Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vene Evail. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vene Evail. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 października 2018

Urządźmy sobie sabat [1]

Wiecie, jest taki czas, gdy człowiek jedynie marzy o wyspaniu się w wolny dzień i przeleżeniu go w całości w ciepłym, wygodnym łóżku owinięty w kołderkę niczym naleśnik. Ogółem spędzeniu go na najzwyklejszym leniuchowaniu i zakopaniu się w pokoju z dala od promieni słonecznych dnia, jakby miały mnie co najmniej zamienić mnie w popiół. Ha, pomarzyć mogłam.
Miałam ochotę rzucić jaśkiem w Jamesa, który z buta wlazł do pokoju i zażądał, że mam się ogarnąć, ubrać i wyjść razem z nim Stwórca jedyny wie gdzie. Chociaż musiałam przyznać, że na dźwięk magicznego słowa „sabat” troszkę się rozbudziłam. Bo luju, wieki minęły od ostatniego sabatu, a fakt, że blondyn bez pardonu tak wbił i mnie wyciąga, sprawiał, że moja ciekawość wzrosła. Co prawda umysłem byłam nadal w świecie snów, więc moje ogarnianie w „pośpiechu” nie było takie spieszne. I pewnie dlatego wywlokłam się z łóżka nieprzytomna w nieco przydużej piżamie z wizerunkiem Ciasteczkowego Potwora z szopą na głowie oraz niemrawą miną. Cóż, za późno i zbyt sennie na przejmowanie się swoim wyglądem. 
Na marudzenia i poganiania Jamesa odpowiadałam mu niewyraźnymi pomrukami i „Tak, tak. Chwilka”.
— Prowadź, przyjacielu, zanim zmienię zdanie i jednak walnę cię tym jaśkiem, a potem wrócę do spania — powiedziałam, kiedy w końcu wyglądałam jak człowiek, chociaż nogami nadal ospale włóczyłam, szurając. Obrzuciłam ciekawskim wzrokiem pleckach chłopaka i samego właściciela, zastanawiając się, czy nie powinnam czegoś wziąć.

środa, 12 września 2018

Klub Lornetkowy [8]

— Lepiej ty mi powiedz, jak to możliwe, że James po rumienieniu się od Oriona i tak wiedzie życie nędznego heteroseksualisty. Biorę to za ujmę na honorze odnośnie czarowności mojego rodzonego brata. Jestem za to dumny za coming out Leitha, na Livernell, jak ja mogłem to przegapić? — Roześmiałam się, wspominając brata i stwierdziłam, że za dużo tych Jamesów. Podusia, mój ciapowaty brat, chłopak Lilith, Hopecraft i ciocia [nadal to dziwnie brzmiało] Mei miała gdzieś jeszcze kilku pochowanych. Brrr, normalnie jakaś armia. — To długa historia. Matka ześwirowała. Ale już tak całkowicie świrnęła, że jej wszystkie klepki na raz poszły. No i wyszło, że mamy siostrę. Skóra zdjęta z Cassie, a Cassie zwiała chuj ją wie gdzie, Sky w ogóle się zaszyła po kryjomu i ona nic nie wie, nic nie kojarzy, dajcie mi wszyscy święty spokój. Orion poszedł i nawet nie wiem, co on tam macha, w bibliotece chyba dalej siedzi, jak tamten jego miał na imię? Jiz? Jaz? Jason, coś chyba. No, Vi sobie oczywiście, kurwa, radzi najlepiej, zaliczając wszystko co się rusza, bądź nie, i nie ucieka na drzewo, szczerząc ząbki. Z Omegą własną do domu jeszcze nie wróciła i jesteśmy przerażeni, że kiedyś to może nastąpić. Lilka została wybitną pani profesor od siedmiu boleści, ma własnego bachora, rzuciła Jamesa, a studenci ją nienawidzą. Czyli wszystko w normie
Najwidoczniej u nich też było bardzo kolorowo. Aż kusiło, żeby jakiś sabat, zjazd czy coś zrobić, wszystkich pościągać z ich ciepłych norek i wkopać w środek tego rozgardiaszu. Chociaż pewnie któreś by mnie udusiło. Jak nie Arisa, to James. Jak nie James, to Leia. Tak jakbym kiedykolwiek pytała ich o zdanie w takich przypadkach.
— Nie wiem, jak to jest możliwe i popieram, jak ty, mój partnerze w zbrodni, mogłeś to przegapić? Toż to najbardziej bezcenne chwile. Rozpoczynając od Jamesa, który ciągle wmawia mi, że to, że się przelizał z Rayem to fatamorgana i się czegoś naćpałam, kończąc na pięknym obiedzie rodzinnym, gdzie nastąpił mały rozłam bliźniaków i maglowałam swojego może przyszłego albo przyszłego niedoszłego szwagra — powiedziałam, teatralnie się indycząc i założyłam ręce na piersi, spojrzałam na niego z udawanym oburzeniem, acz pewnie zdradziło mnie drżenie kącików ust z rozbawienia. — Cuda się dzieją, a mnie nie ma. Żądam spotkania z wami wszystkimi i to takiego porządnego, chociaż mam wrażenie, że ziemia by się zatrzęsła. Poza tym jeden Cesarz wie, kiedy ja was, ciebie w ogóle zobaczę po tym roku — fuknęłam, przeczesując nerwowo włosy.

niedziela, 9 września 2018

Klub Lornetkowy [6]

— Yhm, wyłącznie dlatego, że chciałem ochronić cię przed otyłością. Co ze mnie był za przyjaciel z dzieciństwa, gdybym pozwolił ci na starość zostać nie dość, że starą, to jeszcze grubą? — Prychnęłam z rozbawieniem, gdy próbował wyglądać dostojnie, opierając się o barierkę, ale w swoim obecnym stanie wyglądał bardziej jak zaspany student, który wyszedł bez ogarnięcia się z domu. Że też mu te kapcie nie pospadały w drodze. — Co tam w domu, co tam u rodzeństwa, gdzie wyście się tam porozjeżdżali?
— Byłbyś paskudnym przyjacielem — odpowiedziałam i włożyłam do ust kawałek czekolady. Nieznacznie wykrzywiłam usta w grymasie, ale powędrowałam myślami do reszty rodzeństwa, zastanawiając się, co mogli właściwie porabiać. — Matka siedzi w pracowni i pracuje nad obrazami, James pewnie układa sobie swoje kolorowe życie z Mary Lou, Arisa dalej lata za spódniczkami, chociaż kij ją wie. Bliźniaki prawdopodobnie sieją chaos. Albo Leia poderżnęła gardło chłopakowi Leitha i odprawiają pogrzeb, kłócąc się nad grobem biednego, niedoszłego szwagra. Zgaduję. Ostatnio ich widziałam w wakacje, a przez te kilka miesięcy mogą odprawiać różne cuda. — Uśmiechnęłam się krzywo i następne kostki ambrozji wylądowały w mojej jamie ustnej. Zawsze gdy rozmawiałam o rodzinie, to mi cukier spadał. — Do stolicy, a ze stolicy każdy poszedł w swoją stronę — dodałam, przeczesując włosy nerwowym gestem, bo czasami człowiek złożył o parę obietnic za dużo, a potem lądował w jakimś strasznie drogim burdelu, kurwiąc na swoje życie i próbując zgadnąć, czy znalazło się właściwą osobę, czy jednak jego GPS skrewił.
— A twoje rodzeństwo? Wieki was wszystkich nie widziałam. I musisz mi opowiedzieć o Heather, bo może moja pamięć jest do kitu i ma mnóstwo dziur od Mysterium, ale Heat bym pamiętała. 

niedziela, 2 września 2018

Klub Lornetkowy [4]

— Jeżeli dostałbym jakąkolwiek szansę, pozbyłbym się ciebie w ciągu trzech sekund. I to tylko dlatego, że tyle zajmie mi powiedzenie: "Proszę, zabierzcie ją!" — Przewróciłam oczami, kiwając głową i mrucząc „Tak, tak”. Bo kto by go zasypywał wiadomościami i słał upierdliwe, małe kukły, które się rzucają? No, kto go będzie dręczył, jak mnie zabraknie na tym świecie?
— ...Jestem perfekcyjnym przewodniczącym, normalnie przynoszę ludziom mannę z nieba i szansę na zaliczenie semestru. Lepiej mi powiedz, jak ty tam sobie radzisz i gdzie jest moja lornetka, poczujmy się jak za starych, dobrych czasów. — Mimowolnie się uśmiechnęłam pod nosem, bo zdecydowanie mi tego brakowało i nawet jeżeli chciałam niczym Izel zacząć opierdzielać go za tego papierosa, to brakowało mi tego idioty.
— Wątpię, żebyś wymienił moje ciało na nędznego cukierka, ale oddanie organów na przeszczep popieram. Resztę możesz oddać głodującym kanibalom, złożyć w ofierze siłom nieczystym albo najzwyczajniej w świecie nawieźć ziemię. — Wygrzebałam z jednej z większych wewnętrznych kieszeni bluzy lornetkę i założyłam mu ją na szyję. Brakowało nam tylko par niczym z brazylijskiej telenoweli, o które moglibyśmy się zakładać. — Radzę sobie doskonale, perfekcyjny przewodniczący, manna z nieba mi nie potrzebna. Może jedynie z Krzysztofem sobie nie radzę, bo robi mi sceny zazdrości o gwiazdę jego serca, ale to nie pierwszy i ostatni raz. Przynajmniej w tym życiu. — Bo na uczelni to kij wiedział, jak bywałam, to Krzyś spał, coby spokój był i żeby mnie nie ugryzł parszywy, kochany robal. Chyba nigdy nie zostałam w żadnej szkole do końca. Kiedyś przychodzi ten pierwszy raz. — Dziękuję, że przyszedłeś.

sobota, 1 września 2018

Klub Lornetkowy [2]

Czas mijał, łamałam drugą czekoladę i już byłam przekonana, że jednak przytyję i będę musiała zapieprzać, żeby spalić te kalorie. Ale przyszedł. Przyprawił mnie o cholerny zawał, ukradł mi czekoladę, miałam ochotę go zamordować, ale przyszedł. Przynajmniej przytyć mi nie pozwolił.
— Co tam, Venka? Jakieś wieści z domu? Szukasz najkrótszej drogi powrotnej na dół, że się tak wychylasz? W razie czego mam całkiem sprawne ręce do wypychania ludzi za barierki, wystarczy tylko poprosić. — Ściągnęłam jego łapę ze swoich oczu, fukając ze złością i odwróciwszy się w jego stronę, mocno trzepnęłam go w ramię. Dlaczego w ogóle go lubiłam? Nie wiem.
Usiadłam na barierce, podpierając się rękoma i przewróciłam oczami.
— Śmiało. Jeszcze za mną tak zatęsknisz, paskudo, że wynajmiesz nekromantę, żeby przywrócił mnie do życia — powiedziałam, uśmiechając się krzywo i zmrużyłam oczy, spoglądając na niego z dołu. — Jedynie groźby brata, że umrze przeze mnie śmiercią głodową, jeżeli ja, wyrodna siostra, która go nie kocha, nie wrócę. Mało przekonujące, skoro wysłał mi list poplamiony cynamonem i karmelem — dodałam po dłuższej chwili, parskając śmiechem na myśl o Allenie piszącym do mnie wiadomość i jedzącym ciasto jednocześnie.
— A u ciebie? Jak sobie radzisz? Nie utonąłeś jeszcze w papierach? — Wcisnęłam mu w dłoń puszkę coli, zastanawiając się, czy nie odzyskać swojej czekolady, ale zrezygnowałam. Już i tak prawie całą pożarł, więc zaczęłam łamać kolejną tabliczkę. 

Klub Lornetkowy [0]

Powoli czułam się niekomfortowo. Izel ze wzrokiem wypalającym dziurę w mojej twarzy oraz warczącym Krzysiem, którego głaskała, mając na kolanach, powoli przypominała mi głównego złego z tych filmów, co siedzą i głaszczą koty. Tylko młoda miała ten kamienny wyraz twarzy zamiast złowieszczego uśmiechu. Niemalże słyszałam zębatki pracujące w jej głowie, jednak nie umiałam odgadnąć, co zaprzątało jej głowę. Miałam tylko marne podejrzenia i słabe uśmiechy. Obudziła się dopiero, gdy skończyłam sklejać kopertę z nabazgraną imitacją lornetki i zanim wyszłam, wcisnęłam jej do rąk list od Carmen. Może to choć trochę ją rozchmurzy, nie chciałam ponownie śniegu ani zamieci. 
Z wiadomością w jednej dłoni oraz lornetką w drugiej, żeby nie dostać nią w mordę, gdy skakałam po schodach, dotarłam do pokoju Jamesiątka. Wsunęłam list pod drzwi i stuknęłam w nie trzy razy, po czym nawet nie sprawdzając, czy był w środku, czy jednak gdzieś go wywiało, ruszyłam dalej. Najwyżej będę czekać, miałam czas. Na razie nigdzie się nie spieszyłam. No, może trochę na dach, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza i popodziwiać widoczki.
Uśmiechnęłam się lekko, kiedy znalazłam się na szczycie budynku i przymykając oczy, skierowałam twarz w stronę słońca, mrucząc zadowolona z cieplejszej pogody. Zdjęłam pomarańczową bluzę, zbliżając się do barierek i związałam jej rękawy w pasie. Miałam kilka tabliczek czekolady, miałam dwie puszki coli, więc czekając, mogłam się w międzyczasie zasłodzić.

środa, 20 czerwca 2018

Przekleństwa przy dźwiękach gitary [4]

— Oczywiście, że jest od tego, żeby w niej grać, jednak wolałbym wiedzieć, kto i czy akurat ktoś w niej brzdąka. Potem coś się dzieje, nie daj bór, się coś popsuje i to ja, a nie wy macie problemy, bo nawet nie ma się kto przyznać, bo przecież wtedy w sali nikogo nie było. Też, że mu podorabialiśmy klucze i teraz wszystkim pożycza, trzeba będzie pogadać. — Ups, chyba nieumyślnie sprowadziłam na Varena lekkie kłopoty. Trzeba będzie go przeprosić i poinformować przy oddawaniu kluczy. — W każdym bądź razie. Coś się stało? — Nagle ton mężczyzny stał się łagodniejszy, na co mimo woli uniosłam brwi, ale zmrużenie oczu oraz ich przewrócenie powstrzymałam. Zagrałam jakąś krótką, skoczną melodyjkę, zastanawiając się, czy odpowiedzieć, czy po prostu zignorować istnienie tego pytania. Acz kiedy ucichł ostatni dźwięk gitary, stwierdziłam, że będzie to bardzo niegrzeczne, jeżeli udam, iż słowa Amadeusza były niesłyszalne.
— Tylko problemy z pamięcią, które nagle zaczęły mi przeszkadzać — odpowiedziałam w końcu, stukając w pudło palcem, starając się znaleźć odpowiedni rytm. — Ale to się jakoś rozwiąże. Trochę poszukam, trochę poklnę, na czym świat stoi i jakoś będzie — wymruczałam pod nosem, bardziej do siebie, ale zaraz dodałam głośniej: — A pan jak się czuje? W zeszłym roku nie wyglądał pan najlepiej.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Przekleństwa przy dźwiękach gitary [2]

No, kurna, cudownie.
— Nie pamiętam, żebyśmy przeszli na „ty”, panienko Evail. I czy mogę się dowiedzieć, co panienka tu robi i jak się tu dostała? — Przymknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech i pochylając się nad ziemią, zgarnęłam na oślep okulary, które zaraz wepchnęłam na nos, żeby wyprostować się na stołku. Gdy poczułam, że serce bije ciszej, spokojniej i zdecydowanie wolniej, otworzyłam oczy, zadzierając głowę i skierowałam wzrok w stronę profesora Remusa.
— Przepraszam, nie sądziłam, że to pan mnie nastraszy, stawiałam bardziej na jakiegoś ucznia, dlatego z rozpędu poszła wiązanka — powiedziałam obojętnym, nieco zachrypniętym głosem, więc odkaszlnęłam, mając nadzieję, że będę jakoś brzmieć wyraźniej. — Brzdąkam, klnę na świat, takjakbynutypiszę… — Ostatnie słowo wymruczałam szybko, jakby te kilka słów były jednym wyrazem, a nie osobnymi frazami. — ... A dostać się dostałam za pomocą kluczy. Poprosiłam Varena, to mi dał.
Wyciągnęłam kluczyk z kieszeni, nakładając kółko na palec wskazujący. Przedmiot cicho zabrzęczał, kiedy potrząsnęłam nim, pokazując mężczyźnie i z powrotem zacisnęłam palce na nim.
— Poza tym sala muzyczna jest od tego, żeby w niej grać, prawda? Więc nie rozumiem, co takiego złego robię, szarpiąc struny — dodałam, unosząc lekko brwi i zmrużyłam oczy. Mój głos był wyzuty z jakiegokolwiek entuzjazmu czy emocji, przez co nawet dla mnie brzmiały odrobinę irytująco. Wykrzesz z siebie cokolwiek, Vene, naprawdę brakuje tylko wizyty twojej matki do tego całego bajzlu.

Przekleństwa przy dźwiękach gitary [0]

Szarpnęłam mocniej za struny gitary akustycznej, zastanawiając się, co ja właściwie, do cholery, wyrabiałam, czy nie powinnam była w tym właśnie momencie iść do Izel, przytrzymać ją i zacząć wypytywać dość w niedelikatny sposób o lato w Estalii. Jednak wrażenie, że młoda się rozpłacze albo zwymiotuje z nerwów, gdy tylko z moich ust padnie pierwsze pytanie, skutecznie mnie powstrzymywała i sprawiała, że robiłam parę kroków do tyłu w tej sprawie, nie mając ochoty ruszyć na przód. Więc się wyżywałam na Bogu winnej gitarze w sali muzycznej i przeklinałam w duchu różową smarkulę, nie umiejąc tym razem podważyć prawdziwość jej wiadomości. Żniwa, Genevive, żniwa. Ignorowałaś, to teraz cierp.
Zrobiłam opaskę z okularów, żeby włosy mi nie opadły na twarz i potarłam nasadę nosa, powstrzymując ciężkie westchnięcie. Po dłuższej chwili trwania w bezruchu wyciągnęłam kartkę oraz ołówek z kurtki i obok krzywo postawionych nut zaczęłam pisać rzeczy do zrobienia. Dziękowałam w duchu, że Varen się nade mną ulitował i dał mi klucze do sali, bo sztalugi za bardzo by mnie irytowały. W którymś momencie pewnie rzuciłabym pędzlem.
Postawiłam znak zapytania obok paru punktów i przymknęłam oczy. Będę wąchać kwiatki od spodu. Nie daruje mi, jeżeli ucieknę. Znowu.
— Ja pierdolę, dajcie mi umrzeć — wymamrotałam, przeczesując włosy w ten głupi, nieostrożny sposób, że prawie wbiłam sobie w oko zausznik okularów. I tak właściwie upadły z trzaskiem na podłogę, gdy podskoczyłam przerażona, kiedy ktoś odchrząknął tuż przy moim uchu, stojąc za moimi plecami. — Kurwajegomać,czymógłbyśmniełaskawieniestraszyć? — wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu, spoglądając na powód, przez który moje serce chciało mi rozerwać klatkę piersiową.

wtorek, 20 marca 2018

A ty w ogóle wiesz, czym są pocztówki? [7]

— Ej, Vene, a masz jakieś ciekawe ploteczki? Tak bardzo pragnę towarzystwa, a niczego nie ogarniam. Teraz jeszcze nasadziło tych pierwszaków, po prostu nie wyrabiam! — spytał konspiracyjnym szeptem, na co się roześmiałam, rzucając mu rozbawione spojrzenie. Sama co prawda nie angażowałam się zbytnio w szkolne życie, jedynie obserwowałam, a w zeszłym roku i jeszcze podczas wakacji zrobiłam mały rekonesans dla Izel, coby mi się nie chowała ciągle i zacinała z nerwów za bardzo. — Inaczej... Czy moje towarzystwo cię męczy? Nie jestem do końca pewny, ale mam wrażenie, że jestem uciążliwy.
Mrugnęłam zdezorientowana, w następnej sekundzie zatrzymując się i analizując, czy zrobiłam coś źle. Pewnie gdzieś się potknęłam, zawsze się potykałam, ale ignorowałam potknięcia z pełną premedytacją, nie przejmując się ich możliwymi konsekwencjami. Odchrząknęłam, spuszczając wzrok, gdy zobaczyłam zdenerwowanie na twarzy Reski ciągnącym się milczeniem. Nie spieprz tego, Genevive.
— Nie, nie, Reska, skąd ci to przyszło do głowy? — spytałam, ponownie unosząc spojrzenie na cholernie wysokiego chłopaka i zmarszczyłam nos. — Valorein mi świadkiem, że jesteś jedną z tych osób, przy których nie czuję się, jakby miała mnie zjeść, zamienić w kamień, w każdej chwili walnąć piorunem z nieba albo posłać w ognie piekielne i jest wręcz zbawiennym oddechem pomiędzy jedną jaskinią pełną potworów a drugą. Wybacz, ale nie jesteś straszny, Resiuńciu, Izia, mimo że o dobre pół metra niższa od ciebie i urocza, przywodzi mi na myśl burzę, dlatego wolę ją ugłaskać. A tyś… Tyś po prostu dobry, miły Reska, z którym wybieram pocztówki, a potem ciągnie mnie na czekoladę. — rozgadałam się. Nie wiedziałam kiedy, nie wiedziałam dlaczego, ale się rozgadałam, a gdy się rozgadywałam, to bełkotałam, nie wiedząc do końca co, bo panikowałam. Może to było śmieszne, ale wewnątrz bardzo panikowałam, bojąc się, że coś sknocę. — A co do pierwszaków i plotek, to mogę ci streścić, a nawet podsunąć ci rzeczoną małolatę, bo ona pewnie lepiej się orientuję w pierwszych rocznikach. Ja siedziałam nad mapami przez pierwszy semestr — dodałam już spokojniejsza i nieznacznie się uśmiechnęłam do niego.

piątek, 16 marca 2018

A ty w ogóle wiesz, czym są pocztówki? [5]

Chłopak wyglądał, jakby dokładnie dobierał słowa i nie wiedział do końca, jakich powinien użyć. Mimo tej widocznej niepewności trochę się rozczarowałam, gdy usłyszałam niezbyt rozbudowaną odpowiedź, ale hej! Czy sama przypadkiem często tak nie robiłam, odpowiadając półsłówkami?
Reska podrapał się zakłopotany po policzku i się zaczęło.
— Chociaż... To było całkiem niedawno, więc mogłoby się nadawać... Siedząc w książkach, dopadły mnie myśli "co dalej?". Raczej nie mam bogatej wyobraźni i nie potrafię sobie wyobrazić, co mógłbym robić w przyszłości. — Uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam go, mimo że na moje ramiona nagle opadł ciężar na dźwięk słowa „przyszłość”. — Chyba pójdę na zmywak albo zostanę czyimś parobkiem. Najlepiej, gdybym znalazł zatrudnienie jako gosposia u jakiejś bogatej rodzinki. Co prawda, muszę się sporo poduczyć w prowadzeniu domu, ale to nic. Uda mi się to zrobić, przynajmniej taką mam nadzieję... Hm... A ty Vene? Nie wiem, czy już kiedyś pytałem, ale masz jakieś plany, co do przyszłej pracy?
Pytania o przyszłość były z tej kategorii, których po prostu nie lubiłam, bo nigdy nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Rodzinka ni to przewracała oczami, ni to zmartwiona marszczyła brwi, mamrocząc coś o tym, że powinnam już znać swoje plany na życie. Szkoda, że nie mogłam zasłonić oczu, a potem rzucić rzutką i wybrać to, w co trafiła. Nie miałam już trzynastu lat, kiedy mogłam sobie pozwolić na takie rzeczy.
Tym razem to ja się zakłopotałam, a uśmiech się nieco zmniejszył, gdy spojrzałam na chłopaka zmęczonym i zagubionym wzrokiem.
— Ni cholerę. Może przewodnik, nawigator, coś w ten deseń — odpowiedziałam, zaciskając powieki, na których zamigotał mi układ linii, po czym się uśmiechnęłam. — Albo szukanie zaginionych osób. Lubię szukać i prowadzić — dodałam, otworzywszy oczy. A ostatnimi czasy znajdowanie kogoś całkiem nieźle mi wychodziło [Tylko pewna niewiasta w fioletowych włosach, miała ochotę urwać mi za to głowę].

piątek, 9 marca 2018

A ty w ogóle wiesz, czym są pocztówki? [3]

Chłopak nie odmówił, ba, powiedział „Z miłą chęcią”, czyli ta cisza przez ten długi czasu nie sprawiła, że zachowywaliśmy się nieporadnie i niezręcznie. Przynajmniej tyle dobrego.
Pogoda była cudowna. Słoneczko grzało, zachęcając do lżejszego ubioru oraz wyjścia na dwór, do lasu, altanki, tudzież nad pobliskie jeziorko. Gdyby tylko nie ten duszny mundurek. Nawet jak zdjęłam marynarkę, było nadal za gorąco. Zaraz nakierowałam Reskę w stronę upragnionego cienia, mamrocząc cicho, że jak może mu nie być gorąco, rozejrzyj się człowieku, ja tu się zaraz ugotuję.
Z radością wylądowałam w zacienionej części ścieżki, idąc zdecydowanie raźniejszym krokiem, niżeli kilka chwil temu.
— W sumie masz rację… — zaśmiał się, a ja posłałam mu uśmiech. — Ten wujek... Jakoś nieszczególnie lubiany przez twojego brata? — Na mojej twarzy zagościło zdziwienie na parę sekund, ale zaraz wróciłam do szerokiego wyszczerzu, powstrzymując ciche parsknięcie śmiechem.
— Mój brat uwielbia wujka Jacka. Są wręcz nieznośnym duetem — odpowiedziałam rozbawiona, chcąc sobie wyobrazić, żeby którekolwiek z dzieciaków nie lubiło wujka Jacka. Tego śmieszkowatego iluzjonisty, który sprzedawał wszystkie anegdotki oraz historie z życia naszych rodziców, a potem obrywał z każdej strony. — Młody raczej jest zły za to, że nie przyjeżdżam do domu, a sam na razie ruszyć się nie może, więc… — Westchnęłam, chcąc wcisnąć dłonie do kieszeni, ale zaraz przypomniałam sobie, że spódnica ich nie posiadała. No tak, jak zwykle zapominałam o tym upierdliwym fakcie. — Ale zejdźmy z tematu mojego brata. Co u ciebie, panie Haverfield?

poniedziałek, 5 marca 2018

A ty w ogóle wiesz, czym są pocztówki? [1]

Pierwszy semestr minął w ogarnianiu młodej, nadrabianiu straconych lat z Jamesem i siedzeniem nad mapami, za które obrywałam gromiącymi spojrzeniami. Przynajmniej skończyły się w drugim semestrze, w którym przywitał mnie standardowym warczeniem Krzysztof, na które odpowiadałam "Tak, wiem. Ciebie Izel kocha bardziej", a żuk nadal wyglądał, jakby chciał mi co najmniej odgryźć rękę, gdy głaskałam go ostrożnie. Innymi słowy żyłam, oddychałam i jeszcze kończyny miałam całe.
Ale mowoznastwo zawsze będzie czymś, co idzie mi opornie, po kija wzięłam to na rozszerzenie. Ach, no tak. Bo mimo wszystko lubiłam ten parszywy przedmiot. Odchyliłam się na swoim miejscu, wzdychając cicho, gdy nastał koniec lekcji. Ostatniej lekcji. Jak to cudownie brzmi. Dopisałam końcowe linijki notatki, nie spiesząc się i czekając, aż reszta uczniów przepchnie się na korytarz, a ja będę mogła spokojnie wyjść.
Mrugnęłam oczami, spoglądając na Reskę, Resiuńcię, Straszydło, Towarzysza Do Wybierania Pocztówek i podałam pakującemu się chłopakowi jeden z jego długopisów.
— Dziękuję. — Skinęłam głową, uśmiechając się i przyglądałam się mu przez chwilę, dopóki nie przypominało mi się, że sama też powinnam się zbierać. — Vene, masz jakieś plany? Może twojemu bratu brak nowych pocztówek?
Podrapałam się nerwowo po policzku, przypominając ostatnie oświadczenie brata i zaśmiałam się cicho.
— Obecnie ma na mnie focha, bo zwiałam do wujka i ogłosił okupację mojego pokoju, dopóki nie wrócę. Wątpię, żeby pocztówki go ugłaskały — powiedziałam, niemalże słysząc obrażony ton Allena oraz jego zezłoszczoną improwizację na skrzypcach. — Ale planów mieć nie mam. Ciepło jest, pogoda śliczna, chętnie bym się przeszła na mały spacer. Potowarzyszysz mi, Reska Haverfield? — spytałam, uśmiechając się.

środa, 21 lutego 2018

Spotkanie po latach [X]

— Sky prosiła. Jakieś tam sprawy, coś tam, coś tam. No i Heather prosiła, żeby mieć na całą tą gromadę oko, zanim coś się tu seryjnie odpierdoli. — Zmrużyłam oczy, wpatrując się w niego intensywnie, jakbym mogła w ten sposób wyczytać z chłopaka informacje, które chciałam. Ale nie mogłam. Już pomińmy to, że nie zrobiłabym mu tego, a na samą myśl o evencorze coś się we mnie przewracało. Brrr. — Lepiej mi powiedz, co ty tutaj robisz.
Mrugnęłam, podrapałam się po policzku nerwowo i westchnęłam przeciągle, bo co ja właściwie robiłam w AWU? Zawsze uciekałam na ostatni rok ze szkół do innej szkoły w nadziei, że zwieję przed wyborem, co naprawdę chcę robić ze swoim życiem. Nawet w papierach do Instytutu, gdy matka nade mną wisiała jak kat nad skazanym, zaznaczyłam krzyżykiem "niezdecydowany" przy kierunkach. Plus sprawy z Estalii, które lepiej, żeby zostały w Estalii. No, i Izel, i te listy śmierdzące piżmem, jakby nadawca chciał mi tym na starcie przekazać, że to on i tylko on, a nie nikt inny. Z jednej strony mnie to denerwowało, a z drugiej uspokajało. Eww, właściwie mogłam skrócić to jednego słowa, przyczepionego do mnie od urodzenia.
Przeczesałam włosy, układając usta na powrót w uśmiechu, choć nieco przygasłym.
— Jak zawsze, James, szukam czegoś — parsknęłam śmiechem, zaciskając odrobinę palce na jego ramieniu, jednak zaraz poluźniłam uścisk, po czym puściłam go całkowicie, widząc majaczące w oddali fioletowe włosy oraz ogromną torbę. — I właśnie znalazłam małą ważkę, którą powinnam jeszcze dzisiaj ogarnąć. Trzymam cię za słowo, że pójdziemy na tę kawę — powiedziałam, unosząc wyżej kąciki ust. — Do zobaczenia, Podusio!

niedziela, 18 lutego 2018

Spotkanie po latach [8]

— I tak mnie kochasz, Gene. — Ooj, grabisz sobie, Miracles. Walnęłam go łokciem w żebra, mrużąc groźnie oczy i wymamrotałam cicho "Vene. Vene, do cholery, James". — Poza tym, nadal mam tobie do oddania jedno małe cholerstwo, o ile ta piekielna kukiełka nie zgniotła się w bagażu. Czym ty ją zaklęłaś? Ogień, lód, woda, rozpuszczalnik, nic nie dało rady tego cholerstwa zamknąć choć na moment, gadatliwość i skorość do wkurwiania ma zdecydowanie po właścicielce. — Posłałam mu uroczy uśmiech, przechylając głowę na bok, jakby to był największy komplement na świecie. Ha, trzeba było mi odpisywać i odpowiadać na moje telefony, idioto, to byś nie musiał się użerać z moim kukiełkowatym odpowiednikiem. Poza tym to była całkiem niezła zabawa, tworzenie miniaturowej wersji samej siebie, żeby kogoś wkurzyć to cudowne zajęcie, nie licząc szycia, podczas którego straciłam z kilka litrów krwi, a na każdym moim palcu u dłoni widniał opatrunek od przeklętych igieł.
Mrugnęłam zdezorientowana, gdy chłopak pociągnął mnie za sobą w innym kierunku i parsknęłam śmiechem, machając szybko na odchodne Diaskro. Swoją drogą trzeba będzie lepiej dziewczynę poznać, zdecydowanie. Z tych kilku krótkich minut nic nie wywnioskowałam, zwłaszcza że się nie odezwała słowem.
— Musimy jej zwiać, zanim się rozmyśli i mi znowu na głowę spadnie. — Uśmiechnęłam się lekko.
— Jak zwykle zajęty, Jamesiątko — mruknęłam, używając zdrobnienia używanego przez jego siostry w odwecie za "Gene". — Właściwie nie zdążyłam spytać. Co cię sprowadza w te urocze strony do równie uroczej uczelni, jaką jest AWU? — spytałam, wlepiając w niego zielone oczy i zrównałam się z nim krokiem, żeby mnie nie ciągnął za sobą niczym kukłę.

Amor też bywa śmieszkiem [0]

Nie wiedziałam, co mnie skusiło do zgłoszenia się do gry. Może pragnienie odrobiny zabawy, której ostatnio mi brakowało. Może Izel, która się wahała. Może dlatego, że dostałam śmierdzący piżmem liścik mówiący "Opiekuj się Izel". Spokojna twoja rozczochrana, będę. Poza tym świetnie sobie radzi.
Kochałam Izel, była swego rodzaju skrzyżowaniem słońca z owadem. Taki świetlik, co może oświetlić ci drogę, ale też złośliwie zamrugać swoim świecącym odwłokiem przed oczami i cię oślepić. Dlatego przeklinałam Carter, gdy ta zniknęła w tłumie reszty graczy, zostawiając mnie ni rozbawioną, ni poirytowaną, bo cholera, czemu sukienka? Nie miałam gdzie podziać dłoni, które przeważnie chowałam w kieszeni kurtki, ale obecnie nerwowo mi majtały, jakby nie wiedząc, co powinny ze sobą zrobić.
Westchnęłam, stwierdzając w duchu, że to ostatni raz, gdy się z nią na coś piszę [ta, i tak obydwie wiemy, że jej nie zostawię]. Spojrzałam na tablicę, opuszkami palców przejeżdżając po krawędziach żółtej walentynki i szukałam swojego imienia oraz godności mojego dzisiejszego walentynkowego towarzysza. Mrugnęłam z niedowierzaniem i parsknęłam śmiechem, zastanawiając się, jaką chłopak ma minę i czy w ogóle wie. Na moich ustach pojawił się uśmiech, po czym zaczęłam się rozglądać za blond czupryną, z której właścicielem miałam spędzić ten dzień. Poszerzyłam uśmiech i udałam się w stronę Jamesa raźnym krokiem, po czym znalazłszy się przy nim, klepnęłam go w ramię.
— Witaj, moja walentynko.

środa, 14 lutego 2018

Spotkanie po latach [6]

— Trudno mi powiedzieć, jakiś niski, gówniarski typek w okularkach, które chyba pamiętały okres wczesnej komuny. Jeżeli chodzi o naszą niespodziankę rodziną, to błogosławiona siedzi na dupie, gdzie ma siedzieć i raczej nabroiła na tyle, że ją matka co najwyżej na drugą stronę wypuści. — Niski, w okularach, czyli Foma, ale to zostawmy, bo następne słowa wzbudziły we mnie mieszane emocje i moje brwi automatycznie powędrowały do góry, bo, cholera, chciałam wiedzieć więcej, zdecydowanie więcej. Jednak życie jest brutalne, cisnące się na usta pytania musiały zostać odłożone na czas nieokreślony, ale nie ma tego złego, uśmiech na słowa Jamesa sam się pojawił, zastępując zmieszanie i mimowolnie przewróciłam oczami ni rozbawiona, ni szczęśliwa.
Spojrzałam na Diaskro, poszerzając wyszczerz i wyciągnęłam w jej stronę dłoń, przyglądając się dziewczynie z nieskrywaną ciekawością. Wyglądała na interesujący nabytek. Tfu, cofam. Na pewno była interesująca, bo jedno musiałam przyznać, że blondyn nie przyjaźnił się z nudnymi osobami.
— Prościej i jaśniej Vene. Jeśli ma się dobry powód, to można się wciąć. — Chociaż chętnie dalej bym pogadała, ale cóż... Życie. No, i chyba będę musiała powiedzieć mu, że jak nazwie mnie Genevive, to go zarypię, bo mój formularz mówi Vene. Naprawdę, dlaczego matka nie walczyła bardziej i nie zostałam Venifreą po prababce? A może skończmy tą szopkę, spuśćmy kurtynę, on i tak tutaj nie zawita. Inaczej Izel zarypałaby go na miejscu, a ja mogłabym się tylko uśmiechnąć. — Co do kawy, tak. Na Valorein, tak. A jak zwiejesz i znowu ucichniesz, to jasna cholera, znajdę cię, i ty doskonale o tym wiesz, a potem zginiesz śmiercią powolną, bolesną i tragiczną — dodałam, dźgając go łokciem w żebra.

sobota, 10 lutego 2018

Spotkanie po latach [4]

Moje brwi mimowolnie powędrowały w górę i lustrowałam uważnym spojrzeniem twarz Jamesa. Jego mina ewidentnie mówiła: „Nie chcę o tym rozmawiać”, jednak zaraz starał się to wszystko zatuszować, unosząc wyżej kąciki ust. Oj, coś czuję, że pierwsza sprawa, z którą pójdę do matki, to wybadanie, co się dzieje u mojego kochanego [nie]kuzynostwa i „cioci” Meian.
— To długa historia, ale raczej się rozeszliśmy. — Miałam ogromną ochotę zgarnąć go gdzieś i wyciągnąć z niego całą historię, ale zaraz wyciszyłam ten natarczywy głosik, po czym go po prostu przytuliłam mocniej, nie chcąc psuć radości z tego spotkania. Jednak obiecałam sobie w duchu, że kiedyś postaram się zahaczyć o ten temat. Kiedyś.
Odchrząknęłam cicho, chcąc w jakiś sposób, choćby desperackim, odgonić złe myśli ogarniające nas z każdej strony. Dzisiaj bez smutku. To ma być miły, przyjemny dzień. Wzięłam go pod ramię i pociągnęłam, żebyśmy się ruszyli, bo mimo wszystko rozmowa w tłumie nie była ani trochę dobrym pomysłem. Za dużo uszu, za dużo obcych ciał, za mało przestrzeni osobistej, o której w sumie nie powinnam mówić, bo i tak naruszałam tą należącą do chłopaka.
— A jak szkoła ci się podoba? I kto cię wprowadzał? Bo wszystkie możliwe opcje są w sumie zabawne, ale jedna w szczególności mnie bawi. — Tym razem to moja kolej nadeszła na maskowanie, a jednocześnie chciałam się dowiedzieć, czy przypadkiem blondynka nie wróciła. Uśmiechnęłam się lekko do Jamesa, czekając na odpowiedź.

piątek, 2 lutego 2018

Spotkanie po latach [2]

— Mógłbym spytać ciebie o to samo, Karzełku — mruknął, a ja trzepnęłam go w ramię, przewracając oczami. Wyrośnięty emp był ostatnią osobą, od której chciałam słyszeć, że jestem niska. Cóż, nie był to pierwszy lepszy wyrośnięty emp, a mój ukochany, najlepszy przyjaciel pod słońcem, z którym zawsze dręczyłam rodzeństwo, także to trzepnięcie w obecnej sytuacji miało w sobie więcej czułości niżeli fochu.
Przy okazji przyjrzałam mu się, znajdując zmiany, które w nim zaszły przez te parę lat, gdy go nie widziałam. Wyrósł, cholernie wyrósł to po pierwsze. Wyprzystojniał to po drugie. I po trzecie i najważniejsze nadal mogłam dostrzec Jamesa, z którym jadłam czekoladę i obserwowałam otoczenie przez lornetkę na mrozie. Coś czułam, że bardzo będę lubić ten rok.
— Jestem tutaj już czwarty rok, przecież pisałam ci — odpowiedziałam rozbawiona, a potem mnie olśniło. — Czekaj... Będziesz się tutaj uczył? — spytałam, czekając na potwierdzenie, a gdy takowe otrzymałam, z radości znowu go przytuliłam, wtulając się w niego i zaczęłam się śmiać. Jednak zaraz się troszkę odsunęłam, nadal go obejmując, co było komiczne, jakbym nie wiedziała, czy go tulić, czy ochrzaniać, więc robiłam obydwie rzeczy na zmianę bądź jednocześnie.
— Co u ciebie? Jak się czujesz? Jak się ma moja kukiełka? — spytałam rozbawiona.

czwartek, 1 lutego 2018

Spotkanie po latach [0]

Zapięłam pomarańczową bluzę, rozglądając się za znajomymi twarzami i odruchowo sięgnęłam do włosów, żeby je poprawić. Całkowicie zapomniałam, że po skróceniu ich przez Joce musiałam je spinać do tyłu, więc mi nic nie opadało na twarz. Cóż, nadal się nie przyzwyczaiłam.
Lawirowałam pomiędzy tłumem, wyłapując pierwszy rocznik oraz co ciekawsze nabytki, ale starszych jak na razie brak. Nic. Null. Zero. Nawet wyrośniętego Dextera czy Reski nie widziałam, a ich trudno było przeoczyć. Przy okazji szukałam Heather, której jednoroczna przerwa mnie zastanawiała i się szczerze martwiłam, przypominawszy sobie niemrawą minę Davona i podenerwowanego Hopecrafta.
Kiedy już miałam podenerwowana spojrzeć na linie, ktoś chwycił mnie za dłoń i obrócił przodem do siebie, przez co pisnęłam zaskoczona, mając już gdzieś z tyłu głowy wyzwiska, ale zaraz zniknęły po pierwszym, przelotnym, niezbyt dokładnym rzucie oka na mojego oprawcę. Niezbyt dokładnym i przelotnym, ponieważ zostałam przyciągnięta i zamknięta w szczelnym, mocnym uścisku, ale tyle starczyło.
— Osz w mordę! — wydałam z siebie zduszony okrzyk, nie wierząc własnym oczom i odsuwając się, odchyliłam głowę, żeby przyjrzeć się lepiej osobnikowi. — James! — Krzyknęłam na cały dziedziniec rozpromieniona, zastanawiając się, czy najpierw mu przyłożyć, ochrzanić czy przytulić, ale to były tylko szybkie, nieprecyzyjne myśli w tłumie tysiąca innych, więc rzuciłam mu sie na szyję ze śmiechem, mamrocząc, że tęskniłam, że go zabiję, że dlaczego nie odpisywał, że go zabiję i bardzo, bardzo tęskniłam, i prawdopodobnie nie puszczę.
— Co ty tutaj właściwie robisz? — spytałam, w końcu nieco się uspokajając, ale nadal byłam na nim uwieszona i szczerzyłam się szeroko.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis