Nie spodziewałem się wyrozumiałości, nie po takiej manianie, bo jednak kto aż tak bardzo przywiązuje się do jakiegoś przedmiotu, wózka, który niby powinien ułatwiać życie, a tak naprawdę po prostu je utrudnia i doprowadza do białej gorączki, gdy znowu musisz wjeżdżać po rampie, która źle wyprofilowana jest po prostu zbyt stroma i męczysz się za wszystkie lata.
— Masz na oku jakiś konkretny, inny model? — zapytał w pewnym momencie, bez jakiegoś dziwnego tonu, czy wyrazu twarzy, absolutnie naturalnie, nasączając przy okazji ściereczkę odpowiednim wywarem i za chwilę smarując mi moje ferrari w miejscach, które uznał za słuszne. — Swoją drogą, jak długo masz ten? Z całym szacunkiem, ogarem i innymi możliwymi do wymienienia rzeczami, wygląda jakby przeszedł przez pole minowe, dostał się do służby pod wojnę atomową, a na koniec pozwolono go poskładać studentom, którzy do dyspozycji mieli tylko taśmę klejącą.
— Mam całą listę, najbardziej przymierzałbym się do czegoś od Rolling Bonesów, te ich cudeńka to dopiero są. Jak się kółka ślizgają, jaka amortyzacja, a raz usiadłem na pierwszym lepszym, to panie, chmurka pod plecki normalnie. A błyskawica? Jest względnie nowa, świeża, młoda, bo ile to, cztery lata? Ale powiedzmy, trenuję sporty ekstremalne i szaleję ze śrubkami, nie spodziewałem się, żeby dłużej mi pożyła. Śmiało, sam uwielbiam się z niej nabijać, bo rzeczywiście, wygląda, jakbym co najmniej robił na słabo zaopatrzonej służbie wojskowej przez ostatnie dziesięć lat.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hope Dawkins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hope Dawkins. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 lipca 2018
czwartek, 19 lipca 2018
Alchemia [3]
Etykiety:
Alchemia,
Hope Dawkins
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, tylko lampił się na mnie, jak na nieboskie stworzenie, które zdecydowało się napaść go w najmniej odpowiednim momencie. Zlustrował mnie tym szmaragdowym spojrzeniem od góry do dołu, szybko, zawieszając przez chwilę wzrok na wózku, a potem dźwignął się z siedzenia i ruszył do półek, by zacząć je przegrzebywać. Zostałem porzucony w niezręcznej ciszy przerywanej brzdękiem butelek i mruczeniem mężczyzny, który czytał po cichu etykietki. Mogłem tylko rozglądać się po sali i doszukiwać się czegoś ciekawego, a raczej udawać, że to robię, gdy w rzeczywistości raz po raz łypałem na plecy mężczyzny, który dosłownie chwilę później znalazł się przy mnie i kucnął, centralnie obok kółka mojej formuły jeden.
— Bez obrazy, ale na tym dłużej nie pociągniesz — powiedział w pewnym momencie, a ja miałem ochotę się zaśmiać, bo sam byłem świadom tego faktu już od dawien dawna, ale chyba za bardzo przywiązałem się do tej maszyny prędkości, żeby po prostu wymienić ją na nową, szczególnie że jeszcze ładnie się kulała po drogach. — A jak poczekasz trochę czasu, to wynajdę coś lepszego od turkutka. Eksperymentowałem z wpływem substancji pod względem sposobu tłoczenia i temperatury na dodatkowe usprawnienia, jak dodasz do tego kilka liści dehladu... — Parsknąłem śmiechem, widząc, jak bardzo zaczyna wpadać w potok własnych słów, wręcz się w nim topiąc. — W każdym razie jak ci się ślizgają, ścierają za mocno albo nie nadąża z amortyzacją, to jak zostawisz mi to na parę nocek, mogę coś tam popróbować.
— Naprawdę bym chciał — zacząłem, bawiąc się przy okazji palcami, wyginając je, strzelając nimi i ogólnie czyniąc cuda wianki — ale nie wiem, czy jest już sens — dodałem, nieco ciszej i może nawet ze smutkiem, żalem, że rzeczywiście, trzeba powiedzieć to sobie prosto w oczy. — Co jak co, ale ta błyskawica jest już wiekowa, to trzeba przyznać i chyba nie chcę jej aż tak bardzo reanimować, zdając sobie sprawę, że znowu za bardzo się do tego rzęchu przywiążę. Już ponad rok się zbieram i chyba trzeba sobie powiedzieć dość. Wystarczająco długo mi już służyła, powinna była już dawno zdechnąć, więc naoliwienie wystarczy. Delikatnie udaremnijmy jej cierpienia. Dobra, co za gadanina, zaraz się rozpłaczę — zaśmiałem się głośno, machając rękami i za chwilę klepiąc wózek po boku.
No ale co innego robić jak to w końcu jakaś tam część ciebie?
— Bez obrazy, ale na tym dłużej nie pociągniesz — powiedział w pewnym momencie, a ja miałem ochotę się zaśmiać, bo sam byłem świadom tego faktu już od dawien dawna, ale chyba za bardzo przywiązałem się do tej maszyny prędkości, żeby po prostu wymienić ją na nową, szczególnie że jeszcze ładnie się kulała po drogach. — A jak poczekasz trochę czasu, to wynajdę coś lepszego od turkutka. Eksperymentowałem z wpływem substancji pod względem sposobu tłoczenia i temperatury na dodatkowe usprawnienia, jak dodasz do tego kilka liści dehladu... — Parsknąłem śmiechem, widząc, jak bardzo zaczyna wpadać w potok własnych słów, wręcz się w nim topiąc. — W każdym razie jak ci się ślizgają, ścierają za mocno albo nie nadąża z amortyzacją, to jak zostawisz mi to na parę nocek, mogę coś tam popróbować.
— Naprawdę bym chciał — zacząłem, bawiąc się przy okazji palcami, wyginając je, strzelając nimi i ogólnie czyniąc cuda wianki — ale nie wiem, czy jest już sens — dodałem, nieco ciszej i może nawet ze smutkiem, żalem, że rzeczywiście, trzeba powiedzieć to sobie prosto w oczy. — Co jak co, ale ta błyskawica jest już wiekowa, to trzeba przyznać i chyba nie chcę jej aż tak bardzo reanimować, zdając sobie sprawę, że znowu za bardzo się do tego rzęchu przywiążę. Już ponad rok się zbieram i chyba trzeba sobie powiedzieć dość. Wystarczająco długo mi już służyła, powinna była już dawno zdechnąć, więc naoliwienie wystarczy. Delikatnie udaremnijmy jej cierpienia. Dobra, co za gadanina, zaraz się rozpłaczę — zaśmiałem się głośno, machając rękami i za chwilę klepiąc wózek po boku.
No ale co innego robić jak to w końcu jakaś tam część ciebie?
poniedziałek, 9 lipca 2018
Alchemia [1]
Etykiety:
Alchemia,
Hope Dawkins
Skrzypiało niemiłosiernie. Nie chodzi mi jednak o wiekowe drzwi, starą podłogę, nadpsute okno, czy nawet własne kości, co to, to nie. Nieszczęsne lewe koło, z którym tak właściwie problemy miałem odkąd tylko pamiętam. A to się wygięło, a to kamyk w nie wpadł, a to jeszcze jakieś inne, niezwykle niefortunne zdarzenie. Nie, żebym jakoś bardzo nie mógł tego ścierpieć, ale już po którymś razie, człowiek naprawdę zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem kto mu na środek transportu jakiegoś uroku nie rzucił.
Do tej pory tylko wzruszałem ramionami, wzdychałem i godziłem się ze swoim nieszczęsnym losem, przecież to wiązało się tylko z nieprzyjemnym dźwiękiem i lekkim tarciem, a tak, to tylko jeździć i się cieszyć, ale jak mi zaczęło stawiać znaczne opory, do tego stopnia, gdzie przejechanie pięćdziesięciu metrów było katorgą, powiedziałem sobie głośne i znaczące „stop”. Dawkins, nie pojedziesz dalej, dopóki tego nie naprawisz, nie ma bata.
A że warsztatu, mechanika, kogokolwiek, nie było, trzeba było poratować się olejem, smarem, przynajmniej do momentu powrotu do domu. Został ostatni trymestr przed wakacjami, ja nie dam rady?
Tyle, że olej, ukośnik smar, się skończył, a do sklepu nie podjadę.
No to żem zapukał do tajemnej sali, z której wydobywały się niejednokrotnie nieludzkie odgłosy i paskudne zapachy.
— Proszę i tak nic chuja nie wymyślę, można przeszkadzać do woli. — I chociaż czasu z nim nie spędzałem, to od razu wiedziałem, że głos i słowa należą do legendarnego Davona.
Otworzyłem leniwie drzwi i wjechałem, przywdziewając najpiękniejszy uśmiech, na jaki było mnie wtedy śmiać.
— Przepraszam, że zawracam mości dupę — zwróciłem się w stronę siedzącego mężczyzny — ale nie macie na zbyciu oleju z turkutka? Albo czegokolwiek, co mi się do usprawnienia funkcji mechanicznych tego złomu nada.
Oj ojciec by mnie chyba powiesił, gdyby usłyszał, jak nazywam jego kupioną za ciężko zarobione pieniądze błyskawice. Co z tego, że gdy ją zorganizowaliśmy, była ledwie jakimś miniaturowym piorunem kulistym i to dopiero moje udoskonalenia doprowadziły ją do stanu względnej używalności [zdecydowanie przesadzam].
A i tak każdy wie, że dalej trzyma się tylko na taśmie izolacyjnej [zdecydowanie].
Do tej pory tylko wzruszałem ramionami, wzdychałem i godziłem się ze swoim nieszczęsnym losem, przecież to wiązało się tylko z nieprzyjemnym dźwiękiem i lekkim tarciem, a tak, to tylko jeździć i się cieszyć, ale jak mi zaczęło stawiać znaczne opory, do tego stopnia, gdzie przejechanie pięćdziesięciu metrów było katorgą, powiedziałem sobie głośne i znaczące „stop”. Dawkins, nie pojedziesz dalej, dopóki tego nie naprawisz, nie ma bata.
A że warsztatu, mechanika, kogokolwiek, nie było, trzeba było poratować się olejem, smarem, przynajmniej do momentu powrotu do domu. Został ostatni trymestr przed wakacjami, ja nie dam rady?
Tyle, że olej, ukośnik smar, się skończył, a do sklepu nie podjadę.
No to żem zapukał do tajemnej sali, z której wydobywały się niejednokrotnie nieludzkie odgłosy i paskudne zapachy.
— Proszę i tak nic chuja nie wymyślę, można przeszkadzać do woli. — I chociaż czasu z nim nie spędzałem, to od razu wiedziałem, że głos i słowa należą do legendarnego Davona.
Otworzyłem leniwie drzwi i wjechałem, przywdziewając najpiękniejszy uśmiech, na jaki było mnie wtedy śmiać.
— Przepraszam, że zawracam mości dupę — zwróciłem się w stronę siedzącego mężczyzny — ale nie macie na zbyciu oleju z turkutka? Albo czegokolwiek, co mi się do usprawnienia funkcji mechanicznych tego złomu nada.
Oj ojciec by mnie chyba powiesił, gdyby usłyszał, jak nazywam jego kupioną za ciężko zarobione pieniądze błyskawice. Co z tego, że gdy ją zorganizowaliśmy, była ledwie jakimś miniaturowym piorunem kulistym i to dopiero moje udoskonalenia doprowadziły ją do stanu względnej używalności [zdecydowanie przesadzam].
A i tak każdy wie, że dalej trzyma się tylko na taśmie izolacyjnej [zdecydowanie].
czwartek, 21 czerwca 2018
Nasza zima zła [14]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Nasza zima zła
I chyba widząc już same iskierki w zielonych oczętach, załapałem, że mógł to być naprawdę porządny błąd z mojej strony, tak po prostu odpowiadać, że może pytać do woli.
Nie myliłem się, nie minęła chwila, a z ust dziewczyny zaczął wypływać potok słów, wykorzystywała pytania, jak naboje w karabinie maszynowym, strzelała nimi prosto we mnie i nie miałem możliwości ich ominąć.
— To zaczynając od tych klasycznych, jak ci się podoba w szkole? Nauka nie daje w kość? Wszyscy mili? Jakie masz zainteresowania? Masz rodzeństwo? Albo zwierzaka? Chyba, że zaliczasz rodzeństwo do kategorii zwierząt jak niektórzy. Nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli zostaniesz Wawrzynkiem? Troszkę mi przypominasz wawrzynka, ale te miłe wawrzynki, nie te szkodliwe. Kim chciałbyś zostać w przyszłości? Albo inaczej. Co chciałbyś robić w przyszłości? Coś powtórzyć? — Szybko, dużo, agresywnie, nagle, a ja kiwałem głową, kodowałem, a raczej starałem się i mrugałem namiętnie oczami, licząc na to, że nie wylecą mi za chwilę z orbit.
Trzeba było chyba nabrać dużo powietrza w płuca i dostosować tempo wypowiedzi do zadanego pytania.
— Naprawdę fajnie, ludzie są mili, tyle mi starczy. Nauka, jak to nauka, nie za ciekawie, ale znieść trzeba. Jestem jedynakiem, zwierzaka jak do tej pory nie miałem, alergia taty, rozumiesz. Absolutnie mi nie przeszkadza, wręcz uważam za urocze. A kim chcę być? Albo pisarz, albo zająć się jakimiś sprzętami dla osób z niepełnosprawnościami, wiesz, ułatwienie życia codziennego, czy coś. Chociaż pewnie pozmienia mi się jeszcze z pięć razy.
Nie myliłem się, nie minęła chwila, a z ust dziewczyny zaczął wypływać potok słów, wykorzystywała pytania, jak naboje w karabinie maszynowym, strzelała nimi prosto we mnie i nie miałem możliwości ich ominąć.
— To zaczynając od tych klasycznych, jak ci się podoba w szkole? Nauka nie daje w kość? Wszyscy mili? Jakie masz zainteresowania? Masz rodzeństwo? Albo zwierzaka? Chyba, że zaliczasz rodzeństwo do kategorii zwierząt jak niektórzy. Nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli zostaniesz Wawrzynkiem? Troszkę mi przypominasz wawrzynka, ale te miłe wawrzynki, nie te szkodliwe. Kim chciałbyś zostać w przyszłości? Albo inaczej. Co chciałbyś robić w przyszłości? Coś powtórzyć? — Szybko, dużo, agresywnie, nagle, a ja kiwałem głową, kodowałem, a raczej starałem się i mrugałem namiętnie oczami, licząc na to, że nie wylecą mi za chwilę z orbit.
Trzeba było chyba nabrać dużo powietrza w płuca i dostosować tempo wypowiedzi do zadanego pytania.
— Naprawdę fajnie, ludzie są mili, tyle mi starczy. Nauka, jak to nauka, nie za ciekawie, ale znieść trzeba. Jestem jedynakiem, zwierzaka jak do tej pory nie miałem, alergia taty, rozumiesz. Absolutnie mi nie przeszkadza, wręcz uważam za urocze. A kim chcę być? Albo pisarz, albo zająć się jakimiś sprzętami dla osób z niepełnosprawnościami, wiesz, ułatwienie życia codziennego, czy coś. Chociaż pewnie pozmienia mi się jeszcze z pięć razy.
wtorek, 19 czerwca 2018
Nasza zima zła [12]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Nasza zima zła
Ta buźka, która wyraźnie mówiła, że dziewczynie jest bardzo dobrze i bardzo przyjemnie, niesamowicie mnie rozbawiła, tak właściwie, to z trudem powstrzymałem herbatę przed ucieknięciem mi nosem, gdy cicho parsknąłem.
— Zawsze można próbować wszystko wypić, dla chcącego nic trudnego — odparła, sadzając się na krzesełku i poprawiając w miejscu. — A czy się łapię na rekord, to nie wiem. Może. Chociaż z tego co wiem, to nie tylko ja jestem, byłam kolekcjonerem herbat. Może ktoś, kiedyś, gdzieś zrobi książeczkę awuską z rekordami i mnie wpisze jako tą, co robi najwięcej herbatek i zgarnia przypadkowe osoby. Kto wie? Powiedz mi, Wawrzynku, jeżeli będę przesadzać, bo mam do tego tendencje, a najlepiej krzyczeć, bo możliwe, że gdzieś umknę i nie usłyszę, ale chciałabym cię spytać, a w sumie to zasypać pytaniami. Mogę? Mogę? — zapytała z szerokim uśmiechem, dość szybko, tonem, który wyraźnie mówił, że jest naprawdę zadowolona z obecnego stanu całej tej sytuacji, która nas spotkała.
Odłożyłem kubek na biurko, uznając, że na chwilę mi starczy, dam napojowi ostygnąć, bo póki co tylko parzyłem sobie wargi i język.
— Kto pyta, nie błądzi, prawda? Pytaj śmiało, nie krępuj się — odparłem z uśmiechem, łapiąc nogawki spodni i poprawiając się nieco w siedzeniu.
— Zawsze można próbować wszystko wypić, dla chcącego nic trudnego — odparła, sadzając się na krzesełku i poprawiając w miejscu. — A czy się łapię na rekord, to nie wiem. Może. Chociaż z tego co wiem, to nie tylko ja jestem, byłam kolekcjonerem herbat. Może ktoś, kiedyś, gdzieś zrobi książeczkę awuską z rekordami i mnie wpisze jako tą, co robi najwięcej herbatek i zgarnia przypadkowe osoby. Kto wie? Powiedz mi, Wawrzynku, jeżeli będę przesadzać, bo mam do tego tendencje, a najlepiej krzyczeć, bo możliwe, że gdzieś umknę i nie usłyszę, ale chciałabym cię spytać, a w sumie to zasypać pytaniami. Mogę? Mogę? — zapytała z szerokim uśmiechem, dość szybko, tonem, który wyraźnie mówił, że jest naprawdę zadowolona z obecnego stanu całej tej sytuacji, która nas spotkała.
Odłożyłem kubek na biurko, uznając, że na chwilę mi starczy, dam napojowi ostygnąć, bo póki co tylko parzyłem sobie wargi i język.
— Kto pyta, nie błądzi, prawda? Pytaj śmiało, nie krępuj się — odparłem z uśmiechem, łapiąc nogawki spodni i poprawiając się nieco w siedzeniu.
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Nasza zima zła [10]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Nasza zima zła
— Hm? — mruknięcie, mrugnięcie i spojrzenie w stylu „Czekaj, Hope, co ty do mnie mówisz?” nieco mnie rozbawiło i postawiło w pozycji, która mówi, że zdecydowanie raczej sama nie ma o tym większego pojęcia. — ...To jest dobre pytanie — odparła z tonem godnym greckiego filozofa, żeby nie czekając ani chwili dłużej, rzucić wszystko w siną dal i rzucić się z błyskiem w oczach do plecaka, szukać, badać i liczyć, bo widocznie zabiłem jej jakiegoś tam gwoździa i rzeczywiście postawiłem ciekawe pytanie.
— Nie doliczysz się, Jaśmin. — Parsknąłem śmiechem, gdy Misiek postanowił dorzucić swoje trzy grosze, ponownie wychylając się z góry pościeli, koców i innych rzeczy do przytulania w wyrku, czy na kanapie, a po chwili ponownie w nich zniknąć, gdy kobieta odpowiedziała tylko wystawieniem mu języka i naprawdę, dużo ludzi tu dalej było dziećmi. Wspaniałymi, cudownymi dziećmi wprowadzającymi porządny powiew świeżości do zgrzybiałego społeczeństwa i zrzędliwego świata.
— Powiedzmy, że bardzo dużo. A co? Chcesz je wszystkie wypróbować? Nie wiem, czy starczyłoby nam czasu. I miodu. I kombinacji mieszanek, bo jeżeli chcesz wszystkie wypróbować, to dużo połączeń jest dość obrzydliwe w smaku.
— Nie, po prostu czysta ciekawość. Na taką ilość to by raczej i życia nam nie starczyło, o wieczorku nie mówiąc — parsknąłem śmiechem, ogrzewając nieco zmarznięte dłonie o filiżankę. — Nie łapiesz się przypadkiem na jakiś rekord? Sporo tego.
— Nie doliczysz się, Jaśmin. — Parsknąłem śmiechem, gdy Misiek postanowił dorzucić swoje trzy grosze, ponownie wychylając się z góry pościeli, koców i innych rzeczy do przytulania w wyrku, czy na kanapie, a po chwili ponownie w nich zniknąć, gdy kobieta odpowiedziała tylko wystawieniem mu języka i naprawdę, dużo ludzi tu dalej było dziećmi. Wspaniałymi, cudownymi dziećmi wprowadzającymi porządny powiew świeżości do zgrzybiałego społeczeństwa i zrzędliwego świata.
— Powiedzmy, że bardzo dużo. A co? Chcesz je wszystkie wypróbować? Nie wiem, czy starczyłoby nam czasu. I miodu. I kombinacji mieszanek, bo jeżeli chcesz wszystkie wypróbować, to dużo połączeń jest dość obrzydliwe w smaku.
— Nie, po prostu czysta ciekawość. Na taką ilość to by raczej i życia nam nie starczyło, o wieczorku nie mówiąc — parsknąłem śmiechem, ogrzewając nieco zmarznięte dłonie o filiżankę. — Nie łapiesz się przypadkiem na jakiś rekord? Sporo tego.
Nasza zima zła [8]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Nasza zima zła
Fakt, że dziewczyna prawie non-stop się uśmiechała, obdarowywała mnie ciepłymi spojrzeniami i wnosiła jakąś dziwną pogodę ducha, sprawiały, że po samym zobaczeniu jej na korytarzu człowiekowi dzień jakoś od razu przyjemniej leciał, a co dopiero mówić o sytuacji, gdy idzie się z nią na herbatę. Dobry nastrój, radość i nadzieja na lepsze jutro od razu zaczynała roznosić się po pokoju i wsiąkać w człowieka, w ubrania, we włosy, wszystko pachniało wiosną, czy latem, nawet jeśli temperatura była poniżej zera. Grubo poniżej zera.
— Naprawdę nie masz za co. Tylko proszę cię, następnym razem weź kogoś ze sobą, Wawrzynku. Nie chcemy, żebyś zamarzł nam na śmierć — rzuciła w moją stronę, misiek się zaśmiał, a do mnie dopiero po chwili dotarł fakt, że w sumie nazwała mnie „Wawrzynkiem”. Słyszałem już, że udaje jej się ochrzcić nazwami roślin większość osób, ale nie myślałem, że sam się jakoś na to załapię. Trzeba będzie wyszukać, co to takiego, tak właściwie. Co, jeśli to nazwa jakiegoś parszywego zielska, którego gram zabija połowę cywilizacji?
— Mam nadzieję, że nie masz uczulenia na maliny, cytrynę albo goździki. — Spojrzałem niezbyt przytomnie na nastolatkę, która akurat podawała mi kubek. Złapałem go szybko, kiwając głową w geście podziękowania.
— Nie, nie, nie mam, wręcz przeciwnie, w takiej kompozycji mogę pochłaniać całymi masami. Dziękuję pięknie — odparłem z uśmiechem, zaciągając się zapachem naparu. — Czy mogę zapytać, ile masz rodzajów herbaty?
— Naprawdę nie masz za co. Tylko proszę cię, następnym razem weź kogoś ze sobą, Wawrzynku. Nie chcemy, żebyś zamarzł nam na śmierć — rzuciła w moją stronę, misiek się zaśmiał, a do mnie dopiero po chwili dotarł fakt, że w sumie nazwała mnie „Wawrzynkiem”. Słyszałem już, że udaje jej się ochrzcić nazwami roślin większość osób, ale nie myślałem, że sam się jakoś na to załapię. Trzeba będzie wyszukać, co to takiego, tak właściwie. Co, jeśli to nazwa jakiegoś parszywego zielska, którego gram zabija połowę cywilizacji?
— Mam nadzieję, że nie masz uczulenia na maliny, cytrynę albo goździki. — Spojrzałem niezbyt przytomnie na nastolatkę, która akurat podawała mi kubek. Złapałem go szybko, kiwając głową w geście podziękowania.
— Nie, nie, nie mam, wręcz przeciwnie, w takiej kompozycji mogę pochłaniać całymi masami. Dziękuję pięknie — odparłem z uśmiechem, zaciągając się zapachem naparu. — Czy mogę zapytać, ile masz rodzajów herbaty?
piątek, 8 czerwca 2018
Nasza zima zła [6]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Nasza zima zła
Dziewczyna ździebko się skrzywiła, zerkając na mnie nieco zmartwionym, a i może nawet niezadowolonym i z lekka obrzydzonym spojrzeniem, które mówiło „Ale że naprawdę?”.
— Naprawdę nikt cię nie zauważył? Ile tu siedziałeś na mrozie? — zapytała w pewnym momencie, a jej głos przesiąknięty oburzeniem całą tą sytuacją zabrzęczał ładnie w zimowej przestrzeni. W odpowiedzi pokiwałem głową, nie siląc się na jakieś szczególne zdenerwowanie, bo takie sytuacje miały już miejsce, a sam byłem ich winien, bo łaziłem sam, chociaż ewidentnie powinienem spacerować z kimś, kto może w razie „W” mi pomóc. Ale nie, Hope Dawkins jest najmądrzejszy na globie, sam da radę, prawda?
Nie, to nie jest prawda.
Dlatego nic nie powiedziałem, tylko pojechałem za dziewczyną, do budynku, do windy, a potem, do jej pokoju, gdzie buszował okryty stosem kocyków, ożywiony misiek.
— Poszerzasz swoje Stowarzyszenie Szalonego Kapelusznika? — spytał, zalatując słowiańskim akcentem, na co parsknąłem cicho śmiechem. To z nim pijali wódkę po pracy?
— Rozgość się. Masz jakiś ulubiony rodzaj herbaty? — spytała, gdy misiek znowu zginął w pościelach, a dziewczyna wstąpiła nieco w głąb pokoju, gdy ja dalej sterczałem tuż przy drzwiach.
— W sumie lubię imbirowe, ale uwielbiam próbować czegoś nowego — odparłem, rozglądając się po pomieszczeniu i ściągając przy okazji szalik, w którym było mi już nieco za gorąco. — Jeszcze raz dziękuję, Pelagonijo.
— Naprawdę nikt cię nie zauważył? Ile tu siedziałeś na mrozie? — zapytała w pewnym momencie, a jej głos przesiąknięty oburzeniem całą tą sytuacją zabrzęczał ładnie w zimowej przestrzeni. W odpowiedzi pokiwałem głową, nie siląc się na jakieś szczególne zdenerwowanie, bo takie sytuacje miały już miejsce, a sam byłem ich winien, bo łaziłem sam, chociaż ewidentnie powinienem spacerować z kimś, kto może w razie „W” mi pomóc. Ale nie, Hope Dawkins jest najmądrzejszy na globie, sam da radę, prawda?
Nie, to nie jest prawda.
Dlatego nic nie powiedziałem, tylko pojechałem za dziewczyną, do budynku, do windy, a potem, do jej pokoju, gdzie buszował okryty stosem kocyków, ożywiony misiek.
— Poszerzasz swoje Stowarzyszenie Szalonego Kapelusznika? — spytał, zalatując słowiańskim akcentem, na co parsknąłem cicho śmiechem. To z nim pijali wódkę po pracy?
— Rozgość się. Masz jakiś ulubiony rodzaj herbaty? — spytała, gdy misiek znowu zginął w pościelach, a dziewczyna wstąpiła nieco w głąb pokoju, gdy ja dalej sterczałem tuż przy drzwiach.
— W sumie lubię imbirowe, ale uwielbiam próbować czegoś nowego — odparłem, rozglądając się po pomieszczeniu i ściągając przy okazji szalik, w którym było mi już nieco za gorąco. — Jeszcze raz dziękuję, Pelagonijo.
środa, 6 czerwca 2018
Nasza zima zła [4]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Nasza zima zła
Chyba trochę wiedziałem, że na moje pytanie zareaguje delikatnym uśmiechem i zdecydowanie to miałem w zamiarach, a gdy moje przypuszczenia okazały się trafne, również buchnąłem radosnym chichotem.
— Nie, drogi towarzyszu. To akurat przypadki. Chociaż kto wie? Może jestem twym aniołem stróżem, który ma cię wyciągać z tarapatów? — zapytała nadzwyczajnie poważnym tonem, ustawiając się tuż za mną. Słyszałem jakąś szamotaninę, ruch materiału. — Co powiesz na herbatę? Wyglądasz na zmarzniętego, a o tej porze roku łatwo o przeziębienie, więc lepiej się rozgrzać. A potem zapraszam do ulepienia bałwana, jeżeli masz ochotę, bo mój pluszowy przyjaciel mnie zbluzgał. Acz myślę, że swój wkład w tym miało rzucenie w niego śnieżką. — Śmiała się, ciągle mówiła, potok słów był coraz szerszy i coraz szybszy, a ja nawet lubiłem ten stan, gdy ciągle coś mamrotała, ciągle jakoś zagadywała człowieka, do tego tematami, które przywodziły na myśl jedynie pozytywne odczucia. Troska, zabawa i odrobina nadnaturalności, czyżby właśnie to były główne wartości w życiu Pelagoniji?
— Może nie dostałam mięśni, ale mam żywy szalik — rzuciła, gdy poczułem kilka szarpnięć, a następnie zostałem wyrwany z zaspy. Parsknąłem śmiechem. Tak, zdecydowanie nadnaturalność. Gadający pluszak, co jakoś już zdążyłem wyłapać i żywy szalik, towarzystwo do najzwyczajniejszych nie należało, ale czy była to wada? Wręcz przeciwnie.
— Dziękuję pięknie — rzuciłem, obracając się w stronę dziewczyny i uśmiechając szeroko, tak ładnie, jak tylko potrafiłem. — A skusić się skuszę na wszystkie propozycje, o ile problemu nie sprawię, oczywiście. Herbata brzmi pokrzepiająco, szczególnie że i ręce w pewnym momencie przestałem czuć — parsknąłem cicho.
A bałwana już dawno nie lepiłem.
Zaprawdę zabawnym widokiem były osadzające się na włosach płatki śniegu, które wraz ze wtargnięciem na teren kosmyków zaraz znikały, wtapiając się kolorystycznie. Zaciągnąłem mocniej czapkę na uszy i poprawiłem szalik, bo za kołnierz powpadało mi trochę chłodnego puchu.
— Nie, drogi towarzyszu. To akurat przypadki. Chociaż kto wie? Może jestem twym aniołem stróżem, który ma cię wyciągać z tarapatów? — zapytała nadzwyczajnie poważnym tonem, ustawiając się tuż za mną. Słyszałem jakąś szamotaninę, ruch materiału. — Co powiesz na herbatę? Wyglądasz na zmarzniętego, a o tej porze roku łatwo o przeziębienie, więc lepiej się rozgrzać. A potem zapraszam do ulepienia bałwana, jeżeli masz ochotę, bo mój pluszowy przyjaciel mnie zbluzgał. Acz myślę, że swój wkład w tym miało rzucenie w niego śnieżką. — Śmiała się, ciągle mówiła, potok słów był coraz szerszy i coraz szybszy, a ja nawet lubiłem ten stan, gdy ciągle coś mamrotała, ciągle jakoś zagadywała człowieka, do tego tematami, które przywodziły na myśl jedynie pozytywne odczucia. Troska, zabawa i odrobina nadnaturalności, czyżby właśnie to były główne wartości w życiu Pelagoniji?
— Może nie dostałam mięśni, ale mam żywy szalik — rzuciła, gdy poczułem kilka szarpnięć, a następnie zostałem wyrwany z zaspy. Parsknąłem śmiechem. Tak, zdecydowanie nadnaturalność. Gadający pluszak, co jakoś już zdążyłem wyłapać i żywy szalik, towarzystwo do najzwyczajniejszych nie należało, ale czy była to wada? Wręcz przeciwnie.
— Dziękuję pięknie — rzuciłem, obracając się w stronę dziewczyny i uśmiechając szeroko, tak ładnie, jak tylko potrafiłem. — A skusić się skuszę na wszystkie propozycje, o ile problemu nie sprawię, oczywiście. Herbata brzmi pokrzepiająco, szczególnie że i ręce w pewnym momencie przestałem czuć — parsknąłem cicho.
A bałwana już dawno nie lepiłem.
Zaprawdę zabawnym widokiem były osadzające się na włosach płatki śniegu, które wraz ze wtargnięciem na teren kosmyków zaraz znikały, wtapiając się kolorystycznie. Zaciągnąłem mocniej czapkę na uszy i poprawiłem szalik, bo za kołnierz powpadało mi trochę chłodnego puchu.
niedziela, 3 czerwca 2018
Nasza zima zła [2]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Nasza zima zła
Siedziałem, nie wiem ile, słyszałem ludzi, gdzieś tam w oddali, najwidoczniej świetnie się bawiących, ale nawet nie miałem jak na nich zerknąć, znajdowali się za moimi plecami, obrócenie się w tych warstwach ubrań równało się jakiemuś cudowi, czy innej podobnej rzeczy. Albo mi to nie wyjdzie, albo skończę z plecami w śniegu i zamarznę na amen, innych opcji w tym wszystkim niestety, ale nie widziałem.
Westchnąłem cicho i skuliłem się bardziej w sobie, czując, jak nieprzyjemnie dmucha mi po karku, chociaż miałem na sobie szalik i całą resztę kołnierzy kołnierzyków. Jęczałem, tarłem dłońmi o części ciała i liczyłem na jakąś dobrą duszyczkę, która zdecyduje się pojawić i mnie wybawić od zła obecnego.
— Znowu się widzimy, panie Dawkins. Pomóc? — Usłyszałem z boku, charakterystyczny, dobrze znany głos, należący do, odwróciłem tutaj głowę i tak, dokładnie tak, jak myślałem, do Pelagoniji, która najwidoczniej miała wyjątkowe szczęście do mojego pecha i udawało jej się akurat znaleźć w okolicy, gdy ja tego potrzebowałem. Odetchnąłem ze znaczącą ulgą.
— Błagałbym na kolanach, gdybym posiadał taką możliwość — parsknąłem śmiechem, zerkając na nią z nadzieją. — Ale nie masz jakiegoś czujnika, który mówi ci, kiedy wpadam w tarapaty, żeby znaleźć się obok, prawda? — dodałem, nie ściągając z nieco spierzchniętych i zmarzniętych ust uśmiechu.
Westchnąłem cicho i skuliłem się bardziej w sobie, czując, jak nieprzyjemnie dmucha mi po karku, chociaż miałem na sobie szalik i całą resztę kołnierzy kołnierzyków. Jęczałem, tarłem dłońmi o części ciała i liczyłem na jakąś dobrą duszyczkę, która zdecyduje się pojawić i mnie wybawić od zła obecnego.
— Znowu się widzimy, panie Dawkins. Pomóc? — Usłyszałem z boku, charakterystyczny, dobrze znany głos, należący do, odwróciłem tutaj głowę i tak, dokładnie tak, jak myślałem, do Pelagoniji, która najwidoczniej miała wyjątkowe szczęście do mojego pecha i udawało jej się akurat znaleźć w okolicy, gdy ja tego potrzebowałem. Odetchnąłem ze znaczącą ulgą.
— Błagałbym na kolanach, gdybym posiadał taką możliwość — parsknąłem śmiechem, zerkając na nią z nadzieją. — Ale nie masz jakiegoś czujnika, który mówi ci, kiedy wpadam w tarapaty, żeby znaleźć się obok, prawda? — dodałem, nie ściągając z nieco spierzchniętych i zmarzniętych ust uśmiechu.
Nasza zima zła [0]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Nasza zima zła
Zima. A co za tym idzie? Mróz. A co za tym idzie? Biało. A dlaczego biało? A bo śnieg napadał. A czemu równa się śnieg? Zamrożonym częściom, korozji, zaspom i zdecydowanym utrudnieniom w codziennym funkcjonowaniu, czy czymkolwiek, przynajmniej dla osoby na wózku.
A zgadnijcie, kto siedział do niego przykuty od dobrych osiemnastu lat, czy coś koło tego. No a ja.
A zgadnijcie, kto jest bardzo uparty i z uporem maniaka pragnie funkcjonować jak cała reszta społeczeństwa, chociaż nie jest to możliwe, ale w sumie pogodził się z tym już dawno i próbuje po prostu zdziałać jakiś cud. No też ja, no brawo dostajecie talon na balon wszyscy, co mi tu zgadli.
I zgadnijcie, kto kochał zimę jak żadną inną porę roku, bo odpowiadała mu najbardziej i najpiękniej do niego pasowała? Też, oczywiście, ja.
Dlatego sunąłem przez podwórko jak pan i władca, łapiąc w usta płatki śniegu, ciesząc się chwilą spokoju i otoczeniem, bo mroźne krajobrazy były zaprawdę cudowne. Przyciskałem tylko jeden guziczek, sterowałem jedną wajchą, uśmiechając się szeroko i odprężając, bo nie chciałem się zbyt zmachać i tak szkoła sama w sobie była wystarczająco męcząca.
Puf.
Trzaśnięcie.
Nagłe zatrzymanie, spojrzenie w dół, przekleństwo pod nosem, chociaż bardzo rzadko się tego dopuszczałem.
Wjechałem prosto w zaspę śnieżną, utknąłem.
Szarpanie ciałem do przodu nic nie dawało. Pracujący silnik połączony z ruchami dłoni też mało co. Koła ani drgnęły.
Utknąłem jak ostatni idiota.
A zgadnijcie, kto siedział do niego przykuty od dobrych osiemnastu lat, czy coś koło tego. No a ja.
A zgadnijcie, kto jest bardzo uparty i z uporem maniaka pragnie funkcjonować jak cała reszta społeczeństwa, chociaż nie jest to możliwe, ale w sumie pogodził się z tym już dawno i próbuje po prostu zdziałać jakiś cud. No też ja, no brawo dostajecie talon na balon wszyscy, co mi tu zgadli.
I zgadnijcie, kto kochał zimę jak żadną inną porę roku, bo odpowiadała mu najbardziej i najpiękniej do niego pasowała? Też, oczywiście, ja.
Dlatego sunąłem przez podwórko jak pan i władca, łapiąc w usta płatki śniegu, ciesząc się chwilą spokoju i otoczeniem, bo mroźne krajobrazy były zaprawdę cudowne. Przyciskałem tylko jeden guziczek, sterowałem jedną wajchą, uśmiechając się szeroko i odprężając, bo nie chciałem się zbyt zmachać i tak szkoła sama w sobie była wystarczająco męcząca.
Puf.
Trzaśnięcie.
Nagłe zatrzymanie, spojrzenie w dół, przekleństwo pod nosem, chociaż bardzo rzadko się tego dopuszczałem.
Wjechałem prosto w zaspę śnieżną, utknąłem.
Szarpanie ciałem do przodu nic nie dawało. Pracujący silnik połączony z ruchami dłoni też mało co. Koła ani drgnęły.
Utknąłem jak ostatni idiota.
czwartek, 26 kwietnia 2018
Kilkanaście minut nas nie zbawi [3]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Kilkanaście minut nas nie zbawi
Jakaś tam strunka w środeczku łagodnie mi zadrżała, gdy dziewczyna odwzajemniła mój uśmiech i to w naprawdę śliczny, przyprawiający o zawał serca sposób.
— Jasne, postaram się wrócić jak najszybciej — odparła szybko, co przyjąłem z lżejszym oddechem i westchnięciem pełnym ulgi, bo nie będę musiał tutaj sterczeć po wsze czasy, licząc na łaskę jakiejś innej istoty, która raczej nie miała zamiaru się zjawić w najbliższym czasie. Jedyne, co nieco zbiło mnie z tropu, to nerwowe ruchy kobiety, która najwidoczniej nie za bardzo wiedziała, co począć ze swoimi rzeczami, a ten szalik niepokojąco się majtał. — Mogłabym ci to zostawić, dopóki nie wrócę? — zapytała nagle, na co pokiwałem raźnie głową i przyjąłem termos z dzienniczkiem. Oczywiście, jak na prawego obatela przystało, nie śmiałem nawet spojrzeć ciekawsko w stronę zeszyciku, wolałem raczej podążyć wzrokiem za oddalającą się dziewczyną, a później na windę, która dalej mrygała i za bardzo nie chciała się ruszyć.
Chwila. Dwie. No, może trzy, ale naprawdę bardzo prędziutkie, szybciutkie, że wręcz nie dało się ich nie przeoczyć. Żwawe dziewczę powróciło do mnie wręcz w podskokach, z lekką zadyszką, co prawda, ale jednak.
— Wybacz, że tak długo — rzuciła, na co tylko machnąłem ręką z uśmiechem i przekazałem jej przedmioty. Przyjęła je szybko, a za chwilę zza rogu wyłonił się jeden z bohaterów dnia dzisiejszego, woźny, co prawda nieco się ociągał, ale widać było, że robił co w jego mocy [nie].
Naprawa nie trwała długo, przycisk nie stykał i tyle, a za chwilę, po odrobinie grzebania, mój mały środek transportu ponownie zaczął działać. Odetchnąłem z jeszcze większą ulgą, niż poprzednio i podziękowałem woźnemu, jak i... Dziewczynie, właśnie, imię.
— Jeszcze raz dziękuję za pomoc, sczezłbym tutaj, gdyby nie panienka — powiedziałem z uśmiechem. — Hope Dawkins, cała przyjemność po mojej stronie, czy nie chciałaby waszmość w ramach mojej wdzięczności udać się do pobliskiej kawiarenki na małe co nie co? — dodałem, parskając przy okazji śmiechem.
— Jasne, postaram się wrócić jak najszybciej — odparła szybko, co przyjąłem z lżejszym oddechem i westchnięciem pełnym ulgi, bo nie będę musiał tutaj sterczeć po wsze czasy, licząc na łaskę jakiejś innej istoty, która raczej nie miała zamiaru się zjawić w najbliższym czasie. Jedyne, co nieco zbiło mnie z tropu, to nerwowe ruchy kobiety, która najwidoczniej nie za bardzo wiedziała, co począć ze swoimi rzeczami, a ten szalik niepokojąco się majtał. — Mogłabym ci to zostawić, dopóki nie wrócę? — zapytała nagle, na co pokiwałem raźnie głową i przyjąłem termos z dzienniczkiem. Oczywiście, jak na prawego obatela przystało, nie śmiałem nawet spojrzeć ciekawsko w stronę zeszyciku, wolałem raczej podążyć wzrokiem za oddalającą się dziewczyną, a później na windę, która dalej mrygała i za bardzo nie chciała się ruszyć.
Chwila. Dwie. No, może trzy, ale naprawdę bardzo prędziutkie, szybciutkie, że wręcz nie dało się ich nie przeoczyć. Żwawe dziewczę powróciło do mnie wręcz w podskokach, z lekką zadyszką, co prawda, ale jednak.
— Wybacz, że tak długo — rzuciła, na co tylko machnąłem ręką z uśmiechem i przekazałem jej przedmioty. Przyjęła je szybko, a za chwilę zza rogu wyłonił się jeden z bohaterów dnia dzisiejszego, woźny, co prawda nieco się ociągał, ale widać było, że robił co w jego mocy [nie].
Naprawa nie trwała długo, przycisk nie stykał i tyle, a za chwilę, po odrobinie grzebania, mój mały środek transportu ponownie zaczął działać. Odetchnąłem z jeszcze większą ulgą, niż poprzednio i podziękowałem woźnemu, jak i... Dziewczynie, właśnie, imię.
— Jeszcze raz dziękuję za pomoc, sczezłbym tutaj, gdyby nie panienka — powiedziałem z uśmiechem. — Hope Dawkins, cała przyjemność po mojej stronie, czy nie chciałaby waszmość w ramach mojej wdzięczności udać się do pobliskiej kawiarenki na małe co nie co? — dodałem, parskając przy okazji śmiechem.
piątek, 20 kwietnia 2018
Kilkanaście minut nas nie zbawi [1]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Kilkanaście minut nas nie zbawi
Nerwowo kliknąłem guzik w windzie. Zamrugał kilkakrotnie, a potem ponownie zgasł, jakby sobie ze mnie kpił, a numerek nad drzwiami tylko upewniał mnie w fakcie, że nie, klitka nie ruszyła się nawet o pół piętra i przeklęte „0” dalej tam sterczało. Stuknąłem nerwowo palcami o metalowe pudełko i warknąłem pod nosem, rozglądając się po korytarzu.
Nikogo nie było, wszyscy najwidoczniej zwiali, a ja mogłem tylko błagać o łaskę i pojawienie się jakiegoś zbawcy.
Dopiero po chwili dojrzałem gdzieś na końcu dziewczynę, co w sumie było dość dziwne, bielusieńkie stworzenie powinno rzucać się w oczy prawie że od razu. Może to ze względu na jej rozmiary? A może jeszcze oprócz nóg, to oczy postanowiły mi wysiąść?
Nie czekając dłużej, obróciłem się i pojechałem do nastolatki i jak niegrzeczne to nie było, pstryknąłem palcami przed jej twarzą, do końca nie wiedząc, jak powinienem się zachować. Szturchnięcie było złe, chrząknięcia mogła nie usłyszeć, albo zignorować, no to co, pstryknąłem jak ten ostatni buc.
— Wybacz, mogłabyś mi w czymś pomóc? — spytałem z szerokim uśmiechem, co spotkało się tylko ze zmniejszeniem swoich rozmiarów, a za chwilę wstaniem, ale jakoś tak nie do końca pewnie.
— Więc w czym mam pomóc? — Melodyjny głos kobiety łagodnie połaskotał małżowiny.
— Chodzi o to, że winda nie działa, no wysiadła i nie chce się ruszyć. Mogłabyś skoczyć do sprzątaczek, konserwatora, kogokolwiek? Nie chcę tutaj sczeznąć. Proszę, naprawdę ładnie proszę — mruknąłem, nie zdejmując uśmiechu z twarzy i przy okazji żywo gestykulując dłońmi.
Nikogo nie było, wszyscy najwidoczniej zwiali, a ja mogłem tylko błagać o łaskę i pojawienie się jakiegoś zbawcy.
Dopiero po chwili dojrzałem gdzieś na końcu dziewczynę, co w sumie było dość dziwne, bielusieńkie stworzenie powinno rzucać się w oczy prawie że od razu. Może to ze względu na jej rozmiary? A może jeszcze oprócz nóg, to oczy postanowiły mi wysiąść?
Nie czekając dłużej, obróciłem się i pojechałem do nastolatki i jak niegrzeczne to nie było, pstryknąłem palcami przed jej twarzą, do końca nie wiedząc, jak powinienem się zachować. Szturchnięcie było złe, chrząknięcia mogła nie usłyszeć, albo zignorować, no to co, pstryknąłem jak ten ostatni buc.
— Wybacz, mogłabyś mi w czymś pomóc? — spytałem z szerokim uśmiechem, co spotkało się tylko ze zmniejszeniem swoich rozmiarów, a za chwilę wstaniem, ale jakoś tak nie do końca pewnie.
— Więc w czym mam pomóc? — Melodyjny głos kobiety łagodnie połaskotał małżowiny.
— Chodzi o to, że winda nie działa, no wysiadła i nie chce się ruszyć. Mogłabyś skoczyć do sprzątaczek, konserwatora, kogokolwiek? Nie chcę tutaj sczeznąć. Proszę, naprawdę ładnie proszę — mruknąłem, nie zdejmując uśmiechu z twarzy i przy okazji żywo gestykulując dłońmi.
niedziela, 1 kwietnia 2018
Pożegnanie: Renee, Nivan, Yamir, Amadeusz, Aurelion, Hope
Przetarłam ze zmęczeniem zaczerwienione oczy. Nie miałam płakać, obiecałam sobie dobre dwa lata temu, że więcej nie uronię ani łzy, nie pozwolę ani jednej, pierdolonej słonej kropelce spłynąć po moim policzku, bo przecież byłam dorosłą, odpowiedzialną Illene. Herszt babą, Renulą, której krew, pot i znój nie były straszne, ba, wręcz trzymała się ich blisko, bo przecież tak bardzo do niej pasowały, tak zdecydowanie przemawiały przez ród Illenów. Katownia srownia, opiekowanie się debilami i niesienie kaganka oświaty, to miałam robić przez resztę tego zasranego życia? Opiekować się parchami, znaleźć partnera i urodzić kolejnego bogu ducha winnego bachora do tej jebanej sekty, z której ucieczki nie było.
Paliło w środku, wyżerało, bolało, a dodatkowo wszystko ostatnimi czasy nabrało tak okrutnych, szarych barw, świat przestał się obracać, wraz ze zniknięciem niebieskiej czupryny.
Dawałam mu dwadzieścia pięć lat, podczas gdy ten skurwiel… Kurwa, szkoda gadać.
Przynajmniej nie będzie mi nikt więcej szpil wbijał z powodu nieumiejętnego liczenia w słupkach, czy złych wyników na numerologii. Nikt więcej nie dziabnie mnie w udo. Nie pociągnie za warkocz. Nie.
Kurwa, nie, przestań Renee, weź się w garść i nie bądź baba, rozklejasz się jak ostatnia idiotka, skończona szmata bez mózgu.
Przetarłam ostatni raz oczy, domknęłam walizkę i przeklęłam w głowie jebane zapalenia, jebane kłębuszki, jebaną niemoc lekarzy, jebany szpital, który nie pomógł jebanemu Oakleyowi. Ba, nawet jebany Hopecraft tego nie zrobił i chociaż bardzo chciałam, wiedziałam, że nie mogę go obwiniać, rzucić się mu do gardła, nawrzeszczeć i zwyzywać od najgorszych, bo skończyłoby się tylko moim głośnym płaczem, rykiem zarzynanego zwierza i opadnięciem w ramiona blondyna, przeklinając wszechświat.
Chciałam powiedzieć, że przez karetkę, która zawitała któregoś poranka przed akademikiem umierałam w środku, już któryś raz z kolei, ale to znaczyłoby, że Yamir od dłuższego czasu leży w grobie pod względem mentalności.
Wypierdolił stąd w podskokach, zaryczany, zasmarany, bez złota w oczach, a z martwym, stalowym uściskiem na torbie, smętnym wyrazem twarzy i nogami, które tak leniwie powłóczyły po ziemi, szczęśliwe tak samo, jak ich właściciel, gdy odebrali go rodzice, zabrali papiery i odwieźli do domu, gdzie miał dojść do siebie.
Co nigdy się nie stanie, o czym doskonale zdawałam sobie sprawę, bo odebrano mu drugi, zaginiony gdzieś tam w eterze kawałek duszy. Zabrali mu napęd do dalszego działania. Zabrali mu najważniejszy czynnik w życiu. Zabrali mu jego przeciwwagę do równowagi wszechświata, a on nie wiedział, jak przywrócić to wszystko do normy. Szalka się przeciążyła, a niebo spowiły burzowe chmury.
Wyrzuciłam chusteczkę i podniosłam walizkę. Od zawsze chciałam być tą silną, niezależną dziewczyną, a tymczasem mnie zgnoili i przydusili w środku, zaklinając dawien dawna, jak każdą Illene, która miała manierę do odrywania się od „stada” i kazali wrócić, hajtnąć się, bo znaleźli kawalera, urodzić bachora, mając nadzieję, że będzie szczególnie utalentowane. Nie mogłam nic zrobić, znamię na biodrze piekło, a naszyjnik z cudownym kryształem coraz bardziej się kurczył i rozgrzewał do czerwoności, pozostawiając brzydkie poparzenia.
Poprawiłam ostatni raz warkocz, po czym wyparowałam z pokoju, starając się nie myśleć o spierdolonej nadziei na lepsze życie, na robienie tego, co chcę. Byłam tylko maszyną do zrobienia kolejnego dziecka. Inkubatorem dla lepszej Illene. Pierdolona sekta, pierdolone suki, pierdolony wszechświat.
Pierdolona nadzieja, że może jednak coś osiągnę.
Jebniętego od artystycznych wypierdolili na zbity pysk, co w sumie wywołało u mnie pewnego rodzaju smutek i odrętwienie, bo co jak co, ale ćpuna, mimo że nie miał żadnego, ale to żadnego autorytetu, to nawet dało się polubić. A teraz, gdy go nie będzie? Pewnie wściubią kogoś tak obłąkanego, jak ta od zielarstwa.
Przełknęłam gorzko ślinę.
Niebieski też zniknął. Płakał coś temu sławnemu Promyczkowi Słońca tej szkoły, że ojciec przestał go dofinansowywać, że alimenty znikają, on prawnie u siebie jest już pełnoletni i musi iść na swoje, starając się jakoś związać koniec z końcem. To znaczy, tak mówiły plotki, oczywiście.
Stanęłam przed szkołą, czekając na przyjazd ciotki Juliet, która miała mnie zabrać ze szkoły, do której bądź co bądź się przyzwyczaiłam. Wytarłam resztki łez, wysmarkałam ostatni raz nos i spojrzałam przed siebie, zahaczając przy okazji o niskiego chłopaka. Dobra, nie niskiego, siedział na wózku inwalidzkim z walizką na kolanach i uśmiechał się szeroko.
— A ty co? — spytałam, zerkając na niego niechętnie. Zbyt radosny na taki dzień, zdecydowanie.
— Latający — powiedział tylko, nie zdejmując wyszczerzu z ust.
————————
A tak naprawdę, to Prima Aprilis, moje głuptasy, nigdy bym was nie zostawiła, no chyba sobie ze mnie kpicie. Musicie jeszcze przecierpieć kawał czasu z upierdliwym, namolnym Susłonem. Mimo wszystko mam nadzieję, że się nie gniewacie, alternatywna notka wam się spodobała i nie chcecie mnie zabić tak bardzo, jak ja swoich postaci ;DDDDD
All the love
Wasz CuDoWnY mod Siusiak
Paliło w środku, wyżerało, bolało, a dodatkowo wszystko ostatnimi czasy nabrało tak okrutnych, szarych barw, świat przestał się obracać, wraz ze zniknięciem niebieskiej czupryny.
Dawałam mu dwadzieścia pięć lat, podczas gdy ten skurwiel… Kurwa, szkoda gadać.
Przynajmniej nie będzie mi nikt więcej szpil wbijał z powodu nieumiejętnego liczenia w słupkach, czy złych wyników na numerologii. Nikt więcej nie dziabnie mnie w udo. Nie pociągnie za warkocz. Nie.
Kurwa, nie, przestań Renee, weź się w garść i nie bądź baba, rozklejasz się jak ostatnia idiotka, skończona szmata bez mózgu.
Przetarłam ostatni raz oczy, domknęłam walizkę i przeklęłam w głowie jebane zapalenia, jebane kłębuszki, jebaną niemoc lekarzy, jebany szpital, który nie pomógł jebanemu Oakleyowi. Ba, nawet jebany Hopecraft tego nie zrobił i chociaż bardzo chciałam, wiedziałam, że nie mogę go obwiniać, rzucić się mu do gardła, nawrzeszczeć i zwyzywać od najgorszych, bo skończyłoby się tylko moim głośnym płaczem, rykiem zarzynanego zwierza i opadnięciem w ramiona blondyna, przeklinając wszechświat.
Chciałam powiedzieć, że przez karetkę, która zawitała któregoś poranka przed akademikiem umierałam w środku, już któryś raz z kolei, ale to znaczyłoby, że Yamir od dłuższego czasu leży w grobie pod względem mentalności.
Wypierdolił stąd w podskokach, zaryczany, zasmarany, bez złota w oczach, a z martwym, stalowym uściskiem na torbie, smętnym wyrazem twarzy i nogami, które tak leniwie powłóczyły po ziemi, szczęśliwe tak samo, jak ich właściciel, gdy odebrali go rodzice, zabrali papiery i odwieźli do domu, gdzie miał dojść do siebie.
Co nigdy się nie stanie, o czym doskonale zdawałam sobie sprawę, bo odebrano mu drugi, zaginiony gdzieś tam w eterze kawałek duszy. Zabrali mu napęd do dalszego działania. Zabrali mu najważniejszy czynnik w życiu. Zabrali mu jego przeciwwagę do równowagi wszechświata, a on nie wiedział, jak przywrócić to wszystko do normy. Szalka się przeciążyła, a niebo spowiły burzowe chmury.
Wyrzuciłam chusteczkę i podniosłam walizkę. Od zawsze chciałam być tą silną, niezależną dziewczyną, a tymczasem mnie zgnoili i przydusili w środku, zaklinając dawien dawna, jak każdą Illene, która miała manierę do odrywania się od „stada” i kazali wrócić, hajtnąć się, bo znaleźli kawalera, urodzić bachora, mając nadzieję, że będzie szczególnie utalentowane. Nie mogłam nic zrobić, znamię na biodrze piekło, a naszyjnik z cudownym kryształem coraz bardziej się kurczył i rozgrzewał do czerwoności, pozostawiając brzydkie poparzenia.
Poprawiłam ostatni raz warkocz, po czym wyparowałam z pokoju, starając się nie myśleć o spierdolonej nadziei na lepsze życie, na robienie tego, co chcę. Byłam tylko maszyną do zrobienia kolejnego dziecka. Inkubatorem dla lepszej Illene. Pierdolona sekta, pierdolone suki, pierdolony wszechświat.
Pierdolona nadzieja, że może jednak coś osiągnę.
Jebniętego od artystycznych wypierdolili na zbity pysk, co w sumie wywołało u mnie pewnego rodzaju smutek i odrętwienie, bo co jak co, ale ćpuna, mimo że nie miał żadnego, ale to żadnego autorytetu, to nawet dało się polubić. A teraz, gdy go nie będzie? Pewnie wściubią kogoś tak obłąkanego, jak ta od zielarstwa.
Przełknęłam gorzko ślinę.
Niebieski też zniknął. Płakał coś temu sławnemu Promyczkowi Słońca tej szkoły, że ojciec przestał go dofinansowywać, że alimenty znikają, on prawnie u siebie jest już pełnoletni i musi iść na swoje, starając się jakoś związać koniec z końcem. To znaczy, tak mówiły plotki, oczywiście.
Stanęłam przed szkołą, czekając na przyjazd ciotki Juliet, która miała mnie zabrać ze szkoły, do której bądź co bądź się przyzwyczaiłam. Wytarłam resztki łez, wysmarkałam ostatni raz nos i spojrzałam przed siebie, zahaczając przy okazji o niskiego chłopaka. Dobra, nie niskiego, siedział na wózku inwalidzkim z walizką na kolanach i uśmiechał się szeroko.
— A ty co? — spytałam, zerkając na niego niechętnie. Zbyt radosny na taki dzień, zdecydowanie.
— Latający — powiedział tylko, nie zdejmując wyszczerzu z ust.
————————
A tak naprawdę, to Prima Aprilis, moje głuptasy, nigdy bym was nie zostawiła, no chyba sobie ze mnie kpicie. Musicie jeszcze przecierpieć kawał czasu z upierdliwym, namolnym Susłonem. Mimo wszystko mam nadzieję, że się nie gniewacie, alternatywna notka wam się spodobała i nie chcecie mnie zabić tak bardzo, jak ja swoich postaci ;DDDDD
All the love
Wasz CuDoWnY mod Siusiak
sobota, 24 lutego 2018
Wprowadzenie: Hope [X]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Wprowadzenie: Hope
— Nie masz czym się przejmować, towarzyszu, bez nervov — odparł, odpowiadając równie szerokim uśmiechem, zaciągając dziwnym, słowiańskim akcentem i przyciągając do mnie myśli o tym, skąd pochodzi chłopak i jak tak ładnie wymawia każdą literkę. — To co, ruszamy? — spytał, na co kiwnąłem głową, bo co innego mogłem zrobić, jak w końcu ruszyć do paszczy lwa, potężnych lochów, w którym spędzę jakiś czas.
Budynek był ładny, nowoczesny, dość przytulny i jeszcze nienaruszony przez masy zwyrodniałych nastolatków, którzy odnajdywali niezwykłą frajdę w niszczeniu dosłownie wszystkiego, czego się tknęli. Stołówka spora, oblężona, jak zawsze zresztą. Ludzie dość przyjemni, mili, schludni, no, z wyjątkami, ale już odnosiłem wrażenie, że w sumie to się zadomowię. Kuchnia, do której chłopak miał jako taki dostęp, dużo informacji, dużo ciekawostek i anegdotek, bylebym się nie zabił w nowym miejscu na samym starcie i nie podburzył renomy szkoły. Oprowadzenie po korytarzach, korytarzykach, przedstawienie sal lekcyjnych, co ciekawsze miejsce i legendarna biblioteka, o której nasłuchałem się od towarzystwa, bo plotek o AWU było dużo, wszędzie, najczęściej rzucane w eter przez zawistne istoty, którym nie dało się tam dostać.
Myślałem, że wszystkiego będzie więcej, jak się okazało, oprowadzenie trwało dość krótko, możliwe, że doświadczony kilkoma uczniami chłopak postanowił ominąć większość tematów i podać mi te najważniejsze w pigułce, nie chcąc jednocześnie odstraszyć mnie i przerazić wizją placówki.
Było nawet, nawet. Przyjemnie dość.
Wyjdzie w praniu.
Budynek był ładny, nowoczesny, dość przytulny i jeszcze nienaruszony przez masy zwyrodniałych nastolatków, którzy odnajdywali niezwykłą frajdę w niszczeniu dosłownie wszystkiego, czego się tknęli. Stołówka spora, oblężona, jak zawsze zresztą. Ludzie dość przyjemni, mili, schludni, no, z wyjątkami, ale już odnosiłem wrażenie, że w sumie to się zadomowię. Kuchnia, do której chłopak miał jako taki dostęp, dużo informacji, dużo ciekawostek i anegdotek, bylebym się nie zabił w nowym miejscu na samym starcie i nie podburzył renomy szkoły. Oprowadzenie po korytarzach, korytarzykach, przedstawienie sal lekcyjnych, co ciekawsze miejsce i legendarna biblioteka, o której nasłuchałem się od towarzystwa, bo plotek o AWU było dużo, wszędzie, najczęściej rzucane w eter przez zawistne istoty, którym nie dało się tam dostać.
Myślałem, że wszystkiego będzie więcej, jak się okazało, oprowadzenie trwało dość krótko, możliwe, że doświadczony kilkoma uczniami chłopak postanowił ominąć większość tematów i podać mi te najważniejsze w pigułce, nie chcąc jednocześnie odstraszyć mnie i przerazić wizją placówki.
Było nawet, nawet. Przyjemnie dość.
Wyjdzie w praniu.
Gdzie jest mój tygrysek? [3]
Etykiety:
Gdzie jest mój tygrysek?,
Hope Dawkins
Różowawe włosy zatańczyły w powietrzu, rozbiegany wzrok padł na mnie, a mi pozostało się zastanawiać nad tym, na jakiego świrusa trafiłem tym razem, bo powiedzmy sobie szczerze, w tej szkole nikt nie był do końca normalny. Tur nagle westchnął, jakbym mu zrzucił kamień z serca, znowu zwrócił na mnie swój wzrok, na co posłałem mu nieśmiały uśmiech, bo jednak mam nadzieję, że nie postanowi połamać mi wózka, albo kości, albo wózka i kości.
— Nie, nie. To ja się zamyś... — Zatrzymał się wcięty, pustka w oczach, chwilowe mielenie tematu, a po chwili powrót do obłąkanego ciała. — Powinienem uważać, a nie słyszeć, że ktoś się martwi moim stanem. — Zaśmiał się, a mi zostało się zastanowić, z jakiej choinki urwał się chłopak, bo słowa były nieskładne, mało co rozumiałem, on najwidoczniej też. — Z tego wszystkiego zapomniałem... Przepraszam, ale chyba nie miałem jeszcze usłyszeć, jak się nazywasz. — Tym razem to ja parsknąłem śmiechem i pokręciłem głową, bo nie no, zdecydowanie brakowało mu którejś tam klepki. Norma, absolutna norma dla tej szkoły, chyba nie spotkałem tutaj jeszcze nikogo, kto byłby w stanie racjonalnie myśleć i postępować, ze mną włącznie.
— Hope Dawkins, cała przyjemność po mojej stronie — odparłem, nie urywając śmiechu i przy okazji wystawiając dłoń w stronę chłopaka.
— Nie, nie. To ja się zamyś... — Zatrzymał się wcięty, pustka w oczach, chwilowe mielenie tematu, a po chwili powrót do obłąkanego ciała. — Powinienem uważać, a nie słyszeć, że ktoś się martwi moim stanem. — Zaśmiał się, a mi zostało się zastanowić, z jakiej choinki urwał się chłopak, bo słowa były nieskładne, mało co rozumiałem, on najwidoczniej też. — Z tego wszystkiego zapomniałem... Przepraszam, ale chyba nie miałem jeszcze usłyszeć, jak się nazywasz. — Tym razem to ja parsknąłem śmiechem i pokręciłem głową, bo nie no, zdecydowanie brakowało mu którejś tam klepki. Norma, absolutna norma dla tej szkoły, chyba nie spotkałem tutaj jeszcze nikogo, kto byłby w stanie racjonalnie myśleć i postępować, ze mną włącznie.
— Hope Dawkins, cała przyjemność po mojej stronie — odparłem, nie urywając śmiechu i przy okazji wystawiając dłoń w stronę chłopaka.
piątek, 23 lutego 2018
Love Yourself [10]
Etykiety:
Event: Walentynkowicze,
Hope Dawkins,
Love Yourself
Akurat, gdy obracałem się do wyjścia, winda wydała z siebie charakterystyczny dźwięk oznajmiający o dotarciu na wybrane piętro. Uśmiechnąłem się, gdy dziewczyna czmychnęła do swojego pokoju, zostawiając mnie dosłownie na sekundę samemu, bo już po chwili znowu sterczała po mojej prawej stronie, zaciskając palce na opakowaniu czekoladowych ciach, które miały być jako takim wybawieniem dnia dzisiejszego dla naszej dwójki i kiedyś będę musiał jej je zwrócić, bo jak to tak żerować bez zobowiązań? Nie można.
— No, teraz możemy jechać z powrotem na dół — rzuciła, klikając magiczny pstryczek elektryczek i otwierając drzwi. Już nawet nie chciało mi się odwracać, stwierdziłem, że wjadę po prostu tyłem i spróbuję jakoś nie zabić się w tak zwanym międzyczasie. — Chyba że jeszcze chcesz herbatę — dodała nagle, obracając się, przerzucając ciężar ciała z jednej nogi na drugą, spoglądając na mnie z pytaniem na ustach i w oczach. Pokręciłem głową i parsknąłem śmiechem, bo zdecydowanie bycie uroczą i kulturalną dziewuchą jej wychodziło.
— Nie trzeba, naprawdę, wystarczy, że będę spożywał twoje ciasteczka, serio. — Które swoją drogą będę musiał jej zwrócić, chociaż pewnie i tak zjem tylko dwa, żeby nie wyjść na chamskiego łasucha bez zasad i żołądkiem bez dna. Co to, to nie, nie mam zamiaru robić sobie na starcie złej reputacji, w sumie, to może jeszcze dzisiaj wynagrodzę jej to jakimś drobiazgiem. Tak, to dobry pomysł.
— No, teraz możemy jechać z powrotem na dół — rzuciła, klikając magiczny pstryczek elektryczek i otwierając drzwi. Już nawet nie chciało mi się odwracać, stwierdziłem, że wjadę po prostu tyłem i spróbuję jakoś nie zabić się w tak zwanym międzyczasie. — Chyba że jeszcze chcesz herbatę — dodała nagle, obracając się, przerzucając ciężar ciała z jednej nogi na drugą, spoglądając na mnie z pytaniem na ustach i w oczach. Pokręciłem głową i parsknąłem śmiechem, bo zdecydowanie bycie uroczą i kulturalną dziewuchą jej wychodziło.
— Nie trzeba, naprawdę, wystarczy, że będę spożywał twoje ciasteczka, serio. — Które swoją drogą będę musiał jej zwrócić, chociaż pewnie i tak zjem tylko dwa, żeby nie wyjść na chamskiego łasucha bez zasad i żołądkiem bez dna. Co to, to nie, nie mam zamiaru robić sobie na starcie złej reputacji, w sumie, to może jeszcze dzisiaj wynagrodzę jej to jakimś drobiazgiem. Tak, to dobry pomysł.
czwartek, 22 lutego 2018
Love Yourself [8]
Etykiety:
Event: Walentynkowicze,
Hope Dawkins,
Love Yourself
— To cudowny pomysł — odparła, wysyłając mi niezwykle ładny uśmiech, pokazując delikatnie białe ząbki i mrużąc czekoladowe oczęta. No co innego miałem zrobić, jak zdjąć rumieniec z twarzy i też dostać wyszczerzu? Dziewczyna odwróciła się, wręcz na pięcie i ruszyła w stronę znaną mi mniej lub bardziej, bo przejeżdżałem tędy, ale nie pamiętałem wszystkiego w stu procentach. Ruszyłem wózek jednym, gładkim pchnięciem. — Mam ciastka czekoladowe w pokoju — rzuciła, zerkając pod nogi, co dostrzegłem dopiero w momencie zrównania z nią tempa, co było niezbyt szczególnym wyczynem. Sofia była dość nieśmiała, to wszystko, co mogłem powiedzieć, po tych kilku chwilach znajomości. No i niezwykle urocza, ale przede wszystkim nieśmiała. Tak. — Które piętro? — zapytała, gdy znaleźliśmy się w windzie, gdzie wcisnęła trójeczkę. Szczęściara.
— Nieszczęsne czwarte, sama góra i katorga, niech projektanta tego budynku zwolnią w trybie natychmiastowym. — Westchnąłem ciężko, bo co jak co, ale jeśli winda się popsuje, to skończę z niczym. Ani nie wjadę, ani nie zjadę, więc albo zostanie mi zniesienie na sam dół przez mutanty, albo zrezygnowanie na jakiś czas z zajęć. Powinienem kiedyś podciąć jakieś kabelki w windzie, może wtedy architekt by się opamiętał, a dyrektor zdecydował się na mały remont. — I ciastka czekoladowe powiadasz? Widzę, że wszyscy ubezpieczyli się na cukrową głodówkę. — Parsknąłem śmiechem. Wszyscy oprócz mnie. Cudownie.
— Nieszczęsne czwarte, sama góra i katorga, niech projektanta tego budynku zwolnią w trybie natychmiastowym. — Westchnąłem ciężko, bo co jak co, ale jeśli winda się popsuje, to skończę z niczym. Ani nie wjadę, ani nie zjadę, więc albo zostanie mi zniesienie na sam dół przez mutanty, albo zrezygnowanie na jakiś czas z zajęć. Powinienem kiedyś podciąć jakieś kabelki w windzie, może wtedy architekt by się opamiętał, a dyrektor zdecydował się na mały remont. — I ciastka czekoladowe powiadasz? Widzę, że wszyscy ubezpieczyli się na cukrową głodówkę. — Parsknąłem śmiechem. Wszyscy oprócz mnie. Cudownie.
Wprowadzenie: Hope [13]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Wprowadzenie: Hope
— Tak, trzeba przyznać, jest całkiem przyjemnie, a wiem co mówię, bo już cztery lata mi się nazbierały. — Uniosłem brwi. Cztery lata? Bardzo ładny wynik, ale co się dziwić, skoro niektórzy spędzą tu jeszcze o kilka więcej. Nie sądziłem, że placówka już tyle istnieje, przecież plotki o Atlancie dopiero co zaczęły się roznosić, ludzie dopiero co napominali, że podobno idą tam niezłe fundusze i że w końcu będzie gdzie te dzieci kształcić.
No proszę, zleciało, jak z bicza strzelił i sam w końcu doczekałem się miejsca w tej prestiżowej placówceod siedmiu boleści z dość ciekawą renomą. Jedno jest pewne, będzie ciekawie i to zdecydowanie.
— To co, szybkie obejście terenu uczelni? — Wybudził siebie, jak i mnie z krótkiego zamyślenia, na co zareagowałem drgnięciem i ponowieniem monotonnego wyrazu twarzy, delikatnego uśmiechu, tak dobrze wyuczonego, chociaż momentami dalej naturalnego. — Główny budynek, biblioteka i proponuję też zobaczenie altanki — dodał, blond kudły zadrżały, okulary zsunęły się z nosa i cały Foma zaczął wyglądać jakoś tak nieporadnie. Pokiwałem jednak głową.
— Przydałoby się, nie chcę skończyć w innym wymiarze, trafiając w nie te drzwi, co trzeba. Prowadź, towarzyszu, ja się nie znam, zarobiony jestem. To znaczy, przepraszam, tak, byłoby bardzo miło...
No proszę, zleciało, jak z bicza strzelił i sam w końcu doczekałem się miejsca w tej prestiżowej placówce
— To co, szybkie obejście terenu uczelni? — Wybudził siebie, jak i mnie z krótkiego zamyślenia, na co zareagowałem drgnięciem i ponowieniem monotonnego wyrazu twarzy, delikatnego uśmiechu, tak dobrze wyuczonego, chociaż momentami dalej naturalnego. — Główny budynek, biblioteka i proponuję też zobaczenie altanki — dodał, blond kudły zadrżały, okulary zsunęły się z nosa i cały Foma zaczął wyglądać jakoś tak nieporadnie. Pokiwałem jednak głową.
— Przydałoby się, nie chcę skończyć w innym wymiarze, trafiając w nie te drzwi, co trzeba. Prowadź, towarzyszu, ja się nie znam, zarobiony jestem. To znaczy, przepraszam, tak, byłoby bardzo miło...
wtorek, 20 lutego 2018
Wprowadzenie: Hope [11]
Etykiety:
Hope Dawkins,
Wprowadzenie: Hope
Nowe mieszkanko była bardziej niż przytulne. Ładne, schludne, czego chcieć więcej? No i oczywiście bardzo przestronny, za co w duchu mocno dziękowałem, raz trafić mi przyszło na taką klitkę, że nawet obrócić się wokół własnej osi nie mogłem, o przemieszczaniu się nie wspominając. Uznałem, że jeśli przeżyłem tamto, to przeżyję już wszystko i była to najprawdziwsza prawda, wprawiłem się do tego stopnia, że mógłbym wjechać w uliczkę o szerokości mniejszej, niż ta, która określała mój wózek.
— Mam już wszystko, kuralet, kartę atlancką... — powiedział chłopak wraz z wkroczeniem do mojego nowego malutkiego królestwa, oczywiście po zapukaniu, kulturę jako taką zachowywali, póki co. Póki co. — Karta to taka twoja przepustka wszędzie, tym też zapłacisz, lepiej pilnuj, bo nie wyrabiają łatwo, sam tego doświadczyłem — powiedział, śmiejąc się niepewnie, dziwnie, nerwowo i podając mi przy okazji nowiusieńki, biały tablet, wraz z magiczną kartą, która otwierała mi drzwi do tego nowego, dziwnego świata. — A na kuralecie rozpiski godzinowe, plan lekcji i mapkę. Sam ogarnąłem, to ty też ogarniesz — powiedział jeszcze na dokładkę, na co pokiwałem głową, mrucząc pod nosem i odkładając urządzenie na stolik, który akurat znajdował się pod ręką. Kartę zostawiłem, przecież, jak to powiedział, lepiej, żebym jej nie zgubił.
— Dziękuję, zapamiętam na przyszłość i zaopiekuję się troskliwie — odpowiedziałem, gładząc dłońmi materiał spodni, który, powiedzmy sobie szczerze, nieco wisiał na nogach. — Ładne tu te akademiki, urokliwe, nie ma co — dodałem, z nerwowym śmiechem, bo zagajanie rozmowy nie było moją mocną stroną.
— Mam już wszystko, kuralet, kartę atlancką... — powiedział chłopak wraz z wkroczeniem do mojego nowego malutkiego królestwa, oczywiście po zapukaniu, kulturę jako taką zachowywali, póki co. Póki co. — Karta to taka twoja przepustka wszędzie, tym też zapłacisz, lepiej pilnuj, bo nie wyrabiają łatwo, sam tego doświadczyłem — powiedział, śmiejąc się niepewnie, dziwnie, nerwowo i podając mi przy okazji nowiusieńki, biały tablet, wraz z magiczną kartą, która otwierała mi drzwi do tego nowego, dziwnego świata. — A na kuralecie rozpiski godzinowe, plan lekcji i mapkę. Sam ogarnąłem, to ty też ogarniesz — powiedział jeszcze na dokładkę, na co pokiwałem głową, mrucząc pod nosem i odkładając urządzenie na stolik, który akurat znajdował się pod ręką. Kartę zostawiłem, przecież, jak to powiedział, lepiej, żebym jej nie zgubił.
— Dziękuję, zapamiętam na przyszłość i zaopiekuję się troskliwie — odpowiedziałem, gładząc dłońmi materiał spodni, który, powiedzmy sobie szczerze, nieco wisiał na nogach. — Ładne tu te akademiki, urokliwe, nie ma co — dodałem, z nerwowym śmiechem, bo zagajanie rozmowy nie było moją mocną stroną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)