Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Miracles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Miracles. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 października 2018

Urządźmy sobie sabat [2]

Vene w żaden sposób nie była gotowa na to, żeby stanąć przed światem. Wciąż nazbyt zaspana dziewczyna przecierała ledwo świadomie oczy, pewnie w myślach błądząc po krainie snów. Doskonale znałem ten stan, ale nie po to wstałem o świcie, zarwałem nockę, żeby wszystko przygotować, żeby ta menda mi zasypiała teraz pod nosem, zgrywając, że robi za ludzka wersję poduszki. 
—  Prowadź, przyjacielu, zanim zmienię zdanie i jednak walnę cię tym jaśkiem, a potem wrócę do spania. —  Przewróciłem oczami, chwytając ją za dłoń i pociągając za sobą. Byłem gotowy na wszystko, spakowałem chyba wystarczającą ilość rzeczy na poczet stacjonującej, wielotysięcznej armii, a nie dwójki głodnych, rosnących nastolatków, ale lepiej za dużo, niż za mało.
—  Widzę, że moje Słońce jest w promiennym nastroju. Pogoda tam na dole nie domaga, czy co się dzieje? —  Wyszczerzyłem się, wypowiedź zakańczając przy okazji głośnym prychnięciem, gdy wciąż targałem za sobą dziewczynę. —  Idziemy do lasu, narobić hałasu i inne hece. Mam świeczki, mam listy od pokręconych krewniaków, mam stare albumy do obśmiania, kuralet z wgraną chyba setką składanek każda po godzinie, także, bądź dumna, że ruszyłem dupę. Zrobimy piękny okrąg ze świeczek, rozpalimy rytualne, mysteriumowe ognisku a`la instytut i pomarudzimy, jak bardzo nam się nic nie chce. Taka opcja ci pasuje? — spytałem na koniec mojego monologu, gdy już wychodziliśmy z budynku. Pogoda dopisywała, było wilgotno, ale jeszcze nie padało, a na wszelki wypadek w plecaku czekał sprzęt do rozkładania namiotu. Ha, teraz nikt mi nie zarzuci, że podchodzę do wszystkiego niepoważnie.


czwartek, 18 października 2018

Urządźmy sobie sabat [0]

Słowa Vene nadal dudniły mi w głowie. Faktycznie, sam nie byłem już w stanie połapać się odnośnie tego, co nawyprawiało się w naszych rodzinach. Ludzie się porozstawali, poodchodzili od siebie, ale jednocześnie nikt nowy za bardzo nie przyszedł. Jak miałem wytłumaczyć jej, kim była dla nas Nibal i dlaczego w sumie niewiele mnie obchodziła, skoro na oczy widziałem ją co najwyżej raz? 
Tyle rzeczy, a wszystkiemu na przekór, więc podstawą mojego pomysłu stał się słynny motyw, które nasze dwie rodzinki powtarzały od kilku pokoleń, klnąc i mieląc w ustach największe przekleństwa, gdy padało sławne stwierdzenie: "Urządźmy sobie sabat". Przez kilka lat staraliśmy się spotykać co roku, potem sabaty stały się bardziej jedno-rodzinnymi uroczystościami, aż w końcu nie wiem jakim cudem, wszystko się zakończyło jak za pstryknięciem czarodziejskiej różdżki.
Właśnie dlatego bezpardonowo wparowałem do pokoju dziewczyny, z uśmiechem rozjebanym na twarzy, że głupiej już wyglądać nie mogłem, z zapakowanym po brzegi magicznym plecakiem, oświadczając, jeszcze w piżamie, Vene, że niech się szybko ubiera, bo idziemy urządzić sobie pikniko-sabat, ja nie znoszę sprzeciwu, poza tym mamy do pogadania i tak dalej. 
I tak stałem na środku pokoju przed zdezorientowaną, ledwo wylazłą z łóżka dziewczyną, której mina wyraźnie wskazywała, że jeszcze nie do końca laska rozumiała, co się dzieje. Głównie dlatego została jedynie kilkukrotnie pogoniona, że ja tu całego dnia sterczeć i czekać na nią nie będę. 

środa, 19 września 2018

Klub Lornetkowy [9]

— Nie wiem, jak to jest możliwe i popieram, jak ty, mój partnerze w zbrodni, mogłeś to przegapić? Toż to najbardziej bezcenne chwile. Rozpoczynając od Jamesa, który ciągle wmawia mi, że to, że się przelizał z Ray`em to fatamorgana i się czegoś naćpałam, kończąc na pięknym obiedzie rodzinnym, gdzie nastąpił mały rozłam bliźniaków i maglowałam swojego może przyszłego albo przyszłego niedoszłego szwagra. — Była marną aktorką. Na pierwszy rzut oka potrafiłem poznać, gdy stawała się nagle zbyt kwiecista, zbyt figlarna, nabzdyczona, jakby w końcu stawała się normalną osobą. Doskonale wiedziałem, że lotność umysłu czy zdrowie psychiczne nie współgrało nigdy z rodziną Vene, więc nawet na taką możliwość nie liczyłem.— Cuda się dzieją, a mnie nie ma. Żądam spotkania z wami wszystkimi i to takiego porządnego, chociaż mam wrażenie, że ziemia by się zatrzęsła. Poza tym jeden Cesarz wie, kiedy ja was, ciebie w ogóle zobaczę po tym roku — fuknęła, przeczesując nerwowo włosy. — Uśmiechnąłem się krzywo, przytakując i otwierając kolejnego balonika.
— Nie mogę się nie zgodzić, tyle rzeczy przed nami, a my stoimy jak te kurwy, zastanawiając się, co dalej. — Ugryzłem pokaźny kęs niebiańskiej czekolady, która zaraz rozpłynęła się na moim języku. — Myślę, że do unii jednak raczej nie dojdzie. Stella, Sky i Heather, to praktycznie stan wojny, wolę nie wiedzieć, która zabije którą. I szczerze? Nawet by mnie nie zdziwiło, gdybyśmy faktycznie za jakiś czas mieli jedną pochować. Albo wszystkie. — Parsknąłem, na myśl płomiennej tyrady Stelli, gdy jeszcze pakowała w pośpiechu manatki, wrzeszcząc na ruszające się ściany, uciekające schody i nieotwierające się drzwi, które próbowały zatrzymać ją przed ucieczką z domu.
Chyba pierwszy raz żałowałem, że byłem wtedy na wakacjach. 

niedziela, 9 września 2018

Klub Lornetkowy [7]

— Byłbyś paskudnym przyjacielem — potwierdziła, krzywiąc się na moment, gdy sam zająłem się pałaszowaniem kolejnej czekolady, którą zwinąłem z kamiennego gzymsu. Zdecydowanie gdybym miał wybrać jedną rzecz, do której Vene miała prawdziwy talent, to byłoby to wybieranie słodyczy. Zawsze wiedziała na co miałem ochotę w danym momencie, co uważałem za zbyt słodkie gówno, a co za niewystarczająco czekoladową podróbkę.
Stara, dobra, Vene. Nawet nie umiałem policzyć, ile lat się już znaliśmy, wspominając pierwsze spotkanie, kiedy nasze matki w końcu nas sobie przedstawiły. Oczywiście, pierwsze skrzypce z naszej strony grali raczej Orion ze Skylar, ale staraliśmy się dotrzymywać im tempa. Dokazując, marudząc i integrując się z nowo poznanym kuzynostwem. 
— Matka siedzi w pracowni i pracuje nad obrazami, James pewnie układa sobie swoje kolorowe życie z Mary Lou, Arisa dalej lata za spódniczkami, chociaż kij ją wie. Bliźniaki prawdopodobnie sieją chaos. Albo Leia poderżnęła gardło chłopakowi Leitha i odprawiają pogrzeb, kłócąc się nad grobem biednego, niedoszłego szwagra. Zgaduję. Ostatnio ich widziałam w wakacje, a przez te kilka miesięcy mogą odprawiać różne cuda. — Uśmiechnęła się ciepło. — Do stolicy, a ze stolicy każdy poszedł w swoją stronę. — Och, skąd ja to znałem. U nas też wszyscy niby razem, niby osobno, ale to były naprawdę dzikie, niezrozumiałe i w pewien sposób samotne czasy. 
— A twoje rodzeństwo? Wieki was wszystkich nie widziałam. I musisz mi opowiedzieć o Heather, bo może moja pamięć jest do kitu i ma mnóstwo dziur od Mysterium, ale Heat bym pamiętała.
— Lepiej ty mi powiedz, jak to możliwe, że James po rumienieniu się od Oriona i tak wiedzie życie nędznego heteroseksualisty. Biorę to za ujmę na honorze odnośnie czarowności mojego rodzonego brata. Jestem za to dumny za coming out Leitha, na Livernell, jak ja mogłem to przegapić? — jęknąłem zdruzgotany. Całe moje życie właśnie legło w gruzach. — To długa historia. Matka ześwirowała. Ale już tak całkowicie świrneła, że jej wszystkie klepki na raz poszły. No i wyszło, że mamy siostrę. Skóra zdjęta z Cassie, a Cassie zwiała chuj ją wie gdzie, Sky w ogóle się zaszyła po kryjomu i ona nic nie wie, nic nie kojarzy, dajcie mi wszyscy święty spokój. Orion poszedł i nawet nie wiem, co on tam macha, w bibliotece chyba dalej siedzi, jak tamten jego miał na imię? Jiz? Jaz? Jason, coś chyba. No, Vi sobie oczywiście, kurwa, radzi najlepiej, zaliczając wszystko co się rusza, bądź nie, i nie ucieka na drzewo, szczerząc ząbki. Z Omegą własną do domu jeszcze nie wróciła i jesteśmy przerażeni, że kiedyś to może nastąpić. Lilka została wybitną pani profesor od siedmiu boleści, ma własnego bachora, rzuciła Jamesa, a studenci ją nienawidzą. Czyli wszystko w normie — streściłem. 

sobota, 8 września 2018

Pióra na wietrze [1]

Ja pierdolę, kurwa czyjakolwiek mać, czy ja wyglądam na jakiś rzadki okaz miśka polarnego? Co? Czy to już ten okres, gdzie ta buda upadła doszczętnie, zapominając zainwestować w systemy grzewcze? Było zimno, kurewsko zimno, wystarczająco, żebym miał ochotę schować się w jakiejś zapyziałej dziurze, otulić się setką koców i nigdy więcej nie wychylać nosa zza grubych pierzyn. Seryjnie, niby ledwo mróz ściął pobliskie rzeki, strumyki, nasze leśne jeziorko, a ja już kłapałem zębiskami na prawo i lewo, trzęsąc się przy niskich temperaturach. Nic poradzić na to nie mogłem, z natury zaliczałem się do zwierząt wybitnie ciepłolubnych, lubujących się w słoneczku, plażach i ogólnym błogim leniuchowaniu. A do leniuchowania bynajmniej nie zaliczałem przedzierania się przez zaspy, śniegi i tak dalej.
A pośrodku zasypiska stał jakiś idiota, przytulający kwiatka do piersi. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, rozpoznając w nim jednego z młodszych stażem uczniów. Uśmiechał się delikatnie głupio, wprawiając mnie przez moment w osłupienie, bo chyba jako jedyny nie dygotał cielskiem.
No tak, pewnie mu czujników temperatury nikt nie zamontował w tym dzikim ciele.
— Witaj — powiedział z szerokim, ciepłym uśmiechem, na tyle promiennym, że aż musiałem zmrużyć oczy.
— Musisz wstawić go do wody — mruknąłem — inaczej za parę godzin ci padnie z odwodnienia — poinformowałem chłopaka. — Zaklimatyzowałeś się już u nas na uczelni? — spytałem, chcąc podtrzymać lekką konwersację. 

poniedziałek, 3 września 2018

Klub Lornetkowy [5]

— Wątpię, żebyś wymienił moje ciało na nędznego cukierka, ale oddanie organów na przeszczep popieram. Resztę możesz oddać głodującym kanibalom, złożyć w ofierze siłom nieczystym albo najzwyczajniej w świecie nawieźć ziemię. — Ach i o to pojawił się na scenie główny atrybut, idealistyczne ucieleśnienie naszej wspólnej miłości z największą przywarą. Chęć podglądania i plotkowania o wszystkim szły ze sobą w parze, a razem z Vene byliśmy nieodporni na ich wdzięki. — Radzę sobie doskonale, perfekcyjny przewodniczący, manna z nieba mi nie potrzebna. Może jedynie z Krzysztofem sobie nie radzę, bo robi mi sceny zazdrości o gwiazdę jego serca, ale to nie pierwszy i ostatni raz. Przynajmniej w tym życiu. Dziękuję, że przyszedłeś.
—  Yhm, wyłącznie dlatego, że chciałem ochronić cię przed otyłością. Co ze mnie był za przyjaciel z dzieciństwa, gdybym pozwolił ci na starość zostać nie dość, że starą, to jeszcze grubą? —  spytałem nonszalancko, opierając się o barierkę. Wyglądałoby to o wiele dostojniej, gdybym jeszcze pamiętał, że ostatecznie podbiłem na dach w kapciach, z nieuczesaną fryzurą i w starej koszulce, więc tylko świsnąłem się zauważalnie na debila. Jak zwykle zresztą, ale to już zupełnie inna kwestia.
— Co tam w domu, co tam u rodzeństwa, gdzie wyście się tam porozjeżdżali? — spytałem, w myślach przypominając sobie maskotkę otrzymaną od dziewczyny. Przytulanka nadal darła się w odmętach szuflady, w której została zamknięta. Jeżeli będzie to zależeć ode mnie, to spędzi tam następne sto lat. Za to tyranem nie można mnie nazwać, przygotowałem jej tam wygodny pokoik i nawet wypuszczałem ją raz na tydzień! To już powinno iść za akt humanitarny. 

sobota, 1 września 2018

Klub Lornetkowy [3]

Usiadła na barierce, podparła się rękoma i to przecież było istną prowokacją, niech ją Cesarz broni, poczułem jeszcze większą ochotę, żeby świsnąć i pomóc jej dostać się na dół. Najkrótszą możliwą drogą, za to jaką piękną wycieczkę miałaby w swoich ostatnich chwilach, cały świat przelatuje przed oczami, a następnie bolesne, twarde spotkanie z rzeczywistością.
Ale za tak dobrą czekoladę, to mogłem pomyśleć o wybaczeniu. Nie całkowitym, bo przecież ja i tak już oferowałem niewymowną pomoc, starając się zmniejszyć ilość kalorii, jakie mogła w siebie wcisnąć dziewczyna. Dbałem o jej tyłek, figurę i wszystko inne na raz wzięte, powinienem za to otrzymać jakiś medal. 
— Śmiało. Jeszcze za mną tak zatęsknisz, paskudo, że wynajmiesz nekromantę, żeby przywrócił mnie do życia. — Prychnąłem pod nosem, mrużąc oczy. — Jedynie groźby brata, że umrze przeze mnie śmiercią głodową, jeżeli ja, wyrodna siostra, która go nie kocha, nie wrócę. Mało przekonujące, skoro wysłał mi list poplamiony cynamonem i karmelem.
— Jeżeli dostałbym jakąkolwiek szansę, pozbyłbym się ciebie w ciągu trzech sekund. I to tylko dlatego, że tyle zajmie mi powiedzenie: "Proszę, zabierzcie ją!" — skłamałem bez mrugnięcia okiem, klepiąc dziewczynę po ramieniu. — Nie martw się, przehandluję twoje ciało za coś wartościowego. Pięć hektolitrów napojów gazowanych i trzy paczki fajek, a organy oddam biednym, chorym dzieciom na przeszczepy. W końcu przysłużysz się w jakiś sposób społeczeństwu — wyrecytowałem, wyciągając z kieszeni fajkę, którą zapaliłem i ostentacyjnie zaciągnąłem się.
— A u ciebie? Jak sobie radzisz? Nie utonąłeś jeszcze w papierach? — Skończyłem czekoladę, drugą dłonią otworzyłem puszkę coli, upiłem łyk i skrzywiłem się, czując nieprzyjemny, zmieszany posmak.
— Jestem perfekcyjnym przewodniczącym, normalnie przynoszę ludziom mannę z nieba i szansę na zaliczenie semestru. Lepiej mi powiedz, jak ty tam sobie radzisz i gdzie jest moja lornetka, poczujmy się jak za starych, dobrych czasów. 

Klub Lornetkowy [1]

Kiedyś to było życie. Hopecraft rżnął sam siebie po kątach, wykorzystując przy tym parę luster, których miałem nadzieje nigdy więcej nie widzieć na oczy. Chyba nawet wolę sobie nie wyobrażać, jakich normalnie zasłoniętych części jego ciała dotykały. Davon wtedy jeszcze nie zaszywał się całkowicie w swojej pracowni, a teraz ledwie wyłaził z pieczary raz na ruski rok, żeby poględzić i posmolić, jakimi eliksirami on się tam nie zajmuje. Wielki pan alchemik, a w sumie to gówno był w stanie zrobić. Heather czaiła się po kątach, szumiała, szukała nie wiadomo czego, a ja wolałem udawać, że wcale ze sobą nie rozmawialiśmy. Wolałbym wrócić do tej upierdliwej ciszy między nami, aniżeli teraz powolnych podchodów. A to, a tamto, a stramto i owamto, ja zdecydowanie nie miałem głowy do zajmowania się czyimkolwiek bóldupczeniem. 
A potem pojawił się liścik.

„Kochany Jamesie,
Jako że nie mogę cię nigdzie dorwać osobiście, wróciłam do liścików. Mam nadzieję, że nie masz dzisiaj żadnych szczególnych planów i przyjmiesz me zaproszenie na spotkanie klubu Lornetek, które odbędzie się na dachu o godzinie dowolnej. I tak będę siedzieć, żreć czekoladę, uzupełniając witaminę D. Jeżeli dzisiaj nie masz czasu… Więcej czekolady dla mnie~
Ślę całusy,
Vene.
PS Nie pozwól mi przytyć. Jestem zbyt ogromnym leniem, żeby potem palić te kalorie.”

— Pierdolę, nie robię — burknąłem sam do siebie, odwracając się na drugą stronę i wracając do książki. Liścik rzuciłem na stolik, próbując o nim zapomnieć. I tak sekunda, jedna sekunda, druga sekunda, aż w końcu przeciągnąłem się, marudząc, że zwyczajnie chcę rozprostować kości. Ott tak, zwyczajnie idę pobuszować na dach, żeby mnie nogi przestały boleć, żadnych ukrytych motywów, wyłączając ewentualną możliwość zdobycia czekolady.
Może właśnie dlatego zakradłem się za dziewczyną, krok po kroku podchodząc jak jakiś pierdolony ninja, żeby w końcu zasłonić jej oczy i świsnąć od niej błogosławiony skarb narodów.
— Co tam, Venka? — spytałem, przegryzając od razu olbrzymi kawałek tabliczki, zaczynając kaszleć po drobnym zadławieniu się słodyczą czekolady. — Jakieś wieści z domu? Szukasz najkrótszej drogi powrotnej na dół, że się tak wychylasz? W razie czego mam całkiem sprawne ręce do wypychania ludzi za barierki, wystarczy tylko poprosić. 

poniedziałek, 16 lipca 2018

Zaraz zwariuję [8]

— Niestety, jestem najmłodszym bachorem w naszej rodzinie. — Zmrużyłem oczy, doskonale wiedząc, co to oznacza. Przez dłuższy czas to ja byłem tym najmłodszym berbeciem, praktycznie jedynym rodzynkiem, wyłączając Oriona, ale Orion to gej, szuja i pedał, więc rola pierwszego mężczyzny w generacji mojej familii spłynęła po nim jak po kaczce, przenosząc się przy moim urodzeniu na mnie. — A rodzeństwa mam tylko troszkę mniej od ciebie, bo… Aż cztery. Z drugiej strony przy tobie powinnam powiedzieć „tylko cztery”. — Parsknąłem śmiechem, wyobrażając sobie, czy są tak samo szaleni, jak ich humorzasta, śliwkowa siostrzyczka. — Ale nie martwta się, Willow dręczę pająkami tak, że jej krzyki agonii słyszy cały Teret, a Krzysiek ciągle warczy na Evive, bo to jego nemezis i w sumie to każdej nocy Przewodnik musi spytać, czy dzisiaj pająki mogą spać na zewnątrz, bo czuje się obserwowana. I w sumie wkurwiam część dziewczyn z akademika nimi, więc widzisz, mam bardzo wiele obiektów do dręczenia, niekoniecznie młodszych ode mnie — zachichotała, przysięgam, brzmiąc jak chochlik, ghoul czy krasnal ogrodowy. — A, właśnie, Bigby, jak się miewasz na swoim nowym stanowisku? Czy w sumie w ten sposób zostałeś Śnieżką, a Hopecraft Cranem?
— Jestem cudowny administratorem tej stodoły, wypraszam sobie bardzo, pracuję wyłącznie na umowę-zlecenie, dwa dni w tygodniu przez godzinę, czyli i tak częściej niż przeciętny dziekanat normalnej uczelni, więc powinniście czuć tę łaskę z mojego potu, która spływa na was, uciemiężony lud studencki. Czy inne cholerstwa — wytłumaczyłem łaskawie, popijając cudowną przemowę colą, zanim zabrałem się do pałaszowania obiadu, agresywnie wbijając widelec w omleta. — Jak ci mija życie na naszej uczelni, Śliwko moja? — Nie, to nawet teraz zabrzmiało idiotycznie, musiałem mieć jeszcze głupszą minę niż dziewczyna, o kelnerce z tyłu nie mówiąc. — Nie, wyciąć, to ostatnie zostawić. Jak ci mija życie na naszej uczelni, Izel?

poniedziałek, 9 lipca 2018

Zaraz zwariuję [6]

— Wiesz, mój starszy brat by się nie zgodził i tak samo jak on odradzam mnie jako siostrę. Chyba, że chcesz babrać się z dużymi owadami, wyciągać tarantule z kieszeni i butów, bo jak je zgnieciesz, to płaczę, krzyczę i każę odprawiać pogrzeby na koszt mordercy albo żebym wylewała na ciebie wodę za każdym razem, gdy palisz, a potem psikała perfumami. — Ach, ten szeroki wyszczerz wyraźnie wskazywał na to, że sama wiedziała, że pierdoli głupoty. A przynajmniej ja w takim sposób go odebrałem, chociaż musiałem przyznać, że wyglądała o wiele lepiej, szczerząc ząbki niczym pingwiny z Madagaskaru, a nie jakieś mechcenie po bokach słabymi uśmieszkami. Te pasowały typom jak Walsh czy Ophelion. — Wymieniałabym dalsze wady bycia moim bratem, ale poprzestanę na tych kilku i powiem, żebyś się cieszył z takich sióstr jakie masz. — I chyba pierwszy raz szczerze się roześmiałem. Naprawdę mi tego brakowało, zazwyczaj mój śmiech był przesiąknięty zmęczeniem, chęcią upokorzenia drugiej osoby czy zwyczajnym zaskoczeniem, a ten zaliczał się do czystego śmiechu dla śmiechu. To już mogłem szanować.
— Uwierz, mi mam chyba z dziesięć sióstr. — Roześmiałem się po raz kolejny, tym razem na wspomnienie każdej z osobna. — Chociaż nie, w sumie to sześć sióstr i jednego brata. Potrafię doskonale zrozumieć twoje problemy życiowe, sam doświadczam ich notorycznie. W sumie, to ty tylko jedno rodzeństwo masz? Żadnej siostry młodszej do wkurwiania robalami?

sobota, 7 lipca 2018

Zaraz zwariuję [4]

Ten rozbawiony uśmiech będzie śnił mi się po nocach. W myślach już widziałem, jak wrzeszczę niczym typowy bachor, zrywając się spod pościeli, wniebogłosy dając upust swoim dzikim, nocnym fantazjom. Normalnie Carter mogłaby straszyć dzieci w programach przygotowanych na Halloween, takie typowe potworzysko, które znikąd wyskakuje na was zza rogu, gnębiąc biedactwa zbierające cukierki. A tfu, gdybym nie był teraz pod baczną obserwacją kelnerki, z którą zadarłem już wcześniej przy zamawianiu tego całego, żarciowego syfu, to nawet odezwałbym się nieco cierpko, ale tak? Herbaty świeżej jeszcze mi nie doniosła, a z własnego doświadczenia wiedziałem, jak prosto napluć do napoju gościa. Po pewnych pracach już wiesz, że nie chodzi się do tych wszystkich śmieciówek z masowo produkowanym jedzeniem na wynos czy restauracji, w których kelnerzy przypadkiem dotykając palcami twojego posiłku. Nie takie rzeczy się w końcu samemu robiło.
— Zjem z tobą obiad. Po części po to przyszłam — powiedziała, rozwiązując ten paskudny (paskudnie uroczy) szalik. — Kim jest twoja siostra? — Machnąłem dłonią, przyjmując wygodniejsza pozycję i zachęcając szanowną pannę do jedzenia. Rachunek i tak zamierzałem potem wysłać Heather.
— Ta blondyna z samorządu uczniowskiego, co teraz u Mińska w biurze robi — podsumowałem z niedbałym uśmieszkiem. —  Chociaż aktualnie ty zasługujesz bardziej na tytuł honorowej siostry niż ona. Kto by pomyślał, żeby tak wystawiać swoich starszych braci na cierpienie posiłku w samotności? 

wtorek, 3 lipca 2018

Zaraz zwariuję [2]

Mała Wiedźma przywdziała uśmiech i ruszyła w moim kierunku, a ja już wiedziałem, że ziemia trzęsie się pod jej nogami. Stukała tymi swoimi stópkami, jakby zaraz podłoga miała się przed nią rozstąpić i ponieść upierdliwą szuję prosto do najgłębszych otchłani piekła. Jakoś w tym momencie nie mogłem żałować jednak tego spotkania, pozwoliłbym sobie zwalić to na naglącą samotność, która uderzała prosto w męskie serducho. Obiecałem sobie w duchu, że poczekam przynajmniej pięć minut, zanim powiem kurduplowi coś niemiłego do słuchu. Ostatecznie ruszyła w moim kierunku, nawet ten uśmieszek miała, no, to mogłem poudawać nieco milszego przez pięć sekund. Była jednak ważna dla Vene, a nie lubiłem robić sobie całkowitych wrogów bez potrzebny. Jeszcze tylko czasu zostało do końca szkoły. 
— Któż cię wystawił, Miracles? 
— Największa miłość mojego życia, zostałem z własną ręką, to i tak lepiej niż Hopecraft. Założę się, że to dlatego, że kazałem jej płacić za jej część popcornu. Trzeba było zostać gejem, założę się, że zostałem do tego powołany i pewnie Stwórca kręci nade mną z góry głową, modląc się o nadejście mojego zbawienia. Tylko jest mały problem, jeżeli ty masz być tym zjawiskowym objawieniem, to żądam reklamacji. — Na kilka sekund zapadła mało komfortowa cisza, zanim rozpoczęliśmy walkę na nieustraszone spojrzenia. Dosłownie, gdyby spojrzenia mogłyby się bać, to nasze zastraszałyby przeciwnika. W końcu odchrząknąłem. 
— Przepraszam? Siostra mnie wystawiła, a ja nie lubię jeść w samotności, więc, Izel, czy zrobisz mi tę przyjemność i zjesz ze mną obiad? 

poniedziałek, 2 lipca 2018

Zaraz zwariuję [0]

Życie zaczynało mi szaleć, przysięgam. Nie byłem pewien nawet przez moment na czym stoję, ale aktualnie zaczynałem mieć wątpliwości, jak to w ogóle możliwe, że Hopecraft sobie ze wszystkim radził. Powoli z powrotem kontrolowałem się wokół Diaskro, nie dając się wyprowadzić dziewczynie z równowagi, ale w odpowiedzi Hera próbowała wciągnąć mnie w jej polityczne gierki, a to zdecydowanie odpowiadało już mi mniej. Na razie miałem wszystkiego dosyć, chciałem po prostu wyrzucić z siebie wszystko, byłem pewien, że zaraz zwariuję, a stos papierów na biurku tylko rósł. 
Ostatecznie rozsiadłem się w restauracji w mieście, mając nadzieję, że nikt więcej mi tutaj nie przeszkodzi. Co prawda miałem spotkać się z siostrą, ale Młoda szalała gdzieś tam z Dexterem, tfu, Davonem i Hopecraftem, przed wyjazdem tego drugiego. Mieli go hucznie, ale cicho, pożegnać, byle nikt więcej się nie zorientował, gdzie on się tam z Oakley`em wybiera, ale już teraz mogłem powiedzieć, że zaczynałem czuć presję. I tak byłoby miło, żeby SMSa przysłała pół godziny przed zamówieniem całego obiadu, a nie już po opłaceniu wszystkiego. Mieliśmy się obżerać, obgadać rodzeństwo, w końcu chciałem przedstawić jej i wytłumaczyć wszystko, ale jak zwykle wszystko poszło się jebać. Razem ze stygnącym żarciem, pod którym uginał się stół. 
Chciałem się napić, ale tak sam ze szklanką, to już byłby alkoholizm, prawda?
— Ej, ty tam! — krzyknąłem, do pierwszej lepszej znajomej głowy wchodzącej przez drzwi do restauracji. — Głodny jesteś?


/A może głodna? c:/ 

czwartek, 28 czerwca 2018

Sprawa duchów [3]

— Po pierwsze to właśnie Hopecraft mnie przysłał — powiedziała, na co mogłem tylko przewrócić oczami. Hopecraft czasami dosyłał ludzi do wszystkich, ale rzadko kiedy ktoś traktował to poważnie. Zresztą panienka nie wyglądała w żaden sposób na wartą mojego czasu. Zlustrowałem ją wzrokiem, szukając czegoś wyjątkowego, tej iskry, która sprawiłaby, że chciałoby mi się zająć jej, jakkolwiek wątpliwą, sprawą. Cokolwiek ona tam miała do zrobienia.  — Po drugie na imię mi Noah — dodała szybko, jakby bojąc się, że dostanie zaraz ode mnie słowną wyliczankę. — Nie Życiowa Sierota. Chcę się dowiedzieć skąd wzięła się moja umiejętność. Chcę wiedzieć coś więcej o Przewodnikach Dusz. Kim są ci ludzie, skąd pochodzą, czy jest ich więcej? Jak ich znaleźć? A James Hopecraft powiedział mi, że ty możesz mi pomóc, znaleźć odpowiedź na te pytania. — Och, na niebiosa mniejsze i większe. Stworzenie stojące przede mną było urokliwe. I równie ciekawe, co mój uciekający z papierosa popiół. 
— A więc? — mruknęła, ponaglając mnie, a ja tylko sięgnąłem po kolejnego papierosa. Co tu zrobić, co tu z nią wymyśleć, co ona tutaj zaszaleje. Czy warto się w to wszystko zagłębiać? Wyciągnąłem dłoń po zapalniczkę, ale już sekundę później moje ukochane ukojenie wylądowało w błocie. 
— Słuchałeś mnie w ogóle? — warknęła. — Poza tym możesz mi podziękować. Od palenia można dostać raka i w ogóle jest to bardzo nieeleganckie. 
— Skarbie — zacząłem, uśmiechając się szeroko, zanim przerzuciłem dłoń przez szyję dziewczyny, opierając łokieć na jej ramieniu — jak to możliwe, że właśnie wkurwiasz jedyną osobę, która może ci pomóc, hm? — spytałem, palcami wolnej ręki zaczynając okręcać kosmyk jej włosów. — Widzisz wszystko ma swoją cenę, nic w tym świecie nie jest proste, a ty się pałętasz jak jakieś nieboskie stworzenie, krytykując cudze nałogi. Nieeleganckie jest proszenie o pomoc, a później obrażanie swojego przyszłego wybawiciela, nie sądzisz? Co powiesz na to? Ja ci powiem, że nic nie wiem. Ty wrócisz do Hopecrafta. On przyśle cię ponownie. I tak w kółeczko. No, chyba że masz ochotę wytłumaczyć mi, skąd taka niecodzienna prośba? Znany to to temat nie jest, ogarnięty jeszcze mniej, a ty wyglądasz raczej na świeżynkę w tym naszym politycznym grajdołku, więc? 

wtorek, 19 czerwca 2018

Droga do Treobaru [1]

Świat był nudny, ja się nudziłem cholernie i w ogóle wszystko było pustą, nieskończoną nudą, co sprawiało, że miałem ochotę rzucać kredkami w portret starszego brata, który gdzieś tam trzymałem w pamięci mojego telefonu. Inna rzecz, że ekran prawdopodobnie by tego nie wytrzymał, z rzutkami już sprawdziłem, długopisami również, patyczki z grafitowym wkładem pewnie nie zniszczyłyby go kompletnie, ale porysowały. A na ponowną wymianę całego cholerstwa, już mnie stać nie było.
Na dobrą sprawę, nie wiem, za co w ogóle się zabrałem. Byłem już w cholera zjarany, nie zdziwiłbym się, jeżeli nawet na zjeździe i własnie tego ranka ścignął mnie pierdolony Hopecraft. Zaciągnął do odosobnionej klasy i już miałem na niego warczeć, że jeżeli chce nagle wychodzić z szafy, to powinien uderzyć do tego swojego okularnika, a jeżeli zamierzał mi tylko przypierdolić, to oddam mu trzy razy mocniej, ale położył mi dłoń na ramieniu. Normalnie z miną, jaką mógł mieć tylko drewniany aktor z hiszpańskich seriali dla dzieci puszczanych wieczorami na Disney Channel czy innym cholerstwie, czyli już miałem sugerować zapędy pedofilskie, a tu zonk.
Hopecraft zamierza odejść z AWU. I nawet nie wie kiedy, czy teraz, czy dopiero pod koniec roku, bo jakieś hiper ważne sprawy rasowo-kulturowe wzywają czy inne badziewia, a on dla mnie propozycję życia ma. 
Państwo i panowie, chyba zostałem w ten sposób prezesem. Nie fanklubu Szczura, oczywiście, ale całego szanownego przybytku edukacji, dopiero ten fakt uświadomił mi, że Złociuteńkie Chłopisko może nie być tak jasne, jakby mi się wcześniej zdawało.
Ale w sumie, to nie wiedziałem, co ja robię tutaj. Ani gdzie jestem. Miał być alkohol, dziewice i ogólnie impreza, a przynajmniej zapowiadali to pod nazwą "późniejszej uczty biesiadnej", więc miałem ochotę zatrzeć rączki i oddać się słodko-gorzkiej libacji. A potem zaczęły pojawiać się wokoło mnie nerdy i zacząłem rozumieć, że chyba wylądowałem w złym miejscu, o złym czasie i ładna dziewczyna z wcześniej mogła wcisnąć mi kit stulecia.
— To tak zawsze? — spytałem, jakiegoś gościa, który podobnie jak ja przyglądał się zbierającej się gawiedzi. — Bo mnie tu ściągnęli chyba pod złym pretekstem, żadnej nadchodzącej imprezy nie widzę, laski wyglądają jak marchewki i raczej dziewic nie przypominają, więc zakładam, że mnie tutaj wrobiono i pewnie piwa też nie dostanę? — spytałem z żałością, doskonale słyszalną w moim tonie.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

Wprowadzenie: Rosalie [0]

Rosalie Emerald miała bardzo ładne imię, bardzo ładną twarzyczkę, ale to niczego nie zmieniało, bo i tak byłem wkurwiony jak cholera, po kolejnej kłótni z Diaskro wypalając chyba już czwartego szluga ze świeżutkiej paczuszki. Jeszcze znajdę blondynkę, wcisnę jej te blond kudły do pieca i będę patrzeć, jak powoli zajmują się ogniem. Niech płonie, dosłownie, niech wszystko dzisiaj płonie. Byłem jebanym arystokratą, miałem możliwości, szanse i chęć, żeby w sumie praktycznie mieć świat u kolan, a zamiast tego siedziałem w jakiejś zasranej akademii, nie wiedząc jak, gdzie, co i dlaczego, a w dużej mierze szukałem tylko wolnej chwili, aby zwiać, zapalić i poudawać, że wszystko z powrotem gra. Do domu wrócić nie mogłem, matki i tak nie było, drzwi pewnie zostawiła zamknięte, klucza nie miałem, zresztą ten cholerny budynek zawsze był dziki i otwierał się w zależności od swojego humoru, a po moim ostatnim wybryku z mazaniem farbą po ścianach nie wątpiłem, że drzwi będą stały przede mną otworem.
— Na co mi to, kurwa, wszystko było — wymamrotałem sam do siebie, rzucając papierosa na ziemię i depcząc go czubkiem buta. Rozejrzałem się wokoło, wciskając zmarznięte dłonie w kieszenie, byle tylko odrobinę się ogrzać. Uwielbiałem ciepełko, a temperatury panujące na dworze nie należały do moich ulubionych. Rose, Rose, gdzie ty się podziewasz?

czwartek, 14 czerwca 2018

Sprawa duchów [1]

Wcale nie kląłem pod nosem, nie rzucałem piorunujących spojrzeń i nie rozwaliłem drzwi od naszego pokoju w akademiku na drobny mak. Wcale. To wszystko był wymysł i imaginacja, a tak w ogóle, to ja nawet nie wiem, o czym oni wszyscy wokoło pierdolą. 
— Jaaames — jęknęła głośno Diaskro, przeciągając pierwsze samogłoski, zanim popukała idealnie wyprofilowanym paznokciem w moją klatkę piersiową. — Nawet nie wiem kto cię wkurwił, ale skoro ty odmawiasz spowiedzi, to chociaż weź idź się zalać w trzy dupy, zanim nas tu pozabijasz — westchnęła, odwracając się i zaczynając gasić firankę. Zdążyłem ją podpalić? Jak? W którym momencie? — Serio, tracisz kontrolę, a ty tutaj miałeś uczyć tą byłą dziwkę w okularach od Davona, więc wzuć na luz.
— Ale ona cuchnie wilkołakiem — burknąłem, otrzymując w odpowiedzi tylko przewrócenie oczami od dziewczyny, zanim wywaliła mnie za drzwi.
— Nie wiem, nawet jakbym wiedziała, to i tak bym nie dbała — parsknęła, zatrzaskując drzwi. Które zaraz pewnie z powrotem otworzy za moment razem z oknem, żeby wywietrzeć pokój i pozbyć się dymu. Jedno musiał przyznać, ostatnimi czasy nawet Diaskro była większa suką niż zwykle i zaczynało się czuć, że coś wisi w powietrzu, coś ludzie będą chcieli wywołać. A tutaj osobiście nie wątpiłem, że chodziło o porządną awanturę.
Ale nie potrzebowałem dodatkowo mieszać z nadpobudliwą laską z PMS, poza tym blondynka miała swoje wady, ale coś ją gryzło, więc tylko zdecydowałem się wyjść zapalić. Oczywiście, nawet tego nie mogłem zrobić w spokoju.
— Uważaj! — warknąłem wrogo na dziewczynę, która najwidoczniej nie patrzyła pod nogi.
— Wybacz... Jestem nowa i... — Przewróciłem oczami, gdzie są ci od wprowadzania, gdy są potrzebni?
— Nic mnie to nie obchodzi. Uważaj, jak leziesz — mruknąłem podsumowująco, czując jak coraz mocniej dopada mnie głód nikotynowy.
— Po... Poczekaj! — krzyknęła głośno. Machnąłem tylko ręką, decydując się raźno przeć na przód i przeszukałem kieszenie, mając nadzieję znaleźć jakieś resztki fajek w ostatniej paczce.
— Powiedz mi chociaż gdzie mogę znaleźć kogoś, kto nazywa się Miracles!
— Jeden i jedyny do pani usług — odkrzyknąłem, wyciągając papierosa jeszcze w korytarzu i podpalając go odrobiną mieszania w rzeczywistości. Tego rodzaju sztuczki nie były trudne, a chociaż częściowo wynagradzały ryzyko zdolności. Tak naprawdę to wcale nie, normalnie bałem się cholerstwa jako, cóż, zwyczajnie w chuj, ale dzisiaj byłem jeszcze bardziej wściekły. Nowo poznany piesek raczej się nie zraził tylko ruszył w moją stronę. A ja wcale nie zwolniłem tempa. Wcale. No, może tylko odrobinę, ale jak już, to przecież tylko z litości!
— Dobra, czego chcesz? — spytałem, wychodząc przed budynek i wydychując pierwszą partię dymu. Na Cesarza, jak mi tego brakowało. — Bez obrazy, Młoda, ale najbardziej obiecująco nie wyglądasz, chuchro na dwóch nogach, więc przez żaden biznes cię nie przeciągne. Jak chcesz dragi, to do Yamira. Jak szukasz wsparcia moralnego, to znajdź Hopecrafta, nie prowadzę biura zajmującego się sprawami życiowych sierot. 


sobota, 24 lutego 2018

Strach na wróble [16]

— Yamir, złoty chłopaczyna, zaprawdę. Dosłownie i w przenośni, a co do poznania, powiedzmy, że zetknąłem się z tym osobnikiem na jednej z wycieczek między krajoświatami — odparł, otwierając drzwi. Skinąłem ze zrozumieniem głową, wchodząc do środka, doskonale wiedząc, że usłyszałem pewnie skróconą i niekoniecznie zgodną z prawdą wersję, ale hej. Podobnie przedstawiłbym moją relację ze światłością mojego życia. Dziwność, złotość i jednocześnie nic specjalnego pod względem historii. Doszliśmy plątaniną korytarzy, najprawdopodobniej do pokoju chłopaka, żeby już po chwili zagłębić się w ewidentnie męskie królestwo. Co więcej można powiedzieć? Bokserki zwisały z lampy, skarpetki leżały swobodnie na komodzie, a szafa pewnie była pełna wszystkiego oprócz elementów ubioru. Śmierdziało, jakby coś tu zdechło i znajdowało się już w późnej fazie rozkładu, ale strzelałem, że całość stanowiła woń zwietrzałych fajek i mieszanina środków odurzających.
Chociaż wolałem nieco większy porządek, to chyba właśnie trafiłem do raju.
— Yamir, prawda? — odchrząknąłem, spoglądając na siedzącego na łóżku chłopaka. — Strach Na Wróble wspominał, że posiadasz dobra materialne o wartości niezmierzonej w hektolitrach szczęścia... — Dobra, skończ pierdolić, James, bo już ci się ponownie łapy zaczynają trząść. — Ile, czego, za co? — rzuciłem, robiąc krok do przodu, żeby nie stać w miejscu, bo już i tak byłem zbyt podminowany, znudzony, rozproszony. 

poniedziałek, 19 lutego 2018

Strach na wróble [14]

— Vernyl? — Skrzywiłem się widocznie, widząc jak się na mnie gapi. Vernyl był czymś dobrym. Uspokajającym, stosowano go nawet czasem w ciężkich przypadkach jako właśnie środek uspokajający, uśmierzający ból, nic nie działało tak dobrze. Vernyl pozwalał zapomnieć, oddalić się od własnych emocji, historii, tego całego gówna ze świata, który cię otaczał, że miałeś ochotę się powiesić. Aktualnie nawet nie byłem pewien, czy potrafiłem myśleć logicznie bez vernylu. Ta jasność umysłu, te subtelne powiązania między konkretnymi elementami, które dały się zauważyć jedynie prawdziwie bezstronnej osobie. Nawet już po małej dawce zaczynałeś czuć się widzem, a nie twórcą czy uczestnikiem pewnych wydarzeń.
Pod pewnymi względami vernyl był jedynym sposobem, żeby widzieć prawdę. Rzeczywistość taką, jaką jest. 
— Sam nie mam z nim kontaktu, ale mój towarzysz coś od niego kitra, możemy do niego skoczyć i dopytasz się o to i owo. — Skinąłem ze zrozumieniem głową.
— Prowadź — mruknąłem mało zachęcająco, ale szybkim krokiem zmierzaliśmy w stronę prawdopodobnie mojego nowego dilera. Sam Stracharz raczej wyglądał na zdziwionego, ale jego mina wyraźnie sugerowała, że doskonale znam narkotyk. Nawet lepiej, zawsze buchanie w grupie rozluźniało umysł, nerw. — To kim jest ten Zielarz, skąd się znacie? — rzuciłem, bardziej, żeby zepchać niekomfortową ciszę na boczny tor. 

Plan zdobycia świata [0]

Wszystko szło do przodu, powoli zaczynałem zapoznawać się z tutejszą gawiedzią. Diaskro była upierdliwą gówniarą, przeświadczoną, że dostanie wszystko czego chce i doskonale wiedziała, co musi zrobić, żeby to osiągnąć. Wojna między starymi i nowymi uczniami nadchodziła w trybie pilnym, bo sam podburzałem od czasu do czasu innego Jamesa, rzucając niewybredne komentarze na temat jego rękawiczek czy niepoprawnie starodawnej postawy życiowej. I wąsa, caman, rzucałem zwykle po axtońsku, nikt temu wąsu się oprzeć nie może, włącznie z samym właścicielem, bo na nic więcej niż własne ręce raczej liczyć nie może. I nikt, nikt powiadam nie powie mi, że to nie jest prawda. A reszta starych oszołomów? Błagam was, szybka aklimatyzacja zapewniła łatwe rozeznanie w terenie. Hera to ta, która dużo wrzeszczy i robi raban, ale w sumie to niczego nie ma, niczego nie osiągnęła, a reszta boi się zwyczajnie spróbować strącić królową z piedestału. Davon? Pożal się, Livernell, gracz z niego jak ze mnie niziołek. Niebieski Ufoludek nie sprawiał problemów, póki pił herbatkę ze Stokrotką. Światłość moja to Światłość, więc tutaj nie było problemów. Przewalska? Błagam, laska nie widziała dalej niż na czubek własnego nosa. Varen był mocno niedoruchany, Vincent ewidentnie potrzebował egzorcysty, Renee można było posądzić o zapędy sadystyczne, Oakleya poznałem jako potencjalnego buszkodacza, co akurat zaliczało się na plus. A inni? Dyrektor, Aya? Jakaś tam niziołkowska z cukrem w imieniu? Buty lizać, a nie sprawiać problemy.
Może właśnie dlatego, a może właśnie wcale nie dlatego, koczowałem w altance nad jeziorem, mając przy sobie zatargane dokumenty, ukradzione z archiwum teczki uczniowskie i inne dziwne rzeczy, z których aktualnie nielegalnie sporządzałem notatki. Na wszystko znajdzie się sposób, a Duch wyraził aprobatę dla moich działań, gdy obiecałem mu wymianę zakładek do książek na te ze zmieniającymi się obrazkami. Negocjacje są sztuką wybranych. 
.
.
.
.
.
.
template by oreuis