Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izel Carter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izel Carter. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 września 2018

Uciekając przed bratkami [0]

Leżałam zdyszana na mokrej trawie, ściskając trzęsącego się Krzyśka na brzuchu i miałam gdzieś, że w sumie teraz moja koszulka przesiąkła pozostałą wodą po deszczu, lepiąc się do ciała, moje włosy wyglądały, jakby z nich miało wylecieć całe stado ptaków i prawdopodobnie wędrowały sobie mrówki [lubiłam mrówki, więc mogły sobie mieszkać]. I wypadałoby odkazić dłonie, bo ranki szczypały. A to wszystko za sprawą tego małego diabła, który jak gdyby nic machał tymi swoimi włochatymi odnóżami, szczekając swoim kaczuszkowym, piskliwym głosem. Przysięgam, że jak się pozbieram z ziemi, to znajdę tego pierwszaka co nie dość, że mu wcisnął orzechy włoskie, to jeszcze jego koleżanka przyszła z przeklętą doniczką bratków, więc popylałam po całej szkole za tym szalonym żukiem.
— Ja pierdolę, gdybym cię tak, Krzysiek, nie kochała, to już dawno byśmy się pożegnali — mruknęłam, wzdychając ciężko i zaraz robaczysko wyślizgnęło mi się z rąk, żeby powędrować wyżej i przycisnąć mi nóżkę do twarzy. — ...To bardzo słaby protest — burknęłam, niechętnie podnosząc dłoń i odciągnęłam łapę robaczka od swoich ust. Jak na razie niespieszno było mi wstać, zwłaszcza, że słonko grzało, a na następną burzę czy deszczyk się jeszcze nie zapowiadało. Może wyschnę. Może, gdyby ktoś nie postanowił nie stanąć nade mną i zasłonić mi ciepłe promienie.
— Oddajcie mi słońce — jęknęłam, leniwie unosząc powieki, żeby spojrzeć w twarz osobie, która tak perfidnie zabrała mi ciepłe światło. 

poniedziałek, 23 lipca 2018

Zaraz zwariuję [9]

— Jestem cudowny administratorem tej stodoły, wypraszam sobie bardzo, pracuję wyłącznie na umowę-zlecenie, dwa dni w tygodniu przez godzinę, czyli i tak częściej niż przeciętny dziekanat normalnej uczelni, więc powinniście czuć tę łaskę z mojego potu, która spływa na was, uciemiężony lud studencki. Czy inne cholerstwa. — Uniosłam brwi, szczerząc się jak głupia do sera i obserwowałam, jak napastuje biednego omleta widelcem. — Jak ci mija życie na naszej uczelni, Śliwko moja? — Mrugnęłam zdezorientowana, obrzucając spojrzeniem to Jamesa, to kelnerkę. — Nie, wyciąć, to ostatnie zostawić. Jak ci mija życie na naszej uczelni, Izel?
Parsknęłam śmiechem, zgarniając kosmyki włosów do tyłu, żeby nie wpadły mi do ust. Muszę coś z nimi zrobić, bo ciągłe czesanie ich w warkocze, kucyki, cokolwiek, mnie już męczyło. Niby powinnam była się przyzwyczaić i robić to z automatu, jednak długie włosy były upierdliwe. A są jeszcze bardziej upierdliwe, gdy nie masz serca ich ściąć.
— Żyję, dycham, uszy mnie pieką i zastanawiam się, jak wyperswadować Vence wyjazd do Estalii — powiedziałam, splatając dłonie na kolanach, a lewa stopa zaczęła wystukiwać nerwowy rytm. — Najbardziej przemawia do mnie zamknięcie jej w szafie. Ewentualnie przylepienie się do niej i darcie mordy, ale znając ją, pewnie zabrałaby mnie ze sobą. — A ja nie chciałam widzieć twarzy tego chuja, drugiego też nie i brzoskwinki też. Trzy osoby, które pragnęłam zarypać ponad życie, w jednym miejscu, to nie na moje siły. — Czyli tak… W miarę, mogłabym rzec. Chyba. Nie jestem pewna.

sobota, 14 lipca 2018

Zaraz zwariuję [7]

Wyszczerz stawał się szerszy, ciało bardziej rozluźnione, żołądek pełniejszy i śmiech, całkiem ładny śmiech Jamesa rozbrzmiał po mojej paplaninie, którą można było skrócić do: „Jestem paskudną, młodszą siostrą”, ale rozwinięcia są zabawniejsze.
— Uwierz, mi mam chyba z dziesięć sióstr. — Uniosłam brwi, wlepiając w niego rozbawione spojrzenie i parsknęłam pod nosem. W sumie dlaczego się dziwiłam? Przecież obiło mi się o uszy trochę informacji o jego rodzeństwie. — Chociaż nie, w sumie to sześć sióstr i jednego brata. Potrafię doskonale zrozumieć twoje problemy życiowe, sam doświadczam ich notorycznie. W sumie, to ty tylko jedno rodzeństwo masz? Żadnej siostry młodszej do wkurwiania robalami?
Odłożyłam widelec, żeby rozłożyć bezradnie ręce i przybrałam równie smutną minę.
— Niestety, jestem najmłodszym bachorem w naszej rodzinie. — Chociaż czy bachorem? Niby niedlugo miałam być według prawa imariańskiego pełnoletnia, ale jakoś tego nie czułam. — A rodzeństwa mam tylko troszkę mniej od ciebie, bo… Aż cztery. Z drugiej strony przy tobie powinnam powiedzieć „tylko cztery”. — W pewnym momencie się zawahałam, jakby sama musiała policzyć, ile właściwie mam rodzeństwa [bo kto wie, czy rodzicom jednak nie zamarzył się kolejny dzieciak i może nie byłam najmłodsza], a ta mała wyliczanka przypomniała mi, że musiałam o coś spytać Carmen. Coraz więcej pytań, ewww, chyba mało jej się to spodoba. — Ale nie martwta się, Willow dręczę pająkami tak, że jej krzyki agonii słyszy cały Teret, a Krzysiek ciągle warczy na Evive, bo to jego nemezis i w sumie to każdej nocy Przewodnik musi spytać, czy dzisiaj pająki mogą spać na zewnątrz, bo czuje się obserwowana. I w sumie wkurwiam część dziewczyn z akademika nimi, więc widzisz, mam bardzo wiele obiektów do dręczenia, niekoniecznie młodszych ode mnie — zachichotałam i nawet w moich uszach zabrzmiało to chochliczo. — A, właśnie, Bigby, jak się miewasz na swoim nowym stanowisku? Czy w sumie w ten sposób zostałeś Śnieżką, a Hopecraft Cranem?

niedziela, 8 lipca 2018

Zaraz zwariuję [5]

— Ta blondyna z samorządu uczniowskiego, co teraz u Mińska w biurze robi. — Niedbały uśmiech zagościł na ustach blondyna, a ja przeczesywałam swoją pamięć. Ach, Heather. —  Chociaż aktualnie ty zasługujesz bardziej na tytuł honorowej siostry niż ona. Kto by pomyślał, żeby tak wystawiać swoich starszych braci na cierpienie posiłku w samotności?
Parsknęłam śmiechem, już widząc, jak zabiera mi ten tytuł równie szybko, co go przyznawał. Nerwy jakoś zelżały, kolczyki nie piekły tak bardzo i zdecydowanie czułam się bardziej odprężona. 
— Wiesz, mój starszy brat by się nie zgodził i tak samo jak on odradzam mnie jako siostrę. Chyba, że chcesz babrać się z dużymi owadami, wyciągać tarantule z kieszeni i butów, bo jak je zgnieciesz, to płaczę, krzyczę i każę odprawiać pogrzeby na koszt mordercy albo żebym wylewała na ciebie wodę za każdym razem, gdy palisz, a potem psikała perfumami — powiedziałam z coraz szerszym wyszczerzem i zabrałam się za jedzenie zachęcona poprzednim gestem chłopaka. — Wymieniałabym dalsze wady bycia moim bratem, ale poprzestanę na tych kilku i powiem, żebyś się cieszył z takich sióstr jakie masz — dodałam. Były jeszcze trzy powody, które zwały się Krzysiu, Kalejdoskop i Oktawian, ale to nie moja wina, że biedronki są bardzo terytorialnymi i agresywnymi owadami! Nawet po latach znajomości z Krzysiem Kalejdoskop na niego warczała, chociaż czasami zabawnie było na nich popatrzeć.

piątek, 6 lipca 2018

Zaraz zwariuję [3]

— Największa miłość mojego życia, zostałem z własną ręką, to i tak lepiej niż Hopecraft. Założę się, że to dlatego, że kazałem jej płacić za jej część popcornu. Trzeba było zostać gejem, założę się, że zostałem do tego powołany i pewnie Stwórca kręci nade mną z góry głową, modląc się o nadejście mojego zbawienia. Tylko jest mały problem, jeżeli ty masz być tym zjawiskowym objawieniem, to żądam reklamacji.
Uniosłam brwi, nie wiedząc, czy byłam bardziej rozbawiona, czy zdenerwowana. Chyba to drugie, bo ucho jak piekło, tak piekło dalej, a nawet mocniej. Powinnam w końcu je wymienić na jakieś lepsze, żebym nie chodziła z czerwonymi od bólu uszami.
Przez kilka chwil walczyliśmy na spojrzenia, jednak koniec końców chłopak odchrząknął i przerywając naszą małą bitwę, powiedział:
— Przepraszam? Siostra mnie wystawiła, a ja nie lubię jeść w samotności, więc, Izel, czy zrobisz mi tę przyjemność i zjesz ze mną obiad?
Normalnie pewnie zamyśliłabym się teatralnie i udałabym, że się naprawdę głęboko nad tym zastanawiam, jednak tym razem nie miałam siły na takie rzeczy, więc jedynie uśmiechnęłam się do niego rozbawiona.
— Zjem z tobą obiad. Po części po to przyszłam — powiedziałam, rozwiązując szalik i opadłam na wolne krzesło, powstrzymując westchnięcie. Ale ciekawskiego pytania sobie nie daruję. — Kim jest twoja siostra?

poniedziałek, 2 lipca 2018

Zaraz zwariuję [1]

Chcę się spotkać z tatą.
Poprawiłam kolczyki, czując, że moje zdenerwowanie ma ogromną ochotę na ulewę. Ni kija nie wiedziałam, dlaczego ją wzięło nagle na to chęć rodzinnego zjednania, ale uśmiech Evive, delikatnie rzecz ujmując, wprawiał mnie w przerażenie. Bo czułam burzę w kościach, czułam, że zaraz piorun trzaśnie, ale nie sądziłam, że w takiej formie i powstrzymywałam się przed krzyknięciem „Nie pozwalam!” oraz głośnym tupnięciem nogą. Bo przecież obiecywałam, że nic nie powiem, że to ma odejść w niepamięć, bo Vene nigdy nie drążyła, Vene zawsze wierzyła, jeżeli chodziło o nią, nawet jeśli na kilometr śmierdziało przekrętem, kłamstwem i oszustwem. A teraz zaczęła wiercić, dobijać się, jakby zależało od tego jej życie.
Przetarłam twarz, rysując czubkiem buta po powierzchni śniegu i stwierdziłam, że muszę coś zjeść, bo jeszcze sekunda myśli o tym, a zaczną mnie uszy piec, grad się posypie z nieba i ogólnie wyląduję w kolejnym bajzlu. Właściwie już wylądowałam. Ugh.
Szybka podróż autobusem do miasta minęła na nerwowym ciągnięciu się za fioletowe kosmyki, po czym weszłam do losowej restauracji, czego mogłam szybko pożałować, gdy zobaczę ceny. I żałowałam, ale już z innego powodu.
— Ej, ty tam! Głodny jesteś? — Wbiłam tępy wzrok w Bigby’ego, rozważając wszystkie za i przeciw, czy jednak nie lepiej zwiać do jakiejś cukierni, innej restauracji, kawiarenki, ale koniec końców zrobiłam krok do przodu z bladym uśmiechem skierowanym do Jamesa.
— Któż cię wystawił, Miracles?

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Poszukuję [0]

Vene była coraz dziwniejsza i bardziej niespokojna, ale na moje pytania machała dłonią, uśmiechając się szeroko i pchała mi w dłonie teretańskie cukierki, żebym się rozchmurzyła, bo „Izel, burzę zaraz wywołasz, dosłownie”. A potem wystarczyło szepnąć słówko, że może Carmen przysłała wiadomość, że może Kalejdoskop będę mogła przygarnąć do murów AWU i całkowicie popadałam w ekscytacje, zapominając o zmartwieniach oraz przypominając sobie o nich dopiero po paru ładnych godzinach, gdy nie mogłam wrócić do tematu. Za łatwo dawałam się spławiać brunetce, za co ochrzaniałam siebie w myślach, ale nie drążyłam, mając nadzieję, że prędzej czy później mi powie.
Tymczasem próbowałam się nie przejmować i latałam z niedyskretnie upchanymi w kieszeniach granatowego swetra cukierkami, które wypadały z nich przy każdym moim bardziej skocznym kroku, oraz pudłem popcornu, który cudem nie poszedł w ślady cukierków. Najwyżej zgarnę naganę, ale pragnę zauważyć, że mi raczej do kuli armatniej daleko.
Moje nogi poniosły mnie do świetlicy, gdzie ciesząc się z pustki padłam na kanapę i zastanawiałam się, co mogłabym obejrzeć. A może tak weszłabym w „cudowny” świat oper mydlanych? Co prawda w pewnym momencie będę walić głową o ścianę, ale dobra, dlaczego by nie? Warto spróbować. Stuknęłam palcem w policzek, wyciągając wolną dłonią telefon i zabrałam się za pisanie na stronie ogłoszenie. Po kilku chwilach wstukałam parę słów i przeleciałam wzrokiem po tekście, chcąc się upewnić, że wszystko w miarę brzmi.
„Poszukuję osoby, która wprowadzi mnie w, jak mniemam, cudowny świat „Mody na skrzydła” i innych seriali, bo sama się pewnie pogubię. Ewentualnie równie nieobeznanej niemoty jak ja. Zapewniam zapłatę w cukierkach i popcornie.
Zapraszam, pozdrawiam,

Izel Carter ze świetlicy.”

Wzruszyłam ramionami i wcisnęłam przycisk „wyślij”, dając dwadzieścia minut na jakikolwiek odzew. No co? Oglądanie samemu jest nudne.

wtorek, 29 maja 2018

Motyle mogą poczekać [X]

Pierwszą rzeczą, która rzucała się w oczy, gdy po raz pierwszy widziało się Dextera, zdecydowanie był jego wzrost. A kiedy zadarło się głowę, żeby spojrzeć mu w oczy, patrzyło się jedynie w hipnotyzujące, zielone oczy Davona. Jakoś tak dziwnie przygasłe. [W sumie to mu się nie dziwiłam, gdybym miała tyle papierów machnąć, to też odechciałoby mi się żyć].
— Izel, prawda? — Głos mężczyzny sprawił, że wyprostowałam się odruchowo, budząc się z letargu. — Nie ma tego złego, Heat zaraz przyjdzie i potem James nam tutaj pomoże. Po co przyszłaś?
Niepewnie usiadłam na podsuniętym krzesełku i zaklęłam w duchu, dopiero uświadamiając sobie, że zwiększyłam tym samym różnicę pomiędzy naszymi wzrostami. Trudno się mówiło, jeżeli miałam czuć się jak prawdziwy skrzacik, to się tak czułam. Obserwowałam jego reakcję na papiery, które przyniosłam, i nerwowo poprawiłam okulary, poczuwszy, jak zsuwały mi się z nosa.
— Och, chcesz zbudować motylarnie? — spytał z dość zabawną miną, na co uśmiechnęłam się, powstrzymując chichot i kiwnęłam głową twierdząco, kładąc dłonie na kolanach, po czym zastukałam palcami o rzepkę.
— Już podbijałam z tym do dyrektora rok temu, ale poprosił mnie jedynie o nazwisko i coś mi mówi, że przez kilka najbliższych lat Carterów w AWU nie zastaniemy… Ekhm, niczego nie żałuję! — parsknęłam śmiechem i skrzyżowałam nogi w kostkach, powstrzymując odruch machania nimi. Rzuciłam okiem na papiery. — Panie Davon, ja może najlepszego wzroku nie mam, ale ta sterta papierów to raczej za dużo na trzy osoby, prawda? Poza tym i tak mi się nigdzie nie spieszy. — Poszerzyłam uśmiech i brzydko go uprzedziłam, widząc, jak otwiera usta, żeby odpowiedzieć. — Skoro moja cierpliwość wytrzymała rok, to jeszcze trochę czasu jej nie zaszkodzi. Motyle mogą poczekać. Naprawdę.

niedziela, 27 maja 2018

Srebrniki to urocze bachory [12]

Mina Damiena mówiła wszystko. Od zdezorientowanej miny spowodowanej natłokiem informacji po mrugające oczy z szybkością trzepotu skrzydeł kolibra. Parsknęłam rozbawiona śmiechem, a Krzysztof dalej się wdzięczył. Owszem, srebrniki to cudowne zwierzaki, ale jeżeli ktoś podejdzie do tego z „To tylko robak, im niewiele trzeba”, to mocno się przejedzie. W swojej nieskończonej cudowności potrafią być nieskończenie złośliwe oraz nieprzewidywalne.
 — To chyba odpuszczę. — Zachichotałam cicho, rozkładając bezradnie ręce, jakby chcąc go w ten sposób przeprosić. Chłopak zaraz zwrócił się do żuczka, który na zawołanie wlepił w niego swoje ślepia. — Bez obrazy, jesteś przedstawicielem cudownego gatunku, ale jak to słyszę, to głowa mała, a trzeba się jeszcze samym sobą zaopiekować. — Przyjemny, niegłośny śmiech połaskotał moje uszy, gdy szukałam następnego stroju. — W sumie to cię podziwiam, jak mam być szczery. — Tym razem to ja zamrugałam zdziwiona. Co prawda nie tak intensywnie i szybko jak Damien.
Poprawiłam okulary, starając się ukryć tym ruchem, że moje policzki zapewne pokrył róż. Przeważnie ludzie uważali to za dziwne, głupie, bądź obrzydliwe. Bo hej, masz bzika na punkcie robaków. Więc takie słowa były dość… Zaskakujące.
— Dzięki. Staram się dbać o niego — powiedziałam jakoś tak nieco ciszej i ochryple. Odchrząknąwszy, żeby odzyskać na powrót normalny głos, przywołałam srebrnika i na miejsce melonika wcisnęłam mu wianek ze stokrotek. — I to nie jest aż tak trudne, jak brzmi. Gdy się przyzwyczaisz, to idzie potem lżej. A jeżeli boisz się, że zapomnisz się sobą zaopiekować, zawsze możesz kogoś poprosić, żeby zaopiekował się tobą. — Pancerz Krzyśka został ubrany w błękitny sweterek z napisem „Too fab for your negativity” i ledwo cofnęłam ręce, to owad wystrzelił w stronę Damiena. Nie mógł latać w tym ubraniu, ale mimo wszystko na swoich włochatych nóżkach biegał równie prędko.

czwartek, 24 maja 2018

Srebrniki to urocze bachory [10]

— Ale za to bardzo uroczy bachor. — Roześmiałam się, gdy doszedł do moich uszu cichy komentarz Damiena i kiwnęłam głową na potwierdzenie, znajdując jaskrawy, błękitny melonik z czarnym paskiem i wcisnęłam go na łepek Krzysztofa, pomiędzy rogami. Zaraz jego postawa zrobiła się jeszcze dumniejsza, o ile było to możliwe i obrócił się wokół własnej osi. Jego oczka wbijały się we mnie i świdrował mnie wzrokiem, jakby chciał mi coś powiedzieć. — Jak wygląda utrzymywanie go? Sam chciałem się kiedyś za takie rzeczy zabrać, ale opinie w internecie mało mi mówią.
Zerknęłam przelotnie kątem oka na bruneta i zastanowiłam się nad odpowiedzią. Jednak zanim jej udzieliłam, znalazłam czarną muchę do kompletu, która ładnie komponowała się z pasami na pancerzyku robaka i mu ją założyłam. Dopiero gdy zadowolony robak podleciał do chłopaka, żeby się przed nim wdzięczyć i zaprezentować, jak ładnie wygląda, odezwałam się:
— Pierwsza złota zasada, żadnych bratków w pobliżu, bo zaraz zostaną zamordowane bez żadnej litości i przy okazji ktoś morze dostać w mordę doniczką. Nie żartuję. — Skrzywiłam się na wspomnienie, gdy Luc chciał zaznaczyć swoje terytorium i w okolicach jego pokoju było mnóstwo rzeczonych kwiatów. Nadal w uszach rozbrzmiewał mi dźwięk nosa brata, który spotkał się z doniczką. — Jak pewnie zauważyłeś, uwielbia być w centrum uwagi i bywa strasznie zazdrosny. Staje na rogach, żeby tylko na niego spojrzeć. I tak właściwie wszystkie srebrniki z drobnymi wyjątkami tak mają. Najśmieszniej jest wtedy, gdy przychodzi czas zbudowania sobie gniazdka i bez pardonu przeszukują wszystkie szuflady, żeby wybrać ubrania, które mogą wykorzystać. Chociaż wtedy nie było mi do śmiechu. — Usłyszałam radosny, niewinny szczek, na co teatralnie westchnęłam. — Nie oddam ci następnych swetrów — burknęłam, pokazując język Krzysztofowi, który szczeknął jeszcze raz. — Z pożywieniem nie jest źle, tylko trzeba chować przed nimi włoskie orzechy i nie pozwalać zjadać liści klonowych, bo potem ma się kłopot, a zwierzak dostaje świra albo zdycha ci na rękach. I pamiętać, żeby stępić mu co jakiś czas różki, żeby nikogo na nie nie nadział, bo często zapominają, że mogą komuś zrobić krzywdę, gdy radośnie latają od osoby do osoby. I dopóki nie zaprzyjaźnisz się bardziej ze srebrnikiem, to lepiej sam tego nie rób, zaczynają się bronić. — Odruchowo potarłam się po przedramieniu. Byłam zbyt głupia i zbyt pewna siebie, żeby posłuchać się taty, a potem dostałam za swoje.
Przeczesałam palcami włosy, zastanawiając się, czy czegoś nie pominęłam i czy przypadkiem nie starałam się za bardzo streszczać.
— I chyba tyle…

Srebrniki to urocze bachory [8]

Damien uśmiechnął się ładnie, z rozbawieniem i nie wyglądał, jakby mój zapał oraz moja mała obsesja na punkcie stworzeń, które miały więcej nóg niż powinny i budziły w większości społeczeństwa obrzydzenie, go męczył. Naprawdę, gdyby się zgodził do założenia Klubu Owadów [albo czegoś w ten deseń] i zgarnęłabym jeszcze Evive, a Mińsk rzuciłby mi w końcu pozwolenie, byłoby cudownie. Naprawdę okropnie, strasznie, cholernie, niewyobrażalnie cudownie.
— Możemy obskoczyć dwie atrakcje, jeśli taka potrzeba. Czasu wolnego mam aż zanadto, więc — tutaj rzucił spojrzenie Krzysztofowi, mówiąc cicho. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek na kogoś krzyczał albo podniósł głos choć trochę. — Jaka kolejność to tylko od was zależy.
Przysięgam, że przeważnie nie okazuję takiej radości pomijając chwilę, gdy fangirluję, ale podskoczyłam, klaszcząc w dłonie i wydałam z siebie bliżej nieokreślony dźwięk wyrażający prawdopodobnie szczęście, po czym przytuliłam krótko Damiena i zaczęłam go ciągnąć w stronę pokoju. Czułam, że Krzysztof prycha i fuka, gdy wykonywałam te parę dość szybkich i gwałtownych czynności i jeszcze bardziej zagrzebuje się w moich włosach. Mogę oddać mu moją kurtkę na gniazdo i największą miskę, jaką znajdę, ale niech w moich włosach nie mieszka.
— Więc najpierw zaczynamy od Krzyśka, bo jak już pewnie zauważyłeś, to taki mały absorbujący, narcystyczny robak-bachor, którego mimo wszystko kocham, bo to moje dziecko — parsknęłam, śmiejąc się pod nosem.
Gdy znaleźliśmy się w pomieszczeniu, puściłam bruneta, rzucając ciche „Rozgość się” i wyciągnęłam kuferek, który był wypełniony strojami srebrnika. Żuczek na widok swojej garderoby zaszczekał radośnie i zaraz zleciał mojej głowy, zostawiając fioletowe kosmyki skołtunione oraz potargane na rzecz wybierania, w co mam go przebrać. Spojrzałam na Damiena z rozbawieniem i zaczęłam rozczesywać palcami włosy.
— Jak już mówiłam, bachor.

Srebrniki to urocze bachory [6]

Wzruszył ramionami, leniwie rozciągając usta w uśmiechu, a z czarnych włosów poczochranych przez Krzyśka uciekł kosmyk. Damien kojarzył mi się troszku z leniwcem. Takim miłym, kochanym, śpiącym leniwcem. Słysząc jego ciężkie westchnięcie, zaśmiałam się cicho i wygrzebawszy spinkę z biedroneczką, stanęłam na palcach, chcąc mu ten kosmyk „umocować” na miejscu, żeby mu nie majtał przed twarzą i nie denerwował.
— Jak zawsze czysty i cały do twojej dyspozycji. A cóż macie do zaproponowania, co? — Wyszczerzyłam się od ucha do ucha, w głowie układając poszczególne rzeczy. Od Mińska nadal nie dostałam odzewu w sprawie motylarnii i raczej nie dostanę, a samorządu nie miałam zamiaru dręczyć na początku roku. I tak już mieli wystarczająco dużo na głowie, a ja nie chciałam dokładać nikomu swoich próśb o hodowlę owadów. W luj uroczych owadów, ale cóż. Trzeba zadowolić się alternatywą.
— Więc jak na razie mam dwie. — Szczeknięcie Krzyśka, poplątanie włosów jednym ruchem nóżki. Zaraz się poprawiłam. — Mamy. Pierwszą jest bawienie się z Krzyśkiem w dom mody, ponieważ narzeka mi na brak publiczności, a Evive jako jego nemezis się pod tą kategorię nie zalicza nawet. Druga to budowanie domków dla motyli. Miota mną, bo nadal nie dostałam odpowiedzi na motylarnię, a moja rodzina raczej nie zgodzi się na następną jakąkolwiek owadzią farmę. Nawet jeśli ich wzrost nie przekracza wielkości mojej dłoni. — Wydęłam wargi niezadowolona.

Srebrniki to urocze bachory [4]

Mimowolnie zachichotałam, zasłaniając dłonią usta, gdy Krzysztof postanowił zbadać jamę ustną chłopaka swoją włochatą nóżką i nadal z tym radosnym popiskiwaniem przebierał pozostałymi odnóżami, jakby zajmował się najbardziej fascynującą rzeczą na świecie.
— Miło mi cię poznać, Krzychu, ale następnym razem, proszę, oszczędź moich ust, jak bardzo bym nie chciał, nie jesteś smaczny. — Wyszczerzyłam się szeroko do chłopaka, gdy mój pupil wrócił na moją głowę, kwitując to niezadowolonym szczęknięciem, ale zaraz zwinął odnóża pod siebie i spokojnie klapnął. Żywy kapelusik. Dopóki nie potarga mi włosów, powinno być ok kogo ja oszukuję? i tak to zrobi, a potem będę wyglądać, jakby uwił sobie gniazdko.
— Wybacz, lubi pchać swoje nogi tam, gdzie nie powinien. Zwłaszcza gdy poznaje kogoś nowego i go szufladkuje, ale to w cholerę przekupna bestia. Za woreczek pestek słonecznika nawet zatańczy. — Poklepałam żuczka po grzbiecie, wiedząc, że prędzej czy później upomni się o swoją porcję czułości, więc wolałam odwlec ten moment, zanim zacznie mi szczekać nad uchem o tulasy.
— Jesteś wolny czy masz jakieś plany i będziesz gdzieś pędzić? — spytałam, zadzierając niego głowę tak, żeby widzieć twarz Damiena, ale też tak, żeby nie dostać oburzonego pisku, ”bojaktotakzrzucaszmniezeswojejgłowy”. Zdecydowanie mniej się denerwowałam, niż przy naszym pierwszym spotkaniu, co było pewnie zasługą obecności Krzyśka [z nim zawsze mniej się stresowałam] i tym, że nie miałam ochoty wodzić nerwowym wzrokiem i uciekać, ponieważ byłam tym już najzwyczajniej w świecie zmęczona.

Srebrniki to urocze bachory [2]

Stojąc przy nim, przypomniałam sobie, że był dość wysoki i poczułam się nagle tyciuchna. Aż przypomniała się mi moja mała wycieczka z Elathe, gdzie czułam się jak dzieciak, ponieważ geny miejscowej ludności nie żałowały wzrostu. Chociaż tam z przynajmniej dwa metry miał każdy, jeśli pamięć mnie nie myliła.
— Hej, miło cię widzieć. — Odwrócił się w moją stronę. —  Leniwie, głównie odpoczynek połączony z jakimiś objazdami i zwiedzaniem. A tobie? Plus naprawdę piękny srebrnik. Pupilkujesz go? — Jego wzrok utkwił w Krzysztofie, który szczeknął, jakby wiedział, że o nim mowa i jak na zawołanie, stanął na mojej głowie, dumnie się prezentując i starając się nie spaść. Uśmiechnęłam się szerzej, chichocząc i mogłabym przysiąc, że w oczy mi zabłyszczały, gdy powiedział „piękny srebrnik”. No, nie moja wina, że tak <i>mało</i> osób z mojego otoczenia interesowało się wszelakimi robakami, pajęczakami i owadami, i byłam tak trochę bardzo szczęśliwa.
 — Na rozwiązywaniu problemów i męczeniu rodziny oraz przyjaciół, chociaż pod koniec udało mi się wyrwać na parę wycieczek  — powiedziałam, po czym dodałam z rozbawieniem:  — Gdzieś ty, był człowieku przez całe moje życie? Tak, pupilkuję go. Krzysiek, przywitaj się ładnie.  — Żuk, jakby tylko czekając na moje słowa, przesiadł się na głowę Damiena i zaczął jeździć odnóżami po jego twarzy, szczekając radośnie.  —  ...Nie do końca to miałam na myśli, przyjacielu.

Srebrniki to urocze bachory [0]

Zignorowałam rozbawiony wzrok Vene, gdy przytuliłam się do swojego łóżka w akademiku z błogim uśmiechem oraz Krzysztofem, który wylegiwał się na moich plecach. Po ogarnianiu Carmen, rodziców oraz brata miałam ochotę po prostu paść na podłogę, zasnąć i nigdy się nie obudzić. Albo wybić do cioci Emm, skoro Evive wyemigrowała do mnie. Jednak nie ufałam nikomu na tyle, żeby zostawić swoich robaczych towarzyszy na okres wakacji samych sobie, kiedy wszyscy zjeżdżali się do domu. A ciocia nie byłaby raczej zadowolona z nalotu owadów... Ale było mi lżej i mogłam się uśmiechać.
Brunetka gdzieś wyszła, prawdopodobnie szukać Bigby’ego albo kogoś z samorządu [nie pamiętałam, jak się nazywała], więc sama się poderwałam, żeby się przejść, a Krzysiek z oburzeniem szczeknął, wzbijając się w powietrze, bo jego materac [czyli ja] postanowił się ruszyć. Wybacz, żuczku, trochę wyprostujesz swoje owłosione nóżki. Albo skrzydełka.
Zaraz się okazało, że z prostowania nóg u Krzyśka nic nie wyszło, ponieważ usadowił się na mojej głowie, robiąc sobie ze mnie darmowy transport. Ni ziewnęłam, ni zachichotałam, po czym ruszyłam na parter akademika. Może uda mi się kogoś złapać? Kto wie.
W oddali zamajaczyły mi znajome czarne włosy dość wysokiego jegomościa, przez co na mojej twarzy zagościł uśmiech i po chwili wahania ruszyłam w jego stronę. Dźgnęłam Damiena w ramię, żeby zwrócić jego uwagę.
— Cześć — powiedziałam, gdy spojrzał w moją stronę i poszerzyłam odrobinę wyszczerz. — Jak minęły wakacje?
Czułam, jak srebrnik patrzy ciekawsko na chłopaka, ale nie robi żadnego ruchu. Chyba chciał wybadać, czy to będzie jego następne nemezis czy jednak będzie napastował jego głowę.

wtorek, 22 maja 2018

Motyle mogą poczekać [0]

Wpatrywałam się w czubki swoich butów i szczerzyłam się jak głupia, co jakiś czas nimi stukając, żeby zobaczyć, jak świetliki na kilka sekund błyskają jaskrawym, zielono-żółtym światłem. Taka mała rzecz, a cieszy. Poprawiłam opaskę z tym samym owadem, przejrzałam plik kartek dla pewności jeszcze raz i wzięłam głębszy wdech. I tak wystarczająco długo zwlekałam z motylarnią, więc chyba nadszedł najwyższy czas, prawda?
Skocznym krokiem udałam się w stronę pokoju samorządu, przyprawiający innych o ból oczu swoim neonowym, żółtym sweterkiem. Rzuciłam tylko krótkie „cześć” paru znajomym osobom [w tym Evive, której niedowierzający wzrok czułam na swoich plecach, dopóki nie zniknęłam szybko za zakrętem], nie mając nawet chwilki, żeby się zatrzymać, ponieważ byłam zbyt podekscytowana. Przed drzwiami, zanim zapukałam, wzięłam jeszcze parę głębszych wdechów, starając się nie podskakiwać, ani nie stukać czubkiem buta o podłogę, po czym zastukałam w kłykciami o drzwi. Gdy usłyszałam upragnione „proszę”, weszłam do środka z szerokim uśmiechem na twarzy, który odrobinę zrzedł na widok piętrzących się papierów i krzątającej się osoby po pomieszczeniu.
Och, jednak mogłam pójść dręczyć Mińska.
Zamrugałam, przyciskając do klatki piersiowej kartki i rozważałam po cichu, czy jednak się nie wycofać i jeszcze trochę nie poczekać z motylarnią. Jak zwykle za wolno myślę.
— W czymś mogę pomóc? — Mimo woli zaczerwieniłam się i odchrząknęłam, maskując zakłopotanie uśmiechem i uniosłam wzrok, bo zdecydowanie za często nim uciekałam.
— Ja… W sumie… Bo widzę, że przeszkadzam… Może przyjdę później? — Najlepiej za rok. — Albo nie wiem… Pomóc? — Nawet nie wiedziałam kiedy, a zaczęłam odruchowo stukać czubkiem buta o podłożę. Miałam się pozbyć tego nawyku, ale coś mi mówiło, że on mnie tak łatwo nie opuści.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Pogoda bywa nieprzewidywalna [X]

W odpowiedzi na mój komentarz otrzymałam nerwowy i zmieszany śmiech. Cóż, raczej nikt mu mało znany nie mówił, że przypomina jego rodzicielkę, tę część rodziców, która głaskała po główce, całowała skaleczenia, której wzrok sprawiał, że gdy się coś przeskrobało, chowało się w sobie i chciało się błagać o wybaczenie na kolanach.
— Nie no, o dziwo całkiem dużo, oczywiście bliskich mi osób powtarza, że czasami mają wrażenie, że to ja je karmiłem, gdy były małe. Takie tam, matczyna intuicja się gdzieś we mnie zalęgła najwidoczniej, mama dobrze wychowała i takie są efekty, nieprawdaż? — Kiwnęłam głową na potwierdzenie, śmiejąc się, gdy rozłożył rękę w bezradnym geście. — Lepsze to, niż bycie cały czas chujem, przepraszam za słownictwo, tak jak mój brat. Znaczy mi też się to zdarza, może czasami ciut za często, no ale żeby cały czas, kurwa?
W końcu nie wytrzymałam i roześmiałam się głośno, i nawet nie wiedziałam kiedy, ale śnieg zniknął, a jego jakiekolwiek ślady już dawno się rozpuściły. No, może ziemia była wilgotniejsza niż przedtem.
— Cóż, czasami trzeba, no może nie cały czas, ale czasami, niezbyt często. Miłym też trzeba być, chociaż mało komu chyba udaje się utrzymać złoty środek — powiedziałam, szczerząc się jak głupia do sera. — Jedni są zbyt mili, a drudzy nie za bardzo. — Zdjęłam kaptur z głowy, kołysząc się na stopach. Z pięt na palce, z palców na pięty, jakby nagle obudziło się we mnie zbyt dużo energii, jednak zaraz przestałam, odwracając się w stronę Adama z szerokim uśmiechem i się ukłoniłam. — Dziękuję. Ogólnie dziękuję — zaśmiałam się cicho, prostując się. — Trzymaj się, Adam. Do zobaczenia. A! I palenie jest niezdrowe! — dodałam jeszcze, robiąc parę kroków do tyłu i pomachałam mu na odchodne. Zdecydowanie było mi lepiej.

środa, 25 kwietnia 2018

Pogoda bywa nieprzewidywalna [12]

I zrobiło mi się weselej, gdy usłyszałam, jak wybucha śmiechem. Tak jakby ktoś choć trochę zdjął ciężar z moich ramion, a uśmiech się poszerzył odrobinkę. Bo mimo że zaczęło się niezbyt kolorowo, to byliśmy uśmiechnięci i prawdopodobnie lepiej się czuliśmy, niż kilkanaście minut temu, a ten dzień stał się chyba mniej parszywy.
— Oj, zapamiętam to, masz to u mnie jak w banku. — Parsknęłam cicho, mrużąc oczy i zdmuchnęłam na bok zbłąkany kosmyk. — I no już, już nie martw się tak, wszystko pójdzie dobrze, a ty sama jesteś cudowna, więc w ogóle jak cokolwiek mogłoby nie pójść po twojej myśli? — oświadczył, podchodząc bliżej, a ja pokręciłam głową, śmiejąc się pod nosem. Dużo, panie Walsh, ale dzisiaj poddam się perswazji i nie będę o tym myśleć. — Naprawdę, nie masz czym się przejmować i mimo tego, że mówię to, nie znając całej sytuacji, to jestem o tym święcie przekonany. Głowa do góry, pierś do przodu i przed siebie, Izel!
Odruchowo zrobiłam to, co powiedział, nie zastanawiając się nad tym dłużej i roześmiałam się ponownie, gdy się zorientowałam. To, jak mówił, przypominało mi kogoś i mimowolnie ten fakt sprawił, że jeszcze bardziej wzrosło we mnie przekonanie, iż powinnam postąpić tak, jak radził. Uśmiechnęłam się do niego rozbawiona. Tak właściwie przypominał je obydwie.
— Mówisz jak moja mama.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Pogoda bywa nieprzewidywalna [10]

Grzebałam w ziemi czubkiem kalosza, czekając na odpowiedź chłopaka. Może nie powinnam była go o to pytać? Z innej strony nie wiedziałam do końca kogo spytać. Saffir na mnie naciskał, Vene wzruszała ramionami, Carmen uciekała, a ja nie wiedziałam, w którą stronę powinnam iść.
— Wiesz, Izel, jestem szczery do cholery i raczej zbytnio nie przejmuję się tym, co ktoś pomyśli, ale… — Spojrzałam na niego, gdy zatrzymał się w pewnym momencie, jakby zbierał słowa. — Ale na twoim miejscu i tak bym to powiedział. Wiesz, prawda zawsze wychodzi na wierzch, kłamstwo ma krótkie nogi i te sprawy, lepiej żeby osóbka dowiedziała się wcześniej, niż zdecydowanie za późno no. Bo i tak ostatecznie zawsze się dowiadują — dokończył, spuszczając wzrok i schował dłoń do kieszeni.
Moje palce zatańczyły na materiale hydrofobowym [czyjaktosiętamzwałoimówilimiwszkole], ścierając krople po stopionym śniegu i wzięłam głębszy oddech, zanim się do niego uśmiechnęłam. No tak, lepiej wcześniej odkryć karty, niż później, gdy moje ręce będą puste, usta drżące, a oczy zapłakane, ponieważ nie tak to wszystko miało pójść.
— Dziękuję — powiedziałam z wdzięcznością po dłuższej chwili milczenia, gdy w duchu starałam się przekonać do tego, że przecież tak powinno być. Zaczęło mi się oddychać odrobinę lżej, przestałam stopą grzebać w błotnistej ziemi. Cóż, później zmyje się. — Przypomnij mi, jak się uspokoję, że jestem ci winna parę godzin ładnej pogody.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Pogoda bywa nieprzewidywalna [8]

Zachichotałam cichutko, widząc jego reakcję na chłód oraz białe płatki i sama się obróciłam wokół własnej osi z delikatnym uśmieszkiem. Lepiej wywołać śnieg na zewnątrz niż wewnątrz. Genevive i jej współlokatorka mogłyby mi nie wybaczyć zasp śnieżnych na ich łóżkach oraz rzeczach.
— Wal śmiało. — Krótkie parsknięcie śmiechem. — Nie obiecuję, że jestem najlepszy w dziedzinie, o którą mnie zapytasz, ale zawsze spróbować można, prawda? W końcu, kto ci zabroni, lubię cię przecież, a więc postaram się dać jak najlepszą radę.
Uśmiechnęłam się do niego, a czubek kalosza ponownie zanurzył się w nieco błotnistej ziemi.
— Też cię lubię — powiedziałam, poszerzając uśmiech i odchyliłam głowę, przymykając oczy oraz zastanawiając się, jak zadać to pytanie. W sumie, nad czym ja się zastanawiam? I tak wyjdzie rozmemłanie. Podrapałam się po policzku. — Jeśli... Jeśli wiesz, że kogoś coś zrani, ale to bardzo, bardzo mocno zrani i... I w pewien sposób może się poczuć zdradzona, ale powinna o tym wiedzieć... I jest to dla ciebie ważne, ale boisz się, że mogłaby ci tego zabronić... To powiedziałbyś jej o tym? — Mój głos stracił na pewności i zaczęłam skubać rękaw płaszcza, spuszczając coraz niżej głowę. Czubek czerwonego kalosza raz po raz zanurzał się w błotnistej ziemi i czekałam na odpowiedź. Nagle poczułam się jakaś taka mniejsza. Nie, żebym nie była mała.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis