— Daj jednego, czuję, że potrzebuję — parsknęła, jęknęła, chuj wie, co zrobiła, ale raczej brzmiało to jak skowyt kopniętego szczeniaka. Westchnąłem, niechętnie rzucając w jej stronę paczkę papierosów. — Nie wiem, czy mam cię zdzielić za tą twoją rozjarzoną minę, czy raczej dopytywać się, co tam wyczytałeś w liście — zaczęła mówić, no i zaatakowała. Podeszła pewniej, prawdopodobnie z furią w oczach, a ja po prostu parsknąłem śmiechem, domyślając się, że i ona powoli zaczynała łączyć fakty, zgadując, jaka wiadomość do mnie dotarła. — I na przyszły raz, nie jestem gołębiem pocztowym, więc bądź łaskaw odpisać tym u góry, żeby twoja korespondencja szła prosto do ciebie, a nie przez moje okno.
I wybuchnąłem śmiechem, prosto w twarz dziewczyny, przy okazji wypuszczając dym ze swoich płuc. Zawróciłem na pięcie, chcąc uchylić okno, bo jednak chyba nikt z nas, nawet jeżeli paliliśmy, to wolał nie udusić się w tym cholernym dymie.
— Źle się czuję, dając ci fajki, ile ty masz lat, szesnaście? Siedemnaście? — mruknąłem pod nosem, chwytając za klamkę. — Nie dopytuj, bo i tak się nie dowiesz, a zresztą wydaje mi się, że potrafisz wiązać ze sobą fakty i tak dalej, inteligentna z ciebie dziewczyna — stwierdziłem, ostatecznie splatając ręce na klatce piersiowej i opierając się o ścianę obok okna. Przechyliłem głowę w prawo. — Obiecuję, będę już z nimi kontaktować się osobiście, nie potrzebuję prywatnego posłańca. A zresztą, coś ty taka napuszona, czyżby twoje podanie zostało odrzucone?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Walsh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Walsh. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 października 2018
niedziela, 21 października 2018
Szanuj ciasta swoje [7]
Etykiety:
Adam Walsh,
Szanuj ciasta swoje
Nerwowo stukała smukłymi palcami o bladą skór, a mi pozostawało uśmiechać się pod nosem, po raz kolejny oczami przejeżdżając po tych ładnych, kształtnych literkach napisanymi raczej damską dłonią i droższym tuszem.
— I co? — wydukała nagle dziewczyna, próbując zajrzeć mi przez ramię, na co mogłem jedynie obrócić się ciutkę gwałtownie, by jednak nie dane jej było ujrzeć słów i zdań. — Dowiedziałeś się czegoś interesującego? — zapytała, ponownie próbując, a w odpowiedzi po prostu złożyłem kartkę na pół.
Tak na wszelki wypadek.
— Korespondencja prywatna, kochana, nieładnie tak zaglądać komuś przez ramię — wymruczałem, a zadowolenie i jakaś tam duma w moim głosie prawdopodobnie były słyszalne. Jeżeli nie doskonale, to bardzo dobrze, przysięgam. — Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, przypominam, tak z uprzejmości — dodałem jeszcze, odkładając kopertę wraz z listem na stolik, by następnie pochwycić ciasto w swoje dłonie i ponownie zacząć się nim delektować. — Ale uchylając rąbka całej tej tajemnicy, mam już czym się zająć po egzaminach końcowych — oświadczyłem, już nie kryjąc się z całą tą dumą, pusząc się jak paw i wysoko zadzierając nosa. Bo kto mi, kurwa, zabroni. Odstawiłem talerzyk obok koperty, by następnie podejść do płaszcza rzuconego niedbale na fotel i z kieszeni wyciągnąć paczkę papierosów i zapalniczkę. — Panienka pozwoli, że zapalę, zaproponowałbym, ale nie wiem, czy mi już wolno — mruknąłem, mrużąc oczy.
— I co? — wydukała nagle dziewczyna, próbując zajrzeć mi przez ramię, na co mogłem jedynie obrócić się ciutkę gwałtownie, by jednak nie dane jej było ujrzeć słów i zdań. — Dowiedziałeś się czegoś interesującego? — zapytała, ponownie próbując, a w odpowiedzi po prostu złożyłem kartkę na pół.
Tak na wszelki wypadek.
— Korespondencja prywatna, kochana, nieładnie tak zaglądać komuś przez ramię — wymruczałem, a zadowolenie i jakaś tam duma w moim głosie prawdopodobnie były słyszalne. Jeżeli nie doskonale, to bardzo dobrze, przysięgam. — Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, przypominam, tak z uprzejmości — dodałem jeszcze, odkładając kopertę wraz z listem na stolik, by następnie pochwycić ciasto w swoje dłonie i ponownie zacząć się nim delektować. — Ale uchylając rąbka całej tej tajemnicy, mam już czym się zająć po egzaminach końcowych — oświadczyłem, już nie kryjąc się z całą tą dumą, pusząc się jak paw i wysoko zadzierając nosa. Bo kto mi, kurwa, zabroni. Odstawiłem talerzyk obok koperty, by następnie podejść do płaszcza rzuconego niedbale na fotel i z kieszeni wyciągnąć paczkę papierosów i zapalniczkę. — Panienka pozwoli, że zapalę, zaproponowałbym, ale nie wiem, czy mi już wolno — mruknąłem, mrużąc oczy.
czwartek, 18 października 2018
Szanuj ciasta swoje [5]
Etykiety:
Adam Walsh,
Szanuj ciasta swoje
I skrzywiła się, dosłownie momentalnie, w ciągu kilku sekund, na co parsknąłem cichym śmiechem.
Zabawna dziewczynka, jakkolwiek kiczowato by to nie zabrzmiało, ciut zbyt pewna siebie, igrająca z ogniem. W zupełnie inny sposób niż Przewalska, ale jednak.
— Interesik mam — zaczęła, niby uprzejmie i miło, ciepło i słodko, a jednak miało się wrażenie, że przypominało to prędzej syk żmii niż cudowny śpiew słowika. — Malutki. Delikatny. I święcie wierzę, że się nadajesz do tego zadania i tak dalej, bo jak nie szanowny pan Walsh to kto — mruknęła, a do tego wszystkiego brakowało tylko szczupłych palców muskających moją klatkę piersiową. Bardzo mdło, no cóż, słabo łgała, jeszcze trochę pracy przed nią się malowało.
Wyciągnęła całkiem ładną kopertę i podała mi ją. Tym razem już naprawdę musnęła opuszkami moją skórę.
— Właściwie to robię za kuriera, bo mnie w to nieco wrobiono, ale jestem diabelnie ciekawa, co za propozycje otrzymałeś i łaskawie proszę o podzielenie się po przeczytaniu.
Westchnąłem, uśmiechnąłem się przepraszająco i przekrzywiłem głowę w lewo, podnosząc liścik ciut wyżej.
— Wszystko zależy od jego zawartości, moja droga — wymruczałem. Bo w końcu w tej drobnej grze mogła wziąć udział dwójka. Ba, była wręcz potrzebna, by poczuć mniejszy dreszczyk, jeżeli w ogóle dało się go poczuć z Ophelion u swojego boku. — A prośba to prośba, spełniać jej nie muszę, wszystko zależy od mojego humoru — przerwałem, nachylając się jeszcze bardziej nad dziewczyną— lub proponowanej ceny — zaświergotałem, aby następnie szybko odejść na bok, całkiem sprawnie otworzyć ładną kopertę i wyciągnąć z niej list, który równie prędko przeleciałem wzrokiem.
Och.
Zabawna dziewczynka, jakkolwiek kiczowato by to nie zabrzmiało, ciut zbyt pewna siebie, igrająca z ogniem. W zupełnie inny sposób niż Przewalska, ale jednak.
— Interesik mam — zaczęła, niby uprzejmie i miło, ciepło i słodko, a jednak miało się wrażenie, że przypominało to prędzej syk żmii niż cudowny śpiew słowika. — Malutki. Delikatny. I święcie wierzę, że się nadajesz do tego zadania i tak dalej, bo jak nie szanowny pan Walsh to kto — mruknęła, a do tego wszystkiego brakowało tylko szczupłych palców muskających moją klatkę piersiową. Bardzo mdło, no cóż, słabo łgała, jeszcze trochę pracy przed nią się malowało.
Wyciągnęła całkiem ładną kopertę i podała mi ją. Tym razem już naprawdę musnęła opuszkami moją skórę.
— Właściwie to robię za kuriera, bo mnie w to nieco wrobiono, ale jestem diabelnie ciekawa, co za propozycje otrzymałeś i łaskawie proszę o podzielenie się po przeczytaniu.
Westchnąłem, uśmiechnąłem się przepraszająco i przekrzywiłem głowę w lewo, podnosząc liścik ciut wyżej.
— Wszystko zależy od jego zawartości, moja droga — wymruczałem. Bo w końcu w tej drobnej grze mogła wziąć udział dwójka. Ba, była wręcz potrzebna, by poczuć mniejszy dreszczyk, jeżeli w ogóle dało się go poczuć z Ophelion u swojego boku. — A prośba to prośba, spełniać jej nie muszę, wszystko zależy od mojego humoru — przerwałem, nachylając się jeszcze bardziej nad dziewczyną— lub proponowanej ceny — zaświergotałem, aby następnie szybko odejść na bok, całkiem sprawnie otworzyć ładną kopertę i wyciągnąć z niej list, który równie prędko przeleciałem wzrokiem.
Och.
sobota, 13 października 2018
Szanuj ciasto swoje [3]
Etykiety:
Adam Walsh,
Szanuj ciasta swoje
— Jestem pewna, że tęskniłeś za mną, wylewając gorzkie łzy i tak dalej — nadęła się jak rybka nadymka, prychając oczywiście, a mi pozostało przewrócenie oczami, podczas gdy ta robiła na nocnym stoliku dosłownie wystawę cukierniczą. — Jeszcze nie wiem, co będę robić, myślałam o stażu — oświadczyła, na co po prostu pokiwałem głową, wyjątkowo nie będąc wścibskim i nie dopytując, gdzieżby ten staż miał być i w czym. Bo w końcu po co mi. Jak to wszystko. — Ale mam jeszcze czas, nie chcę się spieszyć, żeby się okazało, że jednak nie zaliczam roku. Jak tam z zaliczeniem? – zapytała, podając mi talerzyk z ciastem, który raczej odebrałem dosyć niechętnie, przy okazji marszcząc czoło.
Bo w końcu wydawałoby się, że panienka Diaskro Ophelion raczej za często bezinteresowna nie jest, a przyniesienie ze sobą całej cukierni do mojego pokoju zapowiadało jakąś grubszą sprawę.
— Raczej na spokojnie? — mruknąłem, odbierając od dziewczyny widelczyk i zaczynając skubać powolutku swoją słodkość. — W sensie w ogóle się nie przejmuję i tak dalej, raczej większość rzeczy umiem, a przynajmniej to, co chciałbym umieć i tyle. — Wzruszyłem ramionami i podszedłem ciut pewniej do młodej, może i chcąc troszeńkę nad nią górować. — A cóż ciebie zapędziło w moje progi? Tym razem na poważnie, kochanie, bo nie wydaje mi się, żeby było to tylko spowodowane moją tęsknotą.
I może przesunąłem to jedno jaśniejsze pasmo włosów za jej uszko, bo trochę mi przeszkadzało.
Bo w końcu wydawałoby się, że panienka Diaskro Ophelion raczej za często bezinteresowna nie jest, a przyniesienie ze sobą całej cukierni do mojego pokoju zapowiadało jakąś grubszą sprawę.
— Raczej na spokojnie? — mruknąłem, odbierając od dziewczyny widelczyk i zaczynając skubać powolutku swoją słodkość. — W sensie w ogóle się nie przejmuję i tak dalej, raczej większość rzeczy umiem, a przynajmniej to, co chciałbym umieć i tyle. — Wzruszyłem ramionami i podszedłem ciut pewniej do młodej, może i chcąc troszeńkę nad nią górować. — A cóż ciebie zapędziło w moje progi? Tym razem na poważnie, kochanie, bo nie wydaje mi się, żeby było to tylko spowodowane moją tęsknotą.
I może przesunąłem to jedno jaśniejsze pasmo włosów za jej uszko, bo trochę mi przeszkadzało.
czwartek, 4 października 2018
Szanuj ciasto swoje [1]
Etykiety:
Adam Walsh,
Szanuj ciasta swoje
Ostatni rok, ostatni semestr.
Zostałem tu o rok, a może dwa lata więcej niż chciałem, nie do końca wiedząc nawet, po co i jaki to miało sens.
Czy może po prostu nie zmarnowałem tego wszystkiego, będąc zapatrzonym w pewne osobniki, zagubiony w tych cholernych zielonych, a może jednak ciemnoniebieskich oczach, zapominając o wyrabianiu sobie kontaktów, wyżeraniu się w pamięci innych ludzi, starania się nad budzeniem respektu i tak dalej. Po prostu stałem się potulniejszy, spokojniejszy. Pozwalałem wiatrowi pomiatać mną, jak tylko chciał, poddawałem mu się z dziwną przyjemnością i chęcią wręcz. Zamykałem oczy, rozkoszując się udawaną niemożnością i tym, że niby nie miałem na nic wpływu. Pieprzona, konformistyczna chorągiewka ze mnie, nie zaprzeczam.
Upiłem łyk gorzkawej herbaty, melancholijnie spoglądając przez okno, nie do końca wiedząc, co ze sobą począć. Bo przecież egzaminy końcowe straszne mi nie były. Prędzej to, co miało być po nich, to malowało się przed moimi oczami ciut gorzej.
I gdy już zastukałem palcami o parapet, pochylając się do przodu i opierając się na nim, wcześniej odstawiwszy kubek w szczurki oczywiście, z zamyślenia wyrwało mnie pukanie. Dosyć niespodziewane, muszę przyznać.
Czyżby jakiś stary czarodziej chciał zabrać mnie na przygodę życia w poszukiwaniu krasnoludzkiego złota?
— Można wejść? Mam ciacha. — Nie. Irytującemu bachorowi zdecydowanie daleko było do pana z długą, siwą brodą. No i wyróżniała się ciut przystępniejszą urodą. — Dobrze ciebie widzieć, Walsh, jak tam plany na koniec roku?
Wbiła do mojej nory zupełnie bez zaproszenia, nawet bez przywitania czy zwykłego skinięcia głową. Prychnąłem z nieskrywanym oburzeniem, marszcząc czoło.
I ściągając brwi.
Jak stary dziad, przysięgam.
— Weszłaś. Więc tak, chyba można — syknąłem, splatając ręce na klatce piersiowej. — Ciebie też, nawet. Załóżmy przynajmniej, żeby było nam ciut przyjemniej — dodałem jeszcze, podchodząc ponownie do parapetu i pochwyciłem kubek w swoje palce. — Jakoś leci, planów brak. A u ciebie?
Zostałem tu o rok, a może dwa lata więcej niż chciałem, nie do końca wiedząc nawet, po co i jaki to miało sens.
Czy może po prostu nie zmarnowałem tego wszystkiego, będąc zapatrzonym w pewne osobniki, zagubiony w tych cholernych zielonych, a może jednak ciemnoniebieskich oczach, zapominając o wyrabianiu sobie kontaktów, wyżeraniu się w pamięci innych ludzi, starania się nad budzeniem respektu i tak dalej. Po prostu stałem się potulniejszy, spokojniejszy. Pozwalałem wiatrowi pomiatać mną, jak tylko chciał, poddawałem mu się z dziwną przyjemnością i chęcią wręcz. Zamykałem oczy, rozkoszując się udawaną niemożnością i tym, że niby nie miałem na nic wpływu. Pieprzona, konformistyczna chorągiewka ze mnie, nie zaprzeczam.
Upiłem łyk gorzkawej herbaty, melancholijnie spoglądając przez okno, nie do końca wiedząc, co ze sobą począć. Bo przecież egzaminy końcowe straszne mi nie były. Prędzej to, co miało być po nich, to malowało się przed moimi oczami ciut gorzej.
I gdy już zastukałem palcami o parapet, pochylając się do przodu i opierając się na nim, wcześniej odstawiwszy kubek w szczurki oczywiście, z zamyślenia wyrwało mnie pukanie. Dosyć niespodziewane, muszę przyznać.
Czyżby jakiś stary czarodziej chciał zabrać mnie na przygodę życia w poszukiwaniu krasnoludzkiego złota?
— Można wejść? Mam ciacha. — Nie. Irytującemu bachorowi zdecydowanie daleko było do pana z długą, siwą brodą. No i wyróżniała się ciut przystępniejszą urodą. — Dobrze ciebie widzieć, Walsh, jak tam plany na koniec roku?
Wbiła do mojej nory zupełnie bez zaproszenia, nawet bez przywitania czy zwykłego skinięcia głową. Prychnąłem z nieskrywanym oburzeniem, marszcząc czoło.
I ściągając brwi.
Jak stary dziad, przysięgam.
— Weszłaś. Więc tak, chyba można — syknąłem, splatając ręce na klatce piersiowej. — Ciebie też, nawet. Załóżmy przynajmniej, żeby było nam ciut przyjemniej — dodałem jeszcze, podchodząc ponownie do parapetu i pochwyciłem kubek w swoje palce. — Jakoś leci, planów brak. A u ciebie?
wtorek, 28 sierpnia 2018
Bo ćpanie jest dobre na wszystko [24]
Etykiety:
Adam Walsh,
Bo ćpanie jest dobre na wszystko
— Podziękuję, a sam jaraj, ile wlezie — odparł, zajmując się przy okazji swymi włosami, a ja w odpowiedzi z uśmiechem pokiwałem głową, wyjmując z kieszeni różową zapalniczkę i paczkę papierosów.
Podszedłem do okna, uchylając je troszeczkę, bo jednak nie chciałem zadymić całego pokoju Głowackeigo, nawet jeżeli nie miałby nic przeciwko. Po prostu wolałem cokolwiek widzieć, tak?
Wypuściłem dym z płuc i spojrzałem się na chłopaka opierającego się o łóżko, gdy odchrząknął. Podniosłem prawą brew do góry, okazując swoje zainteresowanie.
— Ulubione zespoły? — zapytał, a ja westchnąłem ciężko i skrzywiłem się niemiłosiernie, bo miałem wrażenie, że doskonale wiedział, jak ogromną torturą jest dla mnie ten typ pytania.
— Nie da się wybrać ulubionych — jęknąłem, zaciągając się papierosem. — Earth, Wind and Fire jest świetne. Bee Gees też, kocham ich całym sercem. Toto, Prince, Madonna, Cutting Crew, Blondie, jezu, Zbychu, daj mi żyć, to pytanie należy do jednych z najgorszych — mruknąłem, przymykając powieki i biorąc papierosa w palce. — Choć i tak cieszę się, że nie zapytałeś o ulubioną piosenkę, to już jest szczyt agonii — dodałem i uśmiechnąłem się nieporadnie, przekrzywiając głowę w poszukiwaniu czegokolwiek na zapalniczkę, bo o tym zdążyć niestety nie pomyślałem. — Masz może jakąś szklankę? Wiesz — zapytałem, podnosząc papierosa do góry. — I odbijam piłeczkę, twoje ulubione zespoły?
Podszedłem do okna, uchylając je troszeczkę, bo jednak nie chciałem zadymić całego pokoju Głowackeigo, nawet jeżeli nie miałby nic przeciwko. Po prostu wolałem cokolwiek widzieć, tak?
Wypuściłem dym z płuc i spojrzałem się na chłopaka opierającego się o łóżko, gdy odchrząknął. Podniosłem prawą brew do góry, okazując swoje zainteresowanie.
— Ulubione zespoły? — zapytał, a ja westchnąłem ciężko i skrzywiłem się niemiłosiernie, bo miałem wrażenie, że doskonale wiedział, jak ogromną torturą jest dla mnie ten typ pytania.
— Nie da się wybrać ulubionych — jęknąłem, zaciągając się papierosem. — Earth, Wind and Fire jest świetne. Bee Gees też, kocham ich całym sercem. Toto, Prince, Madonna, Cutting Crew, Blondie, jezu, Zbychu, daj mi żyć, to pytanie należy do jednych z najgorszych — mruknąłem, przymykając powieki i biorąc papierosa w palce. — Choć i tak cieszę się, że nie zapytałeś o ulubioną piosenkę, to już jest szczyt agonii — dodałem i uśmiechnąłem się nieporadnie, przekrzywiając głowę w poszukiwaniu czegokolwiek na zapalniczkę, bo o tym zdążyć niestety nie pomyślałem. — Masz może jakąś szklankę? Wiesz — zapytałem, podnosząc papierosa do góry. — I odbijam piłeczkę, twoje ulubione zespoły?
niedziela, 26 sierpnia 2018
Dobrego złe początki [X]
Etykiety:
Adam Walsh,
Dobrego złe początki
— Kto go tam, kurwa, wie... — powtórzyła po mnie, nic nowego nie wnosząc do naszej rozmowy.
Ale może właśnie tego nie potrzebowaliśmy, bo przecież oboje wiedzieliśmy, że wszystko, co miało być powiedziane, już dawno uciekło z naszych ust, wykradło się, przypadkiem czy nie, to inna sprawa.
Westchnąłem, kończąc ostatniego, na tę chwilę oczywiście, papierosa. Zerknąłem na dziewczynę kątem oka, wzruszając ramionami.
— Gdybyś go jakoś widziała — zacząłem, a słowa dosyć ciężko wychodziły z mocno zaciśniętej krtani — to prześlij moje pozdrowienia, ok? I może dorzuciłbym jeszcze od siebie czekoladę, tak na miłe pożegnanie — dodałem szybko, może i z szyderczym uśmiechem, a następnie podniosłem się z ławki.
Otrzepałem niewidoczny kurz z chinosów, schowałem jedną dłoń do kieszeni, a drugą podrzuciłem kilka razy różową zapalniczkę. Lubiłem ją.
— Miło się rozmawiało, naprawdę — stwierdziłem i posłałem Illene szerszy uśmiech. Milszy i cieplejszy. Prawdopodobnie szczery, bo dziewczyna wcale nie była taka zła, jak ją malowali. Przeczesałem włosy lewą dłonią, a następie ponownie pospiesznie schowałem ją do kieszeni. — Gdybyś kiedykolwiek chciała sobie ponarzekać ze mną na świat, to w sumie moje drzwi są zawsze otwarte, wystarczy zapukać. Do zobaczenia — oświadczyłem, puściłem jej oczko i po prostu zawróciłem na pięcie, odchodząc w swoją własną stronę.
Możliwe, żeby wypalić jeszcze jedną paczkę papierosów, tym razem w całkowitej samotności. W końcu tak się łatwiej płakało, prawda?
Ale może właśnie tego nie potrzebowaliśmy, bo przecież oboje wiedzieliśmy, że wszystko, co miało być powiedziane, już dawno uciekło z naszych ust, wykradło się, przypadkiem czy nie, to inna sprawa.
Westchnąłem, kończąc ostatniego, na tę chwilę oczywiście, papierosa. Zerknąłem na dziewczynę kątem oka, wzruszając ramionami.
— Gdybyś go jakoś widziała — zacząłem, a słowa dosyć ciężko wychodziły z mocno zaciśniętej krtani — to prześlij moje pozdrowienia, ok? I może dorzuciłbym jeszcze od siebie czekoladę, tak na miłe pożegnanie — dodałem szybko, może i z szyderczym uśmiechem, a następnie podniosłem się z ławki.
Otrzepałem niewidoczny kurz z chinosów, schowałem jedną dłoń do kieszeni, a drugą podrzuciłem kilka razy różową zapalniczkę. Lubiłem ją.
— Miło się rozmawiało, naprawdę — stwierdziłem i posłałem Illene szerszy uśmiech. Milszy i cieplejszy. Prawdopodobnie szczery, bo dziewczyna wcale nie była taka zła, jak ją malowali. Przeczesałem włosy lewą dłonią, a następie ponownie pospiesznie schowałem ją do kieszeni. — Gdybyś kiedykolwiek chciała sobie ponarzekać ze mną na świat, to w sumie moje drzwi są zawsze otwarte, wystarczy zapukać. Do zobaczenia — oświadczyłem, puściłem jej oczko i po prostu zawróciłem na pięcie, odchodząc w swoją własną stronę.
Możliwe, żeby wypalić jeszcze jedną paczkę papierosów, tym razem w całkowitej samotności. W końcu tak się łatwiej płakało, prawda?
czwartek, 23 sierpnia 2018
Dobrego złe początki [11]
Etykiety:
Adam Walsh,
Dobrego złe początki
— Zależało mu na tobie — mruknęła i odchyliła głowę do tyłu, wgapiając się w niebo. Parsknąłem beznadziejnym śmiechem, sam chowając swoją twarz w dłoniach i zaciskając powieki, bo tak, o dziwo, mi też na nim zależało. — Bał się do tego przyznać, ale byłeś dla niego istotny. Przepraszam, że to mówię, po prostu uznałam, że powinieneś o tym wiedzieć — oświadczyła, a ja skwitowałem to pokiwaniem głową.
— Może. Może nie — szepnąłem, w głowie dalej powtarzając sobie jak mantrę oskarżające słowa, które przeczytałem wtedy rano. Które dalej lubiłem sobie przypominać, bo może i miał rację, a ja jednak byłem pierdolniętym sadysto-egoistą. — Kto go tam, kurwa, wie, na dobranoc zostawił mi tylko pomiętą kartę z oskarżeniami. Tylko oskarżeniami — zaakcentowałem i tym razem to ja zabawiłem się w oskarżyciela. Bo mogłem. Bo nikt mi nie mógł zabronić. — Wiesz, mi też na nim zależało. W jakiś dziwny, własny pokrętny sposób też był dla mnie ważny i w sumie miło było posyłać w swoim kierunku ciepłe uśmiechy. Ale no — przerwałem na chwilkę, spoglądając na dziewczynę — skończyło się. Nie ma go tutaj i nie będzie, to wszystko to marne skomlenie psa, a w sumie prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczę i może wyjdzie mi to na dobre — wysyczałem niezbyt opanowanym głosem.
Zbyt szybko się przywiązałem.
— Może. Może nie — szepnąłem, w głowie dalej powtarzając sobie jak mantrę oskarżające słowa, które przeczytałem wtedy rano. Które dalej lubiłem sobie przypominać, bo może i miał rację, a ja jednak byłem pierdolniętym sadysto-egoistą. — Kto go tam, kurwa, wie, na dobranoc zostawił mi tylko pomiętą kartę z oskarżeniami. Tylko oskarżeniami — zaakcentowałem i tym razem to ja zabawiłem się w oskarżyciela. Bo mogłem. Bo nikt mi nie mógł zabronić. — Wiesz, mi też na nim zależało. W jakiś dziwny, własny pokrętny sposób też był dla mnie ważny i w sumie miło było posyłać w swoim kierunku ciepłe uśmiechy. Ale no — przerwałem na chwilkę, spoglądając na dziewczynę — skończyło się. Nie ma go tutaj i nie będzie, to wszystko to marne skomlenie psa, a w sumie prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczę i może wyjdzie mi to na dobre — wysyczałem niezbyt opanowanym głosem.
Zbyt szybko się przywiązałem.
poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Dobrego złe początki [9]
Etykiety:
Adam Walsh,
Dobrego złe początki
— Zakochałeś się w nim?
Jedno pytanie, które w sumie zadawałem sobie sam. Bo czy ja w ogóle, mając te prawie dwadzieścia pięć lat, wiedziałem czym jest ta pieprzona miłość i jak nie pomylić jej z innym uczuciem?
Raczej nie i chyba nie jestem zbyt pewny, żebym odpowiedział sobie na to pytanie przez całe swoje życie. Miałem tylko nadzieję, że nie byłem jedyny.
— Nie wiem — mruknąłem, zaciągając się papierosem, wyjątkowo głęboko i zamykając oczy, ściskając powieki, bo nie miałem ochoty wpatrywać się przed siebie bez sensu, jakby z nadzieją, że za chwilę pojawi się przede mną, stanie i tym razem to on zasłoni drugiemu słońce. Uśmiechnie się szelmowsko, usiądzie obok, a pomiędzy nami znowu pojawi się wyjątkowo gęsta atmosfera. — Może. Może nie. Kto tam to, kurwa, wie — warknąłem, raczej na siebie, niż na dziewczynę. — Obstawiałbym zauroczenie, ale w sumie to chyba pomiędzy tymi dwoma uczuciami jest dosyć cienka granica i... czy zauroczenie to nie jest jakiś rodzaj miłości? — szepnąłem i skrzywiłem się niemiłosiernie, gdy oczy nagle zrobiły się wyjątkowo mokre. — Obaj chyba wiedzieliśmy, że to wszystko to tylko jakieś tam pożądanie i intymność, wiesz, nic wyższego, a po prostu spełnianie, zaspokajanie podstawowych ludzkich potrzeb, nic więcej. Jakaś tam czułość też się wkradła, ale i tego nie nazwałbym niczym... większym.
Westchnąłem głośno, gdy głos mi się nagle załamał, a papieros w ustach wydał się wyjątkowo obrzydliwy.
Jedno pytanie, które w sumie zadawałem sobie sam. Bo czy ja w ogóle, mając te prawie dwadzieścia pięć lat, wiedziałem czym jest ta pieprzona miłość i jak nie pomylić jej z innym uczuciem?
Raczej nie i chyba nie jestem zbyt pewny, żebym odpowiedział sobie na to pytanie przez całe swoje życie. Miałem tylko nadzieję, że nie byłem jedyny.
— Nie wiem — mruknąłem, zaciągając się papierosem, wyjątkowo głęboko i zamykając oczy, ściskając powieki, bo nie miałem ochoty wpatrywać się przed siebie bez sensu, jakby z nadzieją, że za chwilę pojawi się przede mną, stanie i tym razem to on zasłoni drugiemu słońce. Uśmiechnie się szelmowsko, usiądzie obok, a pomiędzy nami znowu pojawi się wyjątkowo gęsta atmosfera. — Może. Może nie. Kto tam to, kurwa, wie — warknąłem, raczej na siebie, niż na dziewczynę. — Obstawiałbym zauroczenie, ale w sumie to chyba pomiędzy tymi dwoma uczuciami jest dosyć cienka granica i... czy zauroczenie to nie jest jakiś rodzaj miłości? — szepnąłem i skrzywiłem się niemiłosiernie, gdy oczy nagle zrobiły się wyjątkowo mokre. — Obaj chyba wiedzieliśmy, że to wszystko to tylko jakieś tam pożądanie i intymność, wiesz, nic wyższego, a po prostu spełnianie, zaspokajanie podstawowych ludzkich potrzeb, nic więcej. Jakaś tam czułość też się wkradła, ale i tego nie nazwałbym niczym... większym.
Westchnąłem głośno, gdy głos mi się nagle załamał, a papieros w ustach wydał się wyjątkowo obrzydliwy.
niedziela, 19 sierpnia 2018
Bo ćpanie jest dobre na wszystko [22]
Etykiety:
Adam Walsh,
Bo ćpanie jest dobre na wszystko
— Cokolwiek, byleby sprawiało ci przyjemność i czyniło szczęśliwym — mruknął, przymknął oczy i ziewnął, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. Bo w sumie to chyba miał rację. Oczywiście, dopóki nie krzywdziło się w jakiś mocniejszy sposób innych, bo brzmiało to jak idealny argument dla mordowania i torturowania. — Ludzie zapominają o własnym szczęściu, niepokoi mnie to w sumie, jednak wiesz, życie jest jedno, a rasa humanoidalna ma to do siebie, że lubi je pieprzyć na milion sposobów, nie wiem, co w tym wszystkim widzą, odmawiają sobie podstawowych frajd, cholera, jak staje ci na myśl o pójściu do kina, to idź na ten zajebany film i korzystaj, póki możesz, co za polityka, swoją drogą oglądnąłbym jakiś film, dawno nie marnowałem dupska przy takich pierdołach, a może pójdę pograć w makao, słyszałeś, że... A, jebać, posłuchajmy lepiej tej zajebanej muzyki — zakończył swoją wypowiedź, której sens prawdopodobnie zgubiłem gdzieś po drugim, no dobra może trzecim stwierdzeniu, więc mi pozostało po prostu pokiwanie z jakąś dziwną nieświadomością głową i wzięcie łyka piwa, bo tego wszystkiego na trzeźwo się nie dało.
No i siedzieliśmy sobie w świętym spokoju, przetwarzając jakieś tam informacje, które cały czas docierały do naszych, chyba tego dnia przygaszonych, umysłów.
— Mam papierosy, chcesz papierosa? — oświadczyłem nagle, wtryniając się trochę w śpiew Mercurego, który aktualnie zaczynał śpiewać o tym, jak bardzo biednym jest chłopcem. No cóż, każdy ma własne problemy. — A jeżeli nie chcesz, to przynajmniej pozwól mi zapalić, błagam.
No i siedzieliśmy sobie w świętym spokoju, przetwarzając jakieś tam informacje, które cały czas docierały do naszych, chyba tego dnia przygaszonych, umysłów.
— Mam papierosy, chcesz papierosa? — oświadczyłem nagle, wtryniając się trochę w śpiew Mercurego, który aktualnie zaczynał śpiewać o tym, jak bardzo biednym jest chłopcem. No cóż, każdy ma własne problemy. — A jeżeli nie chcesz, to przynajmniej pozwól mi zapalić, błagam.
Dobrego złe początki [7]
Etykiety:
Adam Walsh,
Dobrego złe początki
A wiedźma po prostu kiwała głową, podczas gdy ja zapalałem swojego papierosa, spoglądając na nią kątem oka i zastanawiając się, jak ważny był dla niej Oakley, jak bardzo musiał spierdolić, no i może mając drobną nadzieję, że jednak podjął dobrą decyzję.
Bo w końcu nigdy mu źle nie życzyłem, prawda?
— Jak zdebilniali jesteśmy? — zapytała, przecierając twarz rękawem, a ja tylko skrzywiłem się nieznacznie, widząc, co stało się z jej makijażem. Ale co mnie to obchodziło, płaczący czy wkurwieni ludzie nie powinni, a raczej nie musieli przejmować się swoim makijażem. — I czy mogę się poczęstować?
Pokiwałem głową, posyłając w jej stronę pokrzepiający uśmiech i podsunąłem pod smukłe dłonie paczkę z papierosami.
— Częstuj się i sobie nie żałuj, choć nie życzę ci raka płuc — oświadczyłem, parskając nędznym śmiechem, a następnie wyjąłem papierosa z ust, by trochę go strzepnąć. — Oj, Renula, poziomu naszego zdebilniania, jak ty to określiłaś, raczej nie da się ustalić, już dawno przekroczył jakikolwiek limit — mruknąłem i uśmiechnąłem się pod nosem. — A rodzice powtarzali, uważaj w kim się zakochujesz, Adaś. Powtarzali też, żebym nie pił i nie palił, w sumie chyba można nazwać mnie dosyć nieposłusznym i niepokornym dzieciakiem — stwierdziłem, zaczynając troszkę bawić się z dymem i chwilę później puszczałem papierosowe kółka spomiędzy warg.
Bo w końcu nigdy mu źle nie życzyłem, prawda?
— Jak zdebilniali jesteśmy? — zapytała, przecierając twarz rękawem, a ja tylko skrzywiłem się nieznacznie, widząc, co stało się z jej makijażem. Ale co mnie to obchodziło, płaczący czy wkurwieni ludzie nie powinni, a raczej nie musieli przejmować się swoim makijażem. — I czy mogę się poczęstować?
Pokiwałem głową, posyłając w jej stronę pokrzepiający uśmiech i podsunąłem pod smukłe dłonie paczkę z papierosami.
— Częstuj się i sobie nie żałuj, choć nie życzę ci raka płuc — oświadczyłem, parskając nędznym śmiechem, a następnie wyjąłem papierosa z ust, by trochę go strzepnąć. — Oj, Renula, poziomu naszego zdebilniania, jak ty to określiłaś, raczej nie da się ustalić, już dawno przekroczył jakikolwiek limit — mruknąłem i uśmiechnąłem się pod nosem. — A rodzice powtarzali, uważaj w kim się zakochujesz, Adaś. Powtarzali też, żebym nie pił i nie palił, w sumie chyba można nazwać mnie dosyć nieposłusznym i niepokornym dzieciakiem — stwierdziłem, zaczynając troszkę bawić się z dymem i chwilę później puszczałem papierosowe kółka spomiędzy warg.
środa, 15 sierpnia 2018
Bo ćpanie jest dobre na wszystko [20]
Etykiety:
Adam Walsh,
Bo ćpanie jest dobre na wszystko
— Ty daj mi lepiej na razie wyjść z tej szkoły w jednym kawałku, Adaś — parsknął, a ja podążyłem za nim, bo w sumie jakiś to plan był, prawdopodobnie lepszy od mojego. Bo w sumie to sam nie wiedziałem, czy aby na pewno to mi się uda. Wziąłem łyk piwa, opuszczając wzrok na podłogę. — Póki co, wiem tyle, że robię sobie po wszystkim gap year, wędruję po świecie i zaliczam kolejne zmywaki. Nic więcej mi do szczęścia nie jest potrzebne.
Pokiwałem głową, wzdychając ciężko.
— Gap year to w sumie jakiś plan. Nie wiem, czy bym podbił zmywaki, ale taka wycieczka do realnego... — mruknąłem, mrużąc oczy. — Ale w sumie zaraz pieprzone dwadzieścia pięć lat. Powinienem czymś się zająć — stwierdziłem. — Jak myślisz, zabieranie się z rodzinką na imprezy charytatywne i wyrywanie ładnej panienki na moje głupie teksty to jakiś pomysł? — zapytałem, po czym uśmiechnąłem się beznadziejnie. Machnąłem ręką. — Nie, wiem, słaby pomysł na całe życie. Ale w sumie, tak na jeden raz?
Wzruszyłem ramionami, dopijając pierwszą butelkę. Szybko mi poszło, ale chyba tak po prostu było łatwiej.
— Może jednak skończę pierdolić i wyżalać się nad tym, jak bardzo bym się z kimś zszedł na jedną noc, i po prostu podelektujemy się muzyką.
Pokiwałem głową, wzdychając ciężko.
— Gap year to w sumie jakiś plan. Nie wiem, czy bym podbił zmywaki, ale taka wycieczka do realnego... — mruknąłem, mrużąc oczy. — Ale w sumie zaraz pieprzone dwadzieścia pięć lat. Powinienem czymś się zająć — stwierdziłem. — Jak myślisz, zabieranie się z rodzinką na imprezy charytatywne i wyrywanie ładnej panienki na moje głupie teksty to jakiś pomysł? — zapytałem, po czym uśmiechnąłem się beznadziejnie. Machnąłem ręką. — Nie, wiem, słaby pomysł na całe życie. Ale w sumie, tak na jeden raz?
Wzruszyłem ramionami, dopijając pierwszą butelkę. Szybko mi poszło, ale chyba tak po prostu było łatwiej.
— Może jednak skończę pierdolić i wyżalać się nad tym, jak bardzo bym się z kimś zszedł na jedną noc, i po prostu podelektujemy się muzyką.
Dobrego złe początki [5]
Etykiety:
Adam Walsh,
Dobrego złe początki
No i zapadła cisza. Bo co innego mogło się stać, no co. Została nieporadność, dziwna melancholia i po prostu porządne wkurwienie na wszystko, co nas otaczało. A może nawet i smutek.
Aktualnie chyba tylko ta pustka i brak słów najlepiej opisywał tę naszą cudownie popieprzoną sytuację
— Tak właściwie to chcę cię przeprosić — zaczęła mówić, podejmując jakąś decyzję, chyba dobrą dla siebie, jak i dla mnie, bo cisza zdecydowanie w końcu wszystkich doprowadzała do szaleństwa. Zerknąłem na dziewczynę nieśmiało, dosłownie kątem oka, bo jakoś nie miałem ochoty, by patrzeć jej prosto w twarz. Może się bałem, kto wie. — Za to, co wtedy mówiłam. Wiesz kiedy. I jak się zachowywałam. Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego tak reagowałam — mruknęła, po czym przerwała na chwilę, by wziąć głębszy oddech. — I za to, że nie mogłam temu wszystkiemu zapobiec. Przepraszam, Adam.
Westchnąłem, opuściłem wzrok i parsknąłem beznadziejnym śmiechem, dosłownie raz, nie więcej, a następnie pokiwałem głową i uśmiechnąłem się delikatnie.
Nie tak jak zawsze, nie w ten sposób ładnie. Po prostu się uśmiechnąłem, obracając się trochę bardziej w kierunku Renee. Odchrząknąłem.
— Przeprosiny przyjęte, doskonale rozumiem, dlaczego reagowałaś w ten sposób — oświadczyłem, mocno dyplomatycznie, ale naprawdę szczerze. — Ja również przepraszam, może powinienem był wtedy ciut odpuścić i choć raz nie zadzierać nosa — parsknąłem, przeczesując nieporadnie włosy. — No. W sumie raczej mało kto mógł temu wszystkiemu zapobiec, więc wiesz... Nie ma co się obwiniać. A nawet jeżeli, to krótko. Życie i tak dalej, pewnie jeszcze gorsze rzeczy nam się przydarzą — mruknąłem, po czym sięgnąłem po paczkę papierosów, by wypalić jeszcze jednego.
Wydawało mi się, że nie byłem zbyt przekonujący.
Aktualnie chyba tylko ta pustka i brak słów najlepiej opisywał tę naszą cudownie popieprzoną sytuację
— Tak właściwie to chcę cię przeprosić — zaczęła mówić, podejmując jakąś decyzję, chyba dobrą dla siebie, jak i dla mnie, bo cisza zdecydowanie w końcu wszystkich doprowadzała do szaleństwa. Zerknąłem na dziewczynę nieśmiało, dosłownie kątem oka, bo jakoś nie miałem ochoty, by patrzeć jej prosto w twarz. Może się bałem, kto wie. — Za to, co wtedy mówiłam. Wiesz kiedy. I jak się zachowywałam. Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego tak reagowałam — mruknęła, po czym przerwała na chwilę, by wziąć głębszy oddech. — I za to, że nie mogłam temu wszystkiemu zapobiec. Przepraszam, Adam.
Westchnąłem, opuściłem wzrok i parsknąłem beznadziejnym śmiechem, dosłownie raz, nie więcej, a następnie pokiwałem głową i uśmiechnąłem się delikatnie.
Nie tak jak zawsze, nie w ten sposób ładnie. Po prostu się uśmiechnąłem, obracając się trochę bardziej w kierunku Renee. Odchrząknąłem.
— Przeprosiny przyjęte, doskonale rozumiem, dlaczego reagowałaś w ten sposób — oświadczyłem, mocno dyplomatycznie, ale naprawdę szczerze. — Ja również przepraszam, może powinienem był wtedy ciut odpuścić i choć raz nie zadzierać nosa — parsknąłem, przeczesując nieporadnie włosy. — No. W sumie raczej mało kto mógł temu wszystkiemu zapobiec, więc wiesz... Nie ma co się obwiniać. A nawet jeżeli, to krótko. Życie i tak dalej, pewnie jeszcze gorsze rzeczy nam się przydarzą — mruknąłem, po czym sięgnąłem po paczkę papierosów, by wypalić jeszcze jednego.
Wydawało mi się, że nie byłem zbyt przekonujący.
wtorek, 14 sierpnia 2018
Bo ćpanie jest dobre na wszystko [18]
Etykiety:
Adam Walsh,
Bo ćpanie jest dobre na wszystko
— Nie mój typ. Ma dziwną twarz i zdecydowanie za duże usta, idę o to, że da się do nich wepchnąć całą puszkę, czy coś — mruknął i wzdrygnął się, a ja po prostu parsknąłem cichym śmiechem i pokręciłem głową. Głowacki zdecydowanie miał ciekawy tok myślenia, ale nie żeby mi to przeszkadzało. — Ale tamta dziewucha, długie, kasztanowe włosy, te do pasa. Wianek ma, cholera, ładna jest. Chociaż i tak daleko jej do Mayersowej — dodał, drapiąc się po policzku. Podniosłem jedną brew, zastanawiając się, czy to aby na pewno nie jest sarkazm i szybko biorąc łyk piwa. No, no, tego bym się nie spodziewał, ale przecież o gustach i guścikach się nie rozmawia, a zauroczenie i miłość są ślepe. Jak doskonale widać po mnie. — Ja dopiero trzecia, hura życie, półmetek przede mną. — Przeniósł na mnie szare spojrzenie.— Ty, ile ty masz lat?
Parsknąłem cichym śmiechem i odszedłem od okna, ponownie zasiadając na podłodze, aby następnie sięgnąć po głośnik i szybko przerzucić na kolejną piosenkę, bo ta aktualna nie należała do najlepszych. Była dobra, ok, ale nie wystarczająco.
— Już dwadzieścia cztery. A zaraz dwadzieścia pięć, trzydziestka się zbliża, a ja dalej nie stwierdziłem, co chcę robić w życiu — oświadczyłem, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. — Znaczy, niby wiem, niby nie, niby sobie coś tam robię i w jakiś sposób dorabiam, ale w sumie nie da się nazwać tego stabilnością finansową, społeczną i tak dalej. A ty Zbychu? Jak tam twoje plany na przyszłość?
Parsknąłem cichym śmiechem i odszedłem od okna, ponownie zasiadając na podłodze, aby następnie sięgnąć po głośnik i szybko przerzucić na kolejną piosenkę, bo ta aktualna nie należała do najlepszych. Była dobra, ok, ale nie wystarczająco.
— Już dwadzieścia cztery. A zaraz dwadzieścia pięć, trzydziestka się zbliża, a ja dalej nie stwierdziłem, co chcę robić w życiu — oświadczyłem, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. — Znaczy, niby wiem, niby nie, niby sobie coś tam robię i w jakiś sposób dorabiam, ale w sumie nie da się nazwać tego stabilnością finansową, społeczną i tak dalej. A ty Zbychu? Jak tam twoje plany na przyszłość?
Dobrego złe początki [3]
Etykiety:
Adam Walsh,
Dobrego złe początki
Renee wyglądała po prostu... źle. Jak nie ona, a raczej szara, cicha myszka, która pewnie w tamtej chwili wolała schować się pod kołdrą i nigdy więcej spod niej nie wyjść. Znaczy, dalej miało się do niej jakiś respekt, raczej tylko idiota rzuciłby jej rękawicę i tak dalej, ale jednak brakowało w tym wszystkim tej charakterystycznej zadziorności i mocnego stąpania po ziemi.
Bo raczej obejmowanie się ramionami oraz opuszczanie wzroku nie należało do częstych gestów widocznych u dziewczyny.
Usiadła obok mnie, zdecydowanie zbyt nieśmiało jak na siebie.
— Miałam spytać dokładnie o to samo — mruknęła, spoglądając na mnie kątem jasnozielonego oka otoczonego naprawdę potężnym gąszczem czarnych rzęs. — Jakoś leci, powoli, ale leci. A ty? Jak się trzymasz?
Westchnąłem głośno, odwracając wzrok, by spojrzeć się przed siebie i zaciągnąć papierosem. To było zarazem proste, jak i bardzo trudne pytanie. Bo sam nie do końca wiedziałem, jak się trzymam. W końcu nie popadłem jeszcze w żadną depresję, mogłem spać, a przynajmniej mogłem już spać, nie płakałem pod prysznicem. Po prostu żyłem sobie spokojnie w moim dziwnym transie. Nic nie robiłem, ale też zupełnie się nie obijałem. Tak jakoś.
— Jakoś. Jakoś się trzymam — odpowiedziałem, strzepując papierosa na ziemię, niezbyt przejmując się tymi wszystkimi zasadami i regułami, że jak to tak, że nie wolno, że przecież może wybuchnąć jakiś pożar czy inne cholerstwo. A może niech to wszystko po prostu spłonie, nikomu nie będzie nas szkoda. — Bywało lepiej, bywało gorzej. W sumie to jest nijak.
Bo raczej obejmowanie się ramionami oraz opuszczanie wzroku nie należało do częstych gestów widocznych u dziewczyny.
Usiadła obok mnie, zdecydowanie zbyt nieśmiało jak na siebie.
— Miałam spytać dokładnie o to samo — mruknęła, spoglądając na mnie kątem jasnozielonego oka otoczonego naprawdę potężnym gąszczem czarnych rzęs. — Jakoś leci, powoli, ale leci. A ty? Jak się trzymasz?
Westchnąłem głośno, odwracając wzrok, by spojrzeć się przed siebie i zaciągnąć papierosem. To było zarazem proste, jak i bardzo trudne pytanie. Bo sam nie do końca wiedziałem, jak się trzymam. W końcu nie popadłem jeszcze w żadną depresję, mogłem spać, a przynajmniej mogłem już spać, nie płakałem pod prysznicem. Po prostu żyłem sobie spokojnie w moim dziwnym transie. Nic nie robiłem, ale też zupełnie się nie obijałem. Tak jakoś.
— Jakoś. Jakoś się trzymam — odpowiedziałem, strzepując papierosa na ziemię, niezbyt przejmując się tymi wszystkimi zasadami i regułami, że jak to tak, że nie wolno, że przecież może wybuchnąć jakiś pożar czy inne cholerstwo. A może niech to wszystko po prostu spłonie, nikomu nie będzie nas szkoda. — Bywało lepiej, bywało gorzej. W sumie to jest nijak.
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dobrego złe początki [1]
Etykiety:
Adam Walsh,
Dobrego złe początki
Siedziałem na ławce.
Tej ławce, na której już kiedyś postanowiłem arogancko usiąść, przy której stałem i zasłaniałem niebieskowłosemu typowi słoneczko.
Jakby w planach miał opalanie.
Paliłem papierosa i byłem cholernie wkurwiony. Kląłem, rzucałem rzeczami i papierami, albo i lepiej, darłem je, bo w końcu i tak do niczego nie były mi potrzebne (a nawet jeżeli były, to wtedy zbytnio się to nie liczyło). Na prawej dłoni powstał nie najładniejszy siniak, lewa wyglądała całkiem nieźle. Jak pedalsko by to nie zabrzmiało, powinienem choć trochę spiłować paznokcie, bo te poobgryzane i nierówne raczej dobrze o mnie nie świadczyły. Cieszmy się, że przynajmniej nadal się myłem, czesałem i nie chodziłem w pogniecionych koszulach czy dresach z dziurami.
Czyżbym przechodził przez pięć etapów żałoby?
A kto to wie, może i tak, może i nie, nigdy nie dane mi było uczęszczać na nauki psychologiczne, nawet jeżeli raz na jakiś czas przeczytałem książkę, lepszą lub gorszą, o tej dziedzinie.
Zaciągnąłem się papierosem i odchyliłem do tyłu. Na razie czwarty, szykuję się na więcej. Przymknąłem oczy, wypuściłem dym z ust, a następnie powtórzyłem czynność sprzed chwili. I tak w kółko, raz za razem, bo na dworze wcale nie było tak źle, kurtki nie potrzebowałem, słońce przyjemnie grzało.
— Hej.
Damski, raczej dosyć dobrze znany mi głos wyrwał mnie z zamyślenia. Raczej nie brzmiał tak, jak zawsze, ciut słabiej, co u Illene chyba nie było aż tak często spotykane. Otworzyłem jedno oko, bo dziewczyna oczywiście zasłoniła mi słońce.
A może jednak się opalał?
— Mogę się dosiąść?
Pokiwałem głową, odwzajemniając jej słaby uśmiech. To chyba nie był nasz dzień.
— Oczywiście, zapraszam na ławkę mocno kopniętych przez te wakacje — oświadczyłem. — To co tam u ciebie?
Tej ławce, na której już kiedyś postanowiłem arogancko usiąść, przy której stałem i zasłaniałem niebieskowłosemu typowi słoneczko.
Jakby w planach miał opalanie.
Paliłem papierosa i byłem cholernie wkurwiony. Kląłem, rzucałem rzeczami i papierami, albo i lepiej, darłem je, bo w końcu i tak do niczego nie były mi potrzebne (a nawet jeżeli były, to wtedy zbytnio się to nie liczyło). Na prawej dłoni powstał nie najładniejszy siniak, lewa wyglądała całkiem nieźle. Jak pedalsko by to nie zabrzmiało, powinienem choć trochę spiłować paznokcie, bo te poobgryzane i nierówne raczej dobrze o mnie nie świadczyły. Cieszmy się, że przynajmniej nadal się myłem, czesałem i nie chodziłem w pogniecionych koszulach czy dresach z dziurami.
Czyżbym przechodził przez pięć etapów żałoby?
A kto to wie, może i tak, może i nie, nigdy nie dane mi było uczęszczać na nauki psychologiczne, nawet jeżeli raz na jakiś czas przeczytałem książkę, lepszą lub gorszą, o tej dziedzinie.
Zaciągnąłem się papierosem i odchyliłem do tyłu. Na razie czwarty, szykuję się na więcej. Przymknąłem oczy, wypuściłem dym z ust, a następnie powtórzyłem czynność sprzed chwili. I tak w kółko, raz za razem, bo na dworze wcale nie było tak źle, kurtki nie potrzebowałem, słońce przyjemnie grzało.
— Hej.
Damski, raczej dosyć dobrze znany mi głos wyrwał mnie z zamyślenia. Raczej nie brzmiał tak, jak zawsze, ciut słabiej, co u Illene chyba nie było aż tak często spotykane. Otworzyłem jedno oko, bo dziewczyna oczywiście zasłoniła mi słońce.
A może jednak się opalał?
— Mogę się dosiąść?
Pokiwałem głową, odwzajemniając jej słaby uśmiech. To chyba nie był nasz dzień.
— Oczywiście, zapraszam na ławkę mocno kopniętych przez te wakacje — oświadczyłem. — To co tam u ciebie?
sobota, 11 sierpnia 2018
Bo ćpanie jest dobre na wszystko [16]
Etykiety:
Adam Walsh,
Bo ćpanie jest dobre na wszystko
— Nikt się tutaj nie myli, Adam — mruknął spokojnie, bardzo spokojnie i leniwie, a ja miałem wrażenie, że zaraz zahipnotyzuje mnie, bujając butelką piwa. — Przecież o gustach się nie dyskutuje, według niektórych mój jest zły, według innych wspaniały. Ktoś gustuje w Vocaloidach, inni w Rock'n'Rollu. I nikt nigdy nie ma lepszej racji — zaburczał i wzruszył ramionami, a ja mogłem parsknąć śmiechem i pokręcić głową. Bo niby nikt nie miał tej lepszej racji, ale zawsze starało się, by wyszło na swoje. — Ale jak widać, wyścigi wciąż trwają, a wojny wybuchają, rymuję dzisiaj jak z nut, a mówią, żem tępy jak but, ha, widzisz, Adam? Ja to słowom wydźwięk nadam. I znowu! Już przestaję, przepraszam, ale siadło, prawda? Zajebiście tutaj duszno — zmienił temat, a następnie wstał i podszedł do okna, by je otworzyć. — Patrz, pierwszaczki się zlatują.
Wziąłem łyk piwa i zrobiłem dosłownie to samo co on. Podniosłem się na nogi, a następnie w kilku krokach znalazłem się tuż przy nim, wyglądając przez ramię chłopaka.
— Zbychu, nie baw się w Słowackiego, bo to wcale nie jest coś dobrego — mruknąłem, przykładając szyjkę butelki do warg i zacząłem dalej przyglądać się nowym osobom na dziedzińcu. — Uprzedzając, za Mickiewiczem również nie przepadam, Sonety Krymskie to dla mnie przesada — dodałem jeszcze, po czym zdecydowałem oprzeć się o ścianę przy oknie i spojrzeć ostatecznie na Głowackiego, biorąc łyk alkoholu. — Tamten w białych włoskach nie najgorszy, ale jakiś strasznie wysoki, tyczkowaty taki, w sumie nic ciekawego. Ale niech się cieszą, że dobra pogoda jest, przynajmniej im nosy nie zamarzną, gdy będą czekać na nasz zapracowany samorząd — stwierdziłem i uśmiechnąłem się, po czym westchnąłem głośno. — Ale ten czas szybko mija, szósta klasa i do domu...
Wziąłem łyk piwa i zrobiłem dosłownie to samo co on. Podniosłem się na nogi, a następnie w kilku krokach znalazłem się tuż przy nim, wyglądając przez ramię chłopaka.
— Zbychu, nie baw się w Słowackiego, bo to wcale nie jest coś dobrego — mruknąłem, przykładając szyjkę butelki do warg i zacząłem dalej przyglądać się nowym osobom na dziedzińcu. — Uprzedzając, za Mickiewiczem również nie przepadam, Sonety Krymskie to dla mnie przesada — dodałem jeszcze, po czym zdecydowałem oprzeć się o ścianę przy oknie i spojrzeć ostatecznie na Głowackiego, biorąc łyk alkoholu. — Tamten w białych włoskach nie najgorszy, ale jakiś strasznie wysoki, tyczkowaty taki, w sumie nic ciekawego. Ale niech się cieszą, że dobra pogoda jest, przynajmniej im nosy nie zamarzną, gdy będą czekać na nasz zapracowany samorząd — stwierdziłem i uśmiechnąłem się, po czym westchnąłem głośno. — Ale ten czas szybko mija, szósta klasa i do domu...
czwartek, 9 sierpnia 2018
Bo ćpanie jest dobre na wszystko [14]
Etykiety:
Adam Walsh,
Bo ćpanie jest dobre na wszystko
— Zauroczeni ludzie są zabawni — parsknął głośno, zdecydowanie za głośno, na tyle, abym zmarszczył czoło i skrzywił się, dosyć znacznie, bo wcale nie byłem zauroczony w Oakleyu. Po prostu go lubiłem, on mnie lubił, albo i nie, dostarczaliśmy sobie jakieś pierwiastki uczuć, a raczej odczuć i reakcji, których nigdy nie dostawaliśmy od innych osób. Tyle, nic więcej. — Był brudny, był zaniedbany. — Prychnąłem w odpowiedzi, bo może i tego nie widziałem. Lub nie chciałem widzieć. — Był zmęczony i stargany, a i tak wszystkim wydawało się, że jest najśmielszym i najżywotniejszym facetem na uczelni. Ludzie są głupi, naiwni, niewarci i przede wszystkim ślepi. Albo cholernie zapatrzeni w siebie — mruknął, przy okazji zajmując się butelkami z piwem, a ja to wszystko chyba po prostu wolałem zostawić to wszystko bez komentarza. Chłopak podał mi otwartą już butelkę, a ja skinąłem głową w podziękowaniu i posłałem mu słaby uśmiech. — Zdrówko, panie złamane serduszko.
— Zdrówko, wujku dobra rado — odparsknąłem, szybko biorąc jednego łyka alkoholu, bo w sumie to czym prędzej chciałem o tym wszystkim zapomnieć.
I w sumie to to piwo wcale nie było takie złe, ba, nawet było całkiem dobre.
Podniosłem wzrok na Zbycha, podnosząc butelkę do góry.
— Nie rozumiem wszystkich ludzi, którzy uważają, że masz zły gust. To po prostu oni się mylą — oświadczyłem, a następnie pospiesznie wziąłem kolejnego, ciut większego łyka. Byleby choć trochę się rozluźnić. — A ty czym ciekawym się ze mną podzielisz, co?
— Zdrówko, wujku dobra rado — odparsknąłem, szybko biorąc jednego łyka alkoholu, bo w sumie to czym prędzej chciałem o tym wszystkim zapomnieć.
I w sumie to to piwo wcale nie było takie złe, ba, nawet było całkiem dobre.
Podniosłem wzrok na Zbycha, podnosząc butelkę do góry.
— Nie rozumiem wszystkich ludzi, którzy uważają, że masz zły gust. To po prostu oni się mylą — oświadczyłem, a następnie pospiesznie wziąłem kolejnego, ciut większego łyka. Byleby choć trochę się rozluźnić. — A ty czym ciekawym się ze mną podzielisz, co?
środa, 8 sierpnia 2018
Bo ćpanie jest dobre na wszystko [12]
Etykiety:
Adam Walsh,
Bo ćpanie jest dobre na wszystko
— Kutas — mruknął, może i wprawiając mnie w niemałe zakłopotanie, bo w sumie to akurat tego się nie spodziewałem. Ale przecież to był Zbychu, prawda? — Ale taki chyba był, nie? Przynajmniej jak na niego patrzyłem. Brzydki. Pomięty, wypluty, pełen oskarżeń. — I podczas gdy on włączał piosenkę, to ja już miałem zaczynać się wykłócać, że przecież wcale nie był brzydki, że był naprawdę ładny i miał ładne oczy, i był może i nawet moim smokiem, a ja naprawdę zdążyłem go polubić, a ludzie po prostu go nie potrafili zrozumieć, ale... ale czasami nadchodzi moment, w którym po prostu powinno się odpuścić, więc po prostu westchnąłem cicho, rozpływając się w słowach lecącej piosenki. — I nie wiem, czy zasłużyłeś. Może według niego tak? Zresztą, z tego, co słyszałem, to powinieneś to potraktować jak komplement. Inni rzekomo dostali figę z makiem — westchnął, na co burknąłem pod nosem. Bo przecież "bo inni mają gorzej" nigdy nie było dobrym argumentem. — Czy w ogóle jest wart całego tego żalu i zdenerwowania, co?
Otworzyłem leniwie oko, pochylając się trochę w stronę Głowackiego.
— Ani, kurwa, jednego mililitra — syknąłem. — Ale czy ktokolwiek jest? I Oakley nie był brzydki czy pomięty. Po prostu specyficzny, i chyba za to też go polubiłem — wymruczałem w końcu, prostując się trochę bardziej, a następnie po prostu pochyliłem się do przodu, zaczynając stukać palcami w rytm muzyki. — No po prostu zdążyłem go polubić. I nie zdążyłem się przygotować na gwałtowne pożegnanie, nawet jeżeli wiedziałem, że tak to się skończy. A ludzie nie są warci wielu rzeczy, Zbychu. A i tak, kurwa, zawsze za nimi szalejemy i robimy wszystko. — Parsknąłem smętnym śmiechem i podniosłem na niego wzrok. — To masz ten alkohol?
Otworzyłem leniwie oko, pochylając się trochę w stronę Głowackiego.
— Ani, kurwa, jednego mililitra — syknąłem. — Ale czy ktokolwiek jest? I Oakley nie był brzydki czy pomięty. Po prostu specyficzny, i chyba za to też go polubiłem — wymruczałem w końcu, prostując się trochę bardziej, a następnie po prostu pochyliłem się do przodu, zaczynając stukać palcami w rytm muzyki. — No po prostu zdążyłem go polubić. I nie zdążyłem się przygotować na gwałtowne pożegnanie, nawet jeżeli wiedziałem, że tak to się skończy. A ludzie nie są warci wielu rzeczy, Zbychu. A i tak, kurwa, zawsze za nimi szalejemy i robimy wszystko. — Parsknąłem smętnym śmiechem i podniosłem na niego wzrok. — To masz ten alkohol?
Bo ćpanie jest dobre na wszystko [10]
Etykiety:
Adam Walsh,
Bo ćpanie jest dobre na wszystko
Pokręcił głową, parskając głośnym śmiechem, no a ja odwdzięczyłem się tym samym.
— Gadaj zdrów, Adam, naprawdę, jeśli tego potrzebujesz, rob do woli. Wytrzymuję większość czasu z Fioną, obstawiam, że twoje wywody nie dorównują tym jej — stwierdził i ponownie wybuchł śmiechem, a ja po prostu wiedziałem, że nie znał mnie wystarczająco dobrze i tylko dlatego tak twierdził.
Po chwili w moją stronę poleciał głośnik, a ja na szczęście dosyć szybko się zorientowałem, by móc go złapać, nawet jeżeli wyglądało to dosyć fajtłapowato, a przez chwilę miałem wrażenie, że urządzenie jednak upadnie na podłogę.
— Zresztą lubię słuchać pierdolenia — dodał, a ja po prostu mogłem już tylko usiąść na podłodze i schować twarz w swoje dłonie.
Bo dawno nie pierdoliłem, a chyba każdy czasami i tego potrzebuje, jakkolwiek wysoko nie stałby w łańcuchu pokarmowym.
— Wiesz, że ten dupek zostawił mi tylko liścik? — mruknąłem pod nosem, odchylając głowę do tyłu, by spojrzeć na Zbycha smętnym wzrokiem. I co z tego, że walnąłem prosto z mostu, w sumie miałem wrażenie, że przy Głowackim mogłem to zrobić. Tak jakoś, wyglądał na osobę, której raczej każdy mógł zaufać, a nawet ten najbardziej tajemniczy czasami musiał coś z siebie wyrzucić. — I to taki pomięty. Brzydki. I jeszcze oskarżający. I go nadal mam, bo to w sumie jedyna rzecz, która mi po nim została, oprócz tych pieprzonych Black Devilsów. I niby coś przebąkiwali, że ma wyjeżdżać, ale miałem nadzieję, że powie mi chociaż jakiekolwiek "cześć" — wyjęczałem wszystko na jednym oddechu, przekręcając w dłoniach głośniczek.
Musiałem wyglądać... nędznie.
— Ale w sumie to ja na to zasługiwałem, prawda?
— Gadaj zdrów, Adam, naprawdę, jeśli tego potrzebujesz, rob do woli. Wytrzymuję większość czasu z Fioną, obstawiam, że twoje wywody nie dorównują tym jej — stwierdził i ponownie wybuchł śmiechem, a ja po prostu wiedziałem, że nie znał mnie wystarczająco dobrze i tylko dlatego tak twierdził.
Po chwili w moją stronę poleciał głośnik, a ja na szczęście dosyć szybko się zorientowałem, by móc go złapać, nawet jeżeli wyglądało to dosyć fajtłapowato, a przez chwilę miałem wrażenie, że urządzenie jednak upadnie na podłogę.
— Zresztą lubię słuchać pierdolenia — dodał, a ja po prostu mogłem już tylko usiąść na podłodze i schować twarz w swoje dłonie.
Bo dawno nie pierdoliłem, a chyba każdy czasami i tego potrzebuje, jakkolwiek wysoko nie stałby w łańcuchu pokarmowym.
— Wiesz, że ten dupek zostawił mi tylko liścik? — mruknąłem pod nosem, odchylając głowę do tyłu, by spojrzeć na Zbycha smętnym wzrokiem. I co z tego, że walnąłem prosto z mostu, w sumie miałem wrażenie, że przy Głowackim mogłem to zrobić. Tak jakoś, wyglądał na osobę, której raczej każdy mógł zaufać, a nawet ten najbardziej tajemniczy czasami musiał coś z siebie wyrzucić. — I to taki pomięty. Brzydki. I jeszcze oskarżający. I go nadal mam, bo to w sumie jedyna rzecz, która mi po nim została, oprócz tych pieprzonych Black Devilsów. I niby coś przebąkiwali, że ma wyjeżdżać, ale miałem nadzieję, że powie mi chociaż jakiekolwiek "cześć" — wyjęczałem wszystko na jednym oddechu, przekręcając w dłoniach głośniczek.
Musiałem wyglądać... nędznie.
— Ale w sumie to ja na to zasługiwałem, prawda?
Subskrybuj:
Posty (Atom)