę. Przyjeżdża Cesarza syn. Ładnie się zachowywać mi wszyscy macie, bo to gówniarz i smarkacz, ale przyszły Cesarz będzie, trzeba wyrabiać kontakty.
Uniosłem brwi, słysząc to krótkie obwieszczenie i losie, jeszcze tego nam brakuje, rozjuszony i rozpuszczony jak dziadowski bicz chłopaczyna, przed którym mają padać narody.
— Jeszcze czego nam tutaj brakuje, nie dość nam gówniarzerii? — jęknąłem cicho, strzepując papierosa.
Leonid wyglądał, jakby coś go tak z przynajmniej pięć razy przejechało i wcale mu się nie dziwiłem. Patrząc na kadrę, czy nawet sam stan rzeczy pozaszkolnych sam już dawno dostałbym korby.
Ba i bez tego już mną pierdolnęło na wszystkie możliwe sposoby.
— Akademik nowy dostaniecie. A wy mieszkania — burczał, cholera wie w sumie, do kogo. Prawdopodobnie sam do siebie. — A mi tu kuratorium jakieś dzikie przyklepią, jakbym ja nianiek dodatkowo potrzebował, wiecie wy co. Kurwy sromotne na tych stołkach z biurokracji siedzą, nie ma co. Jakby mnie stać na to wszystko było, o nerwach nie wspomnę. Przyjeżdża Cesarza syn. Ładnie się zachowywać mi wszyscy macie, bo to gówniarz i smarkacz, ale przyszły Cesarz będzie, trzeba wyrabiać kontakty.
Uniosłem brwi, słysząc to krótkie obwieszczenie i losie, jeszcze tego nam brakuje, rozjuszony i rozpuszczony jak dziadowski bicz chłopaczyna, przed którym mają padać narody.
— Jeszcze czego nam tutaj brakuje, nie dość nam gówniarzerii? — jęknąłem cicho, strzepując papierosa.
środa, 12 września 2018
Karmimy raka [5]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Karmimy raka
— Na pocieszenie, oni co najwyżej szanują tylko Connora i to wyłącznie dlatego, że po zamknięciu stołówki Pan Skrzacik jest ostatnią szansą na zdobycie pożywienia. No i jest pewność, że przynajmniej on nie będzie chciał ciebie otruć, co nie można powiedzieć o fasolce po bretońsku, którą podali w zeszły czwartek. Jestem prawie pewna, że przynajmniej ćwierć mojego rocznika wylądowała u pielęgniarza — odparła tak najzwyczajniej w świecie, a następnie prawdopodobnie ostatni raz zaciągnęła się tym mniej lub bardziej niezidentyfikowanym towarem od pieprzniętej nastolatki. Dalej ciężko było mi dojść do tego, jakim cudem ten dzieciak był już pedagogiem, a chuj tam z tym wszystkim, naprawdę mniejsza, jeździła na niedźwiedziu, czego można było się spodziewać.
No i w sumie to cieszyłem się, że już kończyła tego szlugo-cygaro-cośka, bo im dłużej patrzyłem na stan jej twarzy i łzy w oczach, a także próby nieodkaszlnięcia zawartości, która znalazła się w jej płucach, to tym bardziej zastanawiałem się, czy aby na pewno powinienem się na to godzić.
— Z pełnią nie ma żadnego problemu, szepnij mi tylko gdzie i o której mam być — dodała jeszcze, zgniatając papierosa obcasem, pantoflem, czy czym tam innym, co miała na nogach.
No, a potem? No, a potem przyszedł pan i władca tego dobytku, alfa i omega szkoły, naczelny całego tego mentalnego burdelu.
Mińsk wydawał się być jeszcze bardziej sponiewierany przez życie, niż my wszyscy razem wzięci, no ale czego innego się tutaj spodziewać?
— Pewnie padnie przed zmierzchem przy niesławnej piwnicy, ale jeszcze ci dam znać, czy to konkretnie będzie to — mruknąłem, zerkając na mężczyznę. — Witam dyrektorze — dodałem, gdy znalazł się na tyle blisko, żeby usłyszeć, co mówię.
Przy innych? Nigdy nie powiedziałbym do niego Adasiu, srasiu czy inne gówno.
Dyrek to dyrek. Czy coś.
No i w sumie to cieszyłem się, że już kończyła tego szlugo-cygaro-cośka, bo im dłużej patrzyłem na stan jej twarzy i łzy w oczach, a także próby nieodkaszlnięcia zawartości, która znalazła się w jej płucach, to tym bardziej zastanawiałem się, czy aby na pewno powinienem się na to godzić.
— Z pełnią nie ma żadnego problemu, szepnij mi tylko gdzie i o której mam być — dodała jeszcze, zgniatając papierosa obcasem, pantoflem, czy czym tam innym, co miała na nogach.
No, a potem? No, a potem przyszedł pan i władca tego dobytku, alfa i omega szkoły, naczelny całego tego mentalnego burdelu.
Mińsk wydawał się być jeszcze bardziej sponiewierany przez życie, niż my wszyscy razem wzięci, no ale czego innego się tutaj spodziewać?
— Pewnie padnie przed zmierzchem przy niesławnej piwnicy, ale jeszcze ci dam znać, czy to konkretnie będzie to — mruknąłem, zerkając na mężczyznę. — Witam dyrektorze — dodałem, gdy znalazł się na tyle blisko, żeby usłyszeć, co mówię.
Przy innych? Nigdy nie powiedziałbym do niego Adasiu, srasiu czy inne gówno.
Dyrek to dyrek. Czy coś.
sobota, 1 września 2018
Karmimy raka [3]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Karmimy raka
Przyglądanie się i wysłuchiwanie całej konwersacji, która wywiązała się pomiędzy dwójką dziewuch, stanowiło nie lada atrakcję turystyczną i skuteczne zabicie nudy, tej co tak dziko wtargnęła do mojego życia, nie wiadomo, kiedy i nie wiadomo, jak. Jazdy na niedźwiedziu, psioczenie typem „Kali mieć, Kali kochać”, duszenie się dymem grubego, bezkształtnego papierocha i pogaduchy, bo tym pyszczki jakoś szczególnie zamknąć się nie chciały.
No, a ja jedynie sterczałem, nie mając najmniejszej ochoty wdawać się w konwersację, czy przerywać którejś z nich, bo obie zdecydowanie miały mocniejsze charaktery ode mnie, a jakoś nie za bardzo chciałem dostać ostrzegawcze spojrzenie, bo akurat wciąłem się w ważnym momencie gadania o... Bieganiu... Czy czymś tam.
Wysiłek fizyczny. Na co to komu? Cholesterol, tkanka tłuszczowa i powoli zanikające mięśnie. To jest symbol człowieka dwudziestego pierwszego wieku. Kurwa, zapuściłem się jak stary dziad.
— Wypraszam sobie bardzo, ja też biegam. Biegałam. Będę biegać. Kysz, pora wrócić do treningów faktycznie. Ty, Miśka, biegasz z miśkiem wielkości naszej altanki, nie ma szans, że wybiorę się z tobą na poranny jogging, ja do tego się nie zbliżę, dopóki mi nie przyniesiesz zaświadczenia, że zwierzę nie ma pcheł i zostało zaszczepione na wściekliznę, Cesarz mi świadkiem. A co tam u ciebie, Amek? — zapytała w pewnym momencie blondynka, na co ponownie wzruszyłem ramionami, ciężko wzdychając.
— Żyję, to się chyba liczy. Jak ma być, dalej dręczę typy dachów, truję płuca i liczę się z brakiem jakiegokolwiek szacunku. — Westchnąłem ciężko. — Jak to się mówi, byle do przodu. Swoją drogą, szybka prośba, byłabyś w stanie za tydzień popilnować mnie przy pełni? Strzyka mi w kościach, a dobrze się to nie zapowiada.
No, a ja jedynie sterczałem, nie mając najmniejszej ochoty wdawać się w konwersację, czy przerywać którejś z nich, bo obie zdecydowanie miały mocniejsze charaktery ode mnie, a jakoś nie za bardzo chciałem dostać ostrzegawcze spojrzenie, bo akurat wciąłem się w ważnym momencie gadania o... Bieganiu... Czy czymś tam.
Wysiłek fizyczny. Na co to komu? Cholesterol, tkanka tłuszczowa i powoli zanikające mięśnie. To jest symbol człowieka dwudziestego pierwszego wieku. Kurwa, zapuściłem się jak stary dziad.
— Wypraszam sobie bardzo, ja też biegam. Biegałam. Będę biegać. Kysz, pora wrócić do treningów faktycznie. Ty, Miśka, biegasz z miśkiem wielkości naszej altanki, nie ma szans, że wybiorę się z tobą na poranny jogging, ja do tego się nie zbliżę, dopóki mi nie przyniesiesz zaświadczenia, że zwierzę nie ma pcheł i zostało zaszczepione na wściekliznę, Cesarz mi świadkiem. A co tam u ciebie, Amek? — zapytała w pewnym momencie blondynka, na co ponownie wzruszyłem ramionami, ciężko wzdychając.
— Żyję, to się chyba liczy. Jak ma być, dalej dręczę typy dachów, truję płuca i liczę się z brakiem jakiegokolwiek szacunku. — Westchnąłem ciężko. — Jak to się mówi, byle do przodu. Swoją drogą, szybka prośba, byłabyś w stanie za tydzień popilnować mnie przy pełni? Strzyka mi w kościach, a dobrze się to nie zapowiada.
Karmimy raka [1]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Karmimy raka
Kolejna rada pedagogiczna. Ja, kurwa, pierdolę i nie mam zamiaru komentować tego jakoś inaczej, bo musiałoby mi coś paść na łeb, żebym zdecydował się w ogóle strzępić pysk na temat tego cyrkopodobnego przedsięwzięcia, które z rzekomo poważnymi spotkaniami, bo taką gadkę pewnie Mińsk wciskał Cesarzowi, bo wiecie wy, taka poważna placówka, jedna z najlepszych, poziom trzymamy panowie, tak, tak, nie miało nic wspólnego.
Gdy pierdolnięta od zielarstwa znowu zaczęła drzeć pomarszczoną japę o byle gówno, wykorzystałem wyćwiczoną już do perfekcji metodykę „spróbuj ułożyć jak najwyższą wieżę z długopisów twoich, jak i pedagogów obok”. Potem można było grać w jengę. Albo od razu przejść do bierek z Connorem. Co z tego, że raz kiedyś wymsknęło mi się głośne kurwa, za co potem dostałem ładne kazanie.
A jak nie to, to śmieszne filmiki z kotami pod stołem.
I wtedy stał się cud, bo Mińsk zarządził przerwę.
A ja w podskokach wyskoczyłem za Williams i Rowańcową, bo wiedziałem lepiej, niż ktokolwiek inny, że idą zajarać, a mnie samego zaczęło chyba coś powoli trafiać.
— Przysięgam, jeżeli ta stara babka jeszcze raz skomentuje to, że marnuję trzy milimetry każdej linijki, bo za daleko stawiam kropki w notatkach to jej strzelę — rzuciła Heather, gdy wszyscy znaleźliśmy się gdzieś na dworze, cholera wie gdzie.
W sumie nie wiedziałem, co czuję, ani do jednej, ani do drugiej.
Miszy się zdecydowanie bałem. Pieprznięte dziecko wychowane w dziczy, Tarzan dwudziestego pierwszego wieku, tyle że skrzyżowany z Terminatorem, Chuckiem Norrisem, czy kim innym.
— Pisz na kuralecie albo następnym razem wbij jej długopis w tchawicę. — Wzruszyłem ramionami, zajmując dłonie wiązaniem kucyka, dość niskiego, byle nie narazić zdecydowanie za długich włosów na podpalenie, bo byłem do tego zdolny.
Wyjąłem własne szlugi, wolałem nie ryzykować tworami Miśki.
— Jedno jest pewne, za mało nam za to wszystko płacą — mruknąłem z papierosem w zębach, chowając zapalniczkę do tylnej kieszeni spodni.
Gdy pierdolnięta od zielarstwa znowu zaczęła drzeć pomarszczoną japę o byle gówno, wykorzystałem wyćwiczoną już do perfekcji metodykę „spróbuj ułożyć jak najwyższą wieżę z długopisów twoich, jak i pedagogów obok”. Potem można było grać w jengę. Albo od razu przejść do bierek z Connorem. Co z tego, że raz kiedyś wymsknęło mi się głośne kurwa, za co potem dostałem ładne kazanie.
A jak nie to, to śmieszne filmiki z kotami pod stołem.
I wtedy stał się cud, bo Mińsk zarządził przerwę.
A ja w podskokach wyskoczyłem za Williams i Rowańcową, bo wiedziałem lepiej, niż ktokolwiek inny, że idą zajarać, a mnie samego zaczęło chyba coś powoli trafiać.
— Przysięgam, jeżeli ta stara babka jeszcze raz skomentuje to, że marnuję trzy milimetry każdej linijki, bo za daleko stawiam kropki w notatkach to jej strzelę — rzuciła Heather, gdy wszyscy znaleźliśmy się gdzieś na dworze, cholera wie gdzie.
W sumie nie wiedziałem, co czuję, ani do jednej, ani do drugiej.
Miszy się zdecydowanie bałem. Pieprznięte dziecko wychowane w dziczy, Tarzan dwudziestego pierwszego wieku, tyle że skrzyżowany z Terminatorem, Chuckiem Norrisem, czy kim innym.
— Pisz na kuralecie albo następnym razem wbij jej długopis w tchawicę. — Wzruszyłem ramionami, zajmując dłonie wiązaniem kucyka, dość niskiego, byle nie narazić zdecydowanie za długich włosów na podpalenie, bo byłem do tego zdolny.
Wyjąłem własne szlugi, wolałem nie ryzykować tworami Miśki.
— Jedno jest pewne, za mało nam za to wszystko płacą — mruknąłem z papierosem w zębach, chowając zapalniczkę do tylnej kieszeni spodni.
czwartek, 21 czerwca 2018
Przekleństwa przy dźwiękach gitary [5]
I ta mina mówiąca „o czym ty do cholery mówisz, stary dziadzie, daj mi że święty spokój i najlepiej weź, spierdalaj”. Och tak, czułem to, aż mi w kościach strzykało.
No i zaczęła sobie plumkać na gitarce, absolutnie ignorując to, co mówiłem, to, co tu robiłem i najpewniej to, że w ogóle istniałem, funkcjonowałem, żyłem, et cetera. Byłem zbyt miałki, zbyt ciepły, zbyt rozlazły, żeby ludzie zwracali na mnie uwagę i naprawdę nie pojmowałem, dlaczego ja jeszcze byłem nauczycielem. Chyba trzeba będzie wziąć się za siebie i albo zrezygnować z pracy, albo dotychczasowego stylu bycia i życia, które jak do tej pory za bardzo mi się nie opłacały. Wręcz przeciwnie, naprawdę.
— Tylko problemy z pamięcią, które nagle zaczęły mi przeszkadzać — odparła w pewnym momencie, po prostu zasuwając palcami po pudle rezonansowym, stukając, pukając. — Ale to się jakoś rozwiąże. Trochę poszukam, trochę poklnę, na czym świat stoi i jakoś będzie — mruknęła naprawdę nisko, naprawdę cicho i chyba żałowałem, że te wszystkie instynkty były aż tak wyczulone. — A pan jak się czuje? W zeszłym roku nie wyglądał pan najlepiej — spytała w pewnym momencie, zerkając na mnie i chyba, raczej, na pewno, wiedziałem, że to jednak jest w pewnym stopniu wymuszone, ale wzruszyłem ramionami i zdecydowałem się odpowiedzieć.
— Dziękuję, że panienka pyta, raczej dobrze, jeszcze dycham, więc to chyba wychodzi na plus, przynajmniej dla niektórych. Co tam za melodyjkę przygrywałaś?
No i zaczęła sobie plumkać na gitarce, absolutnie ignorując to, co mówiłem, to, co tu robiłem i najpewniej to, że w ogóle istniałem, funkcjonowałem, żyłem, et cetera. Byłem zbyt miałki, zbyt ciepły, zbyt rozlazły, żeby ludzie zwracali na mnie uwagę i naprawdę nie pojmowałem, dlaczego ja jeszcze byłem nauczycielem. Chyba trzeba będzie wziąć się za siebie i albo zrezygnować z pracy, albo dotychczasowego stylu bycia i życia, które jak do tej pory za bardzo mi się nie opłacały. Wręcz przeciwnie, naprawdę.
— Tylko problemy z pamięcią, które nagle zaczęły mi przeszkadzać — odparła w pewnym momencie, po prostu zasuwając palcami po pudle rezonansowym, stukając, pukając. — Ale to się jakoś rozwiąże. Trochę poszukam, trochę poklnę, na czym świat stoi i jakoś będzie — mruknęła naprawdę nisko, naprawdę cicho i chyba żałowałem, że te wszystkie instynkty były aż tak wyczulone. — A pan jak się czuje? W zeszłym roku nie wyglądał pan najlepiej — spytała w pewnym momencie, zerkając na mnie i chyba, raczej, na pewno, wiedziałem, że to jednak jest w pewnym stopniu wymuszone, ale wzruszyłem ramionami i zdecydowałem się odpowiedzieć.
— Dziękuję, że panienka pyta, raczej dobrze, jeszcze dycham, więc to chyba wychodzi na plus, przynajmniej dla niektórych. Co tam za melodyjkę przygrywałaś?
wtorek, 19 czerwca 2018
Przekleństwa przy dźwiękach gitary [3]
To spojrzenie i mina srającego na płocie kota, gdy wymacywała okulary na podłodze, nie zapowiadały niczego dobrego, ale co innego mogłem zrobić, jak przyjrzeć się nastolatce i założyć ręce na piersi.
— Przepraszam, nie sądziłam, że to pan mnie nastraszy, stawiałam bardziej na jakiegoś ucznia, dlatego z rozpędu poszła wiązanka — odparła z chrypą, na co pokiwałem głową z lekkim rozbawieniem. Dostałem kiedyś w pysk od gówniarza, kilka przekleństw raczej różnicy mi nie zrobi. — Brzdąkam, klnę na świat, takjakbynutypiszę… A dostać się dostałam za pomocą kluczy. Poprosiłam Varena, to mi dał.
Pokazała mi kluczyk, potrząsnęła nim i dokładnie zaprezentowała, jakby chcąc mnie w tym wszystkim upewnić.
— Poza tym sala muzyczna jest od tego, żeby w niej grać, prawda? Więc nie rozumiem, co takiego złego robię, szarpiąc struny.
Dzieciaki naprawdę zaczynały zmierzać w niebezpiecznie złym kierunku, bo patrząc na ich podejście do życia i aktualny stan psychiczny, człowiek naprawdę jest w stanie się zaniepokoić i zmartwić.
— Oczywiście, że jest od tego, żeby w niej grać, jednak wolałbym wiedzieć, kto i czy akurat ktoś w niej brzdąka. Potem coś się dzieje, nie daj bór, się coś popsuje i to ja, a nie wy macie problemy, bo nawet nie ma się kto przyznać, bo przecież wtedy w sali nikogo nie było. Też, że mu podorabialiśmy klucze i teraz wszystkim pożycza, trzeba będzie pogadać — mruknąłem już bardziej do siebie, odgarniając włosy do tyłu. — W każdym bądź razie. Coś się stało? — spytałem nieco delikatniejszym, czy tam wrażliwszym tonem.
Czemu ja jestem, kurwa pedagogiem.
— Przepraszam, nie sądziłam, że to pan mnie nastraszy, stawiałam bardziej na jakiegoś ucznia, dlatego z rozpędu poszła wiązanka — odparła z chrypą, na co pokiwałem głową z lekkim rozbawieniem. Dostałem kiedyś w pysk od gówniarza, kilka przekleństw raczej różnicy mi nie zrobi. — Brzdąkam, klnę na świat, takjakbynutypiszę… A dostać się dostałam za pomocą kluczy. Poprosiłam Varena, to mi dał.
Pokazała mi kluczyk, potrząsnęła nim i dokładnie zaprezentowała, jakby chcąc mnie w tym wszystkim upewnić.
— Poza tym sala muzyczna jest od tego, żeby w niej grać, prawda? Więc nie rozumiem, co takiego złego robię, szarpiąc struny.
Dzieciaki naprawdę zaczynały zmierzać w niebezpiecznie złym kierunku, bo patrząc na ich podejście do życia i aktualny stan psychiczny, człowiek naprawdę jest w stanie się zaniepokoić i zmartwić.
— Oczywiście, że jest od tego, żeby w niej grać, jednak wolałbym wiedzieć, kto i czy akurat ktoś w niej brzdąka. Potem coś się dzieje, nie daj bór, się coś popsuje i to ja, a nie wy macie problemy, bo nawet nie ma się kto przyznać, bo przecież wtedy w sali nikogo nie było. Też, że mu podorabialiśmy klucze i teraz wszystkim pożycza, trzeba będzie pogadać — mruknąłem już bardziej do siebie, odgarniając włosy do tyłu. — W każdym bądź razie. Coś się stało? — spytałem nieco delikatniejszym, czy tam wrażliwszym tonem.
Czemu ja jestem, kurwa pedagogiem.
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Przekleństwa przy dźwiękach gitary [1]
Rozumiecie to uczucie, gdy ktoś nagle, absolutnie bez pozwolenia, zgody, pogadania, czegokolwiek, łapie się za twoją własność, jakby należała do niego i do nikogo innego? Znacie? Oczywiście, że znacie, każdy miał tego upierdliwego znajomego w szkole, który zabierał ci kanapki, długopis, czy książkę, a potem na studiach, który traktował twoją biedną, piszczącą biedą lodówkę jako szwedzki stół, z którego może brać garściami bez zmartwienia o koszty, bo wszystko szło na rachunek firmy, czy coś.
Oczywiście wkurw narastał, gdy dobierali się do twojego ulubionego, owocowego jogurtu, takiego brzoskwiniowego, Jogobella, czy inny doktor, no wtedy to już była gruba przesada, panie, trzy miesiące na słoikach od mamy leciałem, żeby sobie na to pozwolić, a ty mi to ot, tak zapierdalasz, jak to na czarną godzinę było, na stos z nim.
No i tak właśnie się poczułem, gdy zdawałem sobie sprawę, że klucze od muzycznej chrzęszczą, stukają i dzwonią mi w kieszeni, czy przy pasku, Varena wyniosło, cholera wie gdzie, a w sali i tak brzdąkało i grało i kto wam, kurwa, pozwolił naruszać moją drugorzędną świątynię wy małe gnidy?
— Ja pierdolę, dajcie mi umrzeć — wybączała z siebie siedząca na stołku z gitarą posiadaczka brązowych włosów i okularów, co zauważyłem, po wparowaniu do sali. Oczywiście po względnym cichaczu i stanięciu za nastolatką. A potem chrząknięcie. To była chyba ta, Van? Wanda? Nie, wróć, Ven... Vene? Coś w ten deseń. Podskoczyła jak oparzona, prawie spadając z poddupka. — Kurwajegomać,czymógłbyśmniełaskawieniestraszyć? — wyrzuciła z siebie z prędkością opróżniania magazynku karabinu maszynowego. Uniosłem brwi, zmarszczyłem i spojrzałem na nią z lekkim oburzeniem, może niedowierzaniem, bo łapała się za pierś, jakby zaliczyła zawał.
— Nie pamiętam, żebyśmy przeszli na „ty”, panienko Evail — mruknąłem, podwijając rękawy żółtej koszuli. — I czy mogę się dowiedzieć, co panienka tu robi i jak się tu dostała?
Oczywiście wkurw narastał, gdy dobierali się do twojego ulubionego, owocowego jogurtu, takiego brzoskwiniowego, Jogobella, czy inny doktor, no wtedy to już była gruba przesada, panie, trzy miesiące na słoikach od mamy leciałem, żeby sobie na to pozwolić, a ty mi to ot, tak zapierdalasz, jak to na czarną godzinę było, na stos z nim.
No i tak właśnie się poczułem, gdy zdawałem sobie sprawę, że klucze od muzycznej chrzęszczą, stukają i dzwonią mi w kieszeni, czy przy pasku, Varena wyniosło, cholera wie gdzie, a w sali i tak brzdąkało i grało i kto wam, kurwa, pozwolił naruszać moją drugorzędną świątynię wy małe gnidy?
— Ja pierdolę, dajcie mi umrzeć — wybączała z siebie siedząca na stołku z gitarą posiadaczka brązowych włosów i okularów, co zauważyłem, po wparowaniu do sali. Oczywiście po względnym cichaczu i stanięciu za nastolatką. A potem chrząknięcie. To była chyba ta, Van? Wanda? Nie, wróć, Ven... Vene? Coś w ten deseń. Podskoczyła jak oparzona, prawie spadając z poddupka. — Kurwajegomać,czymógłbyśmniełaskawieniestraszyć? — wyrzuciła z siebie z prędkością opróżniania magazynku karabinu maszynowego. Uniosłem brwi, zmarszczyłem i spojrzałem na nią z lekkim oburzeniem, może niedowierzaniem, bo łapała się za pierś, jakby zaliczyła zawał.
— Nie pamiętam, żebyśmy przeszli na „ty”, panienko Evail — mruknąłem, podwijając rękawy żółtej koszuli. — I czy mogę się dowiedzieć, co panienka tu robi i jak się tu dostała?
niedziela, 15 kwietnia 2018
Dofinansowanie na pędzle [4]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Dofinansowanie na pędzle
— Serio? Pan mnie będzie pouczał w sprawach sercowych? — Przewróciłem oczami, tak, zdecydowanie miała PMS, a ja stałem się najbliższym możliwym celem. Gówniarski ton, oburzona minka i wkurw na wszechświat. Już nawet ignorowałem całokształt, ja wiedziałem, że mnie nie szanują, ja tylko chciałem odłożyć te zasrane pieniądze i w końcu stąd wypierdolić, nie wiem, wyjechać na Bahamy i tam dokonać żywota, co nic absolutnie mi się nie podobało. Ponownie chciałem zerwać z dotychczasowym życiem, bo chociaż ten rozdział był krótki, to zdecydowanie mnie wymęczył. Może powinienem był jednak skupić się na rodzinie, którą przecież miałem. — Pan może powinien się raczej zająć własnymi sprawami, a nie zaburzać spokój innych? — Nutka irytacji w głosie, rozjuszone spojrzenie dzikiego zwierzęcia.
Gardłowe mruknięcie z mojej strony i pokręcenie głową.
— Sam mógłbym to powiedzieć przy okazji zapoznania się z moją „koleżaneczką”, panienko. No, ale jak widzę, słowo jak wróbel, a bodzie jak byk. — Frytka wskoczyła mi na głowę, podniosła się na tylnych łapkach i najwidoczniej rozglądnęła przy małej, artystycznej ostoi. — Karma istnieje, a kto pod kim dołki kopie, ten potem je zasypuje, znowu te kwiaty, losie, przecież masz tyle możliwości, zabazgraj to płótno, do kurwy nędzy, sztuka to nie tylko oddawanie rzeczywistości! Czego cię ten świętej pamięci Etho nauczył? Mówiłem, żeby kurwa kupić dobrej jakości pędzle, no spisałem mu całą listę, to kupił jakiś szajs z tworzywa sztucznego, no ja pierdolę.
Gardłowe mruknięcie z mojej strony i pokręcenie głową.
— Sam mógłbym to powiedzieć przy okazji zapoznania się z moją „koleżaneczką”, panienko. No, ale jak widzę, słowo jak wróbel, a bodzie jak byk. — Frytka wskoczyła mi na głowę, podniosła się na tylnych łapkach i najwidoczniej rozglądnęła przy małej, artystycznej ostoi. — Karma istnieje, a kto pod kim dołki kopie, ten potem je zasypuje, znowu te kwiaty, losie, przecież masz tyle możliwości, zabazgraj to płótno, do kurwy nędzy, sztuka to nie tylko oddawanie rzeczywistości! Czego cię ten świętej pamięci Etho nauczył? Mówiłem, żeby kurwa kupić dobrej jakości pędzle, no spisałem mu całą listę, to kupił jakiś szajs z tworzywa sztucznego, no ja pierdolę.
piątek, 13 kwietnia 2018
Dofinansowanie na pędzle [2]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Dofinansowanie na pędzle
Dziewczyna w sosie raczej nie była, ba, raczej na pewno nie, no i krzywo mi na Frytkę patrzyła, co nawet jeśli bardzo starałem się zignorować, to wciąż jakoś tak bodło po oczętach.
Tak samo, jak cała kobita, która taka bardzo smętna i wybita z rytmu, w ubabranych ciuchach, z rozwianym, brudnym włosem i niezbyt zachwycającym całokształtem.
— Lepiej mi powiedz, jak ty się czujesz po tym opierdzielu, który ostatnio dostałeś od swojej koleżaneczki. Policzek już nie boli? — Skrzywiłem się na uwagę gówniary. Boli, boli, ale i tak zdecydowanie mniej niż twoja pizda, jak widzę.
Chryste zaczynam wracać się poziomem mentalnym do epoki licealnego chamstwa. Dupczenie, dupczenie i jeszcze raz dupczenie zakrapiane odrobiną pierwszych używek. Panie, czemuś mnie nie miał w tamtym czasie w opiece?
— Dziękuję za troskę, aczkolwiek zgryźliwości i przejścia na „ty” proszę sobie oszczędzić, panno O'reilo. — Beznamiętne mruknięcie z mojej strony, bo pozwoliła sobie na zbyt wiele względem mej osoby, nawet jeśli często gęsto zachowywałem się przy niej jak gówniarz, to jednak dalej byłem nauczycielem.
Tak, gówno prawda, po prostu chciałem tutaj przeżyć drugą młodość.
Błysk w brązowym oku.
— Sprawy sercowe, sprawami sercowymi, ale naprawdę, czasem jednak lepiej zachować co nieco dla siebie — mruknąłem, gładząc Frytkę po łbie. Zwiała mi z dłoni na ramię i zaczęła fascynujące wspinaczki po ciele. — Prawda, Fryta?
Tak samo, jak cała kobita, która taka bardzo smętna i wybita z rytmu, w ubabranych ciuchach, z rozwianym, brudnym włosem i niezbyt zachwycającym całokształtem.
— Lepiej mi powiedz, jak ty się czujesz po tym opierdzielu, który ostatnio dostałeś od swojej koleżaneczki. Policzek już nie boli? — Skrzywiłem się na uwagę gówniary. Boli, boli, ale i tak zdecydowanie mniej niż twoja pizda, jak widzę.
Chryste zaczynam wracać się poziomem mentalnym do epoki licealnego chamstwa. Dupczenie, dupczenie i jeszcze raz dupczenie zakrapiane odrobiną pierwszych używek. Panie, czemuś mnie nie miał w tamtym czasie w opiece?
— Dziękuję za troskę, aczkolwiek zgryźliwości i przejścia na „ty” proszę sobie oszczędzić, panno O'reilo. — Beznamiętne mruknięcie z mojej strony, bo pozwoliła sobie na zbyt wiele względem mej osoby, nawet jeśli często gęsto zachowywałem się przy niej jak gówniarz, to jednak dalej byłem nauczycielem.
Tak, gówno prawda, po prostu chciałem tutaj przeżyć drugą młodość.
Błysk w brązowym oku.
— Sprawy sercowe, sprawami sercowymi, ale naprawdę, czasem jednak lepiej zachować co nieco dla siebie — mruknąłem, gładząc Frytkę po łbie. Zwiała mi z dłoni na ramię i zaczęła fascynujące wspinaczki po ciele. — Prawda, Fryta?
wtorek, 10 kwietnia 2018
Dofinansowanie na pędzle [0]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Dofinansowanie na pędzle
Śmierdziel oficjalnie zawitał w moim życiu i mogłem ponownie z radością stwierdzić, że oto jest dzień, ponownie jestem dumnym posiadaczem paskudy, która uprzykrzy mi życie na kolejne siedem, osiem lat. Oczywiście wszystko w dużym, bardzo dużym cudzysłowie, bo powiedzmy sobie szczerze, czekałem na to niecierpliwie, zaciskając kciuki i ciesząc się jak dzieciak.
Następca Gogha i Beksy, pierwsza fretka Rzeczpospolitej Remusowskiej, moja pierwsza dama, najważniejsza kobieta w życiu, Frytka łaziła właśnie w najlepsze po podłodze i starała się oswoić z nowym terenem, bo nawet jeśli była tu już jakiś czas, to dalej nie była w zbytnim sosie.
A ja mogłem tylko parskać śmiechem, gdy gryzła mnie po palcach, wyglądała spod komody, czy biła się ze skarpetą, która rzucona gdzieś w kąt, akurat napatoczyła się pod ostre kły i szpony tego małego obrzydlistwa.
Klatka zajęła pół pokoju, ale przyzwyczajony do dawnych, studenckich standardów jakoś nieszczególnie mi to przeszkodziło. Ba, wręcz zadziałało pozytywnie, bo jednak nieodłączna część mojej egzystencji do mnie powróciła i bawiła tak samo, jak te dwadzieścia, czy dziewięć lat temu.
Doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie funkcjonować bez takiej jednej gówniary u boku na te dziesięć lat, niech mi lata między nogami, bawi się i szaleje, po prostu nie chcę zostać sam.
Nawet nie liczyłem się z tym, jak absurdalnie musiałem wyglądać z Frytką na smyczy w różowych szeleczkach. Jak to mawiam, już któryś raz, jestem dorosłym, silnym i niezależnym mężczyzną i proszę tego nie podważać, mam prawo ubierać swoje zwierzątka. Nie mam nic innego do roboty, mam trzydzieści dwa lata i niespełnione marzenia, które leżą odłogiem. Odwlekanie życia brzmi dobrze.
— Cieszmy się kochać wolność, tak szybko odchodzi — mruknąłem, włażąc do klasy artystycznej, gdzie sterczała, jak zawsze, zresztą, O'reila. Podciągnąłem okulary na czubek głowy i przyciągnąłem mocniej do siebie wierzgającą Frytkę. — Baw się, baw farbami, bo nam zaraz Mińsk wszelakiego rodzaju bonusy ukróci, kolejne diety, bójcie się boga, drodzy studenci — żachnąłem się, podchodząc do kobiety, bo jednak nastolatką już chyba nie była. — Jak tam idą prace?
Następca Gogha i Beksy, pierwsza fretka Rzeczpospolitej Remusowskiej, moja pierwsza dama, najważniejsza kobieta w życiu, Frytka łaziła właśnie w najlepsze po podłodze i starała się oswoić z nowym terenem, bo nawet jeśli była tu już jakiś czas, to dalej nie była w zbytnim sosie.
A ja mogłem tylko parskać śmiechem, gdy gryzła mnie po palcach, wyglądała spod komody, czy biła się ze skarpetą, która rzucona gdzieś w kąt, akurat napatoczyła się pod ostre kły i szpony tego małego obrzydlistwa.
Klatka zajęła pół pokoju, ale przyzwyczajony do dawnych, studenckich standardów jakoś nieszczególnie mi to przeszkodziło. Ba, wręcz zadziałało pozytywnie, bo jednak nieodłączna część mojej egzystencji do mnie powróciła i bawiła tak samo, jak te dwadzieścia, czy dziewięć lat temu.
Doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie funkcjonować bez takiej jednej gówniary u boku na te dziesięć lat, niech mi lata między nogami, bawi się i szaleje, po prostu nie chcę zostać sam.
Nawet nie liczyłem się z tym, jak absurdalnie musiałem wyglądać z Frytką na smyczy w różowych szeleczkach. Jak to mawiam, już któryś raz, jestem dorosłym, silnym i niezależnym mężczyzną i proszę tego nie podważać, mam prawo ubierać swoje zwierzątka. Nie mam nic innego do roboty, mam trzydzieści dwa lata i niespełnione marzenia, które leżą odłogiem. Odwlekanie życia brzmi dobrze.
— Cieszmy się kochać wolność, tak szybko odchodzi — mruknąłem, włażąc do klasy artystycznej, gdzie sterczała, jak zawsze, zresztą, O'reila. Podciągnąłem okulary na czubek głowy i przyciągnąłem mocniej do siebie wierzgającą Frytkę. — Baw się, baw farbami, bo nam zaraz Mińsk wszelakiego rodzaju bonusy ukróci, kolejne diety, bójcie się boga, drodzy studenci — żachnąłem się, podchodząc do kobiety, bo jednak nastolatką już chyba nie była. — Jak tam idą prace?
niedziela, 1 kwietnia 2018
Pożegnanie: Renee, Nivan, Yamir, Amadeusz, Aurelion, Hope
Przetarłam ze zmęczeniem zaczerwienione oczy. Nie miałam płakać, obiecałam sobie dobre dwa lata temu, że więcej nie uronię ani łzy, nie pozwolę ani jednej, pierdolonej słonej kropelce spłynąć po moim policzku, bo przecież byłam dorosłą, odpowiedzialną Illene. Herszt babą, Renulą, której krew, pot i znój nie były straszne, ba, wręcz trzymała się ich blisko, bo przecież tak bardzo do niej pasowały, tak zdecydowanie przemawiały przez ród Illenów. Katownia srownia, opiekowanie się debilami i niesienie kaganka oświaty, to miałam robić przez resztę tego zasranego życia? Opiekować się parchami, znaleźć partnera i urodzić kolejnego bogu ducha winnego bachora do tej jebanej sekty, z której ucieczki nie było.
Paliło w środku, wyżerało, bolało, a dodatkowo wszystko ostatnimi czasy nabrało tak okrutnych, szarych barw, świat przestał się obracać, wraz ze zniknięciem niebieskiej czupryny.
Dawałam mu dwadzieścia pięć lat, podczas gdy ten skurwiel… Kurwa, szkoda gadać.
Przynajmniej nie będzie mi nikt więcej szpil wbijał z powodu nieumiejętnego liczenia w słupkach, czy złych wyników na numerologii. Nikt więcej nie dziabnie mnie w udo. Nie pociągnie za warkocz. Nie.
Kurwa, nie, przestań Renee, weź się w garść i nie bądź baba, rozklejasz się jak ostatnia idiotka, skończona szmata bez mózgu.
Przetarłam ostatni raz oczy, domknęłam walizkę i przeklęłam w głowie jebane zapalenia, jebane kłębuszki, jebaną niemoc lekarzy, jebany szpital, który nie pomógł jebanemu Oakleyowi. Ba, nawet jebany Hopecraft tego nie zrobił i chociaż bardzo chciałam, wiedziałam, że nie mogę go obwiniać, rzucić się mu do gardła, nawrzeszczeć i zwyzywać od najgorszych, bo skończyłoby się tylko moim głośnym płaczem, rykiem zarzynanego zwierza i opadnięciem w ramiona blondyna, przeklinając wszechświat.
Chciałam powiedzieć, że przez karetkę, która zawitała któregoś poranka przed akademikiem umierałam w środku, już któryś raz z kolei, ale to znaczyłoby, że Yamir od dłuższego czasu leży w grobie pod względem mentalności.
Wypierdolił stąd w podskokach, zaryczany, zasmarany, bez złota w oczach, a z martwym, stalowym uściskiem na torbie, smętnym wyrazem twarzy i nogami, które tak leniwie powłóczyły po ziemi, szczęśliwe tak samo, jak ich właściciel, gdy odebrali go rodzice, zabrali papiery i odwieźli do domu, gdzie miał dojść do siebie.
Co nigdy się nie stanie, o czym doskonale zdawałam sobie sprawę, bo odebrano mu drugi, zaginiony gdzieś tam w eterze kawałek duszy. Zabrali mu napęd do dalszego działania. Zabrali mu najważniejszy czynnik w życiu. Zabrali mu jego przeciwwagę do równowagi wszechświata, a on nie wiedział, jak przywrócić to wszystko do normy. Szalka się przeciążyła, a niebo spowiły burzowe chmury.
Wyrzuciłam chusteczkę i podniosłam walizkę. Od zawsze chciałam być tą silną, niezależną dziewczyną, a tymczasem mnie zgnoili i przydusili w środku, zaklinając dawien dawna, jak każdą Illene, która miała manierę do odrywania się od „stada” i kazali wrócić, hajtnąć się, bo znaleźli kawalera, urodzić bachora, mając nadzieję, że będzie szczególnie utalentowane. Nie mogłam nic zrobić, znamię na biodrze piekło, a naszyjnik z cudownym kryształem coraz bardziej się kurczył i rozgrzewał do czerwoności, pozostawiając brzydkie poparzenia.
Poprawiłam ostatni raz warkocz, po czym wyparowałam z pokoju, starając się nie myśleć o spierdolonej nadziei na lepsze życie, na robienie tego, co chcę. Byłam tylko maszyną do zrobienia kolejnego dziecka. Inkubatorem dla lepszej Illene. Pierdolona sekta, pierdolone suki, pierdolony wszechświat.
Pierdolona nadzieja, że może jednak coś osiągnę.
Jebniętego od artystycznych wypierdolili na zbity pysk, co w sumie wywołało u mnie pewnego rodzaju smutek i odrętwienie, bo co jak co, ale ćpuna, mimo że nie miał żadnego, ale to żadnego autorytetu, to nawet dało się polubić. A teraz, gdy go nie będzie? Pewnie wściubią kogoś tak obłąkanego, jak ta od zielarstwa.
Przełknęłam gorzko ślinę.
Niebieski też zniknął. Płakał coś temu sławnemu Promyczkowi Słońca tej szkoły, że ojciec przestał go dofinansowywać, że alimenty znikają, on prawnie u siebie jest już pełnoletni i musi iść na swoje, starając się jakoś związać koniec z końcem. To znaczy, tak mówiły plotki, oczywiście.
Stanęłam przed szkołą, czekając na przyjazd ciotki Juliet, która miała mnie zabrać ze szkoły, do której bądź co bądź się przyzwyczaiłam. Wytarłam resztki łez, wysmarkałam ostatni raz nos i spojrzałam przed siebie, zahaczając przy okazji o niskiego chłopaka. Dobra, nie niskiego, siedział na wózku inwalidzkim z walizką na kolanach i uśmiechał się szeroko.
— A ty co? — spytałam, zerkając na niego niechętnie. Zbyt radosny na taki dzień, zdecydowanie.
— Latający — powiedział tylko, nie zdejmując wyszczerzu z ust.
————————
A tak naprawdę, to Prima Aprilis, moje głuptasy, nigdy bym was nie zostawiła, no chyba sobie ze mnie kpicie. Musicie jeszcze przecierpieć kawał czasu z upierdliwym, namolnym Susłonem. Mimo wszystko mam nadzieję, że się nie gniewacie, alternatywna notka wam się spodobała i nie chcecie mnie zabić tak bardzo, jak ja swoich postaci ;DDDDD
All the love
Wasz CuDoWnY mod Siusiak
Paliło w środku, wyżerało, bolało, a dodatkowo wszystko ostatnimi czasy nabrało tak okrutnych, szarych barw, świat przestał się obracać, wraz ze zniknięciem niebieskiej czupryny.
Dawałam mu dwadzieścia pięć lat, podczas gdy ten skurwiel… Kurwa, szkoda gadać.
Przynajmniej nie będzie mi nikt więcej szpil wbijał z powodu nieumiejętnego liczenia w słupkach, czy złych wyników na numerologii. Nikt więcej nie dziabnie mnie w udo. Nie pociągnie za warkocz. Nie.
Kurwa, nie, przestań Renee, weź się w garść i nie bądź baba, rozklejasz się jak ostatnia idiotka, skończona szmata bez mózgu.
Przetarłam ostatni raz oczy, domknęłam walizkę i przeklęłam w głowie jebane zapalenia, jebane kłębuszki, jebaną niemoc lekarzy, jebany szpital, który nie pomógł jebanemu Oakleyowi. Ba, nawet jebany Hopecraft tego nie zrobił i chociaż bardzo chciałam, wiedziałam, że nie mogę go obwiniać, rzucić się mu do gardła, nawrzeszczeć i zwyzywać od najgorszych, bo skończyłoby się tylko moim głośnym płaczem, rykiem zarzynanego zwierza i opadnięciem w ramiona blondyna, przeklinając wszechświat.
Chciałam powiedzieć, że przez karetkę, która zawitała któregoś poranka przed akademikiem umierałam w środku, już któryś raz z kolei, ale to znaczyłoby, że Yamir od dłuższego czasu leży w grobie pod względem mentalności.
Wypierdolił stąd w podskokach, zaryczany, zasmarany, bez złota w oczach, a z martwym, stalowym uściskiem na torbie, smętnym wyrazem twarzy i nogami, które tak leniwie powłóczyły po ziemi, szczęśliwe tak samo, jak ich właściciel, gdy odebrali go rodzice, zabrali papiery i odwieźli do domu, gdzie miał dojść do siebie.
Co nigdy się nie stanie, o czym doskonale zdawałam sobie sprawę, bo odebrano mu drugi, zaginiony gdzieś tam w eterze kawałek duszy. Zabrali mu napęd do dalszego działania. Zabrali mu najważniejszy czynnik w życiu. Zabrali mu jego przeciwwagę do równowagi wszechświata, a on nie wiedział, jak przywrócić to wszystko do normy. Szalka się przeciążyła, a niebo spowiły burzowe chmury.
Wyrzuciłam chusteczkę i podniosłam walizkę. Od zawsze chciałam być tą silną, niezależną dziewczyną, a tymczasem mnie zgnoili i przydusili w środku, zaklinając dawien dawna, jak każdą Illene, która miała manierę do odrywania się od „stada” i kazali wrócić, hajtnąć się, bo znaleźli kawalera, urodzić bachora, mając nadzieję, że będzie szczególnie utalentowane. Nie mogłam nic zrobić, znamię na biodrze piekło, a naszyjnik z cudownym kryształem coraz bardziej się kurczył i rozgrzewał do czerwoności, pozostawiając brzydkie poparzenia.
Poprawiłam ostatni raz warkocz, po czym wyparowałam z pokoju, starając się nie myśleć o spierdolonej nadziei na lepsze życie, na robienie tego, co chcę. Byłam tylko maszyną do zrobienia kolejnego dziecka. Inkubatorem dla lepszej Illene. Pierdolona sekta, pierdolone suki, pierdolony wszechświat.
Pierdolona nadzieja, że może jednak coś osiągnę.
Jebniętego od artystycznych wypierdolili na zbity pysk, co w sumie wywołało u mnie pewnego rodzaju smutek i odrętwienie, bo co jak co, ale ćpuna, mimo że nie miał żadnego, ale to żadnego autorytetu, to nawet dało się polubić. A teraz, gdy go nie będzie? Pewnie wściubią kogoś tak obłąkanego, jak ta od zielarstwa.
Przełknęłam gorzko ślinę.
Niebieski też zniknął. Płakał coś temu sławnemu Promyczkowi Słońca tej szkoły, że ojciec przestał go dofinansowywać, że alimenty znikają, on prawnie u siebie jest już pełnoletni i musi iść na swoje, starając się jakoś związać koniec z końcem. To znaczy, tak mówiły plotki, oczywiście.
Stanęłam przed szkołą, czekając na przyjazd ciotki Juliet, która miała mnie zabrać ze szkoły, do której bądź co bądź się przyzwyczaiłam. Wytarłam resztki łez, wysmarkałam ostatni raz nos i spojrzałam przed siebie, zahaczając przy okazji o niskiego chłopaka. Dobra, nie niskiego, siedział na wózku inwalidzkim z walizką na kolanach i uśmiechał się szeroko.
— A ty co? — spytałam, zerkając na niego niechętnie. Zbyt radosny na taki dzień, zdecydowanie.
— Latający — powiedział tylko, nie zdejmując wyszczerzu z ust.
————————
A tak naprawdę, to Prima Aprilis, moje głuptasy, nigdy bym was nie zostawiła, no chyba sobie ze mnie kpicie. Musicie jeszcze przecierpieć kawał czasu z upierdliwym, namolnym Susłonem. Mimo wszystko mam nadzieję, że się nie gniewacie, alternatywna notka wam się spodobała i nie chcecie mnie zabić tak bardzo, jak ja swoich postaci ;DDDDD
All the love
Wasz CuDoWnY mod Siusiak
czwartek, 29 marca 2018
Powroty bywają przewrotne [X]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Powroty bywają przewrotne
Melodyjny śmiech dziewczyny zaraz po zakończeniu mojej kwestii, a mi zostało jedynie zatopić się pod ziemią, zniknąć i udawać, że nigdy mnie na tym świecie nie było, matko kochana, czemu pozwoliłaś na to, żebym się tutaj pojawił, czym ja ci zawiniłem?
— Nie martw się, lubię słyszeć twój głos — odparła po chwili, ściskając moją dłoń. Uniosłem speszony wzrok, z powoli rozlewającą się na policzkach farbą, bo spodziewałem się wszystkiego, ale nie tych słów. — Hej, hej, czasy się zmieniają, za dzieciakami nigdy nikt już nie nadąża, poczekaj na nowe pokolenie, jak ci dziewczyny od przyjaciółki wyrosną, to dopiero wtedy się zacznie. A twoja znajoma brzmi ciekawie, wiesz, zawsze masz jeszcze szansę odnowić kontakt, grunt to zrozumieć, gdzie leży błąd. Poza tym, wciąż jeszcze dużo czasu przed tobą. Hej, ile możesz mieć lat? Trzydzieści, czterdzieści? Całe życie jeszcze przed tobą, sporo dni na rozruszanie starych znajomości. — Pokiwałem głową.
— Już nie nadążam, jak siedzę z Beatrycze, to nie wiem, czy mnie nie obraża przypadkiem. Nie zdziwię się jak za dwa, trzy lata przejdziemy z „wujku” na „dziadku”, bo będzie chciała mi dopiec... Wiesz, no, raczej wiesz, ale powiem, tak dla pewności i dopełnienia formalności, że w sumie to z relacjami międzyludzkimi u mnie cienko, dupa jestem w tych sprawach, upośledzenie społeczne, jak zwał, tak zwał. Jak dotąd to żeby cokolwiek powstało i przetrwało, to potrzebowałem dużej ilości uwagi i cierpliwości, działań od drugiej strony i tu jest pies pogrzebany, muszę się zaangażować, zdecydowanie. Cholera, mam trzydzieści dwa lata, jestem stary, jestem okrutnie stary, a na domiar złego pół życia przebimbałem. Jak zacznę za dużo paplać, to mów, nie chcę cię zanudzać na śmierć, chociaż pewnie i tak już to zrobiłem. Już to mówiłem, ale tęskniłem, bardzo tęskniłem, dziękuję, że jesteś, że słuchasz, już się zamykam... — Uśmiechałem się, aż do stanu, gdzie bolały mnie policzki i gadałem. Gadałem, dużo, egoistycznie zrzucając wszystkie smuty z kilku ostatnich miesięcy, wypuszczając nagromadzoną parę, dzieląc się tym, czym uważałem, że powinienem, a jak dotąd nie miałem z kim.
I wiem, że było to paskudnie samolubne, bo ona sama miała swoje problemy, a ja jeszcze wylewałem swoje żale i doznania
I paplałem dużo, do wykończenia tematów, które i tak ciągle nadchodziły, do wyrzucenia nas z kawiarni, bo nic nie zamawialiśmy, do powrotu do szkoły, dalej kurczowo ściskając jej dłoń, bo nie chciałem, żeby zniknęła, bo bałem się, że znowu zostanę sam, bo byłem dzieckiem we mgle, które zgubiło rodziców i ukochaną maskotkę.
A potem chciałem tylko przepraszać za to, ile powiedziałem i modlić się o to, by ta rozmowa nie okazała się ostatnią, bo otworzyłem się o odrobinkę za bardzo.
wtorek, 27 marca 2018
Powroty bywają przewrotne [23]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Powroty bywają przewrotne
Usłuchała mnie z uśmiechem na twarzy, zawołała kelnerkę. Złożyliśmy zamówienie, potem owe zamówienie pochłanialiśmy w kompletnej ciszy, a ja pierwszy raz od bardzo długiego czasu czułem, że wszystko jest nareszcie tak, jak być powinno. Łagodnie, mniej chaotycznie, ciepło.
Faktem, że bezczelnie przelatywałem po niej wzrokiem od góry do dołu, nie przejmowała się ani dziewczyna, ani ja, bo chyba oboje przywykliśmy do tego, że wlepiam w nią oczy, jak w walone dzieło sztuki, którym niezaprzeczalnie była.
Brodzisz w coraz większym bagnie, nie pogrążaj się już, Amadeuszu.
Czucie pulsu u innych zawsze okrutnie mnie satysfakcjonowało. Dodawało pewności siebie i utwierdzało mnie w tym, że osoba rzeczywiście znajduje się przy mnie. Zbyt wiele razy dałem się zmęczonej głowie, halucynacjom, czy innego rodzaju pierdołom. Dlatego zdawałem się na czucie. Na tętno. Na obrazowanie sobie w głowie pędzącej w żyłach krwi. Nie wiem, czemu akurat na ten sygnał się uparłem, ale uśmiechałem się, gdy czułem, że zrównałem z nim rytm.
Dlatego kurczowo trzymałem dłoń dziewczyny, ciągle gładziłem jej palce, ciągle kontrolowałem rzeczywistość, bo nie chciałem, by to wszystko uciekło w siną dal.
— To co ostatnio namalowałeś? — spytała nagle, a mi zostało się jedynie roześmiać cicho pod nosem, bo było to chyba najbardziej oklepane pytanie, jakie mogła mi zadać. Mimo wszystko, urocze.
Przetarłem brodę prawą dłonią, cholera, zdecydowanie muszę się ogolić, przytknąłem palec wskazujący wzdłuż szerokości ust i zmarszczyłem brwi, udając, że moja głowa trybi i trybi, chociaż trybić teraz nie była w stanie. Odsunąłem rękę z cichym, pytającym westchnięciem i otworzeniem spierzchniętych warg.
— Raczej nic. Nie miałem za bardzo czasu na cokolwiek poza kilkoma szkicami — w których już tonąłem — i zaczęciem może z dwóch prac... — Tu sięgnąłem drugą dłonią do palców dziewczyny, którymi za chwilę zacząłem się bawić. Ciągnąć, wyginać delikatnie, przestawiać. Gładzić knykcie, paliczki, czy nawet paznokcie. — Nie, był portret przecież, jak mogłem zapomnieć o portrecie. Moja bliska znajoma. Przyjaciółka znaczy się, urodziła drugą córę. Już jakiś czas temu, ale jakoś nie było wcześniej okazji. To wszystko galopuje w zabójczym tempie, nie oglądnę się i wszyscy będziemy mieć czterdziestkę na karku. Nazwała ją Winona, nie wiem, skąd bierze te imiona, najpierw Beatrycze, teraz to. Cholera, te dzieciaki będą cierpieć, czekam tylko, aż urodzi syna i nazwie go Mieszko, albo Gordon, okropne mienia. Ale jest piękna, ma oczy Roweny, a Rowena ma naprawdę piękne oczy, szczególnie odcień, wygląda jakby zmieszać grafitowy z kolorem masy perłowej, brzmi źle, wiem, ale jest cudowny. Za bardzo ich wszystkich zaniedbuję... Rozgadałem się, prawda? Cholera, przepraszam, po prostu dawno z nikim słowa nie zamieniłem, wariuję od tych pierdolonych chemikaliów, a dodatkowo sam fakt, że to ty. Czuję się, jakbym ostatni raz cię widział dobre dziesięć lat temu i chciałbym to wszystko nadrobić, a się nie da, zaczynam gadać jak moja babcia, mieli rację, że się zrobię taki na starość. Miałem przestać, przepraszam.
niedziela, 25 marca 2018
Powroty bywają przewrotne [21]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Powroty bywają przewrotne
Przez dosłownie chwilę wpatrywałem się w nasze dłonie, w jej długie, szczupłe palce, które delikatnie ściskały moją rękę, jakby dodanie otuchy było ich priorytetem.
A potem zrozumiałem, że znajdowałem się między młotem a kowadłem, bo jej dotyk zdecydowanie był jednym z najprzyjemniejszych, jakie przyszło mi doświadczyć, a mimo wszystko, nie był odpowiedni. Był dotykiem miękkim i delikatnym, kobiecym, takim, do którego przyzwyczajony nie byłem i nawet nie chciałem być. Bo to przecież ja przez większość czasu otoczony byłem opieką, to ja kładłem dłoń na ramieniu w tańcu.
To ja powinienem w końcu przestać myśleć o tak odległej przeszłości, która przeminęła z wiatrem i wrócić już nie wróci. To ja powinienem skończyć namolne gadanie o Złotym Chłopcu Mężczyźnie, bo obaj byliśmy po trzydziestce i mieliśmy własne życia, własne rodziny.
Przynajmniej jeden z nas.
Jednakże echo ciągle gdzieś tam brzmiało, powtarzało słowa i zdarzenia, chociażby w siedmioletniej dziewczynce, która nosiła moje wymarzone imię i posiadała jego oczy.
I to chyba bolało w tym wszystkim najbardziej.
— Chciałabym wytłumaczyć, ale masz własne problemy. I raczej nie potrzebujesz moich. Więc czy to jest ten moment, w którym każesz odpierdolić się gówniarze czy mam cień szansy? Znaczy, to nie tak, ja nie potrzebuję decyzji i tak dalej, po prostu... Wiem, że naruszam granicę i tak dalej, i że pewnie będziesz miał kłopoty w pracy i tak dalej, i jeszcze tych dalej razy pierdyliard. — I chyba dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie siedzi przede mną Will, ani żadna uczennica z drugiego roku, a Heather Williams. Jedyna w swoim rodzaju, rozkwitnięta, skutecznie zacierająca ślady po dziewczynie, która wprowadzała mnie do szkoły. Nie miała zamiaru bawić się w kotka i myszkę, zdając sobie sprawę, że im dłużej będzie to robić, tym gorsze skutki to wywrze.
— Oh, naprawdę, Heather, jebać zasady. — Zapach jabłek, słodkich perfum i nutki niepokoju, która psuła powietrze. Dodatkowo aromat kawiarni, typowy, charakterystyczny i sytuacja mogłaby być wręcz wymarzona, gdyby nie ciężki temat wiszący w powietrzu i sprawiający wrażenie, jakby zaraz miał nas zgnieść. Odwróciłem nagle dłoń i ująłem tą jej, poczynając gładzić kciukiem wierzch jej palców. — Po drugie, czy naprawdę pomyślałaś, że mógłbym kazać ci się odpierdolić? Tobie? Ja? — Uniosłem brwi, wiedziałem, że wrażenie, jakie wywierałem na innych, nie było zbyt pozytywne, ale że aż tak? — Po trzecie, błagam, zamówmy tę kawę i ciastko, bo jeszcze chwila i sczeznę.
piątek, 23 marca 2018
Powroty bywają przewrotne [19]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Powroty bywają przewrotne
Znowu uciekła gdzieś myślami, rozglądała się po stolikach, znikała i choćby mi próbowali wmówić, że było inaczej, to doskonale zdawałem sobie sprawę z wszechobecnego niepokoju, który ją trapił. Ściągnąłem brwi, nie będąc zadowolony z faktu, że wróciła...
Cholera, będę to powtarzać w nieskończoność, ale wróciła, widzę ją, czuję ją, mam ją na wyciągnięcie rozdygotanej dłoni.
Jestem kurwa tak szczęśliwy.
Że wróciła, a jednocześnie była tak daleko. Mogłem po nią sięgnąć, ale ona zawsze odsuwała się o krok. Coś ją odsuwało, a ja nie mogłem jej dotknąć, złapać, chociaż musnąć palcami.
Odsunąłem papierosa od ust, przetrzymałem dym, spojrzałem na własną rękę. Rany, blizny, tatuaże. Beznadziejne cytaty podwalone z tumblra, gdy miałem pstro w głowie albo byłem tak napierdolony, że mógłbym sobie zrobić twarz najlepszego przyjaciela albo losowej osoby na dupie. Jak dobrze, że miałem jakiekolwiek resztki instynktu samozachowawczego.
Trzeba będzie je zakryć, ale to kiedy indziej. Jak zaplanuję. Jak dopracuję.
Wypuściłem dym, cud, że się nie udusiłem, patrząc na czas, jaki go przetrzymywałem.
Dziewczyna łypała wzrokiem na fajki. Chciała, potrzebowałem. Widziałem to. Jednocześnie ciągle się powstrzymywała.
Coś jest na rzeczy. Coś dziwnego. Coś, z czym nie chcę mieć niczego wspólnego, bo kości mi strzykały, że nic dobrego to nie zwiastuje.
Trzaśnięcie kartą o stół, które wybudziłoby nawet martwego ze snu wiecznego. Wzdrygnąłem się, cofnąłem i sam odłożyłem kartę.
— Musimy pogadać, dobra? Wiem, że skrewiłam, wiem, że niczego nie mówię i to jest nieogarnięte, ale naprawdę się cieszę, że tu jestem. Z tobą znaczy i sama nie wiem dlaczego to mówię, ale no — wyjechała nagle, agresywnie, wcisnęła mnie w krzesło i odjęła od ust wszelakie słowa. Chwila przemyślenia, trawienia tego, co powiedziała i w końcu zderzające się kuleczki, które przy okazji trąciły kubełek z czerwoną farbą, a ta rozlała się nagle po moich polikach, czułem to, doskonale to czułem i znowu czułem się jak nastolatek, któremu jego zauroczenie właśnie powiedziało, że w sumie, to jest nawet fajny.
Jej pewność siebie i błysk w oku skutecznie mnie zdominowały i przycisnęły do ściany, spod której nie było drogi ucieczki.
— Ja... — Jak bardzo tego nie chciałem, tak właśnie teraz głos musiał mi się złamać. — Ja też się cieszę, że. Że tu jesteś. Cholernie się cieszę. Ze mną, znaczy. — Posłałem jej delikatny uśmiech.
Bo chyba pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się, jakbym rzeczywiście coś znaczył.
Jakbym był dla kogoś istotny.
Cholera, będę to powtarzać w nieskończoność, ale wróciła, widzę ją, czuję ją, mam ją na wyciągnięcie rozdygotanej dłoni.
Jestem kurwa tak szczęśliwy.
Że wróciła, a jednocześnie była tak daleko. Mogłem po nią sięgnąć, ale ona zawsze odsuwała się o krok. Coś ją odsuwało, a ja nie mogłem jej dotknąć, złapać, chociaż musnąć palcami.
Odsunąłem papierosa od ust, przetrzymałem dym, spojrzałem na własną rękę. Rany, blizny, tatuaże. Beznadziejne cytaty podwalone z tumblra, gdy miałem pstro w głowie albo byłem tak napierdolony, że mógłbym sobie zrobić twarz najlepszego przyjaciela albo losowej osoby na dupie. Jak dobrze, że miałem jakiekolwiek resztki instynktu samozachowawczego.
Trzeba będzie je zakryć, ale to kiedy indziej. Jak zaplanuję. Jak dopracuję.
Wypuściłem dym, cud, że się nie udusiłem, patrząc na czas, jaki go przetrzymywałem.
Dziewczyna łypała wzrokiem na fajki. Chciała, potrzebowałem. Widziałem to. Jednocześnie ciągle się powstrzymywała.
Coś jest na rzeczy. Coś dziwnego. Coś, z czym nie chcę mieć niczego wspólnego, bo kości mi strzykały, że nic dobrego to nie zwiastuje.
Trzaśnięcie kartą o stół, które wybudziłoby nawet martwego ze snu wiecznego. Wzdrygnąłem się, cofnąłem i sam odłożyłem kartę.
— Musimy pogadać, dobra? Wiem, że skrewiłam, wiem, że niczego nie mówię i to jest nieogarnięte, ale naprawdę się cieszę, że tu jestem. Z tobą znaczy i sama nie wiem dlaczego to mówię, ale no — wyjechała nagle, agresywnie, wcisnęła mnie w krzesło i odjęła od ust wszelakie słowa. Chwila przemyślenia, trawienia tego, co powiedziała i w końcu zderzające się kuleczki, które przy okazji trąciły kubełek z czerwoną farbą, a ta rozlała się nagle po moich polikach, czułem to, doskonale to czułem i znowu czułem się jak nastolatek, któremu jego zauroczenie właśnie powiedziało, że w sumie, to jest nawet fajny.
Jej pewność siebie i błysk w oku skutecznie mnie zdominowały i przycisnęły do ściany, spod której nie było drogi ucieczki.
— Ja... — Jak bardzo tego nie chciałem, tak właśnie teraz głos musiał mi się złamać. — Ja też się cieszę, że. Że tu jesteś. Cholernie się cieszę. Ze mną, znaczy. — Posłałem jej delikatny uśmiech.
Bo chyba pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się, jakbym rzeczywiście coś znaczył.
Jakbym był dla kogoś istotny.
środa, 21 marca 2018
Powroty bywają przewrotne [17]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Powroty bywają przewrotne
— Nadal szukają kelnerek? — W sumie to nie wiedziałem, więc jedynie wzruszyłem ramionami, lecz dziewczyna lawirowała myślami zupełnie gdzie indziej, zostawiając do mojego użytku zwykłą kukłę, która kroczyła tam, gdzie ja. Spuściłem głowę i przemilczałem resztę drogi. Rozumiałem, w końcu sam tak robiłem. Znikałem na długie godziny, doprowadzając do szału praktycznie każdego.
Zapach kawy, świeże powietrze, utęskniona towarzyszka i poczucie, że chociaż przez chwilkę udaje mi się utrzymać jakąś stabilność. To zestawienie mogłoby trwać w nieskończoność, to znaczy, chciałem, żeby trwało. Było dobrze, tak po prostu. Spokojnie. Normalnie. Brakowało mi tego. Brakowało mi poczucia, że wszystko jest w porządku, a ja nie stracę powietrza w płucach.
— Jak pełnie? — Nie podnosiła wzroku znad menu, które przeglądała z uwagą, skupieniem, delikatnym uśmiechem na ustach. Wydąłem wargi i ściągnąłem brwi, gdy zobaczyłem cenę zwykłego tiramisu z truskawkami. Cenią się, nie ma co. Potem się ludzie dziwią, że wolę przeznaczyć te kwoty na działkę. Albo dwie.
Pokręciłem głową, nie wolno, dowie się, opierdoli cię, nie myśl już, nie idź w tym kierunku.
— Pełnie? — Przewróciłem kartę. Mocna kawa bez dodatków była już dla mnie wyborem oczywistym, zastanawiałem się jeszcze, czy nie wziąć sobie do tego czegoś słodkiego. Wzrok przykuło ciasto z owocami i galaretką.
Raczej dobrze, nic sobie nie zrobiłem.
Oprócz rozbicia głowy, przez co potem przez dwa tygodnie chodziłem z plastrem, jak skończony debil.
Nikogo nie rozszarpałem.
Oprócz kilku szczurów, które napatoczyły się pod łapy w piwniczce.
Tylko mnie kurwica i jasny szlag trafiały. No i bolało trochę.
Podrapałem się po zarośniętym policzku. Ogolę się, obiecuję. Muszę się ogolić, wyglądałem źle.
— Dobrze — skwitowałem krótko, nerwowo, niepewnie. Wyjąłem paczkę papierosów. Vogue mentolowe, najzwyklejsze w świecie. Skierowałem ją w stronę dziewczyny, dalej dobierała, odmówiła. Odłożyłem je więc na stoliku, będąc gotowym na to, że się zdecyduje. Zazwyczaj się decydowała. Nie podmienili jej? Nie zabrali jej? Czy ona tu jest? Siedzi? To ona? Na pewno?
Zapaliłem, czując, że robi mi się gorzej. Tak na duszy, zwyczajnie.
Zapach kawy, świeże powietrze, utęskniona towarzyszka i poczucie, że chociaż przez chwilkę udaje mi się utrzymać jakąś stabilność. To zestawienie mogłoby trwać w nieskończoność, to znaczy, chciałem, żeby trwało. Było dobrze, tak po prostu. Spokojnie. Normalnie. Brakowało mi tego. Brakowało mi poczucia, że wszystko jest w porządku, a ja nie stracę powietrza w płucach.
— Jak pełnie? — Nie podnosiła wzroku znad menu, które przeglądała z uwagą, skupieniem, delikatnym uśmiechem na ustach. Wydąłem wargi i ściągnąłem brwi, gdy zobaczyłem cenę zwykłego tiramisu z truskawkami. Cenią się, nie ma co. Potem się ludzie dziwią, że wolę przeznaczyć te kwoty na działkę. Albo dwie.
Pokręciłem głową, nie wolno, dowie się, opierdoli cię, nie myśl już, nie idź w tym kierunku.
— Pełnie? — Przewróciłem kartę. Mocna kawa bez dodatków była już dla mnie wyborem oczywistym, zastanawiałem się jeszcze, czy nie wziąć sobie do tego czegoś słodkiego. Wzrok przykuło ciasto z owocami i galaretką.
Raczej dobrze, nic sobie nie zrobiłem.
Oprócz rozbicia głowy, przez co potem przez dwa tygodnie chodziłem z plastrem, jak skończony debil.
Nikogo nie rozszarpałem.
Oprócz kilku szczurów, które napatoczyły się pod łapy w piwniczce.
Tylko mnie kurwica i jasny szlag trafiały. No i bolało trochę.
Podrapałem się po zarośniętym policzku. Ogolę się, obiecuję. Muszę się ogolić, wyglądałem źle.
— Dobrze — skwitowałem krótko, nerwowo, niepewnie. Wyjąłem paczkę papierosów. Vogue mentolowe, najzwyklejsze w świecie. Skierowałem ją w stronę dziewczyny, dalej dobierała, odmówiła. Odłożyłem je więc na stoliku, będąc gotowym na to, że się zdecyduje. Zazwyczaj się decydowała. Nie podmienili jej? Nie zabrali jej? Czy ona tu jest? Siedzi? To ona? Na pewno?
Zapaliłem, czując, że robi mi się gorzej. Tak na duszy, zwyczajnie.
poniedziałek, 19 marca 2018
Powroty bywają przewrotne [15]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Powroty bywają przewrotne
— To wszystko wina Cesarza. Na jednym z ostatnich balów, gdzie Miński się jako delegacja pojawił, zaczęli wzajemnie narzekać na to, że funkcje stołkowe im nie służą. Jakiś zakład czy coś w ten deseń. — Lubiłem na nią patrzeć. Lubiłem jej słuchać. Lubiłem po prostu z nią być. Lubiłem dźwięczny śmiech. Lubiłem ją, tak najzwyczajniej w świecie, w całej jej okazałości ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, bo je też posiadała, ale były jak najbardziej w porządku i było jej z nimi do twarzy.
Uśmiechnąłem się razem z nią, gdy dostrzegła tutejsze miasteczko. Tęskniła za tym wszystkim? Pewnie tak, głupie pytanie, ludzie z natury tęsknią i lubią wspominać dawne dzieje. Jak to dobrze kiedyś nie było, jak to im się nie wiodło. Sam rozpamiętywałem. Dużo. Długo. Samotnie. Kląłem sam do siebie i samego siebie za to, co żem poczynił, kiedyś tam, gdzieś tam, z kimś tam.
— No proszę, czyli jednak Adam ma coś z człowieka, albo po prostu wymuskane i wygórowane ego. Raczej to drugie. Wręcz się z niego wylewa. — Zdecydowałem się na tym skończyć ten temat i jak najszybciej go zmienić, bo limity narzucone przez dyrektora nikomu nie służyły, uczniowie dostawali korby, nauczyciele się buntowali, a ten chyba nic nie zrzucił z wagi, bo jak wkurwiony był, tak dalej łaził. — W sumie to dużo się tutaj nie zmieniło, jak mam być szczery. — Przetarłem delikatnie twarz, wygrzebałem śpiocha i strzepnąłem go gdzieś tam, na glebę. Niezbyt kulturalnie, no cóż i tak bywa. — Nic za bardzo nie dobudowali, a najlepsza kawiarenka, jak stała, tak stoi. — Najlepsza, bo chyba jedyna w obrębie trzydziestu kilometrów. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. — Z pubem i barem podobnie, stare śmieci, nie ma co.
Zapaliłbym.
Potem.
sobota, 17 marca 2018
Powroty bywają przewrotne [13]
Etykiety:
Amadeusz Julian Remus,
Powroty bywają przewrotne
Zawsze dźwięczny, niczym dobrze nastrojony instrument, głos, zafałszował nagle. Upewnił mnie w przekonaniu, że dziewczę jest porządnie zirytowane, a winny całej tej sytuacji nie wyjdzie z tego cało.
Może tak miało być? Może po prostu miałem nie otrzymać tego listu z powodów znanych tylko karmie, siłom wyższym, losowi, cokolwiek? Niezbadane są wyroki boskie.
Korzystając z wolnej chwili, począłem podwijać rękawy koszuli, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Odnosiłem wrażenie, iż zbyt często mówię o niej poetycko, zbyt często zwracam uwagę tylko na wygląd, zbyt często ją uprzedmiotawiam. Nie chciałem, żeby tak było, nie znowu.
Ona również nie spuszczała ze mnie wzroku, po twarzy poznać można było, że emocje z niej schodzą, że zrezygnowanie i względny gniew mija. Podobnie jak moja walka z guzikiem przy lewym rękawie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)