— Wanda. — Kolejny raz wypowiedział moje imię, a ja kolejny raz zadrżałam, gdy podniósł moją głowę za podbródek i spojrzał się tymi ciemnymi oczami prosto w moje. Pociągnęłam nosem, po czym skrzywiłam się nieznacznie (jakbym już nie była skrzywiona do bólu), bo przecież nie wypada i to takie. No. — Nie chcesz, żeby było dobrze. Chcesz, żeby było lepiej, a to jest zwykle wrogiem dobrego — mruknął, niby łagodnie, niby miło, ale jednak stanowczo, a ja uciekłam wzrokiem, bo może i miał rację. — Co ci się znowu przytrafiło to tam, złamane serce to dopiero początek, a ty się przejmujesz, jakby pół świata się zwaliło. A to ty czyjąś tam miłość odrzuciłaś? Jakieś wycieczki do klasztoru planujesz Głowa do góry, popraw makijaż i wracaj na salony. Świat nie jest miłym miejsce, Wandziu, jeżeli już cię złamał, to się martwię, co tobie zrobią, jak wyniesiesz się z AWU. — Potarł kciukiem mój policzek, a ja tylko westchnęłam, przymknęłam na krótką chwilę oczy, po czym zdjęłam swoją dłonią jego palce z mojej skóry.
Wyprostowałam się, odchrząknęłam, choć łzy dalej lały się strumieniami, czkawka przeszkadzała, a nos był zatkany.
— Gdzie rzuciłeś maść? — zapytałam cicho, rozglądając się po pokoju i pociągając nosem, już nawet nie zwracając uwagi na kulturę osobistą, bo to chyba nie był na to dobry moment.
Po chwili zauważyłam to małe, plastikowe pudełeczko, które znalazło się tuż za nami, sięgnęłam po nie i podniosłam wieczko. Kolor trochę przypominał ten od maści propolisowej (nie żebym narzekała, martwiłabym się, gdyby wyglądał inaczej), zapachu nie było, tyle dobrego, że w pewnym momencie udało mi się zniwelować ten nieprzyjemny odór.
Ponownie odchrząknęłam z poważną miną, spoglądając na Hopecrafta i wyciągając w jego kierunku dłoń.
— Poproszę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czy już jestem Ofelią?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czy już jestem Ofelią?. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 czerwca 2018
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Czy już jestem Ofelią? [5]
Etykiety:
Czy już jestem Ofelią?,
James Hopecraft
— Ale po prostu nie chcę być tylko dla siebie — szepnęła, ale w praktyce dalej płakała, zalewając się rzewnymi łzami, a ja wciąż niewiele mogłem na to poradzić. Co powiedzieć, co zrobić? Ostatni raz dziecko musiałem uspokajać z dobre osiem lat temu? Chyba po raz ostatni, gdy kolejny eksperyment w naszym ówczesnym gronie nie wyszedł i Heather zaczęła ni stąd, ni zowąd ryczeć.
— James, jak bardzo już szalona jestem i jak bardzo blisko mi do Ofelii, i dlaczego mi się to przytrafiło, co ja tym ludziom zrobiłam — jęczała znowu. Doświadczenia w tym (pocieszaniu gawiedzi, plebsu) większego nie miałem, z rozumieniem w czym problem podobnie. Owszem, nieco się w życiu dziewczyny musiało pozmieniać, ale ja się tu spodziewałem jakiś wielkich dramatów, a tu nagłe odniesienia do Ofelii i chęć uczynienia wszystkie dobrym... — Ja tylko chcę, żeby było dobrze, czy to za dużo?
— Wanda — westchnąłem cierpko, chwytając jej twarz w donie i unosząc nieco podróbek dziewczyny. Starałem się przy tym nie dotykać jej zbyt mocno, przynajmniej na części dłoni zaczynając tworzyć iluzję. — Nie chcesz, żeby było dobrze. Chcesz, żeby było lepiej, a to jest zwykle wrogiem dobrego — powiedziałem łagodnie, chociaż powoli dawało się w tym odnaleźć szorstkie nuty. — Co ci się znowu przytrafiło to tam, złamane serce to dopiero początek, a ty się przejmujesz, jakby pół świata się zwaliło. A to ty czyjąś tam miłość odrzuciłaś? Jakieś wycieczki do klasztoru planujesz Głowa do góry, popraw makijaż i wracaj na salony. Świat nie jest miłym miejsce, Wandziu, jeżeli już cię złamał, to się martwię, co tobie zrobią, jak wyniesiesz się z AWU — kontynuowałem, trąc powierzchnią kciuka o lewy policzek dziewczyny.
Czy już jestem Ofelią? [4]
Etykiety:
Czy już jestem Ofelią?,
Wanda Anastazja Przewalska
No i ostatecznie zaczęła się czkawka, a ja drżałam i drżałam, nie do końca wiedząc, co ze sobą począć, bo w sumie to po co ja tu przychodziłam, pewnie tylko mu przeszkadzałam, pewnie już coś robił i jaki w tym wszystkim był sens, tak?
— Wanda — mruknął moje imię, głaszcząc mnie swoją biedną, poharataną i zniszczoną dłonią moje włosy, ale jakoś zbytnio nie przeszkadzało mi, że tym razem nie nałożył na skórę tej sprytnej sztuczki, która i tak była iluzją i nic więcej nie zmieniała — to tak nie działa. Nie musisz być nikomu potrzebna za wyjątkiem samej siebie, wiesz? — zapytał cicho, a ja schowałam swoją twarz pomiędzy szyją mężczyzny a ramieniem i dalej płakałam, beczałam, ryczałam, bo ja przecież nigdy dużo nie wymagałam, ja naprawdę dużo nie potrzebowałam, a gdy już na horyzoncie pojawiał się ktoś, kto był tym światełkiem w tunelu, osóbką, która po prostu posiedzi ze mną w tej szklarni, porozmawia o jakiś głupotach, parsknie śmiechem i chuchnie ciepłym powietrzem, gdy tylko to potrzebne, no i nie wyzwie od masochistek, doprowadzając do po prostu kolejnego płaczu, bo dla mnie było to po prostu obrzydliwym wypominaniem czyjejś wady, ba, po prostu cechy, która już miała się za nim ciągnąć...
Ale czy on ciebie kiedyś tak nie nazwał?
— Ale po prostu nie chcę być tylko dla siebie — szepnęłam i w sumie to ponownie wybuchnęłam płaczem. — James, jak bardzo już szalona jestem i jak bardzo blisko mi do Ofelii, i dlaczego mi się to przytrafiło, co ja tym ludziom zrobiłam — jęczałam, a słowa przerywane były tą natrętną czkawką, której powoli zaczynałam mieć dosyć. — Ja tylko chcę, żeby było dobrze, czy to za dużo?
— Wanda — mruknął moje imię, głaszcząc mnie swoją biedną, poharataną i zniszczoną dłonią moje włosy, ale jakoś zbytnio nie przeszkadzało mi, że tym razem nie nałożył na skórę tej sprytnej sztuczki, która i tak była iluzją i nic więcej nie zmieniała — to tak nie działa. Nie musisz być nikomu potrzebna za wyjątkiem samej siebie, wiesz? — zapytał cicho, a ja schowałam swoją twarz pomiędzy szyją mężczyzny a ramieniem i dalej płakałam, beczałam, ryczałam, bo ja przecież nigdy dużo nie wymagałam, ja naprawdę dużo nie potrzebowałam, a gdy już na horyzoncie pojawiał się ktoś, kto był tym światełkiem w tunelu, osóbką, która po prostu posiedzi ze mną w tej szklarni, porozmawia o jakiś głupotach, parsknie śmiechem i chuchnie ciepłym powietrzem, gdy tylko to potrzebne, no i nie wyzwie od masochistek, doprowadzając do po prostu kolejnego płaczu, bo dla mnie było to po prostu obrzydliwym wypominaniem czyjejś wady, ba, po prostu cechy, która już miała się za nim ciągnąć...
Ale czy on ciebie kiedyś tak nie nazwał?
— Ale po prostu nie chcę być tylko dla siebie — szepnęłam i w sumie to ponownie wybuchnęłam płaczem. — James, jak bardzo już szalona jestem i jak bardzo blisko mi do Ofelii, i dlaczego mi się to przytrafiło, co ja tym ludziom zrobiłam — jęczałam, a słowa przerywane były tą natrętną czkawką, której powoli zaczynałam mieć dosyć. — Ja tylko chcę, żeby było dobrze, czy to za dużo?
czwartek, 14 czerwca 2018
Czy już jestem Ofelią? [3]
Etykiety:
Czy już jestem Ofelią?,
James Hopecraft
Westchnęła głośno, odsunęła się i spróbowała się uspokoić. Nie bardzo zadziałało, doskonale widziałem, jak jej klatka piersiowa nadal faluje w nierównym oddechu, dłonie drżą, a posturą nadal przypominała raczej skuloną, kopniętą wiewiórkę, aniżeli dumną pannę z rodu Przewalskich w swoich obcasikach.
— Dużo. — Dobra, to już samo z siebie nie brzmiało dobrze, ale skinąłem ze zrozumieniem głową. Faktycznie, ostatnie tygodnie raczej wszystkim dały w kość i nie wątpiłem, że pewnie kumulowało się w niej coś od tego czasu. — Za dużo, jak na jeden raz. — Westchnęła, usiadła prosto, jakbym nagle zaczął dbać o jej postawę. I miała oczy, tak piękno oczy, tak bardzo przepełnione teraz bólem, że serce praktycznie i mnie zaczynało boleć. — Yamir jest z Renee. Chłopaki się kłócą. Foma się nie odzywa. Dostaję pogróżki, które są nierealne do spełnienia. — I zaraz ponownie zaczęła ryczeć, ukryła twarz w dłoniach, zanim wysmarkała. — Czy ja w ogóle jestem komukolwiek potrzebna? —Zamrugałem, przez moment nie będąc pewien, co odpowiedzieć i czy w ogóle dotknąć dziewczyny w geście pocieszenia. Zerknąłem na jedną z moich dłoni, zanim westchnąłem ciężko, decydując się nie używać teraz zaklęcia iluzji. Jedynie zacząłem ponownie głaskać Przewalską po włosach.
— Wanda — przekląłem w myślach, że mój głos brzmiał bardziej sucho niż łagodnie — to tak nie działa. — Tutaj mógł potwierdzić, po tylu latach życia człowiek zaczynał przestawać zastanawiać się co, jak i dlaczego.— Nie musisz być nikomu potrzebna za wyjątkiem samej siebie, wiesz?
wtorek, 5 czerwca 2018
Czy już jestem Ofelią? [2]
Etykiety:
Czy już jestem Ofelią?,
Wanda Anastazja Przewalska
I zagarnął mnie do siebie, przy okazji zamykając za nami drzwi, i przyciągnął, i przytulił, i, och, jak mi tego brakowało, nawet jeżeli Hopecraft nie był ani moim bratem, ani Nivanem, ani którymś z moich rodziców. Po prostu choć był i to na razie zupełnie mi wystarczało, w tamtej sytuacji nie wymagałam więcej, ba, nie wymagałam dosłownie nic oprócz poklepania po pleckach i powiedzenia, że będzie dobrze, bo sama już nie do końca radziłam sobie z tym wszystkim.
— Wanda, Wanda — mruknął, zaczynając jakąkolwiek wymianę zdań, bo przez ostatnie minuty po prostu kołysałam się w jego ramionach, nie zwracając uwagi na otoczenie. — Co ci się stało, co się w ogóle stało, co się dzieje? — zapytał i powoli popchnął mnie w stronę łóżka, byśmy mogli choć trochę wygodniej się ułożyć, czy, jakkolwiek to brzmi, ryczeć.
Była to dobra decyzja, bo nogi zdecydowanie za bardzo mi drżały. Tak jak ręce. I oddech.
A serce za szybko biło.
— I przepraszam za ręce, wypiorę ci później sukienkę i dziękuję za maść, przysięgam, że użyję, ale o co, serio, chodzi? — dodał, poklepując mnie po plecach — Nie musisz odpowiadać, starczy imię, kogo mam wykastrować, da się zrobić, już ja drania załatwię, który to? Jakieś kłopoty z Nivanem? Ktoś ci dokuczał? Wanda, Wandziu, halo, spójrz na mnie, co się dzieje?
Och, po co ja w ogóle tu się pojawiłam, po co ja przyniosłam mu tę pieprzoną maść, po co ja ją zaczęłam robić.
Westchnęłam głośno, odsuwając się od chłopaka i próbując uspokoić drżący oddech.
— Dużo — zaczęłam powoli, opuszczając wzrok i wbijając paznokcie w skórę. Zdecydowanie się denerwowałam. — Za dużo, jak na jeden raz. — Westchnęłam po raz kolejny, siadając prosto i odchrząknęłam. Przymknęłam na chwilę oczy, po czym spojrzałam chłop... może już mężczyźnie? Prosto w twarz z malującym się bólem we własnych tęczówkach. — Yamir jest z Renee. Chłopaki się kłócą. Foma się nie odzywa. Dostaję pogróżki, które są nierealne do spełnienia — wymieniłam po kolei i muszę przyznać, to wszystko tak źle nie brzmiało, gdy wypowiedziałam to na głos.
A jednak znowu wszystko poszło się jebać, a ja wróciłam do ryczenia, chowając twarz w swoich dłoniach.
— Czy ja w ogóle jestem komukolwiek potrzebna?
— Wanda, Wanda — mruknął, zaczynając jakąkolwiek wymianę zdań, bo przez ostatnie minuty po prostu kołysałam się w jego ramionach, nie zwracając uwagi na otoczenie. — Co ci się stało, co się w ogóle stało, co się dzieje? — zapytał i powoli popchnął mnie w stronę łóżka, byśmy mogli choć trochę wygodniej się ułożyć, czy, jakkolwiek to brzmi, ryczeć.
Była to dobra decyzja, bo nogi zdecydowanie za bardzo mi drżały. Tak jak ręce. I oddech.
A serce za szybko biło.
— I przepraszam za ręce, wypiorę ci później sukienkę i dziękuję za maść, przysięgam, że użyję, ale o co, serio, chodzi? — dodał, poklepując mnie po plecach — Nie musisz odpowiadać, starczy imię, kogo mam wykastrować, da się zrobić, już ja drania załatwię, który to? Jakieś kłopoty z Nivanem? Ktoś ci dokuczał? Wanda, Wandziu, halo, spójrz na mnie, co się dzieje?
Och, po co ja w ogóle tu się pojawiłam, po co ja przyniosłam mu tę pieprzoną maść, po co ja ją zaczęłam robić.
Westchnęłam głośno, odsuwając się od chłopaka i próbując uspokoić drżący oddech.
— Dużo — zaczęłam powoli, opuszczając wzrok i wbijając paznokcie w skórę. Zdecydowanie się denerwowałam. — Za dużo, jak na jeden raz. — Westchnęłam po raz kolejny, siadając prosto i odchrząknęłam. Przymknęłam na chwilę oczy, po czym spojrzałam chłop... może już mężczyźnie? Prosto w twarz z malującym się bólem we własnych tęczówkach. — Yamir jest z Renee. Chłopaki się kłócą. Foma się nie odzywa. Dostaję pogróżki, które są nierealne do spełnienia — wymieniłam po kolei i muszę przyznać, to wszystko tak źle nie brzmiało, gdy wypowiedziałam to na głos.
A jednak znowu wszystko poszło się jebać, a ja wróciłam do ryczenia, chowając twarz w swoich dłoniach.
— Czy ja w ogóle jestem komukolwiek potrzebna?
sobota, 2 czerwca 2018
Czy już jestem Ofelią? [1]
Etykiety:
Czy już jestem Ofelią?,
James Hopecraft
Świat powoli ruszał do przodu, ale to nadal było za mało. Wyciągnięcie Dextera na piwo nie było łatwym zadaniem, ale już z bardziej przewracającą oczami Heather, która w końcu zwyczajnie wylała na niego kubek zimnej wody (dosłownie, bo stał na stoliku, chyba nie powinniśmy zaczynać tej rozmowy na stołówce), wyraźnie i głośno (tak, ze względu na cały ambaras tym bardziej powinniśmy znaleźć bardziej ustronne miejsce) zaznaczyła, że ma w dupie jego fochy, pląsy i miny teraz, niech zbiera swój pozornie królewski tyłek z tego siedzenia, bo idziemy do baru, idziemy się upić i zamierzamy obgadać wtedy wszystkie najdziwniejsze historie świata. Z rozwaloną dexomą włącznie. Nadal nie wiedziałem jakim cudem to zadziało, ale skoro Miracles potem przysiadł się do nas z Diaskro, niezbyt delikatnie sugerując, że zachowujemy się jak banda idiotów, to uznałem, że nawet cuda tego dnia potrafiły się zdarzać po wielokroć.
Blondynki znalazły ze sobą garść wspólnych tematów, których nigdy nie potrafiłem zrozumieć, ale nie bardzo mnie interesowały różnice między jednym upięciem a drugim, dlatego z prawdziwą trwogą zatopiłem się w rozmowę z bratem Heat i moim najlepszym przyjacielem o nadchodzącym wieczorem kawalerskim Vina. Nie wiem, czy sterroryzowało mnie bardziej to, że Miracles wydawał się, po jego komentarzach, zaprzyjaźniony z wampirem czy fakt, że znalazłem przyjemność w rozmowie z nim. Ta trauma po bliższym kontakcie z tym konkretnym ćpunem, który przy okazji prawie wybił mi oko, gdy zerknąłem na Heather kątem oka (i nadal twierdził, że przypadkiem! ale ten piekielny uśmiech poznam wszędzie!).
Więc poszliśmy na piwo. I może dlatego zwlokłem się tego dnia z łóżka o naprawdę zbyt późnej godzinie, zastanawiając się, kogo, kurwa, pierdolnęło, żeby przychodzić do mnie o takiej porze, w jakim celu, kto był takim sadystą, ja nawet nie wiedziałem, że mogę mieć tak wielkiego kaca, że ja w ogóle upić się potrafię.
Jak wcześniej świat powoli ruszał, tak teraz przy każdym kolejnym kroku z łóżka do drzwi miałem wrażenie, że to pierdzielona karuzela, która była połączona z nieudanym symulatorem wycieczki krajoznawczej po tych rejonach mojego żołądka, których wolałbym nigdy więcej nie zwiedzać.
A potem otworzyłem drzwi i pojawiła się Przewalska.
— Po prostu tego użyj — wydukała, czkając, przypominając kupkę nieszczęścia i cierpiałem srogo, pamiętając, że zwykle nasze spotkania przebiegały dokładnie w takich okolicznościach, gdy jedno albo drugie stawało się zbyt złamane, zbyt wściekłe, pozbawione granic i swoich własnych limitów, dlatego tylko westchnąłem ciężko. Albo jęknąłem. Albo cokolwiek, bo już mnie nic nie obchodziło, tylko przerzuciłem maść na łóżko, magicznie poprawiając tor jej lotu, żeby nie spadła, czemu towarzyszyło kilka iskierek, zanim zagarnąłem Przewalską do siebie i wciągnąłem ją do środka. Głaskania ją po włosach nie było najlepszym pomysłem bez rękawiczek, a ja nadal byłem w stanie agonalnym po wczorajszym piciu, ubrany tylko w spodnie od piżamy i pozbawiony moich ukochanych, bezpiecznych skrawków materiału do ochronny dłoni. Dlatego skupiłem się na gładzeniu jej po plecach, trzymaniu blisko, uspokajającego klepania i mruczenia, że czemu ona płacze, przecież ja zaraz wyczaruję lody, zaraz wyczaruję jakąś komedię, zaraz możemy usiąść, pogadać i ona wyjaśni, kto jej tak wyrwał serce, że została po nim tylko zioniejąca czernią dziura, którą tak koniecznie nastolatka pragnęła zatopić łzami, jakby stanowiły odpowiedni budulec emocjonalny.
— Wanda, Wanda — podsumowałem, zwracając się w końcu do niej po imieniu, w rytm pociągania nosem, pokrętnych spazmów szlochu i cichego kołysania się w ramionach. — Co ci się stało, co się w ogóle stało, co się dzieje? — zacząłem, kierując nas odrobinę w stronę łóżka, na którym wcześniej wylądowała maść. Niby mogłem bez problemu większego utrzymywać ciężar dziewczyny i stabilizować nas magią, ale lepiej bezpieczne miejsce, gdzieś, gdzie można zrobić legowisko z koców, poduszek i oglądać telenowele.
— I przepraszam za ręce, wypiorę ci później sukienkę i dziękuję za maść, przysięgam, że użyję, ale o co, serio, chodzi? — dopytałem, dalej gładząc ją uspokajająco po plecach. — Nie musisz odpowiadać, starczy imię, kogo mam wykastrować, da się zrobić, już ja drania załatwię, który to? Jakieś kłopoty z Nivanem? Ktoś ci dokuczał? Wanda, Wandziu, halo, spójrz na mnie, co się dzieje? — kontynuowałem, coraz mocniej zdezorientowany całą sytuacją.
piątek, 1 czerwca 2018
Czy już jestem Ofelią? [0]
Etykiety:
Czy już jestem Ofelią?,
Wanda Anastazja Przewalska
Mieszałam, zgniatałam i w sumie sama nie do końca wiedziałam, co robiłam. Po prostu musiałam zająć czymś dłonie, bo te zdecydowanie za bardzo drżały ostatnimi czasami, za szybko upuszczały rzeczy na ziemię i za sztywno działały, gdy praca wymagała jakiejkolwiek finezji.
Praca.
Musiałam pracować, zajmować myśli, aby nie przebiegały przez nie stada koni, nie zaglądały do nich po cichu złote, naprawdę bardzo ładne, złote oczy pewnego mężczyzny czy chłopaka o indyjskim pochodzeniu, aby nie pojawiały się w nich myśli o tych zdjęciach, które przecież nigdy nie mogły powstać, bo nie było ku temu okazji, a jednak jakimś cudem powstały, ktoś je miał i nie zawahał się ich użyć, nawet jeżeli rozsądek podpowiadał mi, że przecież byłoby to niemożliwe.
Ale ludzie zaczęli już podczepiać cudze twarze w filmach, więc dlaczego i nie mogli zrobić tego na zdjęciach?
Znowu schudłam, znowu zaczęły wypadać mi włosy, znowu za każdym razem musiałam ściągać je garściami z naprawdę delikatnej szczotki i znowu zaczęłam za dużo i za mocno stukać, bo na palcach raz na jakiś czas zauważyłam zaczerwienienia.
Znowu zaczęłam wbijać paznokcie w skórę i znowu zaczęłam unikać spoglądania w lustro.
A przecież nic wielkiego się nie stało, nikt mnie nie uderzył, nikt nawet nie mógł bezpośrednio złamać mi serca, bo przecież to ja nic nie zrobiłam w tamtej sprawie. Już przeszłej sprawie, choć Nivan wciąż powtarzał, że to wszystko to tylko kwestia czasu.
I nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się przed drzwiami samorządu z drobnym pudełeczkiem, w którym ukryłam maść, z lśniącymi od łez oczami i w tym cholernym fartuchu, bo chyba nie zostawiłam go w szklarni, tak jak powinnam była zrobić. Z niezwiązanymi włosami, z przyspieszonym oddechem i ze złamanym sercem. Zapukałam gwałtownie, a chwilę później, gdy w drzwiach stanął Hopecraft, po prostu wcisnęłam zszokowanemu blondynowi pudełeczko z maścią prosto w jego klatkę piersiową, a następnie rozryczałam się jak małe dziecko.
Tak, to zdecydowanie nie był mój najlepszy dzień.
— Po prostu tego użyj — wydukałam ledwo, bo czkawka już się zaczęła.
Bo chociaż dla jednej osoby chciałam być użyteczna.
Praca.
Musiałam pracować, zajmować myśli, aby nie przebiegały przez nie stada koni, nie zaglądały do nich po cichu złote, naprawdę bardzo ładne, złote oczy pewnego mężczyzny czy chłopaka o indyjskim pochodzeniu, aby nie pojawiały się w nich myśli o tych zdjęciach, które przecież nigdy nie mogły powstać, bo nie było ku temu okazji, a jednak jakimś cudem powstały, ktoś je miał i nie zawahał się ich użyć, nawet jeżeli rozsądek podpowiadał mi, że przecież byłoby to niemożliwe.
Ale ludzie zaczęli już podczepiać cudze twarze w filmach, więc dlaczego i nie mogli zrobić tego na zdjęciach?
Znowu schudłam, znowu zaczęły wypadać mi włosy, znowu za każdym razem musiałam ściągać je garściami z naprawdę delikatnej szczotki i znowu zaczęłam za dużo i za mocno stukać, bo na palcach raz na jakiś czas zauważyłam zaczerwienienia.
Znowu zaczęłam wbijać paznokcie w skórę i znowu zaczęłam unikać spoglądania w lustro.
A przecież nic wielkiego się nie stało, nikt mnie nie uderzył, nikt nawet nie mógł bezpośrednio złamać mi serca, bo przecież to ja nic nie zrobiłam w tamtej sprawie. Już przeszłej sprawie, choć Nivan wciąż powtarzał, że to wszystko to tylko kwestia czasu.
I nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się przed drzwiami samorządu z drobnym pudełeczkiem, w którym ukryłam maść, z lśniącymi od łez oczami i w tym cholernym fartuchu, bo chyba nie zostawiłam go w szklarni, tak jak powinnam była zrobić. Z niezwiązanymi włosami, z przyspieszonym oddechem i ze złamanym sercem. Zapukałam gwałtownie, a chwilę później, gdy w drzwiach stanął Hopecraft, po prostu wcisnęłam zszokowanemu blondynowi pudełeczko z maścią prosto w jego klatkę piersiową, a następnie rozryczałam się jak małe dziecko.
Tak, to zdecydowanie nie był mój najlepszy dzień.
— Po prostu tego użyj — wydukałam ledwo, bo czkawka już się zaczęła.
Bo chociaż dla jednej osoby chciałam być użyteczna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)