— Daj jednego, czuję, że potrzebuję — parsknęła, jęknęła, chuj wie, co zrobiła, ale raczej brzmiało to jak skowyt kopniętego szczeniaka. Westchnąłem, niechętnie rzucając w jej stronę paczkę papierosów. — Nie wiem, czy mam cię zdzielić za tą twoją rozjarzoną minę, czy raczej dopytywać się, co tam wyczytałeś w liście — zaczęła mówić, no i zaatakowała. Podeszła pewniej, prawdopodobnie z furią w oczach, a ja po prostu parsknąłem śmiechem, domyślając się, że i ona powoli zaczynała łączyć fakty, zgadując, jaka wiadomość do mnie dotarła. — I na przyszły raz, nie jestem gołębiem pocztowym, więc bądź łaskaw odpisać tym u góry, żeby twoja korespondencja szła prosto do ciebie, a nie przez moje okno.
I wybuchnąłem śmiechem, prosto w twarz dziewczyny, przy okazji wypuszczając dym ze swoich płuc. Zawróciłem na pięcie, chcąc uchylić okno, bo jednak chyba nikt z nas, nawet jeżeli paliliśmy, to wolał nie udusić się w tym cholernym dymie.
— Źle się czuję, dając ci fajki, ile ty masz lat, szesnaście? Siedemnaście? — mruknąłem pod nosem, chwytając za klamkę. — Nie dopytuj, bo i tak się nie dowiesz, a zresztą wydaje mi się, że potrafisz wiązać ze sobą fakty i tak dalej, inteligentna z ciebie dziewczyna — stwierdziłem, ostatecznie splatając ręce na klatce piersiowej i opierając się o ścianę obok okna. Przechyliłem głowę w prawo. — Obiecuję, będę już z nimi kontaktować się osobiście, nie potrzebuję prywatnego posłańca. A zresztą, coś ty taka napuszona, czyżby twoje podanie zostało odrzucone?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szanuj ciasta swoje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szanuj ciasta swoje. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 października 2018
piątek, 26 października 2018
Szanuj ciasta swoje [8]
Etykiety:
Diaskro Ophelion,
Szanuj ciasta swoje
Dupek najpierw specjalnie zasłonił mi widok, potem złożył kartę, a ja już wtedy zrozumiałam, że celowo robi mi na złość. Niby tego faktu świadoma byłam już dużo wcześniej, ale dopiero teraz zauważyłam, jak bardzo irytuje mnie zachowanie Walsha, jak bardzo mam tego dosyć i jak bardzo mam ochotę palnąć go w ten zakuty łeb. No, znowu mu się udało, sądząc po zadowolonej minie, która rozkwitała na twarzy chłopaka, gdy sama zgrzytałam ze złości zębami.
— Korespondencja prywatna, kochana, nieładnie tak zaglądać komuś przez ramię — powiedział, nie, raczej wymruczał i to w dodatku z takim obrzydliwym zadowoleniem, że praktycznie przeszły przeze mnie dreszcze. — Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, przypominam, tak z uprzejmości — powiedział Szatan, robiąc kiepski PR własnemu burdelowi. Ale co sam sobie nagotował, sam zżerać potem będzie. Cesarz świadkiem, że Walsh mógłby przytyć o parę kilogramów, zamiast wprawiać mnie w kompleksy również na punkcie diety. — Ale uchylając rąbka całej tej tajemnicy, mam już czym się zająć po egzaminach końcowych — oświadczył dumnie, a ja stężałam na moment, wiążąc ze sobą fakty. Tu tamto, tam sramto, jak byk dostał ofertę, na którą ja czekałam miesiącami, śląc rekomendacje i rozszerzając uprawnienia, żeby Walsh zajebał mi to sprzed nosa ładnymi słówkami i wdzięcznym uśmiechem.
— Panienka pozwoli, że zapalę, zaproponowałbym, ale nie wiem, czy mi już wolno. — Ocknęłam się dopiero, gdy Adam trzymał z powrotem w dłoni zapalniczkę.
— Daj jednego, czuję, że potrzebuję — parsknęłam, jęknęła, ni to, ni tamto, wpatrując się w chłopaka z zazdrością, irytacją i ubolewaniem. — Nie wiem, czy mam cię zdzielić za tą twoją rozjarzoną minę, czy raczej dopytywać się, co tam wyczytałeś w liście — zagaiłam, podchodząc w jego kierunku. Żwawo, agresywnie, wyraźnie już bez kontroli, ale niewiele mogłam w tej kwestii poradzić. — I na przyszły raz, nie jestem gołębiem pocztowym, więc bądź łaskaw odpisać tym u góry, żeby twoja korespondencja szła prosto do ciebie, a nie przez moje okno — mruczałam pod nosem rozeźlona.
niedziela, 21 października 2018
Szanuj ciasta swoje [7]
Etykiety:
Adam Walsh,
Szanuj ciasta swoje
Nerwowo stukała smukłymi palcami o bladą skór, a mi pozostawało uśmiechać się pod nosem, po raz kolejny oczami przejeżdżając po tych ładnych, kształtnych literkach napisanymi raczej damską dłonią i droższym tuszem.
— I co? — wydukała nagle dziewczyna, próbując zajrzeć mi przez ramię, na co mogłem jedynie obrócić się ciutkę gwałtownie, by jednak nie dane jej było ujrzeć słów i zdań. — Dowiedziałeś się czegoś interesującego? — zapytała, ponownie próbując, a w odpowiedzi po prostu złożyłem kartkę na pół.
Tak na wszelki wypadek.
— Korespondencja prywatna, kochana, nieładnie tak zaglądać komuś przez ramię — wymruczałem, a zadowolenie i jakaś tam duma w moim głosie prawdopodobnie były słyszalne. Jeżeli nie doskonale, to bardzo dobrze, przysięgam. — Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, przypominam, tak z uprzejmości — dodałem jeszcze, odkładając kopertę wraz z listem na stolik, by następnie pochwycić ciasto w swoje dłonie i ponownie zacząć się nim delektować. — Ale uchylając rąbka całej tej tajemnicy, mam już czym się zająć po egzaminach końcowych — oświadczyłem, już nie kryjąc się z całą tą dumą, pusząc się jak paw i wysoko zadzierając nosa. Bo kto mi, kurwa, zabroni. Odstawiłem talerzyk obok koperty, by następnie podejść do płaszcza rzuconego niedbale na fotel i z kieszeni wyciągnąć paczkę papierosów i zapalniczkę. — Panienka pozwoli, że zapalę, zaproponowałbym, ale nie wiem, czy mi już wolno — mruknąłem, mrużąc oczy.
— I co? — wydukała nagle dziewczyna, próbując zajrzeć mi przez ramię, na co mogłem jedynie obrócić się ciutkę gwałtownie, by jednak nie dane jej było ujrzeć słów i zdań. — Dowiedziałeś się czegoś interesującego? — zapytała, ponownie próbując, a w odpowiedzi po prostu złożyłem kartkę na pół.
Tak na wszelki wypadek.
— Korespondencja prywatna, kochana, nieładnie tak zaglądać komuś przez ramię — wymruczałem, a zadowolenie i jakaś tam duma w moim głosie prawdopodobnie były słyszalne. Jeżeli nie doskonale, to bardzo dobrze, przysięgam. — Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, przypominam, tak z uprzejmości — dodałem jeszcze, odkładając kopertę wraz z listem na stolik, by następnie pochwycić ciasto w swoje dłonie i ponownie zacząć się nim delektować. — Ale uchylając rąbka całej tej tajemnicy, mam już czym się zająć po egzaminach końcowych — oświadczyłem, już nie kryjąc się z całą tą dumą, pusząc się jak paw i wysoko zadzierając nosa. Bo kto mi, kurwa, zabroni. Odstawiłem talerzyk obok koperty, by następnie podejść do płaszcza rzuconego niedbale na fotel i z kieszeni wyciągnąć paczkę papierosów i zapalniczkę. — Panienka pozwoli, że zapalę, zaproponowałbym, ale nie wiem, czy mi już wolno — mruknąłem, mrużąc oczy.
sobota, 20 października 2018
Szanuj ciasta swoje [6]
Etykiety:
Diaskro Ophelion,
Szanuj ciasta swoje
— Wszystko zależy od jego zawartości, moja droga — wymruczał, a ja już doskonale wiedziałam, że to się źle skończy. Nie oczekiwałam od Adama, żeby traktował mnie jak jakiegokolwiek innego członka tych ich dziwnego kółka wiecznie naćpanych, ale jako wszech znany bachor czułam się wyobcowana. Podminowana. Nie wymagałam powagi, ale byłoby miło, gdyby nie oceniał mnie każdym kolejnym spojrzeniem. — A prośba to prośba, spełniać jej nie muszę, wszystko zależy od mojego humoru — nachylił się jeszcze bardziej nade mną, przez co przeszły mnie dreszcze. Poczułam jeszcze większą chęć odsunięcia się od niego, czmychnięcia w kąt, tym bardziej, że szczególnie emanował tym swoim zagarnianiem przestrzeni. Otworzył w końcu kopertę, przeleciał wzrokiem przez list, a ja nerwowo dębiłam palcami o skórę dłoni.
— I co? — wydukałam w końcu, brzmiąc niecierpliwie, ruszając w stronę chłopaka, mrużąc oczy i ciekawie zaglądając mi przez ramię. — Dowiedziałeś się czegoś interesującego? — rzuciłam, starając się zajrzeć i capnąć choć odrobinkę treści listu. Nie ośmieliłam się go wcześniej otworzyć, nawet jeżeli cholernie kusiło, ale list pojawił się znienacka, kilka dni po tym jak wysłałam własny, razem z odmową dla mnie, więc tym bardziej czułam się źle, zastanawiając się, co się tutaj odpierdalało. Ja się nazgłaszałam, napisałam, pozałączałam rekomendacje i milion innych dziwnych rzeczy, a do niego list przychodził samoczynnie. I to ręcznie napisany, a tego nie mogłam szczególnie zdzierżyć.
— I co? — wydukałam w końcu, brzmiąc niecierpliwie, ruszając w stronę chłopaka, mrużąc oczy i ciekawie zaglądając mi przez ramię. — Dowiedziałeś się czegoś interesującego? — rzuciłam, starając się zajrzeć i capnąć choć odrobinkę treści listu. Nie ośmieliłam się go wcześniej otworzyć, nawet jeżeli cholernie kusiło, ale list pojawił się znienacka, kilka dni po tym jak wysłałam własny, razem z odmową dla mnie, więc tym bardziej czułam się źle, zastanawiając się, co się tutaj odpierdalało. Ja się nazgłaszałam, napisałam, pozałączałam rekomendacje i milion innych dziwnych rzeczy, a do niego list przychodził samoczynnie. I to ręcznie napisany, a tego nie mogłam szczególnie zdzierżyć.
czwartek, 18 października 2018
Szanuj ciasta swoje [5]
Etykiety:
Adam Walsh,
Szanuj ciasta swoje
I skrzywiła się, dosłownie momentalnie, w ciągu kilku sekund, na co parsknąłem cichym śmiechem.
Zabawna dziewczynka, jakkolwiek kiczowato by to nie zabrzmiało, ciut zbyt pewna siebie, igrająca z ogniem. W zupełnie inny sposób niż Przewalska, ale jednak.
— Interesik mam — zaczęła, niby uprzejmie i miło, ciepło i słodko, a jednak miało się wrażenie, że przypominało to prędzej syk żmii niż cudowny śpiew słowika. — Malutki. Delikatny. I święcie wierzę, że się nadajesz do tego zadania i tak dalej, bo jak nie szanowny pan Walsh to kto — mruknęła, a do tego wszystkiego brakowało tylko szczupłych palców muskających moją klatkę piersiową. Bardzo mdło, no cóż, słabo łgała, jeszcze trochę pracy przed nią się malowało.
Wyciągnęła całkiem ładną kopertę i podała mi ją. Tym razem już naprawdę musnęła opuszkami moją skórę.
— Właściwie to robię za kuriera, bo mnie w to nieco wrobiono, ale jestem diabelnie ciekawa, co za propozycje otrzymałeś i łaskawie proszę o podzielenie się po przeczytaniu.
Westchnąłem, uśmiechnąłem się przepraszająco i przekrzywiłem głowę w lewo, podnosząc liścik ciut wyżej.
— Wszystko zależy od jego zawartości, moja droga — wymruczałem. Bo w końcu w tej drobnej grze mogła wziąć udział dwójka. Ba, była wręcz potrzebna, by poczuć mniejszy dreszczyk, jeżeli w ogóle dało się go poczuć z Ophelion u swojego boku. — A prośba to prośba, spełniać jej nie muszę, wszystko zależy od mojego humoru — przerwałem, nachylając się jeszcze bardziej nad dziewczyną— lub proponowanej ceny — zaświergotałem, aby następnie szybko odejść na bok, całkiem sprawnie otworzyć ładną kopertę i wyciągnąć z niej list, który równie prędko przeleciałem wzrokiem.
Och.
Zabawna dziewczynka, jakkolwiek kiczowato by to nie zabrzmiało, ciut zbyt pewna siebie, igrająca z ogniem. W zupełnie inny sposób niż Przewalska, ale jednak.
— Interesik mam — zaczęła, niby uprzejmie i miło, ciepło i słodko, a jednak miało się wrażenie, że przypominało to prędzej syk żmii niż cudowny śpiew słowika. — Malutki. Delikatny. I święcie wierzę, że się nadajesz do tego zadania i tak dalej, bo jak nie szanowny pan Walsh to kto — mruknęła, a do tego wszystkiego brakowało tylko szczupłych palców muskających moją klatkę piersiową. Bardzo mdło, no cóż, słabo łgała, jeszcze trochę pracy przed nią się malowało.
Wyciągnęła całkiem ładną kopertę i podała mi ją. Tym razem już naprawdę musnęła opuszkami moją skórę.
— Właściwie to robię za kuriera, bo mnie w to nieco wrobiono, ale jestem diabelnie ciekawa, co za propozycje otrzymałeś i łaskawie proszę o podzielenie się po przeczytaniu.
Westchnąłem, uśmiechnąłem się przepraszająco i przekrzywiłem głowę w lewo, podnosząc liścik ciut wyżej.
— Wszystko zależy od jego zawartości, moja droga — wymruczałem. Bo w końcu w tej drobnej grze mogła wziąć udział dwójka. Ba, była wręcz potrzebna, by poczuć mniejszy dreszczyk, jeżeli w ogóle dało się go poczuć z Ophelion u swojego boku. — A prośba to prośba, spełniać jej nie muszę, wszystko zależy od mojego humoru — przerwałem, nachylając się jeszcze bardziej nad dziewczyną— lub proponowanej ceny — zaświergotałem, aby następnie szybko odejść na bok, całkiem sprawnie otworzyć ładną kopertę i wyciągnąć z niej list, który równie prędko przeleciałem wzrokiem.
Och.
wtorek, 16 października 2018
Szanuj ciasto swoje [4]
Etykiety:
Diaskro Ophelion,
Szanuj ciasta swoje
— Raczej na spokojnie? — mruknął, zaczynając nieprzyjemnie podskubywać ciastko, czego osobiście nienawidziłam. Zero szacunku do cukierniczego cudu, z wdziękiem ukryłam skrzywiony uśmiech, odwracając na moment spojrzenie w inną stronę pokoju. Ręce mimo wszystko i tak zaczęły mi drgać, a zęby mimowolnie zgrzytać. — W sensie w ogóle się nie przejmuję i tak dalej, raczej większość rzeczy umiem, a przynajmniej to, co chciałbym umieć i tyle. — Wzruszył ramionami, robiąc kilka kroków w moich stronę. Popis wyższości, typowe, czego ja się mogłam spodziewać po Walshu. Z drugiej strony sama wpakowałam się w to bagienko, przychodząc z asortymentem, jakbym zaraz miała paść na klęczki i go o coś błagać. Hm, aż tak zdesperowana jeszcze nie byłam. — A cóż ciebie zapędziło w moje progi? Tym razem na poważnie, kochanie, bo nie wydaje mi się, żeby było to tylko spowodowane moją tęsknotą.
Tym razem skrzywiłam się wyraźnie, odsuwając się nieco, gdy przełożył jedno z moich pasm włosów zza ucho. Niechże sobie paniczyk nie pozwala za bardzo.
— Interesik mam — zaczęłam uprzejmym, skrajnie przesłodzonym tonem. — Malutki. Delikatny. I święcie wierzę, że się nadajesz do tego zadania i tak dalej, bo jak nie szanowny pan Walsh to kto — kontynuowałam, doskonale wierząc, że łżę jak z nut, a łgarz ze mnie w najlepszym wypadku średni. Tym bardziej, że Walsh swoje przeżył i więcej do zabawy miał w tych tematach ode mnie. Wyciągnęłam z kieszeni sukienki starannie podpisany złotą nicią list, podając go chłopakowi. — Właściwie to robię za kuriera, bo mnie w to nieco wrobiono, ale jestem diabelnie ciekawa, co za propozycje otrzymałeś i łaskawie proszę o podzielenie się po przezcytaniu.
sobota, 13 października 2018
Szanuj ciasto swoje [3]
Etykiety:
Adam Walsh,
Szanuj ciasta swoje
— Jestem pewna, że tęskniłeś za mną, wylewając gorzkie łzy i tak dalej — nadęła się jak rybka nadymka, prychając oczywiście, a mi pozostało przewrócenie oczami, podczas gdy ta robiła na nocnym stoliku dosłownie wystawę cukierniczą. — Jeszcze nie wiem, co będę robić, myślałam o stażu — oświadczyła, na co po prostu pokiwałem głową, wyjątkowo nie będąc wścibskim i nie dopytując, gdzieżby ten staż miał być i w czym. Bo w końcu po co mi. Jak to wszystko. — Ale mam jeszcze czas, nie chcę się spieszyć, żeby się okazało, że jednak nie zaliczam roku. Jak tam z zaliczeniem? – zapytała, podając mi talerzyk z ciastem, który raczej odebrałem dosyć niechętnie, przy okazji marszcząc czoło.
Bo w końcu wydawałoby się, że panienka Diaskro Ophelion raczej za często bezinteresowna nie jest, a przyniesienie ze sobą całej cukierni do mojego pokoju zapowiadało jakąś grubszą sprawę.
— Raczej na spokojnie? — mruknąłem, odbierając od dziewczyny widelczyk i zaczynając skubać powolutku swoją słodkość. — W sensie w ogóle się nie przejmuję i tak dalej, raczej większość rzeczy umiem, a przynajmniej to, co chciałbym umieć i tyle. — Wzruszyłem ramionami i podszedłem ciut pewniej do młodej, może i chcąc troszeńkę nad nią górować. — A cóż ciebie zapędziło w moje progi? Tym razem na poważnie, kochanie, bo nie wydaje mi się, żeby było to tylko spowodowane moją tęsknotą.
I może przesunąłem to jedno jaśniejsze pasmo włosów za jej uszko, bo trochę mi przeszkadzało.
Bo w końcu wydawałoby się, że panienka Diaskro Ophelion raczej za często bezinteresowna nie jest, a przyniesienie ze sobą całej cukierni do mojego pokoju zapowiadało jakąś grubszą sprawę.
— Raczej na spokojnie? — mruknąłem, odbierając od dziewczyny widelczyk i zaczynając skubać powolutku swoją słodkość. — W sensie w ogóle się nie przejmuję i tak dalej, raczej większość rzeczy umiem, a przynajmniej to, co chciałbym umieć i tyle. — Wzruszyłem ramionami i podszedłem ciut pewniej do młodej, może i chcąc troszeńkę nad nią górować. — A cóż ciebie zapędziło w moje progi? Tym razem na poważnie, kochanie, bo nie wydaje mi się, żeby było to tylko spowodowane moją tęsknotą.
I może przesunąłem to jedno jaśniejsze pasmo włosów za jej uszko, bo trochę mi przeszkadzało.
środa, 10 października 2018
Szanuj ciasto swoje [2]
Etykiety:
Diaskro Ophelion,
Szanuj ciasta swoje
— Weszłaś. Więc tak, chyba można — syknął, splatając dłonie na klatce piersiowej. Oho, widocznie paniczyk był nie do końca w humorze, ale nic nie szkodzi, w końcu na wszystko można zaradzić odpowiednią dawką słodyczy lub alkoholu. To pierwsze miałam pod ręką, więc wydawało się idealnym środkiem na ugłaskanie niewdzięcznego seniora, który nawet uśmiechem za przyjście nie podziękował. A kysz z takim brakiem manier, nawet jeżeli sama nie wykazałam się specjalistyczną kindersztubą, przychodząc bez zapowiedzi i wpychając się do mieszkania. — Ciebie też, nawet. Załóżmy przynajmniej, żeby było nam ciut przyjemniej — dodał, wracając do swojego nędznego kubka z kawą, herbatą czy co pili skrajnie wyczerpani studenci u progu depresji. — Jakoś leci, planów brak. A u ciebie?
— Jestem pewna, że tęskniłeś za mną, wylewając gorzkie łzy i tak dalej — nadymałam się, przewracając oczami, zanim zaczęłam panoszyć się po pokoju, stawiając na stoliku po kolei ciasta, potem talerzyki, serwetki i wszystkie potrzebne przedmioty do eleganckiej konsumpcji. — Jeszcze nie wiem, co będę robić, myślałam o stażu — problem w tym, że do mojej wymarzonej pracy nie bardzo wiedziałam póki co jak dotrzeć, ale wszystko jeszcze przede mną — ale mam jeszcze czas, nie chcę się spieszyć, żeby się okazało, że jednak nie zaliczam roku. — Podałam mu talerzyk z kilkoma rodzajami ciasta oraz łyżeczką, wzrokiem ogarniając całe pomieszczenie. — Jak tam z zaliczeniem?
czwartek, 4 października 2018
Szanuj ciasto swoje [1]
Etykiety:
Adam Walsh,
Szanuj ciasta swoje
Ostatni rok, ostatni semestr.
Zostałem tu o rok, a może dwa lata więcej niż chciałem, nie do końca wiedząc nawet, po co i jaki to miało sens.
Czy może po prostu nie zmarnowałem tego wszystkiego, będąc zapatrzonym w pewne osobniki, zagubiony w tych cholernych zielonych, a może jednak ciemnoniebieskich oczach, zapominając o wyrabianiu sobie kontaktów, wyżeraniu się w pamięci innych ludzi, starania się nad budzeniem respektu i tak dalej. Po prostu stałem się potulniejszy, spokojniejszy. Pozwalałem wiatrowi pomiatać mną, jak tylko chciał, poddawałem mu się z dziwną przyjemnością i chęcią wręcz. Zamykałem oczy, rozkoszując się udawaną niemożnością i tym, że niby nie miałem na nic wpływu. Pieprzona, konformistyczna chorągiewka ze mnie, nie zaprzeczam.
Upiłem łyk gorzkawej herbaty, melancholijnie spoglądając przez okno, nie do końca wiedząc, co ze sobą począć. Bo przecież egzaminy końcowe straszne mi nie były. Prędzej to, co miało być po nich, to malowało się przed moimi oczami ciut gorzej.
I gdy już zastukałem palcami o parapet, pochylając się do przodu i opierając się na nim, wcześniej odstawiwszy kubek w szczurki oczywiście, z zamyślenia wyrwało mnie pukanie. Dosyć niespodziewane, muszę przyznać.
Czyżby jakiś stary czarodziej chciał zabrać mnie na przygodę życia w poszukiwaniu krasnoludzkiego złota?
— Można wejść? Mam ciacha. — Nie. Irytującemu bachorowi zdecydowanie daleko było do pana z długą, siwą brodą. No i wyróżniała się ciut przystępniejszą urodą. — Dobrze ciebie widzieć, Walsh, jak tam plany na koniec roku?
Wbiła do mojej nory zupełnie bez zaproszenia, nawet bez przywitania czy zwykłego skinięcia głową. Prychnąłem z nieskrywanym oburzeniem, marszcząc czoło.
I ściągając brwi.
Jak stary dziad, przysięgam.
— Weszłaś. Więc tak, chyba można — syknąłem, splatając ręce na klatce piersiowej. — Ciebie też, nawet. Załóżmy przynajmniej, żeby było nam ciut przyjemniej — dodałem jeszcze, podchodząc ponownie do parapetu i pochwyciłem kubek w swoje palce. — Jakoś leci, planów brak. A u ciebie?
Zostałem tu o rok, a może dwa lata więcej niż chciałem, nie do końca wiedząc nawet, po co i jaki to miało sens.
Czy może po prostu nie zmarnowałem tego wszystkiego, będąc zapatrzonym w pewne osobniki, zagubiony w tych cholernych zielonych, a może jednak ciemnoniebieskich oczach, zapominając o wyrabianiu sobie kontaktów, wyżeraniu się w pamięci innych ludzi, starania się nad budzeniem respektu i tak dalej. Po prostu stałem się potulniejszy, spokojniejszy. Pozwalałem wiatrowi pomiatać mną, jak tylko chciał, poddawałem mu się z dziwną przyjemnością i chęcią wręcz. Zamykałem oczy, rozkoszując się udawaną niemożnością i tym, że niby nie miałem na nic wpływu. Pieprzona, konformistyczna chorągiewka ze mnie, nie zaprzeczam.
Upiłem łyk gorzkawej herbaty, melancholijnie spoglądając przez okno, nie do końca wiedząc, co ze sobą począć. Bo przecież egzaminy końcowe straszne mi nie były. Prędzej to, co miało być po nich, to malowało się przed moimi oczami ciut gorzej.
I gdy już zastukałem palcami o parapet, pochylając się do przodu i opierając się na nim, wcześniej odstawiwszy kubek w szczurki oczywiście, z zamyślenia wyrwało mnie pukanie. Dosyć niespodziewane, muszę przyznać.
Czyżby jakiś stary czarodziej chciał zabrać mnie na przygodę życia w poszukiwaniu krasnoludzkiego złota?
— Można wejść? Mam ciacha. — Nie. Irytującemu bachorowi zdecydowanie daleko było do pana z długą, siwą brodą. No i wyróżniała się ciut przystępniejszą urodą. — Dobrze ciebie widzieć, Walsh, jak tam plany na koniec roku?
Wbiła do mojej nory zupełnie bez zaproszenia, nawet bez przywitania czy zwykłego skinięcia głową. Prychnąłem z nieskrywanym oburzeniem, marszcząc czoło.
I ściągając brwi.
Jak stary dziad, przysięgam.
— Weszłaś. Więc tak, chyba można — syknąłem, splatając ręce na klatce piersiowej. — Ciebie też, nawet. Załóżmy przynajmniej, żeby było nam ciut przyjemniej — dodałem jeszcze, podchodząc ponownie do parapetu i pochwyciłem kubek w swoje palce. — Jakoś leci, planów brak. A u ciebie?
Szanuj ciasta swoje [0]
Etykiety:
Diaskro Ophelion,
Szanuj ciasta swoje
Ostatni semestr, ostatniego rocznika. Nawet jeżeli nie był to mój końcowy termin, to i tak czuło się w powietrzu nutkę niecierpliwości, ale i zawahania. Wiele osób próbowało doskonalić się w swoich najnowszych osiągnięciach naukowych, dopieszczając projekty, dodatkowe prace, które miały im zapewnić później przyjemną posadkę gdzieś tam za rzeką i siedmioma górami. Jeszcze inni ledwo wiązali koniec z końcem, licząc, że uda im się uzyskać minimalną ilość potrzebnych punktów do zdania, żeby w końcu się stąd wyrwać.
Niezbadane są w końcu wyroki boskie.
Może dlatego wzięło mnie na taką malutką pokusę, wszystko w wyniku faktu, że rok szkolny miał się kończyć szybciej niż później, a ja chciałam jeszcze kulturalnie zaliczyć wizytę u szanownego starszego kolegi. A nawet jeżeli co nieco go podopytywać, pomarudzić, pojojczeć, to już przecież rozumiało się samo przez się.
Spakowałam ostrożnie kilka różnych rodzajów ciast z mojej ulubionej kawiarenki, na wszelki wypadek, jakby Walsh miał na cokolwiek uczulenie. Jak nie cynamon, to truskawka z poziomką, jak nie to sernik zwykły, jak nie to bezy i tak dalej, i tak dalej. Torba wypchana ciastami pachniała wybornie, a z doświadczenia wiedziałam, że wszystko równie dobrze smakuje.
Ruszyłam dziarsko do pokoju chłopaka, stanęłam przed drzwiami i zapukałam kilkukrotnie o framugę drzwi.
— Można wejść? Mam ciacha — zapewniłam rezolutnie, robiąc krok do środka, jak tylko odparły się przede mną drzwi, nawet bez uprzedniego poczekania na odpowiedź mężczyzny. — Dobrze ciebie widzieć, Walsh, jak tam plany na koniec roku?
Subskrybuj:
Posty (Atom)