Nie wyrażała sprzeciwu. Wyjątkowo przystanęła na propozycję, posłusznie uchwyciła moją dłoń i podciągnęła się do góry, by za chwilę spleść palce z tymi moimi, co spotkało się z moją aprobatą, a może i nawet delikatnym rumieńcem na twarzy. Chwała ciemnej skórze, że dojrzeć na niej przebarwienia graniczyło z cudem.
— Dziękuję — rzuciła z tym swoim uśmiechem. Rzuciła i przytuliła się do mnie. Rzuciła i po prostu dalej trwała, a ja jedynie starałem się nie oddychać za głęboko, bo odnosiłem nieodzowne wrażenie, że za chwilę utopię się deszczem. Prawdopodobnie wciągnąłem dłoń na jej plecy i lekko ją po nich pogładziłem, cicho prychając i kręcąc głową.
— I przepraszam.
Dodała, a ja już nie odpowiadałem, jedynie wpatrywałem się w czubek blond fryzury i cieszyłem się z możliwości posiadania jej tak blisko siebie, jak bardzo egoistycznie to nie brzmi.
Wszyscy byliśmy egoistami.
Wszyscy chcieliśmy zagarniać jak najwięcej dla siebie.
Ot co.
Może potem po prostu poprawiłem bluzę na jej ramionach. Może potem po prostu pomogłem jej założyć buty. Może potem po prostu zabrałem ją do szkoły, następnie wprowadzając do swojego akademika. Może świecił pustką, odkąd Oakley się stąd wyniósł. Może rozłożyłem ręcznik na swoim łóżku i może zachęciłem ją do zajęcia na nim miejsca. Może wyciągnąłem drugi i zarzuciłem go na głowę Przewalskiej. Może zacząłem delikatnie przecierać jej włosy materiałem, starając się odciągnąć od nich jak najwięcej wilgoci. Może przy okazji patrzyłem na nią z delikatnym uśmiechem i rozmarzeniem w oczach.
Może potem przytknąłem ciepłą dłoń do jej ciepłego policzka.
Może, ale tylko może.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yamir Madan Kumar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yamir Madan Kumar. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 września 2018
środa, 26 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [21]
I rzeczywiście, objęła mnie, przytuliła, jak to zbłąkane dziecko. Otuliła ramionami, palce zaciskając to na mojej bluzie, to na włosach, z których pewnie dało radę wycisnąć i wykręcić wodę. Prawdopodobnie nie były miłe w dotyku, kleiły się do rąk i były po prostu obrzydliwe.
I mimo tego, jak paskudnie w tamtym momencie nie wyglądałem i się nie zachowywałem, ta wciąż mnie trzymała, szeptała słodkie jak ulepek i czułe słówka, wprost na ucho, owiewając skórę przyjemnym, ciepłym oddechem.
Czułem ciarki przebiegające po całym moim ciele. Nie wiedziałem, czy z powodu wydechów, które lądowały po mojej stronie, dotyku palców, czy samej obecności dziewczyny, która raczej nie miała zamiaru mnie zostawiać. Przynajmniej nie teraz.
A tego chyba potrzebowałem, bo coś ostatnimi czasy często żegnałem się z ludźmi.
Dłonie zjechały na twarz. Usta znalazły swoje miejsce na raczej chłodnym nosie. Uśmiech zawirował na wargach, a ciepło rozlało się po moim organizmie.
Sama również drżała, dopiero teraz byłem w stanie to zauważyć.
Prędkie odsunięcie się, przecierając dłonią zagilany nos, za chwilę ściągając z siebie bluzę i nie czekając na żadną reakcję, zarzucając ją na ramiona Przewalskiej. Chrząknąłem.
— Powinniśmy wracać, robi się coraz zimniej — stwierdziłem, układając usta w pozytywnym grymasie, co musiało wyglądać raczej nieciekawie w połączeniu z czerwonymi oczami i smugami na buzi.
Nie lubiłem tych chwil słabości.
Bałem się płakać.
I coraz bardziej żałowałem, że w jakiś sposób się otworzyłem i wyszedłem na paskudną beksę z trybem paniki.
Nie czekałem, podniosłem się i wyciągnąłem dłoń do przemoczonej Wandy.
I mimo tego, jak paskudnie w tamtym momencie nie wyglądałem i się nie zachowywałem, ta wciąż mnie trzymała, szeptała słodkie jak ulepek i czułe słówka, wprost na ucho, owiewając skórę przyjemnym, ciepłym oddechem.
Czułem ciarki przebiegające po całym moim ciele. Nie wiedziałem, czy z powodu wydechów, które lądowały po mojej stronie, dotyku palców, czy samej obecności dziewczyny, która raczej nie miała zamiaru mnie zostawiać. Przynajmniej nie teraz.
A tego chyba potrzebowałem, bo coś ostatnimi czasy często żegnałem się z ludźmi.
Dłonie zjechały na twarz. Usta znalazły swoje miejsce na raczej chłodnym nosie. Uśmiech zawirował na wargach, a ciepło rozlało się po moim organizmie.
Sama również drżała, dopiero teraz byłem w stanie to zauważyć.
Prędkie odsunięcie się, przecierając dłonią zagilany nos, za chwilę ściągając z siebie bluzę i nie czekając na żadną reakcję, zarzucając ją na ramiona Przewalskiej. Chrząknąłem.
— Powinniśmy wracać, robi się coraz zimniej — stwierdziłem, układając usta w pozytywnym grymasie, co musiało wyglądać raczej nieciekawie w połączeniu z czerwonymi oczami i smugami na buzi.
Nie lubiłem tych chwil słabości.
Bałem się płakać.
I coraz bardziej żałowałem, że w jakiś sposób się otworzyłem i wyszedłem na paskudną beksę z trybem paniki.
Nie czekałem, podniosłem się i wyciągnąłem dłoń do przemoczonej Wandy.
wtorek, 25 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [19]
Zerkanie na nią nieco otumanionym wzrokiem było chyba jedyną rzeczą, na jaką mogłem się w całym tym amoku zebrać. Wszystko przepełnione sapaniem, charkaniem, może nawet chlipaniem i dziwnym smarknięciem, które pojawiało się raz na jakiś czas.
Chyba się poryczałem i może nawet poleciał mi gil, nie byłem do końca pewien, wiedziałem jedynie, że wbijałem w nią wciąż przerażone spojrzenie, słuchając uważnie, co ona ma do powiedzenia.
Nie do wykrzyczenia, nie do wywrzeszczenia, a do powiedzenia, wręcz wyszeptania.
Cały monolog, wszystko odpowiedzią na moje słowa, a jednocześnie odpowiedzią na niewypowiedziane, od tak dawna wiszące w powietrzu, w atmosferze między nami, wypisane na naszych czołach, ciałach, ustach, lecz nigdy niedopuszczone do głosu. Jedynie kumulowane w wielu miejscach, by finito nas rozszarpać i pozostawić ptakom.
Czułem czerwoną twarz, czułem łzy piekące policzki, czułem ból oczu, czułem gardziel, czułem nawet palce zaciskające się na trawie, wbijające w glebę, zahaczające o kamienie, lekko podważające paznokcie. Czułem ogień pod skórą na piersi, świadom byłem, że runy właśnie wypalają tkanki, żarząc się pięknymi odcieniami złota. Czułem, że parzą moje palce, natrafiając bezpośrednio na ścięgna, doprowadzając mnie do szaleństwa, którego jednak okazać nie miałem zamiaru.
Bojąc się, piekielnie bojąc i piekielnie cierpiąc, przysunąłem się do niej, wręcz doczołgałem, byle się przytulić. Nie ją. Się.
Ponownie czułem się jak dziecko, którym targnęły emocje.
A pojedyncze źdźbła trawy twardniały i robiły się coraz cięższe. I cięższe. I cięższe. Leniwie zastygając bez ruchu. Mieniąc się najszczerszym złotem.
Chyba się poryczałem i może nawet poleciał mi gil, nie byłem do końca pewien, wiedziałem jedynie, że wbijałem w nią wciąż przerażone spojrzenie, słuchając uważnie, co ona ma do powiedzenia.
Nie do wykrzyczenia, nie do wywrzeszczenia, a do powiedzenia, wręcz wyszeptania.
Cały monolog, wszystko odpowiedzią na moje słowa, a jednocześnie odpowiedzią na niewypowiedziane, od tak dawna wiszące w powietrzu, w atmosferze między nami, wypisane na naszych czołach, ciałach, ustach, lecz nigdy niedopuszczone do głosu. Jedynie kumulowane w wielu miejscach, by finito nas rozszarpać i pozostawić ptakom.
Czułem czerwoną twarz, czułem łzy piekące policzki, czułem ból oczu, czułem gardziel, czułem nawet palce zaciskające się na trawie, wbijające w glebę, zahaczające o kamienie, lekko podważające paznokcie. Czułem ogień pod skórą na piersi, świadom byłem, że runy właśnie wypalają tkanki, żarząc się pięknymi odcieniami złota. Czułem, że parzą moje palce, natrafiając bezpośrednio na ścięgna, doprowadzając mnie do szaleństwa, którego jednak okazać nie miałem zamiaru.
Bojąc się, piekielnie bojąc i piekielnie cierpiąc, przysunąłem się do niej, wręcz doczołgałem, byle się przytulić. Nie ją. Się.
Ponownie czułem się jak dziecko, którym targnęły emocje.
A pojedyncze źdźbła trawy twardniały i robiły się coraz cięższe. I cięższe. I cięższe. Leniwie zastygając bez ruchu. Mieniąc się najszczerszym złotem.
niedziela, 23 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [17]
Przyrzekam, nigdy w moim krótkim życiu aż tak bardzo nie wyostrzałem zmysłów. Doglądałem jej wszystkim. Wzrokiem, słuchem, zapachem, intuicją, łapiąc każdy szczegół, doszukując się najmniejszych zmian znaczących o tym, że Przewalska znalazła się w niebezpieczeństwie. Była dzika, była nieokrzesana i była nieostrożna, a to połączenie tylko prosiło się o wypadek.
Który w końcu, na nasze nieszczęście się wydarzył.
Oglądanie jej, jak wpada do wody, było chyba najpaskudniejszym doznaniem, jaki przeżyłem. Nie, wróć, kończyny kotłujące się w wodzie i urywany przez ciecz krzyk był tryliard razy gorszy, doprowadzający mnie do szaleństwa, spędzający sen z powiek przez kolejne tygodnie. Bo widziałem tylko ją i czułem tylko strach, obezwładniający strach, wciskający do oczu hektolitry łez.
Rzuciłem się w jej stronę, nie bacząc na to, czy się nie poślizgnę i czy nie wybiję zębów.
Przewalska umierała, a ja umierałem razem z nią.
Wytargałem ją, jakimś cudem, łapiąc pod pachami i wręcz wyciągając, jak jakiś wór z tego pierdolonego mułu. Wyprowadziłem ją na brzeg, gdzie oboje łupnęliśmy o zimną trawę. Pluła wodą, ale oddychała, całkiem sprawnie, wciąż płacząc i kaszląc.
A ja się darłem. Po prostu na nią wrzeszczałem.
Że jest głupia, że jej nienawidzę, że mogło jej się coś stać, że mówiłem, że nie powinna, że jest nieodpowiedzialna, że ją kocham, że po prostu nie mogę jej ścierpieć, że jest dla mnie czymś, przez co wpadam w pieprzony amok, że nie może umrzeć, że nie może mnie po prostu zostawiać, że nigdzie dalej nie idzie.
Który w końcu, na nasze nieszczęście się wydarzył.
Oglądanie jej, jak wpada do wody, było chyba najpaskudniejszym doznaniem, jaki przeżyłem. Nie, wróć, kończyny kotłujące się w wodzie i urywany przez ciecz krzyk był tryliard razy gorszy, doprowadzający mnie do szaleństwa, spędzający sen z powiek przez kolejne tygodnie. Bo widziałem tylko ją i czułem tylko strach, obezwładniający strach, wciskający do oczu hektolitry łez.
Rzuciłem się w jej stronę, nie bacząc na to, czy się nie poślizgnę i czy nie wybiję zębów.
Przewalska umierała, a ja umierałem razem z nią.
Wytargałem ją, jakimś cudem, łapiąc pod pachami i wręcz wyciągając, jak jakiś wór z tego pierdolonego mułu. Wyprowadziłem ją na brzeg, gdzie oboje łupnęliśmy o zimną trawę. Pluła wodą, ale oddychała, całkiem sprawnie, wciąż płacząc i kaszląc.
A ja się darłem. Po prostu na nią wrzeszczałem.
Że jest głupia, że jej nienawidzę, że mogło jej się coś stać, że mówiłem, że nie powinna, że jest nieodpowiedzialna, że ją kocham, że po prostu nie mogę jej ścierpieć, że jest dla mnie czymś, przez co wpadam w pieprzony amok, że nie może umrzeć, że nie może mnie po prostu zostawiać, że nigdzie dalej nie idzie.
poniedziałek, 17 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [15]
Zaśmiała się głośno, gdy tylko usłyszała moją odpowiedź na jej propozycję. Skwitowałem to kolejnym grymasem, bo naprawdę nie miałem najmniejszej ochoty babrać się w tym zamulonym jeziorze, w którym czają się pewnie kolejne cuda niewidy, które tylko czekając na to, żeby chapnąć w ostre zębiska moje piękne, kształtne łydeczki, pocharatać pęciny i pozbawić kilku palców u stóp.
— Tak samej to nudno — odparła, przeciągając prawie że całą wypowiedź, na co skusiłem się przewrócić oczami, bo tak, Wanda była królową dramatyzowania i nieumiejętnego aktorzenia przy każdej możliwej okazji. — Ale i tak skorzystam, żyje się tylko raz i tak dalej, a katar i tak będę mieć.
I mimo że to powiedziała, stała przylepiona do mnie dosłownie jeszcze chwilę, może dwie. Widocznie oboje nie mieliśmy ochoty ruszać się i zakłócać obecnego stanu rzeczy. Było po prostu dobrze, bardzo dobrze i bardzo przyjemny.
Aż w końcu, ku mojemu niezadowoleniu, odsunęła się, leniwie, ostatnią odrywając dłoń, jakby chcąc do końca pozostać ze mną w, chociaż minimalnym kontakcie fizycznym. Rozumiałem ją, doskonale ją rozumiałem.
I zagryzłem policzek ze zdenerwowania, gdy weszła do wody po pas. Miałem nadzieję, że jedynie zmoczy stopy, a nie porwie się cała do lodowatej wody.
— Tylko nie za długo, bo wyjdzie coś gorszego, niż katarek — rzuciłem nieco głośniej, marszcząc się niemiłosiernie.
Martwiłem się.
Tak po prostu.
Nad tą małą, niezdarną i rozwrzeszczaną nimfą.
— Tak samej to nudno — odparła, przeciągając prawie że całą wypowiedź, na co skusiłem się przewrócić oczami, bo tak, Wanda była królową dramatyzowania i nieumiejętnego aktorzenia przy każdej możliwej okazji. — Ale i tak skorzystam, żyje się tylko raz i tak dalej, a katar i tak będę mieć.
I mimo że to powiedziała, stała przylepiona do mnie dosłownie jeszcze chwilę, może dwie. Widocznie oboje nie mieliśmy ochoty ruszać się i zakłócać obecnego stanu rzeczy. Było po prostu dobrze, bardzo dobrze i bardzo przyjemny.
Aż w końcu, ku mojemu niezadowoleniu, odsunęła się, leniwie, ostatnią odrywając dłoń, jakby chcąc do końca pozostać ze mną w, chociaż minimalnym kontakcie fizycznym. Rozumiałem ją, doskonale ją rozumiałem.
I zagryzłem policzek ze zdenerwowania, gdy weszła do wody po pas. Miałem nadzieję, że jedynie zmoczy stopy, a nie porwie się cała do lodowatej wody.
— Tylko nie za długo, bo wyjdzie coś gorszego, niż katarek — rzuciłem nieco głośniej, marszcząc się niemiłosiernie.
Martwiłem się.
Tak po prostu.
Nad tą małą, niezdarną i rozwrzeszczaną nimfą.
środa, 12 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [13]
Mogłem przysiąc, no jak matkę kocham i jak mocno wierzę w Karmę, że Przewalska zaczęła mocniej się we mnie wtulać, garnąć całym ciałem do tego mojego, starając się jak najdłużej i jak najmocniej wytrwać przy mojej osobie.
No i tak sterczeliśmy, ta powoli odchylając głowę, wręcz kładąc ją na moim ramieniu, a swoją drobną dłoń układając na moją, zdecydowanie większą i może też nieco cieplejszą. Jej łapki były już chłodne, co raczej mnie niepokoiło i przyprawiało o zmarchę przeciągającą się przez całe czoło.
— Tchórz — rzuciła cicho, parskając przy okazji melodyjnym śmiechem, chichocząc pod nosem. Co mogłem zrobić, prychnąłem w oburzeniu, kręcąc głową. Nie byłem tchórzem. Byłem po prostu przezornym mężczyzną, martwiącym się o stan zdrowia... Przyjaciółki. — No chodź, pomoczymy tylko nogi, jest ciepło. I obiecuję, że teraz już nie będę biec i na pewno się nie poślizgnę, i będę bardzo ostrożna, i będę się ciebie pilnować.
Zerknęła na mnie zielonymi oczyskami, zamrugała kilka razy, nawet zawachlowała długimi rzęsami, a ja jedynie posłałem jej podejrzliwe spojrzenie, bo mimo wszystko ta propozycja jakoś szczególnie mi się nie podobała.
— Jak tak bardzo chcesz to wio, mocz nogi. Ja odpadam, muł między palcami jakoś średnio mi się widzi, a zakładanie później skarpetek to już w ogóle — odparłem, przy okazji mocno się krzywiąc.
Może zrobiłem się nieco sztywny i mało rozrywkowy.
Jednak deszcz raczej nigdy nie był moją domeną, a do wody... Chyba było mi do niej nie po drodze.
No i tak sterczeliśmy, ta powoli odchylając głowę, wręcz kładąc ją na moim ramieniu, a swoją drobną dłoń układając na moją, zdecydowanie większą i może też nieco cieplejszą. Jej łapki były już chłodne, co raczej mnie niepokoiło i przyprawiało o zmarchę przeciągającą się przez całe czoło.
— Tchórz — rzuciła cicho, parskając przy okazji melodyjnym śmiechem, chichocząc pod nosem. Co mogłem zrobić, prychnąłem w oburzeniu, kręcąc głową. Nie byłem tchórzem. Byłem po prostu przezornym mężczyzną, martwiącym się o stan zdrowia... Przyjaciółki. — No chodź, pomoczymy tylko nogi, jest ciepło. I obiecuję, że teraz już nie będę biec i na pewno się nie poślizgnę, i będę bardzo ostrożna, i będę się ciebie pilnować.
Zerknęła na mnie zielonymi oczyskami, zamrugała kilka razy, nawet zawachlowała długimi rzęsami, a ja jedynie posłałem jej podejrzliwe spojrzenie, bo mimo wszystko ta propozycja jakoś szczególnie mi się nie podobała.
— Jak tak bardzo chcesz to wio, mocz nogi. Ja odpadam, muł między palcami jakoś średnio mi się widzi, a zakładanie później skarpetek to już w ogóle — odparłem, przy okazji mocno się krzywiąc.
Może zrobiłem się nieco sztywny i mało rozrywkowy.
Jednak deszcz raczej nigdy nie był moją domeną, a do wody... Chyba było mi do niej nie po drodze.
wtorek, 11 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [11]
Może i cała sytuacja spotkała się z odrobiną niezadowolenia z mojej strony. Szczególnie gdy zielone oczy po prostu się odwróciły, wcześniej obdarowując mnie kaskadą iskier, błysków i nadziei na to, że to wszystko jakoś pójdzie, jakoś się ułoży i może nawet zakończy się tym legendarnym i niedoścignionym „happy endem”, czy jak to tam było.
A tak? Tylko uścisk na dłoni, który, mimo że starałem się wzmocnić, zdawał się z każdą chwilą być coraz słabszy, coraz mniej wiążący i coraz bardziej bezsensowny. Jednak głupio było mi wtedy po prostu ją puścić.
Bałem się, że będzie to poprzedzeniem dla całkowitej utraty.
I jakoś udało się podtrzymać to, aż do dotarcia do tej niesamowitej altanki, przy niesamowitym jeziorze, w niesamowitym lesie, który koniecznie chciał cię pozbawić życia, podobnie zresztą jak biblioteka i w sumie każde miejsce w okolicy.
A jednak z Przewalską u boku czuło się jakoś łagodniej. Bezpieczniej. Jakby groźby maści wszelakiej nigdy nie istniały.
— Kto ostatni w wodzie ten frajer! — wrzasnęła, parsknęła śmiechem, zrzucając przy okazji trzewiki i rzucając się boso w stronę tafli.
Chwilę zajęło mi zrozumienie, co się dzieje, może dlatego byłem w stanie wydusić z siebie tylko dość głośne imię dziewczyny i dosłownie w ostatniej chwili złapać ją, byle nie wleciała na łeb na szyję do zbiornika.
Pochwycenie koszulki, szarpnięcie materiału i uderzenie wątłych pleców o moją klatkę piersiową. Wszystko przepełnione moim przerażeniem ukrytym gdzieś w spojrzeniu i ciężkim oddechem, zdawkowo się urywającym.
— Na litość boską, Przewi — sapnąłem, trzymając ją w talii i dość głęboko łapiąc powietrze, tuż nad jej uchem. — Nawet jeśli jesteśmy już przemoczeni do suchej nitki, to nie uważam, żeby był to dobry pomysł — burknąłem, luzując nieco uścisk, bo co prawda, to prawda, może zaciskałem łapy nieco zbyt mocno.
A tak? Tylko uścisk na dłoni, który, mimo że starałem się wzmocnić, zdawał się z każdą chwilą być coraz słabszy, coraz mniej wiążący i coraz bardziej bezsensowny. Jednak głupio było mi wtedy po prostu ją puścić.
Bałem się, że będzie to poprzedzeniem dla całkowitej utraty.
I jakoś udało się podtrzymać to, aż do dotarcia do tej niesamowitej altanki, przy niesamowitym jeziorze, w niesamowitym lesie, który koniecznie chciał cię pozbawić życia, podobnie zresztą jak biblioteka i w sumie każde miejsce w okolicy.
A jednak z Przewalską u boku czuło się jakoś łagodniej. Bezpieczniej. Jakby groźby maści wszelakiej nigdy nie istniały.
— Kto ostatni w wodzie ten frajer! — wrzasnęła, parsknęła śmiechem, zrzucając przy okazji trzewiki i rzucając się boso w stronę tafli.
Chwilę zajęło mi zrozumienie, co się dzieje, może dlatego byłem w stanie wydusić z siebie tylko dość głośne imię dziewczyny i dosłownie w ostatniej chwili złapać ją, byle nie wleciała na łeb na szyję do zbiornika.
Pochwycenie koszulki, szarpnięcie materiału i uderzenie wątłych pleców o moją klatkę piersiową. Wszystko przepełnione moim przerażeniem ukrytym gdzieś w spojrzeniu i ciężkim oddechem, zdawkowo się urywającym.
— Na litość boską, Przewi — sapnąłem, trzymając ją w talii i dość głęboko łapiąc powietrze, tuż nad jej uchem. — Nawet jeśli jesteśmy już przemoczeni do suchej nitki, to nie uważam, żeby był to dobry pomysł — burknąłem, luzując nieco uścisk, bo co prawda, to prawda, może zaciskałem łapy nieco zbyt mocno.
niedziela, 9 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [9]
Nie powstrzymywałem nawet uśmiechu, który znienacka wtargnął na moje usta, gdy równie niespodziewanie, dziewczyna zaczęła odgarniać przyklejone do mojego czoła włosy, poskręcane, namoczone loczki, które powoli nabierały wody, a co za tym idzie, stawały się coraz cięższe.
Zielone oczy błyskały się bardzo ładnie i bardzo łagodnie, zerkając na moją twarz, obserwując ją dokładnie, z pierwiastkiem czegoś, czego ponownie, nie byłem w stanie określić. Wanda Przewalska zawierała w sobie jedną jedyną emocję, która już na zawsze miała pozostać mi potężną niewiadomą, bo nie potrafiłem zrozumieć, co to takiego. Sama natomiast raczej nie miała zamiaru mi tego wytłumaczyć i powiedzieć prosto w twarz.
włosów na bok.
— Wyglądasz jak taki bardzo biedny i ładny kot w złotej obróżce wrzucony prosto do jeziora — rzuciła ze śmiechem, na co pokiwałem głową, bo jednak miała w tym swoją rację, nie sposób było się nie zgodzić z tym, co mówi. — Oboje tak wyglądamy, sama do końca nie wiem, co nam do głowy strzeliło, by się tak stroić. W dodatku moja ulubiona sukienka — dodała z dość głośnym westchnięciem i rozłożeniem ramion w geście pełnym niemocy.
A później nawet nie wiem, kiedy zostałem pociągnięty w stronę lasu, z powodzią w butach, przemoczonymi ubraniami i ciężką, bardzo ciężką głową.
Dotrzymywałem jej tempa, patrząc na nią z tyłu, patrząc na mokry materiał szczelnie opinający wąskie ramiona. Idealnie podkreślający każdy szczegół. Odkrywający przede mną fakt, gdzie w danym momencie znajduje się lewe ramiączko stanika.
Szum deszczu wpadającego w korony drzew. Chrzęst gałęzi pod stopami, zatapiające się w podłożu buty. Zapach odżywającego świata. Parno, duszno.
Palce kurczowo zaciskające moją dłoń, jakby wręcz upewniające się i proszące o to, żeby ta nagle nie zniknęła. Nie miała najmniejszego zamiaru.
Później? Później dosłownie na chwilę, ukradkiem, zerknęła na mnie przez ramię, gdy docieraliśmy do szkolnej altanki.
Jest to jedyna klatka z całego tego filmu, którą tak dokładnie pamiętam. Pamiętam, że przed lewym okiem przeleciała wtedy kropla deszczu. Pamiętam, że kosmyk opadł wtedy zza jej ucha, ponownie wślizgnął się na twarz. Pamiętam, że nieco mocniej przycisnęła palec wskazujący. Pamiętam zapach, doskonale potrafię go sobie przypomnieć, nawet teraz.
Nigdy dokładnie tego nie dookreśliłem, ale uznawałem to za jeden z potencjalnych momentów.
Momentów, w których zakochałem się w Wandzie Anastazji Przewalskiej.
Zielone oczy błyskały się bardzo ładnie i bardzo łagodnie, zerkając na moją twarz, obserwując ją dokładnie, z pierwiastkiem czegoś, czego ponownie, nie byłem w stanie określić. Wanda Przewalska zawierała w sobie jedną jedyną emocję, która już na zawsze miała pozostać mi potężną niewiadomą, bo nie potrafiłem zrozumieć, co to takiego. Sama natomiast raczej nie miała zamiaru mi tego wytłumaczyć i powiedzieć prosto w twarz.
włosów na bok.
— Wyglądasz jak taki bardzo biedny i ładny kot w złotej obróżce wrzucony prosto do jeziora — rzuciła ze śmiechem, na co pokiwałem głową, bo jednak miała w tym swoją rację, nie sposób było się nie zgodzić z tym, co mówi. — Oboje tak wyglądamy, sama do końca nie wiem, co nam do głowy strzeliło, by się tak stroić. W dodatku moja ulubiona sukienka — dodała z dość głośnym westchnięciem i rozłożeniem ramion w geście pełnym niemocy.
A później nawet nie wiem, kiedy zostałem pociągnięty w stronę lasu, z powodzią w butach, przemoczonymi ubraniami i ciężką, bardzo ciężką głową.
Dotrzymywałem jej tempa, patrząc na nią z tyłu, patrząc na mokry materiał szczelnie opinający wąskie ramiona. Idealnie podkreślający każdy szczegół. Odkrywający przede mną fakt, gdzie w danym momencie znajduje się lewe ramiączko stanika.
Szum deszczu wpadającego w korony drzew. Chrzęst gałęzi pod stopami, zatapiające się w podłożu buty. Zapach odżywającego świata. Parno, duszno.
Palce kurczowo zaciskające moją dłoń, jakby wręcz upewniające się i proszące o to, żeby ta nagle nie zniknęła. Nie miała najmniejszego zamiaru.
Później? Później dosłownie na chwilę, ukradkiem, zerknęła na mnie przez ramię, gdy docieraliśmy do szkolnej altanki.
Jest to jedyna klatka z całego tego filmu, którą tak dokładnie pamiętam. Pamiętam, że przed lewym okiem przeleciała wtedy kropla deszczu. Pamiętam, że kosmyk opadł wtedy zza jej ucha, ponownie wślizgnął się na twarz. Pamiętam, że nieco mocniej przycisnęła palec wskazujący. Pamiętam zapach, doskonale potrafię go sobie przypomnieć, nawet teraz.
Nigdy dokładnie tego nie dookreśliłem, ale uznawałem to za jeden z potencjalnych momentów.
Momentów, w których zakochałem się w Wandzie Anastazji Przewalskiej.
sobota, 8 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [7]
Kilka prostych, typowych dla niej gestów, upicie herbaty prawdopodobnie do końca, bo spodziewałem się, że za dużo w kubeczku już nie zostało, no i finalnie, podniesienie się z ławki z delikatnym uśmiechem i słowami na ustach.
— Już za późno, jeżeli mieliśmy coś złapać, to pewnie już to się stało, przynajmniej z moją odpornością. Ale bardzo chętnie obejrzę jakąś słabą komedię romantyczną. Albo wręcz odwrotnie, może coś ciut ambitniejszego. Kubrick? — dopytała, zerkając na mnie z góry i unosząc te ładnie wyregulowane brewki ku górze. Oczywiście cała pływała, woda bezlitośnie spływała po włosach, buzi i ubraniach. Sam pewnie wyglądałem podobnie. — To co, zbieramy się?
— Nie wiem kto to, czy co to, ten cały Kubrick, ale jak uważasz — parsknąłem, prawdopodobnie wychodząc na kogoś po prostu nieogarniętego, ale co poradzę, że nie byłem szczególnym fanem filmów i aż tak często ich nie pochłaniałem. — Ale zbieramy się — dodałem, również się podnosząc i jedynie domyślając się tego, jak dramatycznie w tym momencie musiały wyglądać moje włosy.
Jak dobrze, że nie mamy takiej możliwości, żeby siebie zobaczyć, nie licząc momentów, gdy zerkaliśmy w lustro, taflę wody, czy szkło.
Naprawdę, Karmie dzięki, w innym wypadku prawdopodobnie około pięćdziesięciu razy dziennie przeżywałbym załamanie psychiczne i swego rodzaju osłabienie.
— Już za późno, jeżeli mieliśmy coś złapać, to pewnie już to się stało, przynajmniej z moją odpornością. Ale bardzo chętnie obejrzę jakąś słabą komedię romantyczną. Albo wręcz odwrotnie, może coś ciut ambitniejszego. Kubrick? — dopytała, zerkając na mnie z góry i unosząc te ładnie wyregulowane brewki ku górze. Oczywiście cała pływała, woda bezlitośnie spływała po włosach, buzi i ubraniach. Sam pewnie wyglądałem podobnie. — To co, zbieramy się?
— Nie wiem kto to, czy co to, ten cały Kubrick, ale jak uważasz — parsknąłem, prawdopodobnie wychodząc na kogoś po prostu nieogarniętego, ale co poradzę, że nie byłem szczególnym fanem filmów i aż tak często ich nie pochłaniałem. — Ale zbieramy się — dodałem, również się podnosząc i jedynie domyślając się tego, jak dramatycznie w tym momencie musiały wyglądać moje włosy.
Jak dobrze, że nie mamy takiej możliwości, żeby siebie zobaczyć, nie licząc momentów, gdy zerkaliśmy w lustro, taflę wody, czy szkło.
Naprawdę, Karmie dzięki, w innym wypadku prawdopodobnie około pięćdziesięciu razy dziennie przeżywałbym załamanie psychiczne i swego rodzaju osłabienie.
czwartek, 6 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [5]
Zamarła, momentalnie, a ja do mnie chyba coraz skuteczniej i coraz mocniej docierało, że nie powinienem tego robić, że powinienem zacząć się zastanawiać nad swoimi ruchami, bo przecież tej mogło się to nie podobać, bo przecież naruszałem jej przestrzeń osobistą, bo przecież było tyle drogi do przebycia, a ja zachowywałem się jak natręt.
— To była nasza wspólna decyzja — odparła, na co pokiwałem głową, odsuwając powoli dłoń. Wzruszyła ramionami, może nie chciała, żeby tak było, ale zdecydowanie wyglądała po prostu marnie. — Rozeszliśmy się w dobrych relacjach — mruknęła i uśmiechnęła się, co i tak nie do końca mnie uspokoiło. — Ale no. Po prostu wzięło mnie na jakieś przemyślenia, cholerną melancholię i dramatyzm w deszczu, nic strasznego i w ogóle. Chyba daję radę, nawet bez Fomy.
— Oczywiście, że dajesz — zacząłem z uśmiechem. — Czemu byś nie miała, co? — Zerknąłem na nią, pochylając się do przodu i opierając łokcie na kolanach. — Jesteś przecież, jak to się mówiło... Herszt baba, o — dodałem, parskając dość głośnym śmiechem i o losie, kręcąc przy okazji głową, bo sam do końca nie wierzyłem w to, co mówię. — Jeszcze trochę tak posiedzimy i złapie nas jakieś choróbsko, zobaczysz. Proponuję wstąpić do środka i się osuszyć. Może jakaś durna komedia, żeby rozwiać nieco te mniej radosne uczucia, co?
— To była nasza wspólna decyzja — odparła, na co pokiwałem głową, odsuwając powoli dłoń. Wzruszyła ramionami, może nie chciała, żeby tak było, ale zdecydowanie wyglądała po prostu marnie. — Rozeszliśmy się w dobrych relacjach — mruknęła i uśmiechnęła się, co i tak nie do końca mnie uspokoiło. — Ale no. Po prostu wzięło mnie na jakieś przemyślenia, cholerną melancholię i dramatyzm w deszczu, nic strasznego i w ogóle. Chyba daję radę, nawet bez Fomy.
— Oczywiście, że dajesz — zacząłem z uśmiechem. — Czemu byś nie miała, co? — Zerknąłem na nią, pochylając się do przodu i opierając łokcie na kolanach. — Jesteś przecież, jak to się mówiło... Herszt baba, o — dodałem, parskając dość głośnym śmiechem i o losie, kręcąc przy okazji głową, bo sam do końca nie wierzyłem w to, co mówię. — Jeszcze trochę tak posiedzimy i złapie nas jakieś choróbsko, zobaczysz. Proponuję wstąpić do środka i się osuszyć. Może jakaś durna komedia, żeby rozwiać nieco te mniej radosne uczucia, co?
niedziela, 2 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [3]
Ten uśmiech zagubionej dziewuszki z wielkiego miasta, mi dobrze znany, spotykałem się z nim zdecydowanie często. Przewalska taka po prostu była. Do szczekania pierwsza, do działania i ponoszenia konsekwencji swoich poczynań i słów ostatnia, a i tak zawsze, jak coś robiła, to pchała łapska akurat tam, gdzie ich nie potrzeba. No, a później dziwiła się, że coś je odgryzało w okolicach łokcia. Jeszcze do tego ryczała i przybiegała do pierwszego lepszego, pokazując nieporadnie kikuty i licząc na cuda.
— Hej Yamir — rzuciła, zerkając na moją osobę i och nie, tylko nie te smutne, zielone oczyska, cóż się stało, pani Przewalska, proszę przestać, tak być nie powinno. — Tak jakoś. Nijako. Może to pogoda i ten deszcz. I jeszcze zerwałam z Filipem, i w sumie to jakoś tak strasznie melancholijnie się zrobiło i w ogóle, chyba ostatnio za dużo myślę... Usiądziesz?
Westchnąłem cicho. No tak, lokowany chłoptaś. Może rzeczywiście było ją teraz zatrzymać. Byłoby jedno złamane serduszko mniej, czy coś. Mniej problemów, mniej wspomnień, nieco łatwiej pogodzić się ze światem i tak dalej.
Jednak pokiwałem głową i zająłem miejsce obok niej, opierając się o drewno i zakładając nogę na nogę, gdy ta wciąż zaciskała palce na zielonym kubeczku.
— Życie, Wandziuchna, życie, nic więcej, nic mniej — odparłem, zerkając na blondynkę. — Ułoży się, zobaczysz, to tylko chwilowy dołek — mruczałem, wyciągając dłoń w jej stronę i odsuwając mokre włosy z jej czoła, zdając sobie sprawę z tego, jak śmiały był to gest.
— Hej Yamir — rzuciła, zerkając na moją osobę i och nie, tylko nie te smutne, zielone oczyska, cóż się stało, pani Przewalska, proszę przestać, tak być nie powinno. — Tak jakoś. Nijako. Może to pogoda i ten deszcz. I jeszcze zerwałam z Filipem, i w sumie to jakoś tak strasznie melancholijnie się zrobiło i w ogóle, chyba ostatnio za dużo myślę... Usiądziesz?
Westchnąłem cicho. No tak, lokowany chłoptaś. Może rzeczywiście było ją teraz zatrzymać. Byłoby jedno złamane serduszko mniej, czy coś. Mniej problemów, mniej wspomnień, nieco łatwiej pogodzić się ze światem i tak dalej.
Jednak pokiwałem głową i zająłem miejsce obok niej, opierając się o drewno i zakładając nogę na nogę, gdy ta wciąż zaciskała palce na zielonym kubeczku.
— Życie, Wandziuchna, życie, nic więcej, nic mniej — odparłem, zerkając na blondynkę. — Ułoży się, zobaczysz, to tylko chwilowy dołek — mruczałem, wyciągając dłoń w jej stronę i odsuwając mokre włosy z jej czoła, zdając sobie sprawę z tego, jak śmiały był to gest.
sobota, 1 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [1]
Padał deszcz i było gorąco. Mieszanka idealna, żeby jeszcze bardziej spaprać i zirytować loki, burzę loków, ba, afro, które niezmiennie trwało na mojej głowie. Dlatego wylazłem na dwór, czując nieopisaną potrzebę poszwendania się w ten parny, duszny dzień, czując się jak gdzieś w okolicach lasów równikowych.
Tak jak oczekiwałem i się spodziewałem, włosy dostały szajby, złapały wilgoć i chodziłem już z całkiem zbitą masą kosmyków, których doprowadzenie do porządku było niemożliwe.
I chodziłem tak, włóczyłem się bez celu, powoli pojmując, że puste łóżko w pokoju nie było niczym fajnym, a fakt braku dobrego przyjaciela doskwierał mi coraz bardziej. Zrozumiałem chyba, że w ciągu tych kilku lat spędzonych na uczelni ciągle byłem do niego przyklejony i za bardzo nie poznałem się z nikim innym, szurając stopami za Oakleyem i nie odstępując go na krok.
I chyba nie tylko ja potrzebowałem wtedy porwać się na dwór i porobić coś całkiem bez sensu, bo tak oto, na dobrze znanej ławeczce, na której rozgrywały się już dość ciekawe historie, siedziała sobie marnie wyglądająca Przewalska. Z kosmykami przyklejonymi do czoła, delikatnie poruszającymi się stopami i kubkiem, zielonym, papierowym kubkiem.
— Hej, Przewi — rzuciłem już z daleka, unosząc delikatnie dłoń i całkiem zapominając o dzikiej burzy włosów, która z każdym momentem kręciła się coraz mocniej. — Co to za mina? — spytałem, wciskając dłonie w kieszenie bluzy.
Ta, byłem ikoną mody.
Nawet pofatygowałem się o złote kolczyki. Nawet ten łańcuszek, który wieszało się pomiędzy nosem, a uchem, zahaczając o piercing.
Tak jak oczekiwałem i się spodziewałem, włosy dostały szajby, złapały wilgoć i chodziłem już z całkiem zbitą masą kosmyków, których doprowadzenie do porządku było niemożliwe.
I chodziłem tak, włóczyłem się bez celu, powoli pojmując, że puste łóżko w pokoju nie było niczym fajnym, a fakt braku dobrego przyjaciela doskwierał mi coraz bardziej. Zrozumiałem chyba, że w ciągu tych kilku lat spędzonych na uczelni ciągle byłem do niego przyklejony i za bardzo nie poznałem się z nikim innym, szurając stopami za Oakleyem i nie odstępując go na krok.
I chyba nie tylko ja potrzebowałem wtedy porwać się na dwór i porobić coś całkiem bez sensu, bo tak oto, na dobrze znanej ławeczce, na której rozgrywały się już dość ciekawe historie, siedziała sobie marnie wyglądająca Przewalska. Z kosmykami przyklejonymi do czoła, delikatnie poruszającymi się stopami i kubkiem, zielonym, papierowym kubkiem.
— Hej, Przewi — rzuciłem już z daleka, unosząc delikatnie dłoń i całkiem zapominając o dzikiej burzy włosów, która z każdym momentem kręciła się coraz mocniej. — Co to za mina? — spytałem, wciskając dłonie w kieszenie bluzy.
Ta, byłem ikoną mody.
Nawet pofatygowałem się o złote kolczyki. Nawet ten łańcuszek, który wieszało się pomiędzy nosem, a uchem, zahaczając o piercing.
wtorek, 31 lipca 2018
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [X]
Etykiety:
(Nie) Wiem że mnie podglądasz,
Yamir Madan Kumar
Nie dostałem odpowiedzi, nie kontynuowaliśmy dyskusji, ucięliśmy to wszystko, by aż do kawiarni nie odezwać się do siebie ani słowem, trwając w wymownej ciszy, która zastępowała wszystko, czego potrzebowaliśmy. Było niewygodnie, może nieco duszno, ale przecież właśnie na to się pisaliśmy. Na dyskomfort związany ze wszystkim, co znajdowało się między naszą dwójką.
Oboje doskonale wiedzieliśmy, że już prawdopodobnie nigdy albo przynajmniej w najbliższym czasie nie mieliśmy żyć w zgodzie i wygodzie, a wręcz przeciwnie. W męczącej relacji, która żadnemu z nas nie wychodziła na dobre. Rozmowy nie wyglądały jak dawniej, gesty stały się cięższe, bardziej ograniczone, a ja tylko delikatnie krzywiłem się, widząc, że z dnia na dzień coraz bardziej się od siebie oddalamy i nie wiedziałem, co jest tego przyczyną.
A kiedy znacznie później to do mnie dotarło, miałem ochotę się spoliczkować, skopać i napluć sobie w twarz, bo mentalne gówno złapało nagle i nieoczekiwanie.
— To... już jesteśmy — rzuciła, zerkając przez okno. Nie czekałem długo, podążyłem za jej wzrokiem, żeby napotkać jegomościa z lokami, na którego widok blondynka zdecydowanie się uśmiechnęła.
Nie wyglądał źle, wręcz przeciwnie. Dość ogarnięcie, miło, przyjaźnie.
Spojrzałem na Przewalską, żeby z uśmiechem na twarzy wypowiedzieć tylko proste „To baw się dobrze”, odgarnąć raz jeszcze ten niesforny kosmyk z jej buźki i odwrócić się na pięcie, bo nic tu po mnie.
Chociaż coś w środku umarło.
Oboje doskonale wiedzieliśmy, że już prawdopodobnie nigdy albo przynajmniej w najbliższym czasie nie mieliśmy żyć w zgodzie i wygodzie, a wręcz przeciwnie. W męczącej relacji, która żadnemu z nas nie wychodziła na dobre. Rozmowy nie wyglądały jak dawniej, gesty stały się cięższe, bardziej ograniczone, a ja tylko delikatnie krzywiłem się, widząc, że z dnia na dzień coraz bardziej się od siebie oddalamy i nie wiedziałem, co jest tego przyczyną.
A kiedy znacznie później to do mnie dotarło, miałem ochotę się spoliczkować, skopać i napluć sobie w twarz, bo mentalne gówno złapało nagle i nieoczekiwanie.
— To... już jesteśmy — rzuciła, zerkając przez okno. Nie czekałem długo, podążyłem za jej wzrokiem, żeby napotkać jegomościa z lokami, na którego widok blondynka zdecydowanie się uśmiechnęła.
Nie wyglądał źle, wręcz przeciwnie. Dość ogarnięcie, miło, przyjaźnie.
Spojrzałem na Przewalską, żeby z uśmiechem na twarzy wypowiedzieć tylko proste „To baw się dobrze”, odgarnąć raz jeszcze ten niesforny kosmyk z jej buźki i odwrócić się na pięcie, bo nic tu po mnie.
Chociaż coś w środku umarło.
poniedziałek, 30 lipca 2018
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [21]
Etykiety:
(Nie) Wiem że mnie podglądasz,
Yamir Madan Kumar
Wraz z końcem mojej wypowiedzi, Wanda zakończyła względne rozgarnianie się, no, może powoli do tego zmierzała, poprawiając ostatni raz swój kardigan, rozczesując włosy i jeszcze dosznurowując botki, które wyglądały na ładne, niekoniecznie na najwygodniejsze.
Stuknięcie obcasem w podłogę, Przewalska była już zdecydowanie gotowa.
— A więc w drogę, bo teraz już zdecydowanie jestem spóźniona, a jeżeli już, to kuzyn. Dwunastego stopnia. Może jedenastego — rzuciła z uśmiechem, chwytając szybko parasolkę, a ja tylko prychnąłem pod nosem, kręcąc oczami i podążając za żwawo stąpającą przed siebie dziewuchą. Oczywiście, dumnie zadzierającą nosa dziewuchą, która bardzo chciała być pewna siebie, ale chyba nie było to zapisane w jej genach. — I żadnego gadania, że ty nie pozwalasz, że ci się nie podoba i że nie ma opcji, że pozwolisz na taki związek. I nie wynajmujesz Nivana, by go nastraszył, nie ma opcji.
— Wanda, to twoje życie, nie będę ci mówił, czy możesz się z nim spotykać, czy nie — rzuciłem, wychodząc przy okazji z pomieszczenia, dając blondynce zamknąć drzwi. — Jeśli uznasz, że jest odpowiedni, to droga wolna, ty wiesz najlepiej, co jest dla ciebie dobre.
Naiwnie to sobie wmawiałem, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że była jaka była i nigdy nie potrafiła wybrać dobrze. Krzywda trzymała jej się niemiłosiernie blisko.
Stuknięcie obcasem w podłogę, Przewalska była już zdecydowanie gotowa.
— A więc w drogę, bo teraz już zdecydowanie jestem spóźniona, a jeżeli już, to kuzyn. Dwunastego stopnia. Może jedenastego — rzuciła z uśmiechem, chwytając szybko parasolkę, a ja tylko prychnąłem pod nosem, kręcąc oczami i podążając za żwawo stąpającą przed siebie dziewuchą. Oczywiście, dumnie zadzierającą nosa dziewuchą, która bardzo chciała być pewna siebie, ale chyba nie było to zapisane w jej genach. — I żadnego gadania, że ty nie pozwalasz, że ci się nie podoba i że nie ma opcji, że pozwolisz na taki związek. I nie wynajmujesz Nivana, by go nastraszył, nie ma opcji.
— Wanda, to twoje życie, nie będę ci mówił, czy możesz się z nim spotykać, czy nie — rzuciłem, wychodząc przy okazji z pomieszczenia, dając blondynce zamknąć drzwi. — Jeśli uznasz, że jest odpowiedni, to droga wolna, ty wiesz najlepiej, co jest dla ciebie dobre.
Naiwnie to sobie wmawiałem, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że była jaka była i nigdy nie potrafiła wybrać dobrze. Krzywda trzymała jej się niemiłosiernie blisko.
sobota, 28 lipca 2018
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [19]
Etykiety:
(Nie) Wiem że mnie podglądasz,
Yamir Madan Kumar
Gwałtowne nabranie haustu powietrza zakończyło się akcją, Yamir, ja się chyba dławię, nie wiem, czy tlenem, czy śliną. Może nieco szczwany uśmiech wdarł się na moją buźkę, widząc, jaką reakcję wywołałem u nastolatki, która rzuciła się po swoje buty, żeby za chwilę zacząć wciskać w nie te swoje filigranowe stópki, które chyba dostała gdzieś na składzie porcelany, bo nie wierzę, żeby siły wyższe dawały takie ot, tak.
— Kobiety zmienne są, Yamir, a jak chcesz tampony to są w żółtej saszetce, tabletki rozkurczowe też tam znajdziesz — rzuciła, puszczając mi oczko, na co prychnąłem cicho, dalej się uśmiechając, bo zdecydowanie konwersacja zaczęła schodzić na jakieś przyjemniejsze tematy, nawet jeśli w powietrzu dalej dało się poczuć nutkę jakiegoś zdenerwowania, zniechęcenia i napięcia, które biło między nami pioruny i groźnie strzelało oczyskami. — Nie zabraniam, ale nie wiem, czy taka eskorta będzie dobrze wyglądać. W sensie... nie przypominasz mojego brata, przykro mi. Ale w sumie, rób co chcesz, wolę tak, niż żebyś miał mnie śledzić w krzakach.
— Nazywam się Yamir Madan Kumar, a nie Nivan Oakley, żeby się kitrać po krzakach — parsknąłem głośno, wspominając w myślach fiasko, wtedy jeszcze bruneta, który zdecydował się przypilnować Falkę i powiedzmy szczerze, zbyt fenomenalnie mu to nie wyszło. — Jak będzie miał wąty, to powiesz, że jestem twoim kuzynem, ciotką, wujkiem, piętnastą wodą po kisielu, czy tam kolegą gejem, co za problem, Karmo — parsknąłem ciszej, zsuwając się na kraniec wyrka.
Klameczka zapadła, czy coś.
— Kobiety zmienne są, Yamir, a jak chcesz tampony to są w żółtej saszetce, tabletki rozkurczowe też tam znajdziesz — rzuciła, puszczając mi oczko, na co prychnąłem cicho, dalej się uśmiechając, bo zdecydowanie konwersacja zaczęła schodzić na jakieś przyjemniejsze tematy, nawet jeśli w powietrzu dalej dało się poczuć nutkę jakiegoś zdenerwowania, zniechęcenia i napięcia, które biło między nami pioruny i groźnie strzelało oczyskami. — Nie zabraniam, ale nie wiem, czy taka eskorta będzie dobrze wyglądać. W sensie... nie przypominasz mojego brata, przykro mi. Ale w sumie, rób co chcesz, wolę tak, niż żebyś miał mnie śledzić w krzakach.
— Nazywam się Yamir Madan Kumar, a nie Nivan Oakley, żeby się kitrać po krzakach — parsknąłem głośno, wspominając w myślach fiasko, wtedy jeszcze bruneta, który zdecydował się przypilnować Falkę i powiedzmy szczerze, zbyt fenomenalnie mu to nie wyszło. — Jak będzie miał wąty, to powiesz, że jestem twoim kuzynem, ciotką, wujkiem, piętnastą wodą po kisielu, czy tam kolegą gejem, co za problem, Karmo — parsknąłem ciszej, zsuwając się na kraniec wyrka.
Klameczka zapadła, czy coś.
(Nie) wiem, że mnie podglądasz [17]
Etykiety:
(Nie) Wiem że mnie podglądasz,
Yamir Madan Kumar
Prychnęła dość głośno, gdy dalej grzebała w swoich rzeczach. Sam zająłem się strzepywaniem jakichś paprochów z łóżka, wyciąganiem piór z poduszek i wygładzaniem prześcieradła dłońmi, krzyżując przy okazji nogi w kostkach i skrycie ciesząc się, że loków jest na tyle dużo, że robią mi za poduszkę. Szału nie było, ale i tak lepiej, niż jakbym miał opierać się gołą głową o ścianę.
— Po pierwsze, strasznie pesymistyczny się zrobiłeś, Yamir. Równowaga świata zaczęła za bardzo przechylać się na jasną stronę? — spytała, machając namiętnie kredką, a ja tylko parsknąłem pod nosem, zabijając przy okazji muchę, która usiadła mi na udzie. — Po drugie, już kończę, szminkę mogę nawet nałożyć w biegu, a wszystko mam już upchane do torby. Po trzecie, już się chcesz mnie pozbyć? — Zerknąłem na nią, jakby co najmniej mi matkę zabiła, po czym ściągnąłem z powątpiewaniem brwi i wydąłem usta w absolutnie niezadowolonym geście.
— Uznajmy, że mam okres — mruknąłem z delikatnym uśmiechem, kreśląc palcem kółka na nodze. — Nikt nie chce się nikogo pozbyć, po prostu się dziwię, jak szybko zmieniasz swoje podejście i tempo pracy — wzruszyłem ramionami. — Mogę cię odeskortować?
Nie tak, że nie miałem co robić.
Ani nie tak, że po prostu chciałem zobaczyć tego mężczyznę i ocenić, czy wszystko, aby na sto procent będzie „ok”.
— Po pierwsze, strasznie pesymistyczny się zrobiłeś, Yamir. Równowaga świata zaczęła za bardzo przechylać się na jasną stronę? — spytała, machając namiętnie kredką, a ja tylko parsknąłem pod nosem, zabijając przy okazji muchę, która usiadła mi na udzie. — Po drugie, już kończę, szminkę mogę nawet nałożyć w biegu, a wszystko mam już upchane do torby. Po trzecie, już się chcesz mnie pozbyć? — Zerknąłem na nią, jakby co najmniej mi matkę zabiła, po czym ściągnąłem z powątpiewaniem brwi i wydąłem usta w absolutnie niezadowolonym geście.
— Uznajmy, że mam okres — mruknąłem z delikatnym uśmiechem, kreśląc palcem kółka na nodze. — Nikt nie chce się nikogo pozbyć, po prostu się dziwię, jak szybko zmieniasz swoje podejście i tempo pracy — wzruszyłem ramionami. — Mogę cię odeskortować?
Nie tak, że nie miałem co robić.
Ani nie tak, że po prostu chciałem zobaczyć tego mężczyznę i ocenić, czy wszystko, aby na sto procent będzie „ok”.
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [15]
Etykiety:
(Nie) Wiem że mnie podglądasz,
Yamir Madan Kumar
Nawet nie udawałem, że nie widziałem zdziwienia na jej twarzy. Ba, nawet wysiliłem się na uśmiech, nieco krzywy, wredny i zrezygnowany, ale uśmiech.
— Czy mi się wydawało, czy pan Kumar przez chwilę był sarkastyczny? — rzuciła, przecierając nieco brodę, niczym grecki filozof, a ja tylko przewróciłem oczami, bo tak, byłem, czy to aż taki wyczyn w tym niezwykłym świecie? Prawdopodobnie tak, zerkając na wszystko, co dotychczasowo robiłem. — Przysięgam, przejmujesz cechy Nivana i Renuli. A jeżeli już znasz ich dosyć długo, to pierwotny Yamirek musiał być naprawdę złotym dzieckiem — odparła, parskając śmiechem. Jedynie ściągnąłem brwi.
Nic nie przejmowałem, och, Karmo.
A złoty byłem tylko z wyglądu, skarbie.
— Kto wie, może się okaże księciem z bajki, wszystko jest możliwe, prawda? A teraz wracając do sprawy najważniejszej, włosy spięte czy rozpuszczone. I jaki kolor szminki?
— Jeśli spięte, to kok, chociaż dzisiaj widzę cię bardziej w rozpuszczonych — odparłem, wzruszając ramionami i ponownie opierając się o ścianę. — Tak, a jak go pocałujesz, to zmieni się w żabę, obstawiam, że tak wyglądałoby to w naszej rzeczywistości — westchnąłem z uśmiechem. — Jakieś jaśniejsze bordo? — Usiadłem na łóżku, byle ułożyć plecy na jego oparciu i jeszcze podłożyć sobie poduszkę, bo drewno wygodne nie było. — Zagęszczaj ruchy, jeszcze przed chwilą panikowałaś, że się spóźniasz — parsknąłem, zakładając ręce na piersi.
— Czy mi się wydawało, czy pan Kumar przez chwilę był sarkastyczny? — rzuciła, przecierając nieco brodę, niczym grecki filozof, a ja tylko przewróciłem oczami, bo tak, byłem, czy to aż taki wyczyn w tym niezwykłym świecie? Prawdopodobnie tak, zerkając na wszystko, co dotychczasowo robiłem. — Przysięgam, przejmujesz cechy Nivana i Renuli. A jeżeli już znasz ich dosyć długo, to pierwotny Yamirek musiał być naprawdę złotym dzieckiem — odparła, parskając śmiechem. Jedynie ściągnąłem brwi.
Nic nie przejmowałem, och, Karmo.
A złoty byłem tylko z wyglądu, skarbie.
— Kto wie, może się okaże księciem z bajki, wszystko jest możliwe, prawda? A teraz wracając do sprawy najważniejszej, włosy spięte czy rozpuszczone. I jaki kolor szminki?
— Jeśli spięte, to kok, chociaż dzisiaj widzę cię bardziej w rozpuszczonych — odparłem, wzruszając ramionami i ponownie opierając się o ścianę. — Tak, a jak go pocałujesz, to zmieni się w żabę, obstawiam, że tak wyglądałoby to w naszej rzeczywistości — westchnąłem z uśmiechem. — Jakieś jaśniejsze bordo? — Usiadłem na łóżku, byle ułożyć plecy na jego oparciu i jeszcze podłożyć sobie poduszkę, bo drewno wygodne nie było. — Zagęszczaj ruchy, jeszcze przed chwilą panikowałaś, że się spóźniasz — parsknąłem, zakładając ręce na piersi.
piątek, 27 lipca 2018
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [13]
Etykiety:
(Nie) Wiem że mnie podglądasz,
Yamir Madan Kumar
I chociaż różnica w naszym wzroście nigdy nie była nie wiadomo jak wielka, ta musiała, zresztą, jak zawsze, zadzierać noska i prostować się, prężyć, chociaż wiadome było, że nie dosięgnie do mojego poziomu.
— Prawdopodobnie nie, ale czy ktokolwiek jest? — odparła, uśmiechając się szeroko, a ja tylko pokręciłem głową ze zrezygnowaniem, również pozwalając małemu, szczwanemu grymasowi wtargnąć na moją buźkę.
Zdarzały się małe wyjątki, Wandziu.
— Na razie jest, pewnie, gdy tylko coś potoczy się nie po naszej myśli, stanie się najgorszym i nic nie wartym dupkiem. A tak serio, jest naprawdę miły. I czyta to samo co ja. I ma kręcone włosy. I robi wyjątkowo dobrą kawę, udało mu się mnie przekonać. I w sumie to te nasze rozmowy ciągną się w nieskończoność, więc dlaczego miałabym nie spróbować? — odparła, wieńcząc wypowiedź poważnym pytaniem.
I znowu spojrzała na mnie z tą iskrą w zielonym oku. Niezrozumiałym wtedy dla mojej osoby błyskiem, który przecież szeptał, wyrażał więcej, niż tysiące słów, a ja chyba byłem po prostu zbyt zapatrzonypo prostu głupi, Kumar, nazywaj rzeczy po imieniu żeby cokolwiek dostrzec.
— Powinieneś pomyśleć o jakiejś spince, ten ci zawsze wypada. Może ci użyczyć? — rzuciła, odgarniając z mojego czoła zagubiony lok i rzeczywiście, ten jeden jedyny za każdym kolejnym razem uciekał mi na czoło, zupełnie jak ten jej jeden kosmyk, który zawsze leniwie obijał się o policzek.
— I kto to mówi? — mruknąłem z uśmiechem, unosząc delikatnie brwi. — Nie trzeba, dziękuję. Uznajmy, że dodaje mi uroku — szepnąłem. — I przekonał cię do kawy? Losie, to rzeczywiście ten jedyny — dodałem ze śmiechem i niewyobrażalnym przekąsem, może nawet nieco kpiąc.
A naprawdę nigdy mi się to nie zdarzało.
— Prawdopodobnie nie, ale czy ktokolwiek jest? — odparła, uśmiechając się szeroko, a ja tylko pokręciłem głową ze zrezygnowaniem, również pozwalając małemu, szczwanemu grymasowi wtargnąć na moją buźkę.
Zdarzały się małe wyjątki, Wandziu.
— Na razie jest, pewnie, gdy tylko coś potoczy się nie po naszej myśli, stanie się najgorszym i nic nie wartym dupkiem. A tak serio, jest naprawdę miły. I czyta to samo co ja. I ma kręcone włosy. I robi wyjątkowo dobrą kawę, udało mu się mnie przekonać. I w sumie to te nasze rozmowy ciągną się w nieskończoność, więc dlaczego miałabym nie spróbować? — odparła, wieńcząc wypowiedź poważnym pytaniem.
I znowu spojrzała na mnie z tą iskrą w zielonym oku. Niezrozumiałym wtedy dla mojej osoby błyskiem, który przecież szeptał, wyrażał więcej, niż tysiące słów, a ja chyba byłem po prostu zbyt zapatrzony
— Powinieneś pomyśleć o jakiejś spince, ten ci zawsze wypada. Może ci użyczyć? — rzuciła, odgarniając z mojego czoła zagubiony lok i rzeczywiście, ten jeden jedyny za każdym kolejnym razem uciekał mi na czoło, zupełnie jak ten jej jeden kosmyk, który zawsze leniwie obijał się o policzek.
— I kto to mówi? — mruknąłem z uśmiechem, unosząc delikatnie brwi. — Nie trzeba, dziękuję. Uznajmy, że dodaje mi uroku — szepnąłem. — I przekonał cię do kawy? Losie, to rzeczywiście ten jedyny — dodałem ze śmiechem i niewyobrażalnym przekąsem, może nawet nieco kpiąc.
A naprawdę nigdy mi się to nie zdarzało.
czwartek, 26 lipca 2018
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [11]
Etykiety:
(Nie) Wiem że mnie podglądasz,
Yamir Madan Kumar
Nawet się zaśmiała, a to oznaczało jakiś tam progres, bo tym razem było to zachichotanie zdecydowanie melodyjne i naturalne, a nie nieco wydmuchane i chrypliwe, jak poprzednio.
Zabrała mi koszulkę, może wzruszyła ramionami, ale przecież pokiwała głową i przyjęła część garderoby, najwidoczniej decydując się na przymiarkę.
— Na to wychodzi — rzuciła krótko, po czym zgrabnie się odwróciła, żeby w trymiga zmienić koszulkę, gdy ja tylko oglądałem jej plecy z delikatnym uśmiechem, może nawet śledząc niektóre kształty ciała, chociaż było to absolutnie nie na miejscu. Cieszyło oko, a ja przecież naprawdę przepadałem za sztuką. — I co na to powiesz, ty mój Law Roachu? — spytała, gdy już się ogarnęła, a ja parsknąłem głośnym śmiechem, kręcąc głową. — Jakiś kardigan powinien wisieć tak mniej-więcej... czwarty wieszak od lewej. I buty, jakie buty, Yamir? Botki?
— Będzie dobrze, nawet bardzo — odparłem z uśmiechem, zakładając ręce na piersi i opierając się o ścianę, gdy ta dalej krzątała się przy szafie, przegrzebując kardigany, a później botki. — Botki i ten ciemny szary, będzie zabójczo — parsknąłem. — Zresztą — tu uniosłem ręce w geście poddania się — ładnemu we wszystkim ładnie, czy jak to tam mówili? — dodałem z uśmiechem i nie kłamałem. — Jest w ogóle warty całego tego zachodu i stresu?
Zabrała mi koszulkę, może wzruszyła ramionami, ale przecież pokiwała głową i przyjęła część garderoby, najwidoczniej decydując się na przymiarkę.
— Na to wychodzi — rzuciła krótko, po czym zgrabnie się odwróciła, żeby w trymiga zmienić koszulkę, gdy ja tylko oglądałem jej plecy z delikatnym uśmiechem, może nawet śledząc niektóre kształty ciała, chociaż było to absolutnie nie na miejscu. Cieszyło oko, a ja przecież naprawdę przepadałem za sztuką. — I co na to powiesz, ty mój Law Roachu? — spytała, gdy już się ogarnęła, a ja parsknąłem głośnym śmiechem, kręcąc głową. — Jakiś kardigan powinien wisieć tak mniej-więcej... czwarty wieszak od lewej. I buty, jakie buty, Yamir? Botki?
— Będzie dobrze, nawet bardzo — odparłem z uśmiechem, zakładając ręce na piersi i opierając się o ścianę, gdy ta dalej krzątała się przy szafie, przegrzebując kardigany, a później botki. — Botki i ten ciemny szary, będzie zabójczo — parsknąłem. — Zresztą — tu uniosłem ręce w geście poddania się — ładnemu we wszystkim ładnie, czy jak to tam mówili? — dodałem z uśmiechem i nie kłamałem. — Jest w ogóle warty całego tego zachodu i stresu?
środa, 25 lipca 2018
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [9]
Etykiety:
(Nie) Wiem że mnie podglądasz,
Yamir Madan Kumar
Otworzyła zielone ślepka, tylko po to, żeby za chwilę je we mnie wbić z pierwiastkiem czegoś dla mnie, w tamtym momencie niezrozumiałego, teraz, po czasie i poważniejszym zastanowieniu, najpiękniejszego w świecie, a co z taką łatwością odtrąciłem, nawet nie zdając sobie sprawy z tego daru, gestu, zaszczytu, czegokolwiek.
Później mnie odsunęła, delikatnie, z wpisaną jej w genach gracją i wyrazem całego gestu, który prosił tylko o to, żebym nie zrozumiał niczego źle. Nie narzekałem, nie fukałem, wręcz pomogłem jej odepchnąć większe cielsko, uginając się pod dotykiem szczupłej dłoni.
Otrzepała się, stanęła prosto i ponownie podeszła do szafy, byle ją przegrzebać na wszystkie strony świata, w każdy możliwy sposób.
— Bo jak nie ja, to kto, tak? — parsknęła cicho, może nieco słabo, ze znajomą nutką delikatnie łamiącego się głosu. — To... pomożesz mi? — spytała w pewnym momencie, spoglądając na mnie. — Chociaż czekaj, pewnie i tak już jestem spóźniona, zadzwonię do niego, pewnie zrozumie, dzisiaj to nie ma sensu...
I chwyciła telefon, a ja przewróciłem oczami i wstałem, byle pójść za nią i odebrać jej urządzenie, nim zdążyła zrobić cokolwiek głupiego. Pokręciłem głową z rozbawieniem i nawet zerknąłem na nią jak na małego głuptasa.
— Jakie bez sensu, jak ma pokochać, to poczeka — parsknąłem, rzucając komórkę na łóżko i za chwilę znów zerkając na blondynkę. — Odstrzelimy cię i do tego będziesz miała wejście smoka, jak coś, to powiesz, że upierdliwy Hindus zjadł ci sukienkę, czy coś — rzuciłem z uśmiechem, unosząc delikatnie lewą brew. — To jak, przymierzasz ten crop top?
Później mnie odsunęła, delikatnie, z wpisaną jej w genach gracją i wyrazem całego gestu, który prosił tylko o to, żebym nie zrozumiał niczego źle. Nie narzekałem, nie fukałem, wręcz pomogłem jej odepchnąć większe cielsko, uginając się pod dotykiem szczupłej dłoni.
Otrzepała się, stanęła prosto i ponownie podeszła do szafy, byle ją przegrzebać na wszystkie strony świata, w każdy możliwy sposób.
— Bo jak nie ja, to kto, tak? — parsknęła cicho, może nieco słabo, ze znajomą nutką delikatnie łamiącego się głosu. — To... pomożesz mi? — spytała w pewnym momencie, spoglądając na mnie. — Chociaż czekaj, pewnie i tak już jestem spóźniona, zadzwonię do niego, pewnie zrozumie, dzisiaj to nie ma sensu...
I chwyciła telefon, a ja przewróciłem oczami i wstałem, byle pójść za nią i odebrać jej urządzenie, nim zdążyła zrobić cokolwiek głupiego. Pokręciłem głową z rozbawieniem i nawet zerknąłem na nią jak na małego głuptasa.
— Jakie bez sensu, jak ma pokochać, to poczeka — parsknąłem, rzucając komórkę na łóżko i za chwilę znów zerkając na blondynkę. — Odstrzelimy cię i do tego będziesz miała wejście smoka, jak coś, to powiesz, że upierdliwy Hindus zjadł ci sukienkę, czy coś — rzuciłem z uśmiechem, unosząc delikatnie lewą brew. — To jak, przymierzasz ten crop top?
Subskrybuj:
Posty (Atom)