Pytanie dotyczące przyszłości stricte po zakończeniu edukacji w tejże uczelni, które przerwało monotonną i przepełnioną ciszą wspinaczkę w górę, po schodach, byle wyżej, byle do upragnionego pokoiku, gdzie rozpoczęliśmy tak dobrze już znany rytuał. Filiżanki, imbryk, czajnik, multum ziółek i my siedzący na podłodze, ja podziwiając wszelakiej maści mieszanki i intensywny zapach, jaki dawały.
Zrobiłem się jakoś bardziej wyczulony względem tego jednego zmysłu. Pierniczki na święta były jakieś takie mocniej korzenne, kawiarnie kusiły mnie już z przecznicy dalej, a wszystko wręcz przepełnione było kolorowymi wstęgami woni, które otaczały mnie z dosłownie wszystkich stron.
— Którą niespodziankę wybierasz? — zapytała w pewnym momencie Pel, wybijając mnie z rytmu nadanego przez poruszające się agresywnie nozdrza, pragnące wyłapać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, bo było mocno, intensywnie, żywo, tak, jak lubiłem najbardziej.
Niebieska, czerwona, zielona, biała.
Wszystkie ładne, nawet jeśli były pozatykane koreczkami, doskonale czułem, doskonale oddzielałem.
— Czerwona — rzuciłem, nie zastanawiając się dłużej. Najbardziej się wybijała, przynajmniej dla mnie.
Nie do końca wiedziałem, czy to wszystko powinno mnie cieszyć i bawić.
Chyba dziczałem.
A bardzo nie chciałem dziczeć, już wystarczał mi nieokrzesany ogon, który wibrował, wirował, latał i absolutnie się mnie nie słuchał, ostatnio doprowadzając do samych kataklizmów, tłukąc rzeczy, smagając mnie po bokach, czy atakując pierwszych lepszych przechodni.
Ostatnio nawet ciachnąłem Jonasza.
Może płakałem, gdy przepraszałem go za paskudny incydent. Kita była po prostu osobnym bytem.
A ja znowu zaczynałem siebie nienawidzić.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aurelion Podolski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aurelion Podolski. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 września 2018
wtorek, 11 września 2018
Bo wszystkie kaczki lubią herbatę i ciasteczka jeść [3]
Oczywiście, że mi przyklasnęła. Wręcz dziecinne zachowania Pelagoniji wydawały się nie mieć zamiaru ją kiedykolwiek opuszczać i nie było w tym nic złego. Nawet jeśli ludzie mieli uważać ją przez to za nieco infantylną. Odrobina światła wpadająca do mojego zaciemnionego pokoju zwanego życiem była raczej czymś wręcz oczekiwanym, przynoszącym chęć do dalszego egzystowania.
Eternumowa działała jak jakieś paliwo, nie bacząc na to, w jakiej sytuacji byś się nie znajdował. Ten szeroki uśmiech i iskrzące się zielone oczęta były w stanie podnieść na nogi nawet martwego.
— Formalności. Jakbyś odmówił, to pewnie i tak bym przytaszczyła ze sobą całą zastawę porcelanową albo termosik z dwoma kubkami. Wiesz przecież, że jestem bardzo ciężkim przypadkiem herbatoholizmu, wręcz nieuleczalnym — rzuciła i tak, ten aktorski, poważny ton. Zgrywanie dojrzałej, nudnej, dorosłej prukwy. A później? No a później znowu ten wspaniały uśmiech. — I choć chętnie bym z tobą tak poszła, to boję się, że byśmy się wywrócili po drodze i połamali sobie kości, roztrzaskali nos albo zdarli skórę jak Yevgeni. Chyba że znasz jakiś niezawodny sposób, jak przejść na czwarte piętro akademika w tej pozycji.
No i szybko odsunęła się od mojej osoby, na co pokiwałem ze zrozumieniem głową, bo jednak tak, miała rację. Ogarniać się w takim stanie? Raczej niemożliwe, złamanie karku gwarantowane.
— Co racja to racja — mruknąłem tylko, a następnie, nie czekając ani chwilki dłużej, chwyciłem ją pod ramię, byle zacząć iść na to utęsknione czwarte piętro, gdzie to prawdopodobnie wypiliśmy tę pierwszą herbatę kiedykolwiek.
Każdą kolejną zresztą też.
Eternumowa działała jak jakieś paliwo, nie bacząc na to, w jakiej sytuacji byś się nie znajdował. Ten szeroki uśmiech i iskrzące się zielone oczęta były w stanie podnieść na nogi nawet martwego.
— Formalności. Jakbyś odmówił, to pewnie i tak bym przytaszczyła ze sobą całą zastawę porcelanową albo termosik z dwoma kubkami. Wiesz przecież, że jestem bardzo ciężkim przypadkiem herbatoholizmu, wręcz nieuleczalnym — rzuciła i tak, ten aktorski, poważny ton. Zgrywanie dojrzałej, nudnej, dorosłej prukwy. A później? No a później znowu ten wspaniały uśmiech. — I choć chętnie bym z tobą tak poszła, to boję się, że byśmy się wywrócili po drodze i połamali sobie kości, roztrzaskali nos albo zdarli skórę jak Yevgeni. Chyba że znasz jakiś niezawodny sposób, jak przejść na czwarte piętro akademika w tej pozycji.
No i szybko odsunęła się od mojej osoby, na co pokiwałem ze zrozumieniem głową, bo jednak tak, miała rację. Ogarniać się w takim stanie? Raczej niemożliwe, złamanie karku gwarantowane.
— Co racja to racja — mruknąłem tylko, a następnie, nie czekając ani chwilki dłużej, chwyciłem ją pod ramię, byle zacząć iść na to utęsknione czwarte piętro, gdzie to prawdopodobnie wypiliśmy tę pierwszą herbatę kiedykolwiek.
Każdą kolejną zresztą też.
czwartek, 6 września 2018
Bo wszystkie kaczki lubią herbatę i ciasteczka jeść [1]
Kolejny rok, a jakże by inaczej, co? Kiedy pierwszy raz postawiłem łapę w tej szkole, naprawdę nie spodziewałem się, że minie to tak prędziutko, a tu już proszę, za chwilę stuknie połowa piątego rocznika. Dwadzieścia lat, staroć ze mnie paskudny, już czuję, jak mi w kościach strzyka, a kto ja i jak ja, to dalej ani widu, ani słychu, uznajmy więc, że jestem czymś, może, że jestem Aurelem i przy tym pozostańmy.
Kolejny rok i co? I nic się nie zmieniło, absolutnie nic, Pelagonija ponownie rzuciła mi się w ramiona, uwieszając przy tym całym swoim drobnym ciałem, nadając jak katarynka, za którą nie sposób było nadążyć, więc w sumie już nawet nie próbowałem się połapać w potoku słów, który nagle wylał się z tych względnie małych ust. No ale trzymałem ją, śmiejąc się przy tym i kręcąc głową.
— ...I napijesz się ze mną herbatki? — zapytała, bo oczywiście, że to pytanie musiało w końcu paść. Zerknęła na mnie tymi maślanymi, zielonymi oczyskami, zamrugała, zdmuchnęła zagubiony kosmyk i za chwilę mocniej obejmując mnie tymi wątłymi ramionkami. — Dawno cię nie przytulałam.
— Też się cieszę, że cię widzę — rzuciłem, poprzedzając wypowiedź śmiechem i pogładzeniem jej po plecach, trochę się przy tym garbiąc. — Też cię naprawdę długo nie przytulałem i co to za głupie pytanie? Oczywiście, że się napiję.
Kolejny rok i co? I nic się nie zmieniło, absolutnie nic, Pelagonija ponownie rzuciła mi się w ramiona, uwieszając przy tym całym swoim drobnym ciałem, nadając jak katarynka, za którą nie sposób było nadążyć, więc w sumie już nawet nie próbowałem się połapać w potoku słów, który nagle wylał się z tych względnie małych ust. No ale trzymałem ją, śmiejąc się przy tym i kręcąc głową.
— ...I napijesz się ze mną herbatki? — zapytała, bo oczywiście, że to pytanie musiało w końcu paść. Zerknęła na mnie tymi maślanymi, zielonymi oczyskami, zamrugała, zdmuchnęła zagubiony kosmyk i za chwilę mocniej obejmując mnie tymi wątłymi ramionkami. — Dawno cię nie przytulałam.
— Też się cieszę, że cię widzę — rzuciłem, poprzedzając wypowiedź śmiechem i pogładzeniem jej po plecach, trochę się przy tym garbiąc. — Też cię naprawdę długo nie przytulałem i co to za głupie pytanie? Oczywiście, że się napiję.
poniedziałek, 28 maja 2018
Herbata zawsze jest dobra [X]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Herbata zawsze jest dobra
Rzuciłem okiem na kobietę, tak powoli sączącą napój, z taką radością i spokojem oddającą się przyjemnościom, które napływały z każdą kolejną falą naparu. Zapach, smak, wygląd i towarzystwo było jak dla mnie przednie, czego chcieć więcej?
— Wiesz, Hortensjo — mruknęła, przeczesując wolnym, bardzo leniwym ruchem moje włosy, oczywiście musząc się przy okazji targnąć z siedzenia i nieco wyprostować, co zawsze spotykało się z moimi cichymi parsknięciami — cieszę się, że cię poznałam.
Spojrzałem na nią wtedy tym całkiem niedowierzającym, nieco smutnym i zdecydowanie zawstydzonym spojrzeniem, pytając się sam w duchu, czym do cholery sobie zasłużyłem na takie słowa z takich ust?
Bo ja codziennie byłem w stanie śpiewać pochwalne hymny dla sił wyższych, dziękując za to, że mi zesłali taką Pelagoniję Eternum na drogę i pozwolili mi spędzać te kilka godzin w tygodniu na herbacie, która chyba powoli zaczęła zastępować mi krew.
— Tak swoją drogą, robimy powtórkę z wieczorku filmowego? — dopytała po chwili.
— Oczywiście, Pel. Możemy nawet teraz, jeśli chcesz, co z tego, że mamy środek dnia — parsknąłem cicho.
Nie lubiłem mówić. Ba, chyba nawet nie potrafiłem.
Ale bardzo starałem się to okazać.
Bo w sumie nie wiem, czy bym tu jeszcze był, gdyby nie ona.
— Wiesz, Hortensjo — mruknęła, przeczesując wolnym, bardzo leniwym ruchem moje włosy, oczywiście musząc się przy okazji targnąć z siedzenia i nieco wyprostować, co zawsze spotykało się z moimi cichymi parsknięciami — cieszę się, że cię poznałam.
Spojrzałem na nią wtedy tym całkiem niedowierzającym, nieco smutnym i zdecydowanie zawstydzonym spojrzeniem, pytając się sam w duchu, czym do cholery sobie zasłużyłem na takie słowa z takich ust?
Bo ja codziennie byłem w stanie śpiewać pochwalne hymny dla sił wyższych, dziękując za to, że mi zesłali taką Pelagoniję Eternum na drogę i pozwolili mi spędzać te kilka godzin w tygodniu na herbacie, która chyba powoli zaczęła zastępować mi krew.
— Tak swoją drogą, robimy powtórkę z wieczorku filmowego? — dopytała po chwili.
— Oczywiście, Pel. Możemy nawet teraz, jeśli chcesz, co z tego, że mamy środek dnia — parsknąłem cicho.
Nie lubiłem mówić. Ba, chyba nawet nie potrafiłem.
Ale bardzo starałem się to okazać.
Bo w sumie nie wiem, czy bym tu jeszcze był, gdyby nie ona.
czwartek, 24 maja 2018
Herbata zawsze jest dobra [9]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Herbata zawsze jest dobra
Oczywiście zareagowała tym wspaniałym śmiechem, no i nawet brwi uniosła w zdziwieniu, taki zdolniacha ze mnie. Szybkie poprawienie materiału, który leżał na jej kolanach i zerknięcie w moją stronę, gdy uporała się ze spódniczką.
— Lubię twój ogon, więc proszę, dbaj o niego — dodała, ciągle chichocząc, a ja może nawet odrobinę się zarumieniłem, ale tylko odrobinę i może ogon też to usłyszał [raczej na pewno] i dlatego skitrał się pomiędzy moimi nogami, kuląc się i machając końcówką jak najęty. — Poza tym, jak można nie odróżnić mleka sojowego od kokosowego? — Wzruszyłem ramionami, oglądając przy okazji proces picia herbaty i uśmiechnąłem się pod nosem, widząc nieco oburzoną i zdziwioną minę dziewczyny. — Lubię cię słuchać, niezależnie od tego, co mówisz. Możesz nawet gadać o tym, co zjadłeś na śniadanie.
— Miło to słyszeć — odparłem cicho, przenosząc spojrzenie na kolana i stukając palcami o filiżankę.
W końcu przez ostatnie kilka lat mało kto cieszył się, gdy otwierałem pysk, żeby powiedzieć, chociaż „Dzień dobry”.
— I nie wiem, nie pytaj mnie o to, mówię no durna baba, cholerka jasna. Może cudzoziemka, może niedowidzi, a może antyszczpionkowiec. Kto ich tam już w sumie wie — parsknąłem śmiechem, kręcąc głową i spoglądając na Jaśminka.
Czasem trudno było mi pojąć, jak starzy w sumie jesteśmy i jak długo się znamy.
Nierealnie w sumie.
Przecież dopiero co ją z dworu ściągałem.
Dopiero co mi powiedziała, że mam bardzo ładny kolor skóry.
Dopiero co wypiliśmy pierwszą w naszej historyjce herbatkę.
— Lubię twój ogon, więc proszę, dbaj o niego — dodała, ciągle chichocząc, a ja może nawet odrobinę się zarumieniłem, ale tylko odrobinę i może ogon też to usłyszał [raczej na pewno] i dlatego skitrał się pomiędzy moimi nogami, kuląc się i machając końcówką jak najęty. — Poza tym, jak można nie odróżnić mleka sojowego od kokosowego? — Wzruszyłem ramionami, oglądając przy okazji proces picia herbaty i uśmiechnąłem się pod nosem, widząc nieco oburzoną i zdziwioną minę dziewczyny. — Lubię cię słuchać, niezależnie od tego, co mówisz. Możesz nawet gadać o tym, co zjadłeś na śniadanie.
— Miło to słyszeć — odparłem cicho, przenosząc spojrzenie na kolana i stukając palcami o filiżankę.
W końcu przez ostatnie kilka lat mało kto cieszył się, gdy otwierałem pysk, żeby powiedzieć, chociaż „Dzień dobry”.
— I nie wiem, nie pytaj mnie o to, mówię no durna baba, cholerka jasna. Może cudzoziemka, może niedowidzi, a może antyszczpionkowiec. Kto ich tam już w sumie wie — parsknąłem śmiechem, kręcąc głową i spoglądając na Jaśminka.
Czasem trudno było mi pojąć, jak starzy w sumie jesteśmy i jak długo się znamy.
Nierealnie w sumie.
Przecież dopiero co ją z dworu ściągałem.
Dopiero co mi powiedziała, że mam bardzo ładny kolor skóry.
Dopiero co wypiliśmy pierwszą w naszej historyjce herbatkę.
sobota, 19 maja 2018
Herbata zawsze jest dobra [7]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Herbata zawsze jest dobra
Reakcja, która głośno mówiła „Ale Hortensjo” odrobina oburzenia i te świdrujące, zielone oczęta dziewczyny.
— Ale to jest ciekawe. Mordechaj bierze ślub — rzuciła w pewnym momencie, po chwili przerwy, a mi brwi podbiło na tyle do góry, żeby czoło mnie rozbolało, bo oh losie, kiedy to? Jak te dzieci szybko rosną, no naprawdę. — I w sumie wygrałam zakład, kiedy nam przedstawi swoją dziewczynę, i było zabawnie. Dziadek znowu prawie rozwalił dom, ale to dlatego, że chciał mi zrobić tort. Cóż… Nie wyszło, ale ten tort był całkiem słodki! Znaczy się, nie w smaku, ale był w kształcie królika. I zapitalał na tych swoich łapkach z cukru tak, że nie mogliśmy go złapać. A potem wpadł do wody i się rozpuścił. Czyli norma. Ale ja znowu się rozgaduję, a ty prawie nic nie mówisz — mruczała niezbyt zadowolona z tego faktu, a ja mogłem tylko prychać pod nosem i się uśmiechać.
— Co ci poradzę, że wolę cię słuchać, niż mówić? — rzuciłem radośnie, podciągając nogę na ławkę i obejmując ją ramieniem, przyglądając się przy okazji nastolatce. — Plus, o czym miałbym gadać? Że klientka wykłócała się co do tego, czy mamy mleko sojowe? Durna była i to okrutnie, notorycznie upierała się przy tym, że to kokosowe, a jak byk pisze, że sojowe, no i co, no i kupiła w końcu to rzekome kokosowe, a w rzeczywistości to to, co chciała. No i się przeprowadziliśmy do Cesarstwa, także też jakaś ciekawostka. Tu przynajmniej nie zerkają na mnie jak na aż takie zjawisko — parsknąłem cicho. — A na parapetówie prawie ogon straciłem. Tyle chyba.
— Ale to jest ciekawe. Mordechaj bierze ślub — rzuciła w pewnym momencie, po chwili przerwy, a mi brwi podbiło na tyle do góry, żeby czoło mnie rozbolało, bo oh losie, kiedy to? Jak te dzieci szybko rosną, no naprawdę. — I w sumie wygrałam zakład, kiedy nam przedstawi swoją dziewczynę, i było zabawnie. Dziadek znowu prawie rozwalił dom, ale to dlatego, że chciał mi zrobić tort. Cóż… Nie wyszło, ale ten tort był całkiem słodki! Znaczy się, nie w smaku, ale był w kształcie królika. I zapitalał na tych swoich łapkach z cukru tak, że nie mogliśmy go złapać. A potem wpadł do wody i się rozpuścił. Czyli norma. Ale ja znowu się rozgaduję, a ty prawie nic nie mówisz — mruczała niezbyt zadowolona z tego faktu, a ja mogłem tylko prychać pod nosem i się uśmiechać.
— Co ci poradzę, że wolę cię słuchać, niż mówić? — rzuciłem radośnie, podciągając nogę na ławkę i obejmując ją ramieniem, przyglądając się przy okazji nastolatce. — Plus, o czym miałbym gadać? Że klientka wykłócała się co do tego, czy mamy mleko sojowe? Durna była i to okrutnie, notorycznie upierała się przy tym, że to kokosowe, a jak byk pisze, że sojowe, no i co, no i kupiła w końcu to rzekome kokosowe, a w rzeczywistości to to, co chciała. No i się przeprowadziliśmy do Cesarstwa, także też jakaś ciekawostka. Tu przynajmniej nie zerkają na mnie jak na aż takie zjawisko — parsknąłem cicho. — A na parapetówie prawie ogon straciłem. Tyle chyba.
czwartek, 10 maja 2018
Herbata zawsze jest dobra [5]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Herbata zawsze jest dobra
Zaśmiała się, a ja chyba wiedziałem, że coś nie trafiłem ze stwierdzeniem. Nogi dalej niepokojąco szybko łaziły mi pod stołem, a spojrzenie padało to na dziewczynę, to na filiżankę, którą trzymałem. Niebieskie paluszki zaciskały się kurczowo na porcelanie.
— Ja za rok. Na Cesarza, nadal czuję się, jakbym miała siedemnaście lat, stała przed Dexterem oraz Nico, którzy nas wprowadzili i nie mam pojęcia, co ja tutaj robię. — Zaśmiała się dość głośno, niezwykle szczerze i w sposób, który tylko upewnił mnie w przekonaniu, że zdecydowanie kochałem jej chichot. Że po tych trzech latach, czwartym roku zaczętym, zdecydowanie kochałem całą Pelagoniję, od stóp, po tę pełną dziwnych pomysłów główkę, w której czaiły się cuda niewidy. — Chociaż nie jest tak słonecznie, jak wtedy. I śmiesznie było patrzeć, jak Davon ugiął się pod ciężarem mojej walizki. Rzeczywiście, to przerażające.
Ponownie ta charakterystyczna, wpisana w naszą małą rzeczywistość chwila zamyślenia, stukanie palcami o naczynie.
— Właśnie, nie opowiedziałeś mi o swoich wakacjach. Przerwałam ci. Przepraszam — rzuciła nagle, zerkając na mnie, przy okazji odwracając się dość zamaszystym ruchem. Zaśmiałem się cicho.
— Nic ciekawego — odparłem, przykładając kubek do ust i kuląc się nieco, bo zaczynało robić się zimno. — Odnowiłem znajomości ze starym przyjacielem i zamieszkaliśmy na swoim. Ogólnie więcej pracowałem, niż wypoczywałem, ale było warto, frajdy też się znalazło. A jak tam w Azylu?
— Ja za rok. Na Cesarza, nadal czuję się, jakbym miała siedemnaście lat, stała przed Dexterem oraz Nico, którzy nas wprowadzili i nie mam pojęcia, co ja tutaj robię. — Zaśmiała się dość głośno, niezwykle szczerze i w sposób, który tylko upewnił mnie w przekonaniu, że zdecydowanie kochałem jej chichot. Że po tych trzech latach, czwartym roku zaczętym, zdecydowanie kochałem całą Pelagoniję, od stóp, po tę pełną dziwnych pomysłów główkę, w której czaiły się cuda niewidy. — Chociaż nie jest tak słonecznie, jak wtedy. I śmiesznie było patrzeć, jak Davon ugiął się pod ciężarem mojej walizki. Rzeczywiście, to przerażające.
Ponownie ta charakterystyczna, wpisana w naszą małą rzeczywistość chwila zamyślenia, stukanie palcami o naczynie.
— Właśnie, nie opowiedziałeś mi o swoich wakacjach. Przerwałam ci. Przepraszam — rzuciła nagle, zerkając na mnie, przy okazji odwracając się dość zamaszystym ruchem. Zaśmiałem się cicho.
— Nic ciekawego — odparłem, przykładając kubek do ust i kuląc się nieco, bo zaczynało robić się zimno. — Odnowiłem znajomości ze starym przyjacielem i zamieszkaliśmy na swoim. Ogólnie więcej pracowałem, niż wypoczywałem, ale było warto, frajdy też się znalazło. A jak tam w Azylu?
wtorek, 8 maja 2018
Herbata zawsze jest dobra [3]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Herbata zawsze jest dobra
— Też tęskniłam, Hortensjo. — Podniosła lekko kąciki ust, opierając je cały czas o filiżankę. Wyprostowałem nogi i poczułem, jak jej nogi machają pod stołem i uderzają przy tym lekko o moje. Mimo swoich dwudziestu lat wcale na tyle nie wyglądała ani się nie zachowywała, raczej jak mała dziewczynka, albo pierwszoklasistka, która dopiero tu zawitała i jeszcze nie za bardzo wiedziała, gdzie ma iść, co robić i z kim rozmawiać.
— Na porządkowaniu rzeczy, pisaniu listów, pielęgnowaniu kwiatów i... chyba tyle. Całkiem w porządku, chociaż bywały gorsze chwile. A tobie? Wszystko w porządku? — Westchnąłem, ale zaraz potem promienny uśmiech znów zawitał na mojej twarzy. Ale nim zdążyłem odpowiedzieć, dziewczyna znowu otworzyła usta, by coś dodać. — Uwierzyłbyś, że poznaliśmy się cztery lata temu? — Otworzyłem szerzej oczy w zdziwieniu. Nie spodziewałem się tego. I nie. Nie wierzyłem. Cztery lata temu przyjechałem na uczelnię, w nadziei, że czegoś się dowiem, znajdę kogoś podobnego do mnie. Dziewczynie chyba też nie było dobrze z tą myślą, bo przykryła się szalikiem, jakby było jej zimno.
— Jeszcze straszniejsze jest to, że za dwa lata kończymy szkołę. — Podniosłem się na ławce, tak żebym siedział prosto, opierając nogi na ziemi, a ramiona na ławce. Nie było to zbyt wygodne, ale cóż, krzesła i ławki w tej szkole były robione raczej dla niższych osobników, w końcu nie brakowało ich tu.
— Na porządkowaniu rzeczy, pisaniu listów, pielęgnowaniu kwiatów i... chyba tyle. Całkiem w porządku, chociaż bywały gorsze chwile. A tobie? Wszystko w porządku? — Westchnąłem, ale zaraz potem promienny uśmiech znów zawitał na mojej twarzy. Ale nim zdążyłem odpowiedzieć, dziewczyna znowu otworzyła usta, by coś dodać. — Uwierzyłbyś, że poznaliśmy się cztery lata temu? — Otworzyłem szerzej oczy w zdziwieniu. Nie spodziewałem się tego. I nie. Nie wierzyłem. Cztery lata temu przyjechałem na uczelnię, w nadziei, że czegoś się dowiem, znajdę kogoś podobnego do mnie. Dziewczynie chyba też nie było dobrze z tą myślą, bo przykryła się szalikiem, jakby było jej zimno.
— Jeszcze straszniejsze jest to, że za dwa lata kończymy szkołę. — Podniosłem się na ławce, tak żebym siedział prosto, opierając nogi na ziemi, a ramiona na ławce. Nie było to zbyt wygodne, ale cóż, krzesła i ławki w tej szkole były robione raczej dla niższych osobników, w końcu nie brakowało ich tu.
niedziela, 6 maja 2018
Zapadnijmy się wszyscy pod ziemię [7]
— Nie wiem, rodzina już chyba nawet nie robi sobie nadziei, że cokolwiek jeszcze ze mnie będzie pod tym względem. — Skrzywiłem się nieco, widząc rozmemłany wzrok dziewczyny, słysząc ciche westchnięcie i mogąc zaobserwować to dziwne zachowanie, pełne melancholii, nietypowej aury i czegoś, czego określić po prostu się nie dało. Albo dało, tylko ja za żadne skarby nie znałem tego odczucia. Tymczasem, gdy myślałem, dziewczyna dalej przypatrywała się małemu rysunkowi, który tkwił na jej nadgarstku. Niby nie chciałem się bliżej przyglądać, to przecież nie moja sprawa, ale ciekawski wzrok i tak padł na dłoń. Brwi poszybowały ku górze, widząc coś na kształt drzewa genealogicznego. — Młodszy brat zbiera wszystkie pochwały, ma zaledwie 10 lat, a już nieźle sobie radzi w szkole. Rodzice są z niego bardzo zadowoleni. — Znowu to spojrzenie. Dziwne, pełne niezadowolenia i znowu tego jednego pierwiastka, którego nie byłem w stanie za Chiny pojąć.
Uśmiechnąłem się mimowolnie.
— Może to po prostu nie jest to, co powinnaś robić? Los lubi płatać figle. Bratu gratulować tylko, a ty? Jest coś, co siedzi ci na myśli, czy może jednak chciałabyś w to czarowanie pędzić? — Złapałem szybko ogon i zacząłem bawić się kosmykami włosów.
Kurwa.
Wręcz czułem, jak uśmiech schodzi mi z twarzy wraz ze wspomnieniem pewnego jegomościa.
Bo nie będzie już kto mi warkoczyków pleść.
Uśmiechnąłem się mimowolnie.
— Może to po prostu nie jest to, co powinnaś robić? Los lubi płatać figle. Bratu gratulować tylko, a ty? Jest coś, co siedzi ci na myśli, czy może jednak chciałabyś w to czarowanie pędzić? — Złapałem szybko ogon i zacząłem bawić się kosmykami włosów.
Kurwa.
Wręcz czułem, jak uśmiech schodzi mi z twarzy wraz ze wspomnieniem pewnego jegomościa.
Bo nie będzie już kto mi warkoczyków pleść.
Zapadnijmy się wszyscy pod ziemię [5]
— No tak, w sumie racja. Ale brakuje mi dobrej pogody, niedobrze mi od tej duchoty. Przepraszam, już przestaję marudzić. — Skuliła się ździebko, oparła brodę o kolana, a ja bez większych skrupułów wściubiłem łapę w wolną przestrzeń na półce. Nie miałem ochoty się giąć, a z moimi rozmiarami nie było to zbyt trudne do osiągnięcia. — Moja ciocia kiedyś miała przyjaciółkę, która myślała, że jest czarownicą, aż jej pewnego dnia wyrosły rogi jelenie. Ciężko jej było się do tego przyzwyczaić, ciągle w coś uderzała. No i musieli sufity w domu podnieść, łóżko wydłużyć i tak dalej. Nigdy nie dowiedziała się co się stało, pomimo tego, że była u niezliczonej ilości lekarzy, specjalistów i magów. —Wyciągnęła nogi przed siebie, zerkając na mnie uważnie i widocznie za chwilę żałując swoich słów. — Przepraszam, to miało cię pocieszyć, że nie jesteś jedyny, ale w sumie to chyba wcale nie pomaga.
Mogłem tylko parsknąć śmiechem i pokręcić głową, zakładając łapę na łapę i przekładając ogon przez swoje uda. Za chwilę znalazł sobie zajęcie w postaci dręczenia kitą bogu ducha winnej nastolatki, klepanie jej po nodze, czy przymilanie się jak rasowy kocur.
— Każde ciepłe słowo, czy pocieszenie pomoże, Sof. Chociaż teraz już aż tak bardzo do tego nie dążę. Oczywiście, fajnie by było wiedzieć, czym jestem i dlaczego jestem, ale jeśli tak się nie wydarzy, to nie mam zamiaru płakać. Najwidoczniej taka będzie wola losu, a ja mam korzystać z życia, jakie mi dał. — Oparłem głowę o półki i splotłem palce na brzuchu. — Widocznie chciał mi pokazać, którzy ludzie rzeczywiście powinni dalej przebywać w moim życiu. Nie żałuję, nie jestem zły, ani nic takiego, ba, się cieszę nawet. No bo kto może się pochwalić takimi cudeńkami albo przyrośniętym biczykiem, co? — parsknąłem. — Grunt to kochać siebie. Ależ siem rozgadał, przepraszam — rzuciłem z uśmiechem. — Jak tam lekcje magikowania?
Mogłem tylko parsknąć śmiechem i pokręcić głową, zakładając łapę na łapę i przekładając ogon przez swoje uda. Za chwilę znalazł sobie zajęcie w postaci dręczenia kitą bogu ducha winnej nastolatki, klepanie jej po nodze, czy przymilanie się jak rasowy kocur.
— Każde ciepłe słowo, czy pocieszenie pomoże, Sof. Chociaż teraz już aż tak bardzo do tego nie dążę. Oczywiście, fajnie by było wiedzieć, czym jestem i dlaczego jestem, ale jeśli tak się nie wydarzy, to nie mam zamiaru płakać. Najwidoczniej taka będzie wola losu, a ja mam korzystać z życia, jakie mi dał. — Oparłem głowę o półki i splotłem palce na brzuchu. — Widocznie chciał mi pokazać, którzy ludzie rzeczywiście powinni dalej przebywać w moim życiu. Nie żałuję, nie jestem zły, ani nic takiego, ba, się cieszę nawet. No bo kto może się pochwalić takimi cudeńkami albo przyrośniętym biczykiem, co? — parsknąłem. — Grunt to kochać siebie. Ależ siem rozgadał, przepraszam — rzuciłem z uśmiechem. — Jak tam lekcje magikowania?
piątek, 4 maja 2018
Herbata zawsze jest dobra [1]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Herbata zawsze jest dobra
— Tylko się tam nie zabij — rzucił żartobliwym tonem, na co pozostało mi tylko prychnąć niby to oburzony, niby rozbawiony, odsuwając papierosa od ust.
— Postaram się — odparłem równie rozemocjonowany co on, wypuszczając tym i przenosząc przy okazji ciężar ciała na prawą nogę. Ogon zadrżał, gdy ukochany śmiech rozbrzmiał w słuchawce.
— Nie, naprawdę, uważaj na siebie, dobrze? — spytał już nieco poważniej, na co wyrzuciłem peta i przygniotłem go otuloną w nowego buta łapą.
— Dobrze, będę.
Rozłączyłem się z porządnym bólem pikawy, bo jednak grzechem było nie tęsknić za Konarskim, który tak bardzo dbał o dosłownie każdy aspekt mojego życia. Uśmiechałem się jeszcze chwilę, patrząc na ekran telefonu, po czym wcisnąłem go do tylnej kieszeni spodni bez większych ceregieli i zdecydowałem się wrócić wreszcie do placówki, bo siedzenie w mieście i palenie papierosa za papierosem zdecydowanie nie wyjdzie mi na dobre.
A gdy już znalazłem się na dziedzińcu szkolnym, zauważyłem moją drogą, białą dziewczynę, która machała do mnie raźnie, wprawiając przy okazji T-shirt z Kubusiem Puchatkiem w ruch. Parsknąłem śmiechem, zmieniając tor i kierując się na dziewczynę, chociaż powinienem już chyba mówić o niej per kobieta.
— Witaj, Hortensjo. Herbatki? — Oczywiście, czego innego mógłbym się spodziewać, jak nie herbaty? Pokiwałem żwawo głową.
— Witaj, Pelagonijo. Z wielką przyjemnością, jak zawsze, zresztą — odparłem raźnie, zajmując miejsce obok dziewczyny i po krótkim ogarniaczu, chwytając z niecierpliwością filiżankę. Upiłem łyk i chociaż była gorąca, to o losie, przyjemność w płynnej postaci. — Nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniłem. Pozwolisz, że spytam, jak minęły ci wakacje?
— Postaram się — odparłem równie rozemocjonowany co on, wypuszczając tym i przenosząc przy okazji ciężar ciała na prawą nogę. Ogon zadrżał, gdy ukochany śmiech rozbrzmiał w słuchawce.
— Nie, naprawdę, uważaj na siebie, dobrze? — spytał już nieco poważniej, na co wyrzuciłem peta i przygniotłem go otuloną w nowego buta łapą.
— Dobrze, będę.
Rozłączyłem się z porządnym bólem pikawy, bo jednak grzechem było nie tęsknić za Konarskim, który tak bardzo dbał o dosłownie każdy aspekt mojego życia. Uśmiechałem się jeszcze chwilę, patrząc na ekran telefonu, po czym wcisnąłem go do tylnej kieszeni spodni bez większych ceregieli i zdecydowałem się wrócić wreszcie do placówki, bo siedzenie w mieście i palenie papierosa za papierosem zdecydowanie nie wyjdzie mi na dobre.
A gdy już znalazłem się na dziedzińcu szkolnym, zauważyłem moją drogą, białą dziewczynę, która machała do mnie raźnie, wprawiając przy okazji T-shirt z Kubusiem Puchatkiem w ruch. Parsknąłem śmiechem, zmieniając tor i kierując się na dziewczynę, chociaż powinienem już chyba mówić o niej per kobieta.
— Witaj, Hortensjo. Herbatki? — Oczywiście, czego innego mógłbym się spodziewać, jak nie herbaty? Pokiwałem żwawo głową.
— Witaj, Pelagonijo. Z wielką przyjemnością, jak zawsze, zresztą — odparłem raźnie, zajmując miejsce obok dziewczyny i po krótkim ogarniaczu, chwytając z niecierpliwością filiżankę. Upiłem łyk i chociaż była gorąca, to o losie, przyjemność w płynnej postaci. — Nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniłem. Pozwolisz, że spytam, jak minęły ci wakacje?
Zapadnijmy się wszyscy pod ziemię [3]
— Sama nie wiem, co to, przykuło moją uwagę, jak przechodziłam, więc sięgnęłam, by przejrzeć, ale jakoś mnie wciągnęło, dlatego tu siedziałam na ziemi. — Pokiwałem ze zrozumieniem, najwidoczniej mówiła o książce, jakby doskonale czytając moje spojrzenie i przewidując, że i tak prędzej, czy później o nią zapytam. — Nie, plecy mnie na szczęście jeszcze nie bolą, choć w sumie racja, nie powinnam tak siedzieć, potem będę tego żałować, jak będę starsza. — Uśmiechnąłem się, słysząc słowa dziewczyny, która właśnie odłożyła lekturę na półkę i poprawiła delikatnie włosy dłonią. Odcień jej pasm był zdecydowanie ładny. — Wakacje dobrze mi minęły, jak zawsze, kiedy wracam do rodziny, dziękuję — kontynuowała, by nagle urwać monolog, stracić błysk w oczach i zamyślić się na chwilę, pozostawiając mi tylko dokładne oglądanie półek i szczerą nadzieję, że duch nie zdecyduje się zrzucić mi na łeb jakiejś wiekowej księgi. — Jak widzisz, przywiozłam nawet małą pamiątkę — rzuciła w końcu, pokazując kolorowe kosmyki umiejscowione bardziej z tyłu głowy. — A tobie? Odpocząłeś chociaż trochę? Bo chociaż na razie nie mam nic zadane, to pewnie od przyszłego tygodnia nauczyciele już będą nas katowali pracami i kartkówkami. Wakacje mogłyby być dłuższe.
— E, nie przesadzaj, są w sam raz. Zresztą, nie uważasz, że byłoby nudno bez szkoły, perypetii i upierdliwych pedagogów? No i ludzi. Ja bym chyba oszalał, gdybym was nie miał — rzuciłem z uśmiechem, opierając się łokciem o półkę. — Pasemka bardzo ładne, szkoda, że je tak skitrałaś. A odpoczynek odpoczynkiem, nie lubię tak leniuchować, ruszać się trzeba, a raczej muszę, bo mi inaczej palma porządna odbije — parsknąłem cicho.
— E, nie przesadzaj, są w sam raz. Zresztą, nie uważasz, że byłoby nudno bez szkoły, perypetii i upierdliwych pedagogów? No i ludzi. Ja bym chyba oszalał, gdybym was nie miał — rzuciłem z uśmiechem, opierając się łokciem o półkę. — Pasemka bardzo ładne, szkoda, że je tak skitrałaś. A odpoczynek odpoczynkiem, nie lubię tak leniuchować, ruszać się trzeba, a raczej muszę, bo mi inaczej palma porządna odbije — parsknąłem cicho.
czwartek, 3 maja 2018
Zapadnijmy się wszyscy pod ziemię [1]
Ile tu już przetrwałem? Trzy lata? Cholera, cztery lata, jak wlazłem w swojej musztardowej puchówce w szkolne życie, jak nienawidziłem jeszcze swoich łap i ogona, a tu proszę. Trzecia klasa już za mną, czwarta właśnie czekała na mnie z rozłożonymi ramionami i losie, czy ja naprawdę miałem już dziewiętnaście lat?
A to znaczyło, że może teraz dowiem się nareszcie, co tak właściwie mi się stało, kim jestem i dlaczego tym jestem. Całe lato ociągałem się z Jonaszem albo pracowałem i średnio miałem czas na zagłębianie się w takie pierdoły.
Pożegnałem się ze współlokatorem, poklepałem go po plecach i cicho miałem nadzieję na to, że nie zdecyduje się zmienić naszego mieszkania w pobojowisko w ciągu kolejnych kilku, kilkunastu miesięcy, jak będę siedział na uczelni.
Cieszyłem się, że udało mi się odnowić kontakt z Konarskim i zamieszkać razem z nim na naszym małym miejskim padole, gdzie ojciec mi już nie groził, a po matce słuch już dawno zaginął. Bez skrupułów określałem się mianem sieroty. Rodzice dla mnie nie istnieli.
Potrzebowałem jeszcze spotkać się z Pelagoniją, ale zdecydowanie wizyta u niej jakoś mi się odwlekała, gdy lawirowałem między klasami i biblioteką, bo chciałem jednak wykorzystać ten rok i kolejne tak dobrze, jak tylko mogłem. Nie było już bowiem wsparcia finansowego od nikogo i musiałem jakimś cudem złapać tyle, ile mogłem, a potem znaleźć w wakacje, a może nawet i teraz, dobrze płatną pracę. Dobrze płatną, czytaj, byle starczyło na czynsz i suchy chleb dla konia.
— Sofia? — rzuciłem, gdy zawitałem finalnie w bibliotece, a przechadzając się między półkami, zastałem zaczytaną brunetkę, która nie kwapiła się ruszyć do wygodnego, miękkiego, może nieco skrzypiącego, fotela. Zamiast tego, obrała sobie ziemię, opierając się plecami o regał.
Podskoczyła szybko, zerknęła na mnie, a już za chwilę stała wyprostowana jak drucik, przecierając dłońmi materiał beżowej, czy tam kremowej sukienki.
— To, yy, jak tam? Udało ci się znaleźć jakieś informacje? O rasie w sensie? — spytała nagle, na co parsknąłem śmiechem, szczególnie że nieco zawstydzona nastolatka, zaczęła namiętnie interesować się podłogą. Dopiero po dłuższej chwili podniosła na mnie oczy zbitego psiaka i uśmiechnęła się.
Parsknąłem jeszcze radośniejszym śmiechem, a ogon zadowolony zamiótł podłogę.
— Nie, jeszcze nie, niestety. Nie było się, kiedy za to zabrać, ale dziękuję, że pytasz — odparłem łagodnie, unosząc delikatnie kąciki ust. — A u ciebie? Co słychać? Nie wolałabyś usiąść na czymś, co jest wygodniejsze, niż podłoga, plecy cię nie bolą? — zapytałem z troską, zerkając ukradkiem na okładkę książki. — No i jak ci wakacje tam minęły, co?
A to znaczyło, że może teraz dowiem się nareszcie, co tak właściwie mi się stało, kim jestem i dlaczego tym jestem. Całe lato ociągałem się z Jonaszem albo pracowałem i średnio miałem czas na zagłębianie się w takie pierdoły.
Pożegnałem się ze współlokatorem, poklepałem go po plecach i cicho miałem nadzieję na to, że nie zdecyduje się zmienić naszego mieszkania w pobojowisko w ciągu kolejnych kilku, kilkunastu miesięcy, jak będę siedział na uczelni.
Cieszyłem się, że udało mi się odnowić kontakt z Konarskim i zamieszkać razem z nim na naszym małym miejskim padole, gdzie ojciec mi już nie groził, a po matce słuch już dawno zaginął. Bez skrupułów określałem się mianem sieroty. Rodzice dla mnie nie istnieli.
Potrzebowałem jeszcze spotkać się z Pelagoniją, ale zdecydowanie wizyta u niej jakoś mi się odwlekała, gdy lawirowałem między klasami i biblioteką, bo chciałem jednak wykorzystać ten rok i kolejne tak dobrze, jak tylko mogłem. Nie było już bowiem wsparcia finansowego od nikogo i musiałem jakimś cudem złapać tyle, ile mogłem, a potem znaleźć w wakacje, a może nawet i teraz, dobrze płatną pracę. Dobrze płatną, czytaj, byle starczyło na czynsz i suchy chleb dla konia.
— Sofia? — rzuciłem, gdy zawitałem finalnie w bibliotece, a przechadzając się między półkami, zastałem zaczytaną brunetkę, która nie kwapiła się ruszyć do wygodnego, miękkiego, może nieco skrzypiącego, fotela. Zamiast tego, obrała sobie ziemię, opierając się plecami o regał.
Podskoczyła szybko, zerknęła na mnie, a już za chwilę stała wyprostowana jak drucik, przecierając dłońmi materiał beżowej, czy tam kremowej sukienki.
— To, yy, jak tam? Udało ci się znaleźć jakieś informacje? O rasie w sensie? — spytała nagle, na co parsknąłem śmiechem, szczególnie że nieco zawstydzona nastolatka, zaczęła namiętnie interesować się podłogą. Dopiero po dłuższej chwili podniosła na mnie oczy zbitego psiaka i uśmiechnęła się.
Parsknąłem jeszcze radośniejszym śmiechem, a ogon zadowolony zamiótł podłogę.
— Nie, jeszcze nie, niestety. Nie było się, kiedy za to zabrać, ale dziękuję, że pytasz — odparłem łagodnie, unosząc delikatnie kąciki ust. — A u ciebie? Co słychać? Nie wolałabyś usiąść na czymś, co jest wygodniejsze, niż podłoga, plecy cię nie bolą? — zapytałem z troską, zerkając ukradkiem na okładkę książki. — No i jak ci wakacje tam minęły, co?
niedziela, 1 kwietnia 2018
Pożegnanie: Renee, Nivan, Yamir, Amadeusz, Aurelion, Hope
Przetarłam ze zmęczeniem zaczerwienione oczy. Nie miałam płakać, obiecałam sobie dobre dwa lata temu, że więcej nie uronię ani łzy, nie pozwolę ani jednej, pierdolonej słonej kropelce spłynąć po moim policzku, bo przecież byłam dorosłą, odpowiedzialną Illene. Herszt babą, Renulą, której krew, pot i znój nie były straszne, ba, wręcz trzymała się ich blisko, bo przecież tak bardzo do niej pasowały, tak zdecydowanie przemawiały przez ród Illenów. Katownia srownia, opiekowanie się debilami i niesienie kaganka oświaty, to miałam robić przez resztę tego zasranego życia? Opiekować się parchami, znaleźć partnera i urodzić kolejnego bogu ducha winnego bachora do tej jebanej sekty, z której ucieczki nie było.
Paliło w środku, wyżerało, bolało, a dodatkowo wszystko ostatnimi czasy nabrało tak okrutnych, szarych barw, świat przestał się obracać, wraz ze zniknięciem niebieskiej czupryny.
Dawałam mu dwadzieścia pięć lat, podczas gdy ten skurwiel… Kurwa, szkoda gadać.
Przynajmniej nie będzie mi nikt więcej szpil wbijał z powodu nieumiejętnego liczenia w słupkach, czy złych wyników na numerologii. Nikt więcej nie dziabnie mnie w udo. Nie pociągnie za warkocz. Nie.
Kurwa, nie, przestań Renee, weź się w garść i nie bądź baba, rozklejasz się jak ostatnia idiotka, skończona szmata bez mózgu.
Przetarłam ostatni raz oczy, domknęłam walizkę i przeklęłam w głowie jebane zapalenia, jebane kłębuszki, jebaną niemoc lekarzy, jebany szpital, który nie pomógł jebanemu Oakleyowi. Ba, nawet jebany Hopecraft tego nie zrobił i chociaż bardzo chciałam, wiedziałam, że nie mogę go obwiniać, rzucić się mu do gardła, nawrzeszczeć i zwyzywać od najgorszych, bo skończyłoby się tylko moim głośnym płaczem, rykiem zarzynanego zwierza i opadnięciem w ramiona blondyna, przeklinając wszechświat.
Chciałam powiedzieć, że przez karetkę, która zawitała któregoś poranka przed akademikiem umierałam w środku, już któryś raz z kolei, ale to znaczyłoby, że Yamir od dłuższego czasu leży w grobie pod względem mentalności.
Wypierdolił stąd w podskokach, zaryczany, zasmarany, bez złota w oczach, a z martwym, stalowym uściskiem na torbie, smętnym wyrazem twarzy i nogami, które tak leniwie powłóczyły po ziemi, szczęśliwe tak samo, jak ich właściciel, gdy odebrali go rodzice, zabrali papiery i odwieźli do domu, gdzie miał dojść do siebie.
Co nigdy się nie stanie, o czym doskonale zdawałam sobie sprawę, bo odebrano mu drugi, zaginiony gdzieś tam w eterze kawałek duszy. Zabrali mu napęd do dalszego działania. Zabrali mu najważniejszy czynnik w życiu. Zabrali mu jego przeciwwagę do równowagi wszechświata, a on nie wiedział, jak przywrócić to wszystko do normy. Szalka się przeciążyła, a niebo spowiły burzowe chmury.
Wyrzuciłam chusteczkę i podniosłam walizkę. Od zawsze chciałam być tą silną, niezależną dziewczyną, a tymczasem mnie zgnoili i przydusili w środku, zaklinając dawien dawna, jak każdą Illene, która miała manierę do odrywania się od „stada” i kazali wrócić, hajtnąć się, bo znaleźli kawalera, urodzić bachora, mając nadzieję, że będzie szczególnie utalentowane. Nie mogłam nic zrobić, znamię na biodrze piekło, a naszyjnik z cudownym kryształem coraz bardziej się kurczył i rozgrzewał do czerwoności, pozostawiając brzydkie poparzenia.
Poprawiłam ostatni raz warkocz, po czym wyparowałam z pokoju, starając się nie myśleć o spierdolonej nadziei na lepsze życie, na robienie tego, co chcę. Byłam tylko maszyną do zrobienia kolejnego dziecka. Inkubatorem dla lepszej Illene. Pierdolona sekta, pierdolone suki, pierdolony wszechświat.
Pierdolona nadzieja, że może jednak coś osiągnę.
Jebniętego od artystycznych wypierdolili na zbity pysk, co w sumie wywołało u mnie pewnego rodzaju smutek i odrętwienie, bo co jak co, ale ćpuna, mimo że nie miał żadnego, ale to żadnego autorytetu, to nawet dało się polubić. A teraz, gdy go nie będzie? Pewnie wściubią kogoś tak obłąkanego, jak ta od zielarstwa.
Przełknęłam gorzko ślinę.
Niebieski też zniknął. Płakał coś temu sławnemu Promyczkowi Słońca tej szkoły, że ojciec przestał go dofinansowywać, że alimenty znikają, on prawnie u siebie jest już pełnoletni i musi iść na swoje, starając się jakoś związać koniec z końcem. To znaczy, tak mówiły plotki, oczywiście.
Stanęłam przed szkołą, czekając na przyjazd ciotki Juliet, która miała mnie zabrać ze szkoły, do której bądź co bądź się przyzwyczaiłam. Wytarłam resztki łez, wysmarkałam ostatni raz nos i spojrzałam przed siebie, zahaczając przy okazji o niskiego chłopaka. Dobra, nie niskiego, siedział na wózku inwalidzkim z walizką na kolanach i uśmiechał się szeroko.
— A ty co? — spytałam, zerkając na niego niechętnie. Zbyt radosny na taki dzień, zdecydowanie.
— Latający — powiedział tylko, nie zdejmując wyszczerzu z ust.
————————
A tak naprawdę, to Prima Aprilis, moje głuptasy, nigdy bym was nie zostawiła, no chyba sobie ze mnie kpicie. Musicie jeszcze przecierpieć kawał czasu z upierdliwym, namolnym Susłonem. Mimo wszystko mam nadzieję, że się nie gniewacie, alternatywna notka wam się spodobała i nie chcecie mnie zabić tak bardzo, jak ja swoich postaci ;DDDDD
All the love
Wasz CuDoWnY mod Siusiak
Paliło w środku, wyżerało, bolało, a dodatkowo wszystko ostatnimi czasy nabrało tak okrutnych, szarych barw, świat przestał się obracać, wraz ze zniknięciem niebieskiej czupryny.
Dawałam mu dwadzieścia pięć lat, podczas gdy ten skurwiel… Kurwa, szkoda gadać.
Przynajmniej nie będzie mi nikt więcej szpil wbijał z powodu nieumiejętnego liczenia w słupkach, czy złych wyników na numerologii. Nikt więcej nie dziabnie mnie w udo. Nie pociągnie za warkocz. Nie.
Kurwa, nie, przestań Renee, weź się w garść i nie bądź baba, rozklejasz się jak ostatnia idiotka, skończona szmata bez mózgu.
Przetarłam ostatni raz oczy, domknęłam walizkę i przeklęłam w głowie jebane zapalenia, jebane kłębuszki, jebaną niemoc lekarzy, jebany szpital, który nie pomógł jebanemu Oakleyowi. Ba, nawet jebany Hopecraft tego nie zrobił i chociaż bardzo chciałam, wiedziałam, że nie mogę go obwiniać, rzucić się mu do gardła, nawrzeszczeć i zwyzywać od najgorszych, bo skończyłoby się tylko moim głośnym płaczem, rykiem zarzynanego zwierza i opadnięciem w ramiona blondyna, przeklinając wszechświat.
Chciałam powiedzieć, że przez karetkę, która zawitała któregoś poranka przed akademikiem umierałam w środku, już któryś raz z kolei, ale to znaczyłoby, że Yamir od dłuższego czasu leży w grobie pod względem mentalności.
Wypierdolił stąd w podskokach, zaryczany, zasmarany, bez złota w oczach, a z martwym, stalowym uściskiem na torbie, smętnym wyrazem twarzy i nogami, które tak leniwie powłóczyły po ziemi, szczęśliwe tak samo, jak ich właściciel, gdy odebrali go rodzice, zabrali papiery i odwieźli do domu, gdzie miał dojść do siebie.
Co nigdy się nie stanie, o czym doskonale zdawałam sobie sprawę, bo odebrano mu drugi, zaginiony gdzieś tam w eterze kawałek duszy. Zabrali mu napęd do dalszego działania. Zabrali mu najważniejszy czynnik w życiu. Zabrali mu jego przeciwwagę do równowagi wszechświata, a on nie wiedział, jak przywrócić to wszystko do normy. Szalka się przeciążyła, a niebo spowiły burzowe chmury.
Wyrzuciłam chusteczkę i podniosłam walizkę. Od zawsze chciałam być tą silną, niezależną dziewczyną, a tymczasem mnie zgnoili i przydusili w środku, zaklinając dawien dawna, jak każdą Illene, która miała manierę do odrywania się od „stada” i kazali wrócić, hajtnąć się, bo znaleźli kawalera, urodzić bachora, mając nadzieję, że będzie szczególnie utalentowane. Nie mogłam nic zrobić, znamię na biodrze piekło, a naszyjnik z cudownym kryształem coraz bardziej się kurczył i rozgrzewał do czerwoności, pozostawiając brzydkie poparzenia.
Poprawiłam ostatni raz warkocz, po czym wyparowałam z pokoju, starając się nie myśleć o spierdolonej nadziei na lepsze życie, na robienie tego, co chcę. Byłam tylko maszyną do zrobienia kolejnego dziecka. Inkubatorem dla lepszej Illene. Pierdolona sekta, pierdolone suki, pierdolony wszechświat.
Pierdolona nadzieja, że może jednak coś osiągnę.
Jebniętego od artystycznych wypierdolili na zbity pysk, co w sumie wywołało u mnie pewnego rodzaju smutek i odrętwienie, bo co jak co, ale ćpuna, mimo że nie miał żadnego, ale to żadnego autorytetu, to nawet dało się polubić. A teraz, gdy go nie będzie? Pewnie wściubią kogoś tak obłąkanego, jak ta od zielarstwa.
Przełknęłam gorzko ślinę.
Niebieski też zniknął. Płakał coś temu sławnemu Promyczkowi Słońca tej szkoły, że ojciec przestał go dofinansowywać, że alimenty znikają, on prawnie u siebie jest już pełnoletni i musi iść na swoje, starając się jakoś związać koniec z końcem. To znaczy, tak mówiły plotki, oczywiście.
Stanęłam przed szkołą, czekając na przyjazd ciotki Juliet, która miała mnie zabrać ze szkoły, do której bądź co bądź się przyzwyczaiłam. Wytarłam resztki łez, wysmarkałam ostatni raz nos i spojrzałam przed siebie, zahaczając przy okazji o niskiego chłopaka. Dobra, nie niskiego, siedział na wózku inwalidzkim z walizką na kolanach i uśmiechał się szeroko.
— A ty co? — spytałam, zerkając na niego niechętnie. Zbyt radosny na taki dzień, zdecydowanie.
— Latający — powiedział tylko, nie zdejmując wyszczerzu z ust.
————————
A tak naprawdę, to Prima Aprilis, moje głuptasy, nigdy bym was nie zostawiła, no chyba sobie ze mnie kpicie. Musicie jeszcze przecierpieć kawał czasu z upierdliwym, namolnym Susłonem. Mimo wszystko mam nadzieję, że się nie gniewacie, alternatywna notka wam się spodobała i nie chcecie mnie zabić tak bardzo, jak ja swoich postaci ;DDDDD
All the love
Wasz CuDoWnY mod Siusiak
środa, 28 marca 2018
Odprawiając czarną magię [11]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Odprawiając czarną magię
— Promyłek szlachetny — powiedziała, podśmiechując się pod nosem. — Jakoś nigdy nazwa tego kwiatka nie wydawała się mi do niego adekwatna — dodała, zabierając mi słoiczek i już za chwilę wściubiając ten zadarty nosek w naczynie, zaciągając się zapachem. — W smaku słodko-kwaśna, bardzo mocna, także zalecam tylko odrobinkę. Całkiem nieźle komponuje się z czarną porzeczką — mruczała, gładząc palcem szkło i znowu na chwilę odpłynęła w nieznane, zamyśliła się, błysk oczu zaginął. Skinąłem tylko głową, cierpliwie czekając, aż ponownie złapie sygnał i zagada.
Nastawiła czajnik i znowu wróciła do mieszania ziół, które znając życie, będą smakować wyśmienicie. Nastolatka... Już kobieta, przepraszam, wypiła zapewne w ciągu życia tyle herbat i tyle połączeń, że głowa mała.
Sam robiłem to niepewnie, wcześniej dokładnie wąchając każde ziółko, starając się iść głównie za tym zmysłem, co w sumie nie wiedziałem, czy gdziekolwiek mnie doprowadzi.
Tu coś kwaśnego, tam słodkiego. Unikałem typowo zielnego zapachu i goryczy, tego z pewnością nie chciałem.
— Jak ci idzie, Aurelku? — spytała nagle, zaskakując mnie. Wyciągnęła z plecaczka słoik miodu, przy czym uznałem, że sam z niego dzisiaj zrezygnuję. No, może jak potem mi nie zasmakuje, to go dodam tyle, byle dało się to jakoś przełknąć.
Spojrzałem na swoje ziółka.
— Myślę, że nie jest źle, a raczej mam taką nadzieję. Nie no, nie pachnie źle, więc chyba będę w stanie tego skosztować bez zagrożenia zycia — mruknąłem, znowu przemieszując dodatki. — A tobie, pani profesor herbatkowania?
Nastawiła czajnik i znowu wróciła do mieszania ziół, które znając życie, będą smakować wyśmienicie. Nastolatka... Już kobieta, przepraszam, wypiła zapewne w ciągu życia tyle herbat i tyle połączeń, że głowa mała.
Sam robiłem to niepewnie, wcześniej dokładnie wąchając każde ziółko, starając się iść głównie za tym zmysłem, co w sumie nie wiedziałem, czy gdziekolwiek mnie doprowadzi.
Tu coś kwaśnego, tam słodkiego. Unikałem typowo zielnego zapachu i goryczy, tego z pewnością nie chciałem.
— Jak ci idzie, Aurelku? — spytała nagle, zaskakując mnie. Wyciągnęła z plecaczka słoik miodu, przy czym uznałem, że sam z niego dzisiaj zrezygnuję. No, może jak potem mi nie zasmakuje, to go dodam tyle, byle dało się to jakoś przełknąć.
Spojrzałem na swoje ziółka.
— Myślę, że nie jest źle, a raczej mam taką nadzieję. Nie no, nie pachnie źle, więc chyba będę w stanie tego skosztować bez zagrożenia zycia — mruknąłem, znowu przemieszując dodatki. — A tobie, pani profesor herbatkowania?
wtorek, 27 marca 2018
Odprawiając czarną magię [9]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Odprawiając czarną magię
— To dziś czarujemy, nabrałam ochoty na coś nowego — powiedziała, a ja tylko przytaknąłem, oglądając dokładnie gładkie ruchy, ustawiane jeden przy drugim słoiczek, uważny wzrok dziewczyny w akompaniamencie przekleństw, które padały z ust sowieckiego towarzysza. Szło się przyzwyczaić do tej nietypowej, eternumowskiej sielanki, ba, nawet za nią zatęsknić, wystarczało wpaść w sidła, co ja zrobiłem już kawał czasu temu. Odkręcała pokrywki, zapach się ulatniał. Kubki, miseczki i łyżeczki powędrowały w dłonie, a magiczne zioła stanęły pomiędzy nami. Czyli dosłownie będziemy czarować z tych różnych listków. Nigdy nie mieszałem herbat, nawet mi taki pomysł do głowy nie wpadł.
Zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda?
— Zaczniemy od tych prostych, dwuskładnikowych, coby nie pokomplikować, bo nam jeszcze wyjdzie coś paskudnego. — Znowu przytaknąłem i uśmiechnąłem się na widok grymasu, który zatańczył na twarzy dziewczyny. Widocznie miała już wprawę, doświadczenie i wiedziała, czym wszelakie zabawy mogły się skończyć. — Pierwszym składnikiem jest zielona albo czarna herbata, najlepiej pięć, sześć łyżeczek. Drugi, z tych mniejszych słoiczków, wybierasz swojego według swojego upodobania, jedna łyżka. Jeżeli chcesz wieloskładnikowe, to lepiej przemyśl mocno skład. Jak nie rozpoznasz, co jest w słoiczkach, to pytaj śmiało — dodała. Lubiłem sposób, w jaki Pel objaśniała różne rzeczy. Mówiła łagodnie, miłym dla ucha tonem, a do tego w przystępny sposób. Człowiek mógł spokojnie się rozpłynąć, słuchając jej głosu. Podążyłem szybko za instrukcjami, napełniłem miseczkę ziołami, dokładnie tak, jak dziewczyna. Wybrałem zieloną, czarna jakoś nieszczególnie mi leżała.
Chwyciłem pierwszy słoik i powąchałem go. Skrzywiłem się, czując okropny anyż, którego nie byłem w stanie znieść. Szybko odłożyłem pojemniczek i sięgnąłem do tego, w którym znajdowało się coś na kształt małych, żółtych płatków i za Chiny Ludowe nie wiedziałem, co to może być.
— A to? — Pokazałem dziewczynie opakowanie. Ogon radośnie obił się o podłogę, zamiótł kurze i zawirował raźnie.
Zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda?
— Zaczniemy od tych prostych, dwuskładnikowych, coby nie pokomplikować, bo nam jeszcze wyjdzie coś paskudnego. — Znowu przytaknąłem i uśmiechnąłem się na widok grymasu, który zatańczył na twarzy dziewczyny. Widocznie miała już wprawę, doświadczenie i wiedziała, czym wszelakie zabawy mogły się skończyć. — Pierwszym składnikiem jest zielona albo czarna herbata, najlepiej pięć, sześć łyżeczek. Drugi, z tych mniejszych słoiczków, wybierasz swojego według swojego upodobania, jedna łyżka. Jeżeli chcesz wieloskładnikowe, to lepiej przemyśl mocno skład. Jak nie rozpoznasz, co jest w słoiczkach, to pytaj śmiało — dodała. Lubiłem sposób, w jaki Pel objaśniała różne rzeczy. Mówiła łagodnie, miłym dla ucha tonem, a do tego w przystępny sposób. Człowiek mógł spokojnie się rozpłynąć, słuchając jej głosu. Podążyłem szybko za instrukcjami, napełniłem miseczkę ziołami, dokładnie tak, jak dziewczyna. Wybrałem zieloną, czarna jakoś nieszczególnie mi leżała.
Chwyciłem pierwszy słoik i powąchałem go. Skrzywiłem się, czując okropny anyż, którego nie byłem w stanie znieść. Szybko odłożyłem pojemniczek i sięgnąłem do tego, w którym znajdowało się coś na kształt małych, żółtych płatków i za Chiny Ludowe nie wiedziałem, co to może być.
— A to? — Pokazałem dziewczynie opakowanie. Ogon radośnie obił się o podłogę, zamiótł kurze i zawirował raźnie.
Odprawiając czarną magię [7]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Odprawiając czarną magię
— Bramy Azylu są zawsze dla ciebie otwarte — odparła, otwierając drzwi, a na moje serducho wylały się litry ulgi, jeszcze więcej spokoju, a i szczęście, które chyba najbardziej przeważało szalę ze wszystkich wyżej wymienionych. W środku zastaliśmy nikogo innego jak towarzysza ze wschodu, legendarnego miłośnika wszelakich napojów wysokoprocentowych.
— Będziecie się herbatkować? — spytał misiol, gapiąc się na nas ze skrzywioną mordką i niezbyt pozytywnym nastawieniem do wszechświata. — Gorzej, będziecie odprawiać czarną magię — palnął, gdy zobaczył, co wyciąga Pel. Nie dziwiłem się jego reakcji, ktokolwiek by tu teraz nie wszedł, uznałby przecie, że mamy na celu jakieś niecne czyny, podboje świata, czy zatrucie połowy placówki, a nie spokojne przygotowywanie naparów ziołowych o skutkach czysto odprężających, no może i też trochę umilających i poprawiających samopoczucie człowieka.
— Trzymamy się znanych rzeczy czy jednak odprawiamy czarną magię? — spytała, zerkając na mnie zielonymi oczętami.
— Jak wolisz, Pel, ty tutaj jesteś znawcą, ja elastyczny chłopak jestem, to się dopasuje. Wybieraj — odpowiedziałem szczerze, jak zwykle zresztą, bo naprawdę nigdy nie miałem zielonego pojęcia, na co mam ochotę, posyłając jej przy okazji szeroki uśmiech i nieco mniejszy miśkowi, który w najlepsze uwalił się na wyrku i patrzył na nas jak pan i władca. Urocze stworzenie, nie ma co.
— Będziecie się herbatkować? — spytał misiol, gapiąc się na nas ze skrzywioną mordką i niezbyt pozytywnym nastawieniem do wszechświata. — Gorzej, będziecie odprawiać czarną magię — palnął, gdy zobaczył, co wyciąga Pel. Nie dziwiłem się jego reakcji, ktokolwiek by tu teraz nie wszedł, uznałby przecie, że mamy na celu jakieś niecne czyny, podboje świata, czy zatrucie połowy placówki, a nie spokojne przygotowywanie naparów ziołowych o skutkach czysto odprężających, no może i też trochę umilających i poprawiających samopoczucie człowieka.
— Trzymamy się znanych rzeczy czy jednak odprawiamy czarną magię? — spytała, zerkając na mnie zielonymi oczętami.
— Jak wolisz, Pel, ty tutaj jesteś znawcą, ja elastyczny chłopak jestem, to się dopasuje. Wybieraj — odpowiedziałem szczerze, jak zwykle zresztą, bo naprawdę nigdy nie miałem zielonego pojęcia, na co mam ochotę, posyłając jej przy okazji szeroki uśmiech i nieco mniejszy miśkowi, który w najlepsze uwalił się na wyrku i patrzył na nas jak pan i władca. Urocze stworzenie, nie ma co.
poniedziałek, 19 marca 2018
Odprawiając czarną magię [5]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Odprawiając czarną magię
Kwiat skulił się w sobie, zasłonił twarz dłońmi i zaśmiał melodyjnie, wprawiając wrażliwy ogon w pełne zadowolenia wibracje.
— Dokładnie, Hortensjo, tak to leciało. — Wręcz wystrzeliła w górę, na nowo łapiąc wrodzoną werwę. — I mam nowe smaki albo jak chcesz, możemy się pobawić w tworzenie mieszanek. Swoją drogą polecam — dodała, łapiąc mnie szybko pod ramię i targając na górę, gdy ja tylko kiwałem głową i posłusznie dreptałem za nastolatką.
— Mieszanki brzmią dobrze, bardzo, bardzo dobrze — odparłem z uśmiechem, zwalniając kroku, czy robiąc je mniejszymi, bo zdecydowanie dziewczyna mogłaby nie nadążyć. Nie, że chodziła wolno, po prostu ja stawiałem istne susy, o czym chyba zdążył się przekonać prawie każdy osobnik w szkole, gdy śmigałem mu przed nosem, nazywając to takim se tempem.
— Jak humor na drugi semestr? Rozszerzenia bardzo dają w kość? O, właśnie, przy okazji mam dla ciebie zdjęcia od Eana. Narobił ich w kij, także album się troszkę z tego zrobił. — Rozpromieniłem się na słowa dziewczyny, wspominki wakacji, dużej ilości zdjęć, jeszcze większej śmiechu i ogólnego ubawu były dobrym sposobem na zabijanie dłużącego się czasu w salach lekcyjnych, a przebiegane w wyobraźni pola, zapewniały uspokojenie wrodzonego ADHD.
— Z chęcią, będę miał co wywiesić nad łóżkiem, niech Lee zazdrości — parsknąłem, wspominając nastolatka, który znowu mącił mi w głowie, każdym, nawet najmniej istotnym ruchem. — Humor jak to humor, wiesz, byle przeżyć i do przodu. Rozszerzenia jako tako idą, dobrałem mniej więcej to, co potrzebuję i lubię, więc nie jest tak źle, przynajmniej mogę czasem się odkorować nad swego rodzaju przyjemnością. Żartuję, jest strasznie, potrzebuję wakacji — odparłem, wieńcząc wypowiedź salwą śmiechu.
— Dokładnie, Hortensjo, tak to leciało. — Wręcz wystrzeliła w górę, na nowo łapiąc wrodzoną werwę. — I mam nowe smaki albo jak chcesz, możemy się pobawić w tworzenie mieszanek. Swoją drogą polecam — dodała, łapiąc mnie szybko pod ramię i targając na górę, gdy ja tylko kiwałem głową i posłusznie dreptałem za nastolatką.
— Mieszanki brzmią dobrze, bardzo, bardzo dobrze — odparłem z uśmiechem, zwalniając kroku, czy robiąc je mniejszymi, bo zdecydowanie dziewczyna mogłaby nie nadążyć. Nie, że chodziła wolno, po prostu ja stawiałem istne susy, o czym chyba zdążył się przekonać prawie każdy osobnik w szkole, gdy śmigałem mu przed nosem, nazywając to takim se tempem.
— Jak humor na drugi semestr? Rozszerzenia bardzo dają w kość? O, właśnie, przy okazji mam dla ciebie zdjęcia od Eana. Narobił ich w kij, także album się troszkę z tego zrobił. — Rozpromieniłem się na słowa dziewczyny, wspominki wakacji, dużej ilości zdjęć, jeszcze większej śmiechu i ogólnego ubawu były dobrym sposobem na zabijanie dłużącego się czasu w salach lekcyjnych, a przebiegane w wyobraźni pola, zapewniały uspokojenie wrodzonego ADHD.
— Z chęcią, będę miał co wywiesić nad łóżkiem, niech Lee zazdrości — parsknąłem, wspominając nastolatka, który znowu mącił mi w głowie, każdym, nawet najmniej istotnym ruchem. — Humor jak to humor, wiesz, byle przeżyć i do przodu. Rozszerzenia jako tako idą, dobrałem mniej więcej to, co potrzebuję i lubię, więc nie jest tak źle, przynajmniej mogę czasem się odkorować nad swego rodzaju przyjemnością. Żartuję, jest strasznie, potrzebuję wakacji — odparłem, wieńcząc wypowiedź salwą śmiechu.
czwartek, 15 marca 2018
Odprawiając czarną magię [3]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Odprawiając czarną magię
— Można tak powiedzieć, Hortensjo — odpowiedziała z uśmiechem na ustach i typowym dla niej bujaniem się to w przód, to w tył. — Przyszłam się dowidzieć co u ciebie i spytać, czy mogę cię naherbatkować. Albo dla odmiany zrobimy kakao, kawę karmelową, mleczną, cokolwiek robić, byleby z tobą. Nie widziałam cię dawno — kontynuowała nieco oburzonym głosem, bawiąc się ciuchami, wywołując u mnie uśmiech, od którego momentami zaczynały boleć mnie policzki. — Więc drogi Aurelionie, pytam. Co u ciebie? I czy mogę cię naherbatkować? — Mogłem rozpłynąć się przy dźwięku, jakim był jej śmiech. Zdecydowanie za nim tęskniłem, zdecydowanie ubóstwiałem i zdecydowanie rzadko go słyszałem ostatnimi czasy. Dodatkowo pełna powaga i użycie całego imienia, a komizm tylko mocniej zaczął wylewać się drzwiami i oknami.
— Rozumiem, rozumiem. Droga Pelagonijo, u mnie wszystko w jak najlepszym porządku — odparłem, zamiatając podłogę ogonem, który przestał się aż tak buntować i nawet zaczął mnie na nowo słuchać, co nam obu wychodziło na dobre. Mnie, bo nie dostawałem opierniczu za dziki biczyk, który z radością szastał ludzi po łydkach, jemu, bo w końcu go nie deptali, gdy posłusznie podążał blisko moich nóg. — I oczywiście, że możesz, dzień bez herbaty to dzień stracony, jakoś tak leciało to motto, prawda? — dodałem z uśmiechem.
— Rozumiem, rozumiem. Droga Pelagonijo, u mnie wszystko w jak najlepszym porządku — odparłem, zamiatając podłogę ogonem, który przestał się aż tak buntować i nawet zaczął mnie na nowo słuchać, co nam obu wychodziło na dobre. Mnie, bo nie dostawałem opierniczu za dziki biczyk, który z radością szastał ludzi po łydkach, jemu, bo w końcu go nie deptali, gdy posłusznie podążał blisko moich nóg. — I oczywiście, że możesz, dzień bez herbaty to dzień stracony, jakoś tak leciało to motto, prawda? — dodałem z uśmiechem.
niedziela, 11 marca 2018
Odprawiając czarną magię [1]
Etykiety:
Aurelion Podolski,
Odprawiając czarną magię
Czas uciekał, a ja z tym wszystkim, z każdą relacją, z nauką, ze sobą samym stałem w miejscu i nie zapowiadało się na to, żeby cokolwiek się ruszyło. Jakby powrót Alexa zatrzymał momentalnie czas i odebrał mi możliwość poczynienia jakiegokolwiek ruchy, byle nie pogorszyć sytuacji, byle nie popsuć dosłownie wszystkiego, bo odnosiłem wrażenie, że cały wszechświat zmienił się nagle w porcelanę, której strukturę łatwo zaburzyć.
Ale jakimś cudem przetrwałem i pierwszy semestr mojego trzeciego roku na uczelni zleciał, jak z bicza strzelił i chyba mogłem w końcu nabrać powietrza w płuca, nie bacząc nawet na kwitnące w nich róże, czy margaretki. W końcu zrobiły tam trochę miejsca, rozrzedziły się, nie przebijały się przez skórę opinającą żebra. Przynajmniej tyle dobrego.
Miałem wrócić spokojnie do pokoju i przygotować się do gatunkizmu, przeczytać jakieś grube księgi, a raczej starać się to zrobić, odciąć się na chwilę od wspomnień niebieskich oczu, cholera, w końcu wróciły i odetchnąć z ulgą, bo coś ostatnimi czasy duszno w tej szkole, szczególnie gdy pewna blondynka i blondyn przemierzali korytarze, gdy dziwny brunet podążał za tobą wzrokiem, jak za ofiarą, czy gdy pewna dwójka kolorowowłosych szaleńców łypała na siebie nieprzyjemnym wzrokiem.
— Złapałam cię w końcu, Hortensjo! — Drgnąłem wraz z uderzeniem małego ciałka o moje, opleceniem ramion wokół torsu, czy też melodyjnym śmiechem, który skutecznie wybudził mnie z transu. Rozbawiona do granic możliwości Pelagonija wtulała się we mnie jak dzieciak, na co ja mogłem tylko odwzajemnić śmiech i również objąć ją ramionami, gładząc przy okazji po wąskich plecach.
— Hej, Jaśminku, robisz za kamień do curlingu? — Parsknąłem, dokładnie obserwując główkę, której wyjątkowo nie zasłaniała burza bielusieńkich włosów. Związane wysoko kosmyki i ładnie odsłonięta buzia.
Ale jakimś cudem przetrwałem i pierwszy semestr mojego trzeciego roku na uczelni zleciał, jak z bicza strzelił i chyba mogłem w końcu nabrać powietrza w płuca, nie bacząc nawet na kwitnące w nich róże, czy margaretki. W końcu zrobiły tam trochę miejsca, rozrzedziły się, nie przebijały się przez skórę opinającą żebra. Przynajmniej tyle dobrego.
Miałem wrócić spokojnie do pokoju i przygotować się do gatunkizmu, przeczytać jakieś grube księgi, a raczej starać się to zrobić, odciąć się na chwilę od wspomnień niebieskich oczu, cholera, w końcu wróciły i odetchnąć z ulgą, bo coś ostatnimi czasy duszno w tej szkole, szczególnie gdy pewna blondynka i blondyn przemierzali korytarze, gdy dziwny brunet podążał za tobą wzrokiem, jak za ofiarą, czy gdy pewna dwójka kolorowowłosych szaleńców łypała na siebie nieprzyjemnym wzrokiem.
— Złapałam cię w końcu, Hortensjo! — Drgnąłem wraz z uderzeniem małego ciałka o moje, opleceniem ramion wokół torsu, czy też melodyjnym śmiechem, który skutecznie wybudził mnie z transu. Rozbawiona do granic możliwości Pelagonija wtulała się we mnie jak dzieciak, na co ja mogłem tylko odwzajemnić śmiech i również objąć ją ramionami, gładząc przy okazji po wąskich plecach.
— Hej, Jaśminku, robisz za kamień do curlingu? — Parsknąłem, dokładnie obserwując główkę, której wyjątkowo nie zasłaniała burza bielusieńkich włosów. Związane wysoko kosmyki i ładnie odsłonięta buzia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)