Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heather Amelia Williams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heather Amelia Williams. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 października 2018

Widzimy się na kawie [0]

Gdybym wiedziała, że dostanę w pakiecie randkę, jak tylko przyjdę na durne spotkanie zarządowo-nauczycielskie do Mińska, to już dawno wciskałabym się we wszystkie luki w jego terminarzu, żeby się dopisać do listy osób, które miały zamiar się pojawiać na kolejnych zbiórkach. Może miałam wrażenie, że przesadzam, ale, hej, w końcu coś zaczynało się w tej kwestii dziać, a szczenięce zauroczenie zdecydowanie przesłaniało mi osąd. 
Czułam się jak gówniara, bez znajomości jak to powinno wyglądać w praktyce, co, gdzie i jak, rumieniąc się przy samym gapieniu się na mój obiekt westchnień. Diaskro z Herą nie stanowiły jakiegoś wybitnego wsparcia w kwestii wolno rozwijających się miłostek, głównie dlatego, że obie raczej ten etap przeskakiwały, od razu przechodząc do sprawy łóżkowej. Za to potrafiłam znaleźć plusy, pierwsza z dziewcząt zdawała się mieć w końcu wybitnego z głowy mojego brata, przestając emanować koło niego emocjami, które sprawiały, że miałam ochotę skulić się w sobie i słąbo zapłakać. 
Życie układało się dalej, negocjowałam w sprawie "Co-zrobić-z-Nibal" wraz ze Sky, która ostatecznie jedynie słała gorzkie przeprosiny, że w sumie, to jej się skończyły środki, ale chuj z tym, jeżeli trzeba będzie, to pogryzę wszystko i wszystkich. Chociaż czasem pojawiało się takie irytujące wrażenie, że można by w sumie ją tam zostawić samą w sobie. My sobie poradziłyśmy, mamy prawo mieć własne życie i tak dalej. 
Zawsze wiedziałam, że jestem pieprzoną egoistką. 
Właśnie dlatego stałam przed kawiarnią, w której umówiłam się z Amadeuszem, starając się przed wejściem powstrzymać wszystkie nerwy i motylki. Tatuaż motylarka nadal czasem piekł bez żadnego powodu, ale trudno się mówi, raz kozie śmierć. 

niedziela, 30 września 2018

Karmimy raka [X]

— Jestem cały do twojej dyspozycji, Heather — odparł, zmieniając tym razem ton rozmowy, która zmierzała w zdecydowanie zadowalającym mnie kierunku. Krążyliśmy wokół siebie niczym banda młodocianych szczeniąt, nie bardzo orientując się co robić, jak robić, gdzie robić, ani w ogóle w jaki sposób wyjść z jakąkolwiek inicjatywą. W towarzystwie gadatliwego Mińska, któremu nerwy w końcu puściły, za co winiłam osobiście piekielne zebranie, na którym przytrzymał nas w ostatnim czasie parę iście męczeńskich, i ruchliwej, chociaż milczącej Miszy, wszystko wydawało się odrealnionym snem.  —  Koniec tego tygodnia jak najbardziej mi pasuje —  dodał, na co skinęłam głową, uśmiechając się jeszcze szerzej.
Kto wie, może coś jeszcze ciekawego z tego wyjdzie, bo póki co zdecydowanie miałam wrażenie, że zasługiwałam na przerwę w tym tygodniu. Miesiącu. Życiu. No, ale nie przesadzając, zamierzałam naprawić sytuację z wnerwiającym braciszkiem, bo Miracles powoli pozwalał sobie na za dużo, będąc przewodniczącym, ogarnąć jakoś dalsze plany życiowe i skończyć ostatni rok szkolny. 
Wszystko do zrobienia. Z odpowiednią pomocą, w odpowiednim towarzystwie, z dozą humoru i optymizmu, mogłam spokojnie zakładać już różowe okulary, nie przejmując się całkowicie resztą obowiązków, które gdzieś tam jeszcze czekały. Papieru? Nibal? Ech, o tym przypomnę sobie jutro, mam jeszcze czas na to wszystko.
Na razie oczy Amadeusza zdecydowanie zbyt ładnie lśniły.

sobota, 29 września 2018

Idziemy zaszaleć [10]

— Po prostu się dobrze bawmy, tak myślę? — mruknęła nieswojo Wanda, na co miałam ochotę westchnąć głęboko, marudząc, że to ona tutaj jest świeżynką, niosącą nam, starym już babom, energię. No, może wyłączając Miszę z Diaskro, ale Miśka była panią profesor, więc się nie zaliczała do tego, a Diaskro, cóż, to była Diaskro. — Tak, bawmy się dobrze i może upijmy do nieprzytomności, bo w końcu kto nam zabroni! — Skinęłam głową, bo ta wersja podobała już mi się o wiele bardziej. Ruszyłyśmy raźnym krokiem przez las, rozmawiając luźno na tematy ważne mniej lub bardziej, choć raczej to przypominało nawijanie o pogodzie. W końcu dotarliśmy do baru-klubu czy jak można było nazwać Trumienkę Truposza, której nazwa przypominała kształt budynku. Dosłownie. Większość rzeczy w środku była stylizowana na klimaty filmów z wampirami, bo pewnie sporo właściwych narodowców z Taigi, by się oburzyło na przyrównania takich rzeczy do ich gatunku, ale cóż. Rozsiadłyśmy się wygodnie w jakimś odosobnionym stoliku w kącie, gdzie muzyka nadal łupniła, ale już nie rozrywała uszu, a przy tym oddaliłyśmy się nieco od wydzielonej części parkietu do tańca.
— Zamawiamy coś na start czy chcecie iść potańczyć? — spytałam, przyglądając się niedbale porozrzucanym ulotkom z rozpiską drinków i przekąsek, jakie były tutaj dostępne. Przydałoby się też coś od razu do jedzenia zamówić, o ile upijalność Hery znałam, Miśki mogłam oceniać na podstawie jej skrętów, to Diaskro i Wanda pozostawały pod tym kątem nadal elementem nieobliczalnym. Mimo wszystko wolałabym nie targać z powrotem do akademików zalanych w trupa dziewczyn. 

poniedziałek, 24 września 2018

Karmimy raka [10]

Mińsk wdał się w jakąś jednostronną dyskusję z Miszą, która przypominała bardziej monolog rozwścieczonego, głodnego niedźwiadka, z bajek puszczanych dzieciom o godzinie dziewiętnastej. Wieczorynka i inne sprawy tego typu, skupiłam się na tyle mocno na wsłuchiwaniu się w pomruki pełne oburzenia dyrektora, że prawie przegapiłam pytanie, zadane mi przez Amadeusza. 
— Wyjdziemy kiedyś na kawę? — Krótkie, szybkie, bezprecedensowe, całkowicie wybijające mnie z rytmu, przez moment miałam wrażenie, że się jedynie przesłyszałam. Uniosłam wzrok na postać profesora, który stał obok, wyglądając na tak samo zagubione, co ja. Pozostała dwójka nadal uczestniczyła ze sobą w rozmowie (o ile można było ich konwersację w ten sposób nazwać), nie przejmując się nami całkowicie. 
Uśmiechnęłam się ze zdziwieniem, mając nadzieję, że moja twarz nagle nie staje w obliczu "50 odcieni pomidora', czemu przeczyło uderzające ciepło, które poczułam na policzkach. Zorientowałam się po chwili, że wypadałoby odpowiedzieć, nawet jeżeli język nie chciał wyprodukować niczego sensownego z moich ust.
— Pewnie — odparłam w końcu, poszerzając nieco uśmiech, zanim dotarła do mnie kolejna informacja, zakodowana gdzieś tam w tle. Nie nadawaliśmy na odpowiednich falach, a zazwyczaj nas po drodze rozmijało, dlatego nie chcąc stracić sytuacji, od razu wypaliłam — uhm, pasowałby ci koniec tego tygodnia? Albo jakiś dzień w przyszłym? — spytałam, pomijając ulubioną wersję teraz, natychmiast, zaraz. 

niedziela, 23 września 2018

Idziemy zaszaleć [8]

— No już, już, pędzę, lecę, spokojnie — wyburczała pod nosem, ale w końcu ruszyła, żeby się pomalować. To raczej ja byłam tą bardziej niecierpliwą, potrzebowałam o wiele więcej dzisiejszego wieczoru, zamierzałam się upić, zaszaleć, pośmiać i w dobrym towarzystwie spędzić odpowiednio dobry czas. — Wcale nie takie czarne, ot co, taki tam pomysł, cieszmy się, że jeszcze do klasztoru iść nie planuję — prychnęła, majstrując sobie przy oku zalotką do rzęs. 
Uśmiechnęłam się do dziewczyny szeroko, gdy stanęła obok mnie już w całej swojej okazałości, gotowa, przygotowana, a ja musiałam powstrzymać chęć potargania jej lekko ułożonych włosów. Wanda przypominała mi własną młodszą siostrę, nawet jeżeli biologicznie była spokrewniona jedynie z Fomą. W ogóle czułam się, jakbyśmy byli jedną wielką rodzinką, wówczas, gdy jeszcze chłopaki byli razem i wszystko się układało.
Teraz też się układało, tylko w innym kierunku, ale na to nie wolno narzekać. 
— Wyglądasz pięknie. — Przyjrzałam się jej jeszcze raz, zanim złapałam za rękę i pociągnęłam za drzwi.  W locie chwyciłam torebkę, którą wcześniej rzuciła koło drzwi przy wchodzeniu. Kilka minut później spotkaliśmy się już z Miśką, Herą i Diaskro. Misza została wzięta w obroty przez obie dziewczyny, więc w krótkiej sukience, umalowanej twarzy, ufryzowanych włosach wyglądała jak całkowicie inna osoba. 
— No, to oficjalne przywitanie. Miśka, Wanda, Hera, Diaskro, idziemy się bawić i wszystkie się już znamy. Jakieś specjalne życzenia na nockę?

piątek, 21 września 2018

Karmimy raka [8]

— Jeszcze czego nam tutaj brakuje, nie dość nam gówniarzerii? — jęknął cicho Amadeusz, strząsając papierosa, na co nie mogłam się nie uśmiechnąć. Cała szkoła już teraz wyglądała na nędzną manifestację swoich przekonań politycznych. Założona i prowadzona przez Cesarza, który dowolnie mógł dyktować warunki odnośnie naszego zakwaterowania, wyżywienia, czy, o zgrozo, nauczania. Mając w myślach faceta, który przecież całe życie spędził otoczony służbą, odpowiednio dworskim wychowaniem i osobistymi nauczycielami, trudno było mówić o jakimś szczególnie pokładanym w jego decyzjach zaufaniu. 
— Myśl pozytywnie, większość z nas wyfrunie w ciągu kolejnego rocznika. Już nie ma Jamesa Hopecrafta, Nivan pomknął też siną w dal, Foma tak samo. Jeszcze za nami zatęsknicie — zauważyłam radośnie — bo po nas przyjdą jeszcze gorsze bachory — zakomunikowałam z nieukrywanym zadowoleniem, wierząc w naszą generację. Aż tak źli nie byliśmy.
— Które będą wnerwiać również panią profesor Williams w przyszłości — fuknął Mińsk, łapczywie zgarniając drugie cygaro z paczki Miśki, która jedynie skinęła głową. — Poza tym, siostry mamy się w końcu spodziewać w przyszłości? — Skrzywiłam się wyraźnie, potrząsając póki co głową.
— Jeden Miracles tutaj nie starczy? — spytałam ze zgrozą, planując po cichu wysłać Nibal gdzieś daleko. Może Aleraja? Valentine z ładnymi widokami? Nie, smoki bywają niebezpieczne. Hm, w razie czego zawsze zostawała Edenia. 

poniedziałek, 17 września 2018

Karmimy raka [6]

— Pewnie padnie przed zmierzchem przy niesławnej piwnicy, ale jeszcze ci dam znać, czy to konkretnie będzie to — mruknął, zerkając na nadchodzącego mężczyznę. Skinęłam głową, przypominając sobie naszą pierwszą, do tej pory również jedyną, wspólną pełnię. — Witam dyrektorze.
— Witam, witam — odparł niecierpliwie, porywając od układnej Miśki papierosa. Dziewczyna zawczasu wyciągnęła w stronę dyrektora paczkę, bez mrugnięcia dzieląc się swoistą ambrozją pod kątem towaru, jedynie kiwając głową na powitanie. Nadal nie do końca orientowała się w tym jak mówić, jej zdania były krótkie, urwane, rzadko doganiały biegnące myśli. Fakt, że była nauczycielem, bądź co bądź, w gruncie rzeczy literatury. Czytać kobita uwielbiała, z wyrażaniem swojego uwielbiania dla czytania już mniej, przynajmniej pod kątem mówionym.
Mińsk zaciągnął się cierpko, pohukał pod nosem, coś tam pomruczał, jak to zwykle on, zanim w końcu pokręcił głową i ogłosił, krzywiąc się.
— Akademik nowy dostaniecie. A wy mieszkania — wymamrotał sam do siebie. — A mi tu kuratorium jakieś dzikie przyklepią, jakbym ja nianiek dodatkowo potrzebował, wiecie wy co. Kurwy sromotne na tych stołkach z biurokracji siedzą, nie ma co. Jakby mnie stać na to wszystko było, o nerwach nie wspomnę — kontynuował, popalając po trochu, zanim westchnął i ogłosił w końcu zbawiennie — przyjeżdża Cesarza syn. Ładnie się zachowywać mi wszyscy macie, bo to gówniarz i smarkacz, ale przyszły Cesarz będzie, trzeba wyrabiać kontakty. 

niedziela, 16 września 2018

Skrzaty ich nienawidzą, odkryli metodę... [6]

Wzruszył ramionami, zgarbił się, a ja doskonale znałam powody tej wizualnej frustracji. Sama nie byłam do końca zadowolona z przewidzianego przez nas rozwiązania, czułabym się pewniej, gdybyśmy pozostali poza zasięgiem ich zębisk. A tym bardziej nasze ręce od ich gardeł, ale niektóre sprawy należało załatwić od razu. Tym bardziej, gdy nasz malutki obecnie problemik miał krótki okres rozrodczy, pieprzył i mnożył się gorzej niż króliki. Dając im wystarczająco dużo czasu, zamiast altanki zajęłyby szkołę, więc powinniśmy być szczęśliwi, że wykryto je w sumie we wczesnej fazie gnieżdżenia. 
— Po prostu miejmy to już za sobą, im szybciej, tym lepiej — mruknął, na co skinęłam głową, mimo prychnięcia Dextera. — I nie jestem pacyfistą, po prostu uważam zabijanie i tak dalej za bezsensowne. — Tutaj mój czarnowłosy przyjaciel wybuchł śmiechem, pokręcił z niedowierzaniem głową i tylko wyprzedził nas (co przy jego kajakach i długich nogach nie było jakimś wyjątkowo trudnym wyczynem), idąc prosto na pierwszego z chochlików, który oddalił się nieco od altanki. Dex sięgnął po niego dłonią, ale zwierzę jedynie odskoczyło, próbując zagryźć się na rękawie od kombinezonu, zanim oberwało z pięści w głowę, otworzyło paszczkę i po krótkim dławieniu się dłonią Dextera, zaczęło usypiać. 
— Macie pokaz nieszkodliwych praktyk — powiedział w naszym kierunku, przewracając oczami. 

Idziemy zaszaleć [6]

— Dasz radę, Heather, jak nie ty, to kto. — Zanuciłam pod nosem doskonale wszystkim znaną melodię, przyglądając się, jak Wanda dobiera spódnice do golfu. — W sumie ja dalej do końca nie wiem, co chcę robić. Niby to zielarstwo, botanika i tak dalej, ale… sama nie do końca wiem, czy potrafiłabym na tym zarabiać. — Zaśmiałam się głośno, widząc cierpką minę dziewczyny. Doskonale potrafiłam ją zrozumieć, sama wciąż miałam wątpliwości, ale na razie jakikolwiek plan wyglądał równie dobrze, co każdy. Nie ma tego złego, a w końcu dojdziemy do jakiegoś sensownego rozwiązania, które wskaże nam nasze jedyne, wyjątkowe miejsce na ziemi. — Zawsze pozostaje otworzenie salonu z sukniami ślubnymi, by troszkę się pognębić, a i kasa najgorsza nie jest.
— By troszkę się pognębić? — roześmiałam się ciepło, podchodząc do dziewczyny i okręcając ją kilka razy wokół własnej osi. — Wanda, nie masz nawet trzydziestki, a już zakładasz, że nigdy się w ślubną kiecę nie wciśniesz, tego lub tej właściwej pewnie jeszcze nie poznałaś, na co czarne myśli? — mruknęłam, przyglądając się jej uważnie. — Skrócam ci czas na przygotowania o pół godziny, skoro masz czas na myślenie o takich rzeczach. — Mrugnęłam do niej, ruszając do rzuconej gdzieś tam kosmetyczki, z której zaczęłam wyjmować kosmetyki i mazidła. — Maluj się, zarzuć włosami i lecimy.

poniedziałek, 10 września 2018

Idziemy zaszaleć [4]

— Prędzej się przeliżą, błagam, skończą dokładnie tak samo jak Oakley z Walshem — stwierdziła, ruszając do szafy, na co nie mogłam nie odpowiedzieć śmiechem. Nieoficjalny romans naszej pary gorących gołąbków kwitł w najlepsze, przynajmniej w wyobraźni szkolnych kolegów oraz koleżanek. Cóż mogliśmy zrobić, gdy Dexter i Foma ze sobą zerwali, to Oakley z Walshem stał się nieoficjalnym królem i królem szkolnego, tęczowego parkietu. A że żaden z nich się do potajemnych macanek raczej otwarcie nie przyznawał, przynajmniej o żadnym oficjalnym obwieszczeniu szanownej pary królewskiej nie słyszałam, to tylko nakręcało biedny, uciemiężony nudą lud jeszcze bardziej. 
Innymi słowy, sami cierpieliśmy na posuchę, więc rzucaliśmy się na cudzą chmurkę. 
— Foma już nie ma nic do gadania i tak się nie odzywa, a więc będziemy kwita i ja również się nie odezwę — prychnęła, wyciągając w końcu jakiś bordowy golf. — Dam radę z malowaniem. Chyba. No. A co tam u ciebie, Heat, jak ci życie mija? 
Westchnęłam głośno, poprawiając pasma włosów, które zakrywały mi oczy. Zdecydowanie niedługo powinnam ruszyć do fryzjera, były już zbyt długie i przeszkadzały w trakcie normalnej pracy. Zastanowiłam się przez moment, czy powinnam powiedzieć prawdę, ale z drugiej strony później i tak wszystko wyszłoby na jaw. 
— Zamierzam odebrać mojej matce prawa rodzicielskie nad młodszą siostrą — powiedziałam w końcu, uśmiechając się cierpko. — Ale jestem niewystarczająco pijana, żeby o tym gadać, więc póki co, Mińsk obiecał mi robotę po zakończeniu nauki, będę uczyć i sekretarkować, więc jest moc. 

niedziela, 9 września 2018

Skrzaty ich nienawidzą, odkryli metodę... [4]

— Czy te hełmy są naprawdę potrzebne? — Skinęłam głową, doskonale rozumiejąc skąd u chłopaka brak entuzjazmu. Sama czułam się przekomicznie w abstrakcyjnie dużych ubraniach, o zwisających i spadających nam na głowach spodkach kosmicznych już nie wspominając. — I w ogóle jak się ich pozbędziemy? Chyba nie będziemy ich mordować, prawda? — dopytał się, kucając i zaczynając bawić się nieco zmokłą od ostatniego deszczu trawą. — Bo ja to jednak jestem fanem pokojowych rozwiązań, o dziwo udało mi się przeżyć te kilkanaście lat mojego życia bez zabijania muchy, jestem w jakiś sposób z tego dumny i no... rozumiecie. 
Miałam już coś odpowiedzieć, ale Dexter wciął mi się po raz kolejny, przewracając oczami i nie siląc się nawet na ściszenie głosu do pospolitego mruknięcia.
— Yhm, pierdoleni pacyfiści. Spójrz na to w inny sposób, ty zeżresz ich albo oni ciebie. Ja tam wolę się nie przekonywać na własnej skórze, czy oni też sadzą kwiatki, robią pokój zamiast wojny i dzielą między siebie fajkę pokoju. Ubierasz, szorujesz do nich i upewniasz się, że zamkniesz każdemu z nich paszczękę rękawiczką...
— Są nasączone środkiem usypiającym, który jest nieszkodliwy dla ludzi, ale jego zapach nawet w małej dawce potrafi uśpić skrzaty. Problem polega na tym, że receptory odpowiedzialne za wyczuwanie zapachu są u nich na początku gardła, więc trzeba je przytrzymać jedną ręką i wsadzić drugą. Jeszcze jakieś pytania? — spytałam, przeliczając w myślach z iloma chochlikami mamy do czynienia. Co najwyżej dziesiątką, ale hałas robili jak cała armia. — Grunt, żeby przy załatwianiu jednego, nas nie chciało załatwić pozostałe dziewięć. 


czwartek, 6 września 2018

Idziemy zaszaleć [2]

Dziewczyna zdecydowanie potrzebowała kilku chwil na przetrawienie mojego krótkiego monologu, ale wydała się zaakceptować podjętą bez jej wiedzy decyzję. No i dobrze, nie wiedziałam, czy miałabym siłę na przekonywanie jej, wciskanie w kieckę i robienie dobrej miny do złej gry, a Przewalska zdecydowanie tego potrzebowała. Wiedziałam, że niby miała tam kilku znajomych, kręciła się w końcu z Nivanem i Yamirem, ale przecież Nivek zwiał, gdzie pieprz rośnie razem z Hopecraftem, a Yamirek w moich oczach sam sobie z życiem nie za bardzo radził. W rezultacie zostawało grono ludzi bliskich, ale nieprzyjemnie dalekich, gdy przychodziło do wygadania się czy zwyczajnego, wspólnego ogarniania. Ott, nieraz wystarczające, żeby nie czuć się przez dwadzieścia cztery na siedem samotnym, ale to za mało, żeby rzucać się w wir wspólnych tematów czy zainteresowań. A ta cisza w piątkowy czy tam sobotni wieczór nadal zostawała tylko pustą ciszą. 
— Rozumiem, że nie znasz słowa “nie”? Bardzo chętnie się z wami zabiorę — rzuciła ostrożnie, wpuszczając mnie do pokoju. Wparowałam szybko, bez precedensu, rozglądając się po lekko zagraconym pokoiku, machając ręką. Jakbym u siebie nie trzymała z Dexterem większego burdelu w naszej dwuosobówce. — Przepraszam za ten cały bajzel, ale no… Sama widzisz.
— Cichaj, bo mamy robotę do wykonania. Będziesz wyglądać cudownie, w końcu się napijesz i pogadamy od serca, obgadując wszystkich chłopaków na uczelni. I dziewczyny. I zapoznamy cię z Miśką, więc będzie fajnie — celowo przeciągnęłam pierwszą samogłoskę o kilka sekund za długo — zatem do roboty. Za dwie godziny masz być ubrana, cudowna i w dobrym humorze na przekomarzanie się ze mną, musimy w końcu zakłady postawić czy Hera z Diaskro się zabiją, czy prędzej przeliżą. Poza tym zakaz zbierania materiału dowodowego, więc żadne zdjęcia do Fomy nie wyciekną, a ty może poznasz kogoś fajnego. W doborze stroju nie pomogę, ale mogę zawołać Diaskro, jakbyś potrzebowała pomocy w malowaniu — kontynuowałam. 

wtorek, 4 września 2018

Idziemy zaszaleć [0]

Czas płynął dalej, kolejne dni upływały i już niedługo kończyliśmy z Dexterem szkołę. To miał być nasz ostatni rocznik, a James już wcześniej zawinął się, machając na pożegnania w trakcie lata. Kto go tam wie, gdzie go z Nivanem wywiało. Co prawda listy przysyłał, ale z niego istna chorągiewka na wietrze, nie nadążysz, żeby się zorientować, skąd idzie prąd. 
Z Fomą kontakt powoli zaczynał się urywać, chociaż starałam się wysyłać mu k-meile, wiadomości przez kuralet i inne bzdury, ale znacząca odległość i nadmiar zajęć jakoś skutecznie utrudniały nam regularną komunikację. Za to zostawała w szkole jeszcze jedna Przewalska, która ostatnio wyglądała nie w sosie, jakby ją cały świat pogonił z ulubionego kąta. I to musiało prędzej czy później się skończyć. Ja rozumiem, że wszyscy mamy problemy, depresję i ogólną panikę, bo musimy wrócić do wstawania o tej nieludzkiej porze, żeby zdążyć na zajęcia, ale cóż poradzić, że bywa i tak. 
A Przewalska zdecydowanie powinna się już pozbierać.
Może dlatego zapukałam do drzwi jej pokoju, pełna poczucia, że odbywam jakąś misję. Zaraz po otworzeniu drzwi, wypaliłam jak z karabinu, nie dając dziewczynie nawet szansy na odpowiedź.
— Cześć, robimy babski wieczorek. Hera, Diaskro, ty, ja. Idziemy świętować i doprowadzić do pierwszego wyjścia Miśki do klubu, więc uśmiech ładny, bo mamy dwie godziny, żeby poprawić ci humor i zdążyć na czas. I nie przyjmuję sprzeciów, bo zdecydowanie od dawna nic razem nie robiłyśmy. No i będzie przełamanie lodów, znasz Miśkę czy jeszcze nie poznałaś Miśki? Wejściówki już kupione, a ewentualną scysję z twoim bratem o szlajanie się po nocach biorę na siebie. 

niedziela, 2 września 2018

Skrzaty ich nienawidzą, odkryli metodę... [2]

— Tak... mi się wydaje? — mruknął pod nosem, doganiając nas, choć zwolniliśmy nieco tempa. Głównie dlatego, żebym ja nie musiała biegać za Dexterem w swoich pantoflach, bo chłopak leciał jak na złamanie karku. No, miał zdecydowanie większe nogi i robił większe kroki, więc w sumie nic dziwnego, że czułam się jak surykatka goniąca za żyrafą. — A teraz czy mogę prosić o powtórzenie, ciut spokojniej i czy możemy się wrócić po jakiekolwiek odzienie wierzchnie, bo leje jak z cebra, a i ja, i wy, nie jesteśmy jakkolwiek ochronieni przed deszczem. No może jedynie te wasze stylowe kalosze w jakikolwiek sposób zadziałają, choć nie wiem, czy nie naleje się do nich woda — stwierdził, chyba przyglądając się po trochu naszym butom.
Nasza ferajna zdecydowanie z daleka musiała wyglądać śmiesznie, tym bardziej, że Dexter pośpieszył się z założeniem hełmu i rękawic, na co mogłam tylko pokręcić z niedowierzaniem głową. 
— Dyrektor Mińsk wylosował ciebie do pomocy w pozbyciu się skrzatów ogrodowych — skłamałam gładko, starając się brzmieć naturalnie i nawet na moment nie mrużąc oczu. — Ogółem cholery jedne zadomowiły się w altance przy jeziorze. Jeżeli jeszcze tam nie byłeś to świetnie, przy okazji jeszcze posprzątać mamy, to ci wszystko pokażemy, gdzie ogniska, gdzie grilla i tak dalej, co tam może wyprawiać — kontynuowałam, prowadząc chłopaków ubitą, jednolitą ścieżką prosto przez las. Po kilkuminutowej wędrówce dotarliśmy na skraj zalesionego terenu, który ustępował spokojnej, kolorowej łące. Hmm, może już nawet jakieś grzyby będą, to moglibyśmy potem poszukać. 
Byliśmy kilkanaście metrów od altany, osłonięci nieco większymi krzakami, ale i tak z naszej pozycji słyszeliśmy wyraźnie popiskiwanie skrzatów. Małe chochliki wyły, warczały i chyba kłóciły się same ze sobą.
— No to przebieranki — mruknęłam, zaczynając zakładać ogrodniczki. 

Karmimy raka [4]

Wzruszył ramionami, ciężko westchnął, jakby trzymał się niczym Atlas, czując napór reszty świata. Doskonale to na swój sposób rozumiałam, niby coś, niby nic, ale egzystencja leciała dalej, latka stukały, świeczki na torcie się klonowały i tak dalej, i tak dalej. 
— Żyję, to się chyba liczy. Jak ma być, dalej dręczę typy dachów, truję płuca i liczę się z brakiem jakiegokolwiek szacunku.  Jak to się mówi, byle do przodu. Swoją drogą, szybka prośba, byłabyś w stanie za tydzień popilnować mnie przy pełni? Strzyka mi w kościach, a dobrze się to nie zapowiada.
— Na pocieszenie, oni co najwyżej szanują tylko Connora i to wyłącznie dlatego, że po zamknięciu stołówki Pan Skrzacik jest ostatnią szansą na zdobycie pożywienia. No i jest pewność, że przynajmniej on nie będzie chciał ciebie otruć, co nie można powiedzieć o fasolce po bretońsku, którą podali w zeszły czwartek. Jestem prawie pewna, że przynajmniej ćwierć mojego rocznika wylądowała u pielęgniarza — podsumowałam, biorąc ostatniego bucha cudownego towaru Miśki. Tym razem powstrzymałam instynktowną chęć kaszlu, starając się nie zadławić dymem. 
— Z pełnią nie ma żadnego problemu, szepnij mi tylko gdzie i o której mam być — odparłam, wyrzucając na ziemie niedopałek i przydeptałam go wielokrotnie pantoflem. Ostrożności w kwestii ognia nigdy za wiele. Przeciągnęłam się leniwie, rozprostowując kości, które miałam wrażenie, że zastygły na kamień w czasie zebrania. W końcu i Mińsk wyszedł z pomieszczenia, z własnym papierosem, mamrocząc coś pod nosem, że to miała być elita narodów, a nie, na co przewróciłam oczami.

sobota, 1 września 2018

Karmimy raka [2]

— Pisz na kuralecie albo następnym razem wbij jej długopis w tchawicę. — Parsknęłam pod nosem zduszonym śmiechem, wyobrażając sobie następne komentarze. Znając urocze babsko, najpewniej oberwałabym prosto po głowie za marnowanie energii czy inne gówno, gdy marnowanie papieru byłoby przecież o wiele lepsze. 
Albo cokolwiek innego, zdecydowanie czułam, że głowa zaczyna mi ponownie pulsować, a zbliżająca się migrena skutecznie zajęła moje myśli. Zresztą z ogarniania umysłu psorki nic nie dało się zrobić, same bzdurne i mało ciekawe informacje. Szybkie kilka buchów, nieco delikatniejszych na rozluźnienie. Nie chciałam rozwalić sobie płuc towarem Miśki, która wdychała wszystko jak leci, choćby automat przy przystanku w Krakowie wskazywał stan narażenia życia lub zdrowia przy tamtejszej ilości smogu. Kto by się tam bał udusić powietrzem, prędzej to Misza dusiła powietrze. 
— Jedno jest pewne, za mało nam za to wszystko płacą. — Skinęłam ze zrozumieniem głową, żeby uświadomić sobie jedną, bardzo irytującą kwestię.
—  Tobie przynajmniej płacą — westchnęłam poirytowana —  aczkolwiek jestem na dobrej drodze do przejęcia władzy nad sejfem z wypłatami, więc, hej, to już coś —  podsumowałam, zaciągając się kolejny raz i mrużąc oczy. — Misia, jak to jest możliwe, że ciebie to nie piekli? —  spytałam, dusząc się nieco i kaszląc. 
—  Nizinni. Słabe ciała. Misza zdrowa. Misza biega — odparła niezrażona, zabierając się już za drugiego papierosa własnego wyrobu. Jak to możliwe, chyba nigdy się nie dowiem.
— Wypraszam sobie bardzo, ja też biegam — urwałam na moment, zanim poprawiłam — biegałam. Będę biegać. Kysz, pora wrócić do treningów faktycznie. — Miśka utworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale jej ewentualny pomysł kołatał mi się po głowie, więc tylko pokręciłam głową. — Ty, Miśka, biegasz z miśkiem wielkości naszej altanki, nie ma szans, że wybiorę się z tobą na poranny jogging, ja do tego się nie zbliżę, dopóki mi nie przyniesiesz zaświadczenia, że zwierzę nie ma pcheł i zostało zaszczepione na wściekliznę, Cesarz mi świadkiem. A co tam u ciebie, Amek? — spytałam, zmieniając temat, bo idea biegania z bestią trzy razy większą ode mnie to był temat warty do porzucenia w każdym dogodnym momencie. 

Skrzaty ich nienawidzą, odkryli metodę... [0]

Może nie zrobiliśmy najprzyjemniejszej pod słońcem rzeczy nowemu uczniowi, ale brać studencka w trudnych chwilach powinna się integrować, prawda? Przynajmniej to sobie wmawiałam, gdy zapukałam razem z Dexterem do drzwi pokoju szanownego Asu. Jeszcze z nim przyjemności osobiście nie miałam, Dex jedynie wprowadzał, a znając mojego drogiego przyjaciela, to już dawno zaprzepaściliśmy wszelkie szanse, żeby Asu uważał samorząd za coś wartościowego. Dlatego czym prędzej należało go wykorzystać jako darmową siłę roboczą czy cokolwiek. Mój plan miał wiele luk logicznych, ale łatwiej wyjaśnić się nie dało, jak mamy brać kogoś do okropnej roboty, lepiej niech to będzie ktoś, to z założenia już i tak nas pewnie nie lubi. Minimalizacja strat. 
W dłoni trzymaliśmy torby ze specjalistycznym sprzętem, który wręczył nam Mińsk. Nędzne, ogrodowe rękawice raczej nie dadzą rady ochronić nas przed skrzacimi zębiskami, ale przynajmniej do późniejszego sprzątania jakoś ułatwią zbieranie wszystkiego do kupy. Dostaliśmy też w miarę sensowne kalosze, gorzej z ich rozmiarem, bo najmniejsza para była za duża nawet na Dextera, który chodził normalnie w kajakach, więc tym gorzej dla mnie i prawdopodobnie Asu. Chociaż kij wie, jaki on miał numer buta. Do tego mieliśmy jeszcze hełmy ochronne na głowę, porządne robocze ogrodniczki również kilka rozmiarów za duże i nasza ekipa była gotowa na wojnę.
No, jak już wyciągniemy ostatniego członka. Jak tylko otworzyliśmy drzwi, Dexter złapał chłopaka i pociągnął go w naszą stronę, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. 
— Altanka, skrzaty, zostałeś wylosowany z puli studentów do pomocy, będziemy wykurzać skurczysynów. Najprawdopodobniej mają wściekliznę, więc pilnuj łachów — wcisnął mu w dłonie jedną z siatek — bo nie mamy czasu na późniejsze latanie z tobą po lekarzach. Capiche

Karmimy raka [0]

Zdecydowanie potrzebowałam wyjść na papierosa, uciec od tych wszystkich pełnych idiotyzmów ludzi, którym się wydawało, że są alfą i omegą w każdej dziedzinie życia. Zaczynałam podejrzewać, że to grono pedagogiczne było głównym powodem alkoholizmu naszego szanownego dyrektorka. Jakbym miała użerać się z tymi, rzekomo dorosłymi, ludźmi każdego dnia przez ostatnie siedem lat, to już dawno turlałabym się do wariatkowa, płacząc rzewnymi łzami o tym, że płacili mi o wiele za mało, jak na użeranie się z domorosłymi bachorzyskami. Misza podążyła za mną, wyciągając przy okazji jakieś tam swoje cygarety, jak zwykle milcząc i mając wszystkich w nosie. Chociaż w sumie? Jeżeli jeździsz na niedźwiedziu to nie bardzo potrzebujesz interesować się, co o twoim przedmiocie lub sposobie wykładania sądzi pierdolnięta babka od zielarstwa. Zwłaszcza, gdy Mińsk pozwala ci go paść w pobliskim lesie. Piekielna bestia, byłam prawie pewna, że to ona wypłoszyła chochliki z lasu, sprawiając, że zabarykadowały się w altanie. Kolejny mały problemik, z którym potem trzeba będzie sobie jakoś poradzić. 
— Przerwa. Mińsk — wyjaśniła tylko dziewczyna, podając mi cudeńko. 
Z ulgą przyjęłam papierosa, cygaro czy co to tam było od Rowańcowej. Nawet nie pytałam, z czego robiła mieszankę, na Miszy można było polegać i założyć, że nie spróbuje cię otruć. Przynajmniej nie świadomie. Miśka zazwyczaj siedziała cicho, robiła w tych swoich magicznych cosiach i jeszcze dziwniejszych rzeczach, zbierała zioła, polowała na króliki i sama gotowała sobie obiady, więc w oczach społeczności studenckie uchodziła za wzór kobiety niezależnej. No, gdyby jeszcze czasem nie zapominała wytrzeć rąk po obrabianiu upolowanej zwierzyny, to byłoby mega. 
— Przysięgam, jeżeli ta stara babka jeszcze raz skomentuje to, że marnuję trzy milimetry każdej linijki, bo za daleko stawiam kropki w notatkach to jej strzelę — zaczęłam, odpalając papierosa i kiwając na powitanie Amadeuszowi, który też najwidoczniej zwiał podczas przerwy na świeże powietrze. 

poniedziałek, 16 lipca 2018

Praca po godzinach [2]

Ktoś odchrząknął, wchodząc głębiej do pomieszczenia i dopiero wtedy dostrzegłam skrytego w półmroku Fomę. Przez słabe światło i dodatkowo moje przyzwyczajenie do pracy w ciemnościach, nie byłam w stanie rozpoznać rysów jego twarzy, ale ten głos, to prawie zaspane mruknięcie, słaby uśmiech i rozłożone ręce, jakby ich właściciel chciał pokazać, że przychodzi w pokoju.
— Hej — mruknął — To... Co tam u was, hm? — Przez moment się zawahałam, zastanawiając się, co powiedzieć. Jakie tematy odpuścić, a na które powinnam zwrócić większą uwagę, co mogło spotkać się z nieprzychylnym odbiorem, ale jedynie uśmiechnęłam się ciepło, zwlokłam się z krzesła, podchodząc do chłopaka, którego zaraz ogarnęłam ramionami, ściskając mocno.
— Dobrze, że jesteś — powiedziałam ciepło, prowadząc go na sofę i zaraz usiadłam obok niego. — Dexter na szale nudy i braku inspiracji wyrywa sobie włosy z głosy, przerzucając się na inne dziedziny nauki. James wyjeżdża z Nivanem, na jakieś leczące czary-mary, rezygnuje z funkcji przewodniczącego. Miracles zostaje nowym prezesem tej obory. Wkurwiam się z matką o prawa do opieki nad moją młodszą siostrą. Mińsk zatrudnić ma w końcu psychologa u nas. Mamy znowu porządny remont mieć zrobiony. Amadeusz jest super. Nadal nie mam psa. Duch wciąż straszy. A co u ciebie, Foma? — spytałam lekkim tonem, mrużąc nieco oczy. 


czwartek, 5 lipca 2018

Praca po godzinach [0]

Przeciągnęłam się na krześle, kręcąc głową na boki i z irytacją spoglądając na rosnące sterty notatek. Niby sama chciałam tej pracy, dla czystej pewności, że nie będę później miała żadnych problem z zostaniem w AWU na dłużej, nawet po skończeniu szkoły. W końcu gdzie się podziać za bardzo nie miałam, po mojej hucznej awanturze raczej drzwi poprzedniego "domostwa" stały dla mnie zamknięte, więc zostawało poszukać własnego kąta gdzieś indziej. Nie mogłabym zostać u żadnej z sióstr na kanapie, zaczynając od niestabilnej (i stanowczo zbyt buchającej agresją jak dla mnie) sytuacji Vi, zresztą wataha raczej nie zezwalała na obcych, a dziewczyna wyraźnie zaznaczyła, że sama planowała wyfrunąć z gniazda, wyleźć z nory czy co tam wilki robią. Lilith odpadała, sama mieszkała przy uniwerku, na którym wykładała, Stella raczej nie chciała widzieć mnie na oczy, a Orion mógłby przyjąć co najwyżej mnie.
A tego, że nie zostawię z matką Nibal akurat byłam pewna w stu procentach.
Może dlatego siedziałam teraz, długo po oficjalnym czasie zakończenia pracy, bawiąc się w wypełnianie kolejnych formularzy, odpisywanie na listy i poprawianiem błędów, które wcześniej popełnił Mińsk. Z jednej strony szanowałam go jako pedagoga, a z drugiej potrafił nieźle namieszać w papierologii, co szczególnie mnie bolało. 
— Proszę? — powiedziałam głośno, słysząc pukanie. Odwróciłam głowę w stronę drzwi, byłam w gabinecie Mińska, co prawda to prawda, ale nawet on nie bywał tu o takich godzinach. — Mińska nie ma, jeżeli coś do niego, to dyrektor jest u siebie w mieszkaniu. 
.
.
.
.
.
.
template by oreuis