Odsunął się i może troszeńkę się skrzywiłam, bo wcale nie tego pragnęłam, i może chciałam po prostu znowu się do niego przysunąć albo wręcz odwrotnie, przyciągnąć go do siebie, ponownie wsunąć palce w te kręcone, mokre włosy i szepnąć do uszka, że jakoś to wszystko się ułoży, że będzie dobrze. A następnie zdjął z siebie bluzę i po prostu zarzucił mi ją na ramiona, nawet jeżeli już nic miało mi to nie dać. Uśmiechnęłam się delikatnie, ciut zaskoczona samym gestem. A
— Powinniśmy wracać, robi się coraz zimniej — stwierdził Yamir, a następnie podniósł się na swoje nogi i posłał w moim kierunku uśmiech. Nieporadny i dziwnie kontrastujący z zaczerwienionym nosem oraz oczami od łez.
Podał mi swoją dłoń, a ja przyjęłam ją z wielką chęcią, może i ściskając ją ciut bardziej niż powinnam. Ale w końcu cała ta nasza rozmowa była czymś więcej niż powinniśmy sobie pozwolić.
Jednak w tamtym momencie po prostu wolałam o tym nie myśleć.
— Dziękuję — mruknęłam nieporadnie, podciągając się na ręce Hindusa i splotłam swoje palce z jego.
Westchnęłam, przylgnęłam do drugiego ciała, szukając odrobiny ciepła, bo naprawdę zrobiło mi się chłodniej i zacisnęłam mocno powieki, stwierdzając, że wolę po prostu skupić się na jego oddechu niż złotym spojrzeniu.
— I przepraszam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wanda Anastazja Przewalska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wanda Anastazja Przewalska. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 września 2018
środa, 26 września 2018
Idziemy zaszaleć [9]
Etykiety:
Idziemy zaszaleć,
Wanda Anastazja Przewalska
— Wyglądasz pięknie.
I zanim zdążyłam się uśmiechnąć, podziękować i może zarumienić, ledwo chwyciłam za torebkę, a Heather już porywała mnie za drzwi pokoju, łapiąc za dłoń i ciągnąc w kierunku drzwi. I może i parsknęłam śmiechem, ciut zaskoczona całym tym entuzjazmem i pozytywnością.
Ale czy narzekałam?
Wręcz przeciwnie.
I w końcu dotarłyśmy przed akademik, gdzie od może i dłuższej chwili czekała na nas reszta kobiecej, silnej i niezależnej grupki, stukając w zniecierpliwieniu obcasami o posadzkę. Wszystkie skinęłyśmy sobie głową i posłałyśmy jeszcze ciut niezręczne uśmiechy w powitaniu.
— No, to oficjalne przywitanie. Miśka, Wanda, Hera, Diaskro, idziemy się bawić i wszystkie się już znamy. — Zerknęłam kątem oka na dzisiaj wyjątkowo energetyczną Heather, mając wrażenie, że zaraz nam odfrunie w całym tym podekscytowaniu. — Jakieś specjalne życzenia na nockę? – dopytała jeszcze, no i przysięgam, brakowało mi tylko klaśnięcia w dłonie.
Westchnęłam cicho, zmarszczyłam czoło, a następnie po prostu rozpromieniłam się, gdy szeroki uśmiech wsunął się na moją twarz.
— Po prostu się dobrze bawmy, tak myślę? — mruknęłam, raczej niepewnie i wzruszyłam ramionami, aby następnie spotkać się z karcącym wzrokiem blondynki. No tak, za mało energii, za mało pasji i tak dalej. Westchnęłam i wyprostowałam się dumnie, zadzierając nos. — Tak, bawmy się dobrze i może upijmy do nieprzytomności, bo w końcu kto nam zabroni!
Oj, miałam wrażenie, że całe to wyjście zakończy się w ciekawy sposób.
Miejmy tylko nadzieję, że wszystkie wrócimy do akademika bez żadnych strat fizycznych czy psychicznych.
I zanim zdążyłam się uśmiechnąć, podziękować i może zarumienić, ledwo chwyciłam za torebkę, a Heather już porywała mnie za drzwi pokoju, łapiąc za dłoń i ciągnąc w kierunku drzwi. I może i parsknęłam śmiechem, ciut zaskoczona całym tym entuzjazmem i pozytywnością.
Ale czy narzekałam?
Wręcz przeciwnie.
I w końcu dotarłyśmy przed akademik, gdzie od może i dłuższej chwili czekała na nas reszta kobiecej, silnej i niezależnej grupki, stukając w zniecierpliwieniu obcasami o posadzkę. Wszystkie skinęłyśmy sobie głową i posłałyśmy jeszcze ciut niezręczne uśmiechy w powitaniu.
— No, to oficjalne przywitanie. Miśka, Wanda, Hera, Diaskro, idziemy się bawić i wszystkie się już znamy. — Zerknęłam kątem oka na dzisiaj wyjątkowo energetyczną Heather, mając wrażenie, że zaraz nam odfrunie w całym tym podekscytowaniu. — Jakieś specjalne życzenia na nockę? – dopytała jeszcze, no i przysięgam, brakowało mi tylko klaśnięcia w dłonie.
Westchnęłam cicho, zmarszczyłam czoło, a następnie po prostu rozpromieniłam się, gdy szeroki uśmiech wsunął się na moją twarz.
— Po prostu się dobrze bawmy, tak myślę? — mruknęłam, raczej niepewnie i wzruszyłam ramionami, aby następnie spotkać się z karcącym wzrokiem blondynki. No tak, za mało energii, za mało pasji i tak dalej. Westchnęłam i wyprostowałam się dumnie, zadzierając nos. — Tak, bawmy się dobrze i może upijmy do nieprzytomności, bo w końcu kto nam zabroni!
Oj, miałam wrażenie, że całe to wyjście zakończy się w ciekawy sposób.
Miejmy tylko nadzieję, że wszystkie wrócimy do akademika bez żadnych strat fizycznych czy psychicznych.
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [20]
I patrzyłam, jak się rozpadał.
Jak płakał, jak słone łzy zostawiały nieładne ślady na tej ciemniejszej skórze, jak drżał i nawet jak po prostu leciało mu z nosa, nie najpiękniej, zdecydowanie nie poetycko, ale chyba życiu było ciut daleko od poezji.
I przysunął się do mnie, zostawiając dłońmi na trawie złoty ślad, twarde źdźbła. A ja otworzyłam ramiona i gdy już się do mnie doczołgał, dostał się do mnie na tyle blisko, bym poczuła jego oddech, to zamknęłam swoje ręce wokół niego, dłonie zacisnęłam ciut mocniej na koszulce, a może palce wplotłam we włosy i zaczęłam szeptać do ucha, bo chyba więcej nie mogłam zrobić.
Kto wie, może nawet były to bezsensowne, słodkie słówka, które często nie miały pokrycia z rzeczywistością, ale chyba właśnie tego potrzebował.
Albo potrzebowaliśmy.
Palcami przeczesywałam te kręcone, cudowne włosy, a cudowny chłopak dalej drżał pomiędzy moimi ramionami, niemiłosiernie się krzywiąc, zaciskając powieki i ukrywając te równie cudowne złote oczy, w które właśnie wtedy chciałam spojrzeć. Aby po prostu się upewnić, sprawdzić i przekonać się, że jest to po prostu chwilowe, że w końcu będzie dobrze i że wszystko się poskłada.
I w końcu sama zaczęłam drżeć. Nie do końca wiem, czy z zimna, czy po prostu od tych wszystkich emocji.
A później wzięłam jego twarz pomiędzy dłonie, kciukami przejechałam po tych dalej zamkniętych powiekach, po policzkach i po żuchwie, aby następnie musnąć czubek nosa ustami i jakkolwiek się uśmiechnąć.
Beznadziejnie, bo beznadziejnie, ale zawsze coś.
Jak płakał, jak słone łzy zostawiały nieładne ślady na tej ciemniejszej skórze, jak drżał i nawet jak po prostu leciało mu z nosa, nie najpiękniej, zdecydowanie nie poetycko, ale chyba życiu było ciut daleko od poezji.
I przysunął się do mnie, zostawiając dłońmi na trawie złoty ślad, twarde źdźbła. A ja otworzyłam ramiona i gdy już się do mnie doczołgał, dostał się do mnie na tyle blisko, bym poczuła jego oddech, to zamknęłam swoje ręce wokół niego, dłonie zacisnęłam ciut mocniej na koszulce, a może palce wplotłam we włosy i zaczęłam szeptać do ucha, bo chyba więcej nie mogłam zrobić.
Kto wie, może nawet były to bezsensowne, słodkie słówka, które często nie miały pokrycia z rzeczywistością, ale chyba właśnie tego potrzebował.
Albo potrzebowaliśmy.
Palcami przeczesywałam te kręcone, cudowne włosy, a cudowny chłopak dalej drżał pomiędzy moimi ramionami, niemiłosiernie się krzywiąc, zaciskając powieki i ukrywając te równie cudowne złote oczy, w które właśnie wtedy chciałam spojrzeć. Aby po prostu się upewnić, sprawdzić i przekonać się, że jest to po prostu chwilowe, że w końcu będzie dobrze i że wszystko się poskłada.
I w końcu sama zaczęłam drżeć. Nie do końca wiem, czy z zimna, czy po prostu od tych wszystkich emocji.
A później wzięłam jego twarz pomiędzy dłonie, kciukami przejechałam po tych dalej zamkniętych powiekach, po policzkach i po żuchwie, aby następnie musnąć czubek nosa ustami i jakkolwiek się uśmiechnąć.
Beznadziejnie, bo beznadziejnie, ale zawsze coś.
poniedziałek, 24 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [18]
Plecy uderzyły o mokrą, chłodną, twardą ziemię. Powieki uchyliły się ciut szerzej zszokowane całą tą sytuacją, płuca domagały się kolejnego, łapczywego oddechu, który pozwalał utrzymać świadomość, a łzy zostawiały nieładne ślady na twarzy.
Zastukałam palcami o trawę i może zrobiła się ciut bardziej zielona, niż chwilę temu.
Obróciłam głowę, policzek oparłam o grunt i spojrzałam na niego. Słowa nie docierały do uszu, a jeżeli już, to były lekko przygłuszone. I może lepiej, sądząc po mimice i szeroko rozchylonych wargach, nie były to zdania, które miały pokrzepić moje serce.
Zresztą nic dziwnego, chwilę temu znajdowałam się jeszcze pod taflą wody, a jeszcze kilka chwil przed tą sytuacją chłopak powtarzał, że nie podoba mu się ten pomysł.
Zamknęłam oczy, wypuściłam powietrze z płuc i podniosłam się do pozycji siedzącej. Powoli, nigdzie się nie spiesząc, nie uciekając. Schowałam twarz pomiędzy dłońmi, przetarłam ją kilka razy, po raz kolejny podniosłam wzrok na wściekłego złotookiego chłopaka, który ostatecznie skończył swój monolog, chociaż miało się wrażenie, że zaraz rozpocznie go od nowa.
I chyba wcale by mi to nie przeszkadzało. A następnie ja zaczęłam mówić. Nie krzyczeć, nie wrzeszczeć, prędzej temu było do marnego szeptu i lamentu.
Że też jest głupi i że jest ślepy mimo tych bardzo ładnych oczu, że również go nienawidzę, że nie obchodziło mnie, co mówił, że też go kocham, kochałam, że nie planuję umierać, że to nie on siedział przez kilkadziesiąt minut pod prysznicem, rycząc, że to nie mu pewna ignorancka czy niewidoma osoba, złamała serce i że wcale nie planuję nigdzie iść, nawet jeżeli teraz chciałabym zapaść się pod ziemię czy po prostu wrócić do domu.
Kto by pomyślał, że to aż tyle wytrzyma, prawda?
Zastukałam palcami o trawę i może zrobiła się ciut bardziej zielona, niż chwilę temu.
Obróciłam głowę, policzek oparłam o grunt i spojrzałam na niego. Słowa nie docierały do uszu, a jeżeli już, to były lekko przygłuszone. I może lepiej, sądząc po mimice i szeroko rozchylonych wargach, nie były to zdania, które miały pokrzepić moje serce.
Zresztą nic dziwnego, chwilę temu znajdowałam się jeszcze pod taflą wody, a jeszcze kilka chwil przed tą sytuacją chłopak powtarzał, że nie podoba mu się ten pomysł.
Zamknęłam oczy, wypuściłam powietrze z płuc i podniosłam się do pozycji siedzącej. Powoli, nigdzie się nie spiesząc, nie uciekając. Schowałam twarz pomiędzy dłońmi, przetarłam ją kilka razy, po raz kolejny podniosłam wzrok na wściekłego złotookiego chłopaka, który ostatecznie skończył swój monolog, chociaż miało się wrażenie, że zaraz rozpocznie go od nowa.
I chyba wcale by mi to nie przeszkadzało. A następnie ja zaczęłam mówić. Nie krzyczeć, nie wrzeszczeć, prędzej temu było do marnego szeptu i lamentu.
Że też jest głupi i że jest ślepy mimo tych bardzo ładnych oczu, że również go nienawidzę, że nie obchodziło mnie, co mówił, że też go kocham, kochałam, że nie planuję umierać, że to nie on siedział przez kilkadziesiąt minut pod prysznicem, rycząc, że to nie mu pewna ignorancka czy niewidoma osoba, złamała serce i że wcale nie planuję nigdzie iść, nawet jeżeli teraz chciałabym zapaść się pod ziemię czy po prostu wrócić do domu.
Kto by pomyślał, że to aż tyle wytrzyma, prawda?
niedziela, 23 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [16]
— Tylko nie za długo, bo wyjdzie coś gorszego, niż katarek.
I niby krzyknął, wręcz wydarł się, bym usłyszała, a jednak deszcz uderzający w taflę wody naprawdę dobrze zagłuszał jego słowa. Pozostawało czytanie spomiędzy warg.
Spoglądałam na tę zatroskaną twarz, w te bardzo ładne oczy i na te poskręcane włosy.
Zastanawiałam się, jakim cudem to wszystko jeszcze w jakikolwiek sposób wytrzymało, że nie krzyknęłam mu prosto w twarz, nie zdradziłam mu każdego sekretu czającego się gdzieś w sercu, aby następnie odwrócić się na pięcie i przyjść właśnie tutaj. Schować się, zniknąć i ryczeć, prawdopodobnie tarzając się na trawie. Tak po aktorsku, normalnie jak w tych wszystkich serialach dla dzieciaków.
I bardzo możliwe, że gdy już zaczęłam zmierzać w jego kierunku, a może wręcz przeciwnie, zaczęłam się cofać, to jedna ze stóp po prostu odjechała na tym obrzydliwym mule na dnie. I bardzo możliwe, że poleciałam do przodu albo do tyłu. Nie pamiętam, niby dlaczego miałabym to pamiętać. I bardzo możliwe, że w tym czasie Yamir dostał zawału.
I na początku krzyknęłam, przed zanurzeniem się całkowicie w wodzie, bo ta przecież była zimna, a ja spadałam właśnie do niej w dosyć niekontrolowany sposób. A następnie połknęłam wodę i to również nie należało do rzeczy zbyt przyjemnych. To wszystko w ogóle nie było przyjemne, mając na względzie to, że w sumie przez jakiś tam okres czasu znajdowałam się pod taflą wody, może i trochę panikując, może i ostatecznie zdając sobie sprawę z tego, że byłam głupim bachorem, który zawsze musiał zrobić sobie krzywdę, a ci wszyscy ludzie naprawdę mieli rację.
I chyba w końcu wynurzyłam się, nie wiem, czy sama, czy z jego pomocą, kaszląc, ledwo utrzymując równowagę i troszeńkę łkając. Ale tylko troszeńkę.
Zawsze lubiłam dramatyzować.
Pieprzona masochistka z zapędami samobójczymi i może sadystycznymi.
I niby krzyknął, wręcz wydarł się, bym usłyszała, a jednak deszcz uderzający w taflę wody naprawdę dobrze zagłuszał jego słowa. Pozostawało czytanie spomiędzy warg.
Spoglądałam na tę zatroskaną twarz, w te bardzo ładne oczy i na te poskręcane włosy.
Zastanawiałam się, jakim cudem to wszystko jeszcze w jakikolwiek sposób wytrzymało, że nie krzyknęłam mu prosto w twarz, nie zdradziłam mu każdego sekretu czającego się gdzieś w sercu, aby następnie odwrócić się na pięcie i przyjść właśnie tutaj. Schować się, zniknąć i ryczeć, prawdopodobnie tarzając się na trawie. Tak po aktorsku, normalnie jak w tych wszystkich serialach dla dzieciaków.
I bardzo możliwe, że gdy już zaczęłam zmierzać w jego kierunku, a może wręcz przeciwnie, zaczęłam się cofać, to jedna ze stóp po prostu odjechała na tym obrzydliwym mule na dnie. I bardzo możliwe, że poleciałam do przodu albo do tyłu. Nie pamiętam, niby dlaczego miałabym to pamiętać. I bardzo możliwe, że w tym czasie Yamir dostał zawału.
I na początku krzyknęłam, przed zanurzeniem się całkowicie w wodzie, bo ta przecież była zimna, a ja spadałam właśnie do niej w dosyć niekontrolowany sposób. A następnie połknęłam wodę i to również nie należało do rzeczy zbyt przyjemnych. To wszystko w ogóle nie było przyjemne, mając na względzie to, że w sumie przez jakiś tam okres czasu znajdowałam się pod taflą wody, może i trochę panikując, może i ostatecznie zdając sobie sprawę z tego, że byłam głupim bachorem, który zawsze musiał zrobić sobie krzywdę, a ci wszyscy ludzie naprawdę mieli rację.
I chyba w końcu wynurzyłam się, nie wiem, czy sama, czy z jego pomocą, kaszląc, ledwo utrzymując równowagę i troszeńkę łkając. Ale tylko troszeńkę.
Zawsze lubiłam dramatyzować.
Pieprzona masochistka z zapędami samobójczymi i może sadystycznymi.
Idziemy zaszaleć [7]
Etykiety:
Idziemy zaszaleć,
Wanda Anastazja Przewalska
— By troszkę się pognębić? — zapytała, aby następnie podejść do mnie i po prostu objąć, zacząć obracać i wprowadzić w niemałe zakłopotanie. — Wanda, nie masz nawet trzydziestki, a już zakładasz, że nigdy się w ślubną kiecę nie wciśniesz, tego lub tej właściwej pewnie jeszcze nie poznałaś, na co czarne myśli?
Zatrzymała mnie, przejechała przez całą twarzyczkę niebieskim spojrzeniem i prychnęła oburzona, marszcząc to swoje czółko. No cóż.
— Skracam ci czas na przygotowania o pół godziny, skoro masz czas na myślenie o takich rzeczach — zarzuciła jeszcze, puszczając mi oczko i rzuciła się wręcz do mojej kosmetyczki, zaczynając wyrzucać z niej dosłownie wszystko. Skrzywiłam się nieznacznie, splatając ręce na klatce piersiowej i odrobinę opuszczając wzrok. — Maluj się, zarzuć włosami i lecimy.
Ostatecznie tylko wzruszyłam ramionami, by następnie podejść do dziewczyny i chwycić za te pędzelki, szminki i inne cholerstwa, na które zdecydowanie ostatnimi czasy za dużo wydawałam.
— No już, już, pędzę, lecę, spokojnie — wyburczałam pod nosem, w kilku krokach znajdując się przed lustrem, by w pośpiechu zacząć się malować. Pięć minut powinno wystarczyć. Powinno. — Wcale nie takie czarne, ot co, taki tam pomysł, cieszmy się, że jeszcze do klasztoru iść nie planuję — prychnęłam, kręcąc zalotką przy oku, prawie go sobie nie wydłubując.
A kilka minut później stałam przy blondynce w pełni gotowości, zastanawiając się, czy to wszystko aby na pewno było dobrym pomysłem i czy aby na pewno mój brat zgodziłby się na takie wyjście.
Raz kozie śmierć, czy jak to się mówi?
Zatrzymała mnie, przejechała przez całą twarzyczkę niebieskim spojrzeniem i prychnęła oburzona, marszcząc to swoje czółko. No cóż.
— Skracam ci czas na przygotowania o pół godziny, skoro masz czas na myślenie o takich rzeczach — zarzuciła jeszcze, puszczając mi oczko i rzuciła się wręcz do mojej kosmetyczki, zaczynając wyrzucać z niej dosłownie wszystko. Skrzywiłam się nieznacznie, splatając ręce na klatce piersiowej i odrobinę opuszczając wzrok. — Maluj się, zarzuć włosami i lecimy.
Ostatecznie tylko wzruszyłam ramionami, by następnie podejść do dziewczyny i chwycić za te pędzelki, szminki i inne cholerstwa, na które zdecydowanie ostatnimi czasy za dużo wydawałam.
— No już, już, pędzę, lecę, spokojnie — wyburczałam pod nosem, w kilku krokach znajdując się przed lustrem, by w pośpiechu zacząć się malować. Pięć minut powinno wystarczyć. Powinno. — Wcale nie takie czarne, ot co, taki tam pomysł, cieszmy się, że jeszcze do klasztoru iść nie planuję — prychnęłam, kręcąc zalotką przy oku, prawie go sobie nie wydłubując.
A kilka minut później stałam przy blondynce w pełni gotowości, zastanawiając się, czy to wszystko aby na pewno było dobrym pomysłem i czy aby na pewno mój brat zgodziłby się na takie wyjście.
Raz kozie śmierć, czy jak to się mówi?
środa, 12 września 2018
Idziemy zaszaleć [5]
Etykiety:
Idziemy zaszaleć,
Wanda Anastazja Przewalska
Westchnęła głośno, poprawiając te blond włosy, które najwidoczniej i jej uciekały zza ucha (no co za cholery!). Zamilkła na chwilkę, podczas gdy ja trzepnęłam kilka razy golfem, spoglądając na nią i czekając na prawdopodobnie dosyć ciężką odpowiedź.
— Zamierzam odebrać mojej matce prawa rodzicielskie nad młodszą siostrą — oświadczyła w końcu, niby się uśmiechając, a jednak nie, bo uśmiech był wyjątkowo gorzki i smutny. Oparłam dłoń na biodrze, przekrzywiając głowę w bok i spoglądając na stojącą przede mną blondynkę ze współczuciem w oczach. — Ale jestem niewystarczająco pijana, żeby o tym gadać, więc póki co, Mińsk obiecał mi robotę po zakończeniu nauki, będę uczyć i sekretarkować, więc jest moc.
Pokiwałam głową, również wzdychając, bo przecież nie chciałam zejść na trudne tematy. Jeszcze nie czas, jeszcze alkohol w naszej krwi nie buzował, więc na razie nie było sensu psuć sobie humoru, prawda?
— Dasz radę, Heather, jak nie ty, to kto — stwierdziłam, podchodząc w dwóch krokach do szuflady, by wyjąć z niej spódnicę. — W sumie ja dalej do końca nie wiem, co chcę robić. Niby to zielarstwo, botanika i tak dalej, ale… sama nie do końca wiem, czy potrafiłabym na tym zarabiać — mruknęłam, splatając ręce na klatce piersiowej. — Zawsze pozostaje otworzenie salonu z sukniami ślubnymi, by troszkę się pognębić, a i kasa najgorsza nie jest.
— Zamierzam odebrać mojej matce prawa rodzicielskie nad młodszą siostrą — oświadczyła w końcu, niby się uśmiechając, a jednak nie, bo uśmiech był wyjątkowo gorzki i smutny. Oparłam dłoń na biodrze, przekrzywiając głowę w bok i spoglądając na stojącą przede mną blondynkę ze współczuciem w oczach. — Ale jestem niewystarczająco pijana, żeby o tym gadać, więc póki co, Mińsk obiecał mi robotę po zakończeniu nauki, będę uczyć i sekretarkować, więc jest moc.
Pokiwałam głową, również wzdychając, bo przecież nie chciałam zejść na trudne tematy. Jeszcze nie czas, jeszcze alkohol w naszej krwi nie buzował, więc na razie nie było sensu psuć sobie humoru, prawda?
— Dasz radę, Heather, jak nie ty, to kto — stwierdziłam, podchodząc w dwóch krokach do szuflady, by wyjąć z niej spódnicę. — W sumie ja dalej do końca nie wiem, co chcę robić. Niby to zielarstwo, botanika i tak dalej, ale… sama nie do końca wiem, czy potrafiłabym na tym zarabiać — mruknęłam, splatając ręce na klatce piersiowej. — Zawsze pozostaje otworzenie salonu z sukniami ślubnymi, by troszkę się pognębić, a i kasa najgorsza nie jest.
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [14]
Po prostu spotkałam się z tym pełnym podejrzliwości spojrzeniem, nieufnym i ciut zatroskanym. Prychnęłam cicho, uśmiechając się ciut szerzej, a może i chciałam palcami przejechać po policzku mężczyzny, zahaczyć o ten naprawdę pasujący do niego nos i parsknąć śmiechem, by zdjąć w ten sposób tę melancholię z jego twarzy.
Ale przecież nie mogłam.
— Jak tak bardzo chcesz to wio, mocz nogi. Ja odpadam, muł między palcami jakoś średnio mi się widzi, a zakładanie później skarpetek to już w ogóle — odparł i skrzywił się, wręcz komicznie, więc ponownie odpowiedziałam głośnym śmiechem, choć miałam wrażenie, że tym razem było to głośniejsze, żywsze.
— Tak samej to nudno — wymruczałam, przeciągając teatralnie głoski w ostatnim słowie. — Ale i tak skorzystam, żyje się tylko raz i tak dalej, a katar i tak będę mieć.
No i niby miałam już odejść, a jednak jakoś bardzo mi się do tej wody nie spieszyło, bo Yamir był naprawdę ciepły i przyjemny, otaczał jakąś tam powłoką udawanego spokoju czy bezpieczeństwa. Mogłabym tak stać godzinami i podejrzewam, że wcale bym się tak szybko tym nie znudziła. Jeżeli kiedykolwiek. Ale w końcu musiałam wyślizgnąć się z tego niby nieporadnego, a jednak tak miłego uścisku, przygryzając policzek, a dłoń zabierając jaką ostatnią, bo skóra mężczyzny była naprawdę ciepła.
Poruszyłam palcami stóp, uśmiechając się pod nosem, a następnie ruszyłam do jeziora, które, muszę przyznać, było ciut zimne i możliwe, że pisnęłam cicho, gdy skóra tylko spotkała się z wodą. Postanowiłam jednak, że w końcu wypada grać jakąś tam dzielną i już dojrzałą dziewczynkę, więc zadarłam dumnie nos, a następnie wkroczyłam do jeziora na wysokość moich bioder. Obróciłam się przodem do brzegu, posyłając uśmiech obserwującemu mnie uważnie Yamirowi.
Świtezianka i chłopiec.
Piękny i młody.
Ale przecież nie mogłam.
— Jak tak bardzo chcesz to wio, mocz nogi. Ja odpadam, muł między palcami jakoś średnio mi się widzi, a zakładanie później skarpetek to już w ogóle — odparł i skrzywił się, wręcz komicznie, więc ponownie odpowiedziałam głośnym śmiechem, choć miałam wrażenie, że tym razem było to głośniejsze, żywsze.
— Tak samej to nudno — wymruczałam, przeciągając teatralnie głoski w ostatnim słowie. — Ale i tak skorzystam, żyje się tylko raz i tak dalej, a katar i tak będę mieć.
No i niby miałam już odejść, a jednak jakoś bardzo mi się do tej wody nie spieszyło, bo Yamir był naprawdę ciepły i przyjemny, otaczał jakąś tam powłoką udawanego spokoju czy bezpieczeństwa. Mogłabym tak stać godzinami i podejrzewam, że wcale bym się tak szybko tym nie znudziła. Jeżeli kiedykolwiek. Ale w końcu musiałam wyślizgnąć się z tego niby nieporadnego, a jednak tak miłego uścisku, przygryzając policzek, a dłoń zabierając jaką ostatnią, bo skóra mężczyzny była naprawdę ciepła.
Poruszyłam palcami stóp, uśmiechając się pod nosem, a następnie ruszyłam do jeziora, które, muszę przyznać, było ciut zimne i możliwe, że pisnęłam cicho, gdy skóra tylko spotkała się z wodą. Postanowiłam jednak, że w końcu wypada grać jakąś tam dzielną i już dojrzałą dziewczynkę, więc zadarłam dumnie nos, a następnie wkroczyłam do jeziora na wysokość moich bioder. Obróciłam się przodem do brzegu, posyłając uśmiech obserwującemu mnie uważnie Yamirowi.
Świtezianka i chłopiec.
Piękny i młody.
wtorek, 11 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [12]
I usłyszałam swoje imię wykrzyczane w bardzo charakterystycznej panice, wręcz strachu i zatroskaniu, ale uciekło uchem przeciwnym do tego, którym ono wleciało, tak jakoś. Może się rozmarzyłam, może po prostu nie chciałam wcale go słyszeć, może chciałam wpaść do tego jeziora i schować się pod taflą wody, wcale nie na długo, dosłownie na króciutką chwilę, byleby zaznać spokoju, którym tak często zachwycał się mój brat, bo przecież właśnie w ten sposób uciekał. Zawsze, od wszystkiego.
Plany pokrzyżowała jednak męska ręka na moich plecach, a następnie obejmująca mnie w talii, dosyć mocno, zdecydowanie nie chcąc, bym wyślizgnęła się z jego uścisku. Prychnęłam cicho, gdy już uderzyłam plecami o chyba ciut spanikowanego Yamira.
— Na litość boską, Przewi — mruknął mi do ucha, a temu wszystkiemu towarzyszył trochę przyspieszony oddech. Tylko trochę, tak, tak. — Nawet jeśli jesteśmy już przemoczeni do suchej nitki, to nie uważam, żeby był to dobry pomysł — dodał jeszcze i niby poluzował ten swój uścisk, a ja jednak nie chciałam nigdzie uciekać czy się odsuwać, bo akurat tutaj było mi naprawdę dobrze.
Przymknęłam oczy, uśmiechając się pod nosem, wsuwając dłoń na tę jego, która dalej spoczywała na moim boku, i odchylając ciut głowę, chcąc oprzeć ją na jego ramieniu, choć to wszystko było robione z pewną dozą niepewności i może i braku zaufania.
Bo przecież już raz wydawało się, że było blisko, a jednak spotkałam się z dosyć dużym rozczarowaniem, kto wie, prawdopodobnie również bólem.
— Tchórz — mruknęłam, parskając cichym śmiechem, ale dalej nigdzie nie uciekałam, bo przecież nie było sensu jeszcze bardziej go denerwować. — No chodź, pomoczymy tylko nogi, jest ciepło. I obiecuję, że teraz już nie będę biec i na pewno się nie poślizgnę, i będę bardzo ostrożna, i będę się ciebie pilnować — dodałam, otwierając nieszczęsne oczy i patrząc w te, moim zdaniem, ciut ładniejsze, złote.
Plany pokrzyżowała jednak męska ręka na moich plecach, a następnie obejmująca mnie w talii, dosyć mocno, zdecydowanie nie chcąc, bym wyślizgnęła się z jego uścisku. Prychnęłam cicho, gdy już uderzyłam plecami o chyba ciut spanikowanego Yamira.
— Na litość boską, Przewi — mruknął mi do ucha, a temu wszystkiemu towarzyszył trochę przyspieszony oddech. Tylko trochę, tak, tak. — Nawet jeśli jesteśmy już przemoczeni do suchej nitki, to nie uważam, żeby był to dobry pomysł — dodał jeszcze i niby poluzował ten swój uścisk, a ja jednak nie chciałam nigdzie uciekać czy się odsuwać, bo akurat tutaj było mi naprawdę dobrze.
Przymknęłam oczy, uśmiechając się pod nosem, wsuwając dłoń na tę jego, która dalej spoczywała na moim boku, i odchylając ciut głowę, chcąc oprzeć ją na jego ramieniu, choć to wszystko było robione z pewną dozą niepewności i może i braku zaufania.
Bo przecież już raz wydawało się, że było blisko, a jednak spotkałam się z dosyć dużym rozczarowaniem, kto wie, prawdopodobnie również bólem.
— Tchórz — mruknęłam, parskając cichym śmiechem, ale dalej nigdzie nie uciekałam, bo przecież nie było sensu jeszcze bardziej go denerwować. — No chodź, pomoczymy tylko nogi, jest ciepło. I obiecuję, że teraz już nie będę biec i na pewno się nie poślizgnę, i będę bardzo ostrożna, i będę się ciebie pilnować — dodałam, otwierając nieszczęsne oczy i patrząc w te, moim zdaniem, ciut ładniejsze, złote.
poniedziałek, 10 września 2018
Idziemy zaszaleć [3]
Etykiety:
Idziemy zaszaleć,
Wanda Anastazja Przewalska
— Cichaj, bo mamy robotę do wykonania — przerwała mój wywód, chyba stwierdzając, że cały ten bałagan wcale tak bardzo jej nie przeszkadzał. I może to lepiej. — Będziesz wyglądać cudownie, w końcu się napijesz i pogadamy od serca, obgadując wszystkich chłopaków na uczelni. I dziewczyny. I zapoznamy cię z Miśką, więc będzie fajnie — oświadczyła Heat, przedłużając niektóre samogłoski, a ja w odpowiedzi parsknęłam śmiechem, bo kobieta ewidentnie była bardzo pozytywnie nastawiona. — Zatem do roboty. Za dwie godziny masz być ubrana, cudowna i w dobrym humorze na przekomarzanie się ze mną, musimy w końcu zakłady postawić czy Hera z Diaskro się zabiją, czy prędzej przeliżą. Poza tym zakaz zbierania materiału dowodowego, więc żadne zdjęcia do Fomy nie wyciekną, a ty może poznasz kogoś fajnego. W doborze stroju nie pomogę, ale mogę zawołać Diaskro, jakbyś potrzebowała pomocy w malowaniu — stwierdziła, w końcu na mnie spoglądając z pytaniem błyskającym w tych niebieskich oczętach.
Przejechałam nieporadnie dłonią przez nieuczesane włos i ponownie rozejrzałam się po pokoju.
— Prędzej się przeliżą, błagam, skończą dokładnie tak samo jak Oakley z Walshem — stwierdziłam, w końcu decydując się, aby podejść do szafy, a przy tym choć ciut rozluźnić, bo przecież to miał być dobry dzień, dobry wieczór, przepełniony babskimi wygłupami. A więc czego chcieć więcej? — Foma już nie ma nic do gadania i tak się nie odzywa, a więc będziemy kwita i ja również się nie odezwę — prychnęłam, wyciągając któryś z bordowych golfów, których miałam zdecydowanie ciut za dużo i musiałam w końcu zastanowić się nad posprzątaniem i ogarnięciem swojej szafy. — Dam radę z malowaniem. Chyba. No. A co tam u ciebie, Heat, jak ci życie mija?
Przejechałam nieporadnie dłonią przez nieuczesane włos i ponownie rozejrzałam się po pokoju.
— Prędzej się przeliżą, błagam, skończą dokładnie tak samo jak Oakley z Walshem — stwierdziłam, w końcu decydując się, aby podejść do szafy, a przy tym choć ciut rozluźnić, bo przecież to miał być dobry dzień, dobry wieczór, przepełniony babskimi wygłupami. A więc czego chcieć więcej? — Foma już nie ma nic do gadania i tak się nie odzywa, a więc będziemy kwita i ja również się nie odezwę — prychnęłam, wyciągając któryś z bordowych golfów, których miałam zdecydowanie ciut za dużo i musiałam w końcu zastanowić się nad posprzątaniem i ogarnięciem swojej szafy. — Dam radę z malowaniem. Chyba. No. A co tam u ciebie, Heat, jak ci życie mija?
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [10]
I spojrzenia się spotkały. Na krótką, dosłownie kilkusekundową chwilkę, która w jakiś magiczny sposób przedłużyła się w minuty i godziny.
Prawdopodobnie wieczność.
I złote oczy błysnęły, zalśniły, a ja mogłam posłać mu tylko marny uśmiech, gdy pasemko blond włosów uciekło zza mojego ucha, ponownie wyrwało się i opadło nieporadnie na czoło. Nie chciałam nic mówić, może i się bałam, tak, najpewniej strach powoli mnie zżerał. Po prostu czułam się z tym wszystkim źle.
Bo przecież zawsze wymagałam od innych ludzi szczerości, pewnej otwartości i surowych emocji, podczas gdy ja, a przynajmniej takie miałam wrażenie, z każdym dniem coraz bardziej się chowałam, udając, że wszystko było dobrze, starając się zapomnieć o tych wszystkich uczuciach, które jednak zjadały mnie powoli w środeczku, wręcz delektując się i nigdzie się nie spiesząc.
A chciałam, żeby to wszystko po prostu się skończyło, odeszło w zapomnienie.
Ale to prawdopodobnie miało już trwać wieczność.
I doszliśmy nad to nieszczęsne jezioro, do tego kolejnego, legendarnego już miejsca. Trochę zarosło, może i nabrało jakiejś poetyckiej czy wręcz romantycznej tajemniczości, zwłaszcza w całej tej ulewie spadającej prosto na nas. Scena jak z bajki.
Westchnęłam cicho, ostatecznie decydując się, by ściągnąć buty, bo co to za różnica, czy będę chodzić po mokrej trawie boso czy jednak będę chlupać swoimi trzewikami. A zresztą łatwiej pływa się bez obuwia. Zerknęłam kątem oka na mężczyznę, który chyba odpłynął na krótszą chwilę.
— Kto ostatni w wodzie ten frajer! — krzyknęłam, parskając śmiechem, aby następnie ruszyć szybko w kierunku jeziora z szerszym uśmiechem na twarzy.
Prawdopodobnie wieczność.
I złote oczy błysnęły, zalśniły, a ja mogłam posłać mu tylko marny uśmiech, gdy pasemko blond włosów uciekło zza mojego ucha, ponownie wyrwało się i opadło nieporadnie na czoło. Nie chciałam nic mówić, może i się bałam, tak, najpewniej strach powoli mnie zżerał. Po prostu czułam się z tym wszystkim źle.
Bo przecież zawsze wymagałam od innych ludzi szczerości, pewnej otwartości i surowych emocji, podczas gdy ja, a przynajmniej takie miałam wrażenie, z każdym dniem coraz bardziej się chowałam, udając, że wszystko było dobrze, starając się zapomnieć o tych wszystkich uczuciach, które jednak zjadały mnie powoli w środeczku, wręcz delektując się i nigdzie się nie spiesząc.
A chciałam, żeby to wszystko po prostu się skończyło, odeszło w zapomnienie.
Ale to prawdopodobnie miało już trwać wieczność.
I doszliśmy nad to nieszczęsne jezioro, do tego kolejnego, legendarnego już miejsca. Trochę zarosło, może i nabrało jakiejś poetyckiej czy wręcz romantycznej tajemniczości, zwłaszcza w całej tej ulewie spadającej prosto na nas. Scena jak z bajki.
Westchnęłam cicho, ostatecznie decydując się, by ściągnąć buty, bo co to za różnica, czy będę chodzić po mokrej trawie boso czy jednak będę chlupać swoimi trzewikami. A zresztą łatwiej pływa się bez obuwia. Zerknęłam kątem oka na mężczyznę, który chyba odpłynął na krótszą chwilę.
— Kto ostatni w wodzie ten frajer! — krzyknęłam, parskając śmiechem, aby następnie ruszyć szybko w kierunku jeziora z szerszym uśmiechem na twarzy.
niedziela, 9 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [8]
— Nie wiem kto to, czy co to, ten cały Kubrick, ale jak uważasz — parsknął, a ja po prostu zgromiłam go wzrokiem z oburzeniem błyskającym w tęczówkach.
Bo jak to tak, nie znać jakiegoś kanonu, podstawy? Przecież Odyseja od zawsze była obowiązkiem!
— Ale zbieramy się — dodał jeszcze, ostatecznie podnosząc się z tej legendarnej ławki, która pojawiała się w każdej przygodzie odbywającej się na terenie naszej uczelni.
A brązowe loki dosłownie przyklejały się mu do czoła, praktycznie włażąc do oczu, blokując wzrok i tak dalej. Uśmiechnęłam się pod nosem, również decydując się na ciut odważniejszy ruch, czyli odgarnięcie tych szalonych włosów na bok.
— Wyglądasz jak taki bardzo biedny i ładny kot w złotej obróżce wrzucony prosto do jeziora — mruknęłam, parskając cichym śmiechem i uśmiechając się ciut szerzej. — Oboje tak wyglądamy, sama do końca nie wiem, co nam do głowy strzeliło, by się tak stroić. W dodatku moja ulubiona sukienka — westchnęłam i nieporadnie rozłożyłam ręce, zdając sobie w końcu sprawę z tego, że i bielizna mi pewnie przemokła, bo przecież materiał mojego odzienia raczej za gruby nie był.
A następnie prawdopodobnie do głowy wskoczył mi wcale nie tak wyjątkowo głupi pomysł, może ciut zainspirowany wcześniejszą wypowiedzią, więc po prostu chwyciłam Yamira za rączkę, aby następnie pociągnąć go za sobą w kierunku lasu, prosto do tej równie sławnej altanki nad jeziorem, po drodze oczywiście wyrzucając papierowy kubeczek, przecież śmiecić nie wolno.
Bo w końcu może i lało, ale przecież było ciepło, prawda? A jak byliśmy przemoczeni do suchej nitki, to przynajmniej można z tego skorzystać. Raz się żyje, i tak dalej.
Bo jak to tak, nie znać jakiegoś kanonu, podstawy? Przecież Odyseja od zawsze była obowiązkiem!
— Ale zbieramy się — dodał jeszcze, ostatecznie podnosząc się z tej legendarnej ławki, która pojawiała się w każdej przygodzie odbywającej się na terenie naszej uczelni.
A brązowe loki dosłownie przyklejały się mu do czoła, praktycznie włażąc do oczu, blokując wzrok i tak dalej. Uśmiechnęłam się pod nosem, również decydując się na ciut odważniejszy ruch, czyli odgarnięcie tych szalonych włosów na bok.
— Wyglądasz jak taki bardzo biedny i ładny kot w złotej obróżce wrzucony prosto do jeziora — mruknęłam, parskając cichym śmiechem i uśmiechając się ciut szerzej. — Oboje tak wyglądamy, sama do końca nie wiem, co nam do głowy strzeliło, by się tak stroić. W dodatku moja ulubiona sukienka — westchnęłam i nieporadnie rozłożyłam ręce, zdając sobie w końcu sprawę z tego, że i bielizna mi pewnie przemokła, bo przecież materiał mojego odzienia raczej za gruby nie był.
A następnie prawdopodobnie do głowy wskoczył mi wcale nie tak wyjątkowo głupi pomysł, może ciut zainspirowany wcześniejszą wypowiedzią, więc po prostu chwyciłam Yamira za rączkę, aby następnie pociągnąć go za sobą w kierunku lasu, prosto do tej równie sławnej altanki nad jeziorem, po drodze oczywiście wyrzucając papierowy kubeczek, przecież śmiecić nie wolno.
Bo w końcu może i lało, ale przecież było ciepło, prawda? A jak byliśmy przemoczeni do suchej nitki, to przynajmniej można z tego skorzystać. Raz się żyje, i tak dalej.
sobota, 8 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [6]
— Oczywiście, że dajesz — zaczął z promiennym uśmiechem, a ja po prostu przewróciłam oczami. Bo przecież to wcale nie było aż tak oczywiste ostatnimi czasami. — Czemu byś nie miała, co?
Spojrzał na mnie kątem złotego oka, opierając łokcie na kolanach, na co uciekłam wzrokiem, bo jakoś nie miałam ochoty spoglądać w te jego iskrzące się źrenice, na tę twarz, która czasami śniła się po nocach lub nawiedzała myśli w najmniej odpowiednim momencie. Po prostu nie chciałam, by zauważył te drobne wahania, niepewność w zmarszczonym czole, czy zagubienie widoczne po brakującym uśmiechu.
— Jesteś przecież, jak to się mówiło... Herszt baba, o — dodał jeszcze, no i chyba parsknęliśmy oboje śmiechem, nie do końca wierząc, czy to określenie do mnie pasowało. Bo raczej daleko mi było do tej Renee Illene, która wydawała się właśnie tą, która ma dosłownie wywalone na wszystko. Nawet jeżeli wcale tak nie było, a za tym jej ostrym spojrzeniem kryła się ogromna wrażliwość i zbiór najróżniejszych emocji. — Jeszcze trochę tak posiedzimy i złapie nas jakieś choróbsko, zobaczysz. Proponuję wstąpić do środka i się osuszyć. Może jakaś durna komedia, żeby rozwiać nieco te mniej radosne uczucia, co?
Westchnęłam, zastukałam palcami o udo i odchyliłam się do tyłu, by wziąć ostatni łyk herbaty, a następnie zerknąć na mężczyznę.
— Już za późno, jeżeli mieliśmy coś złapać, to pewnie już to się stało, przynajmniej z moją odpornością — stwierdziłam i uśmiechnęłam się dosyć nieporadnie. — Ale bardzo chętnie obejrzę jakąś słabą komedię romantyczną. Albo wręcz odwrotnie, może coś ciut ambitniejszego. Kubrick? — zapytałam, bardziej siebie niż Yamira, a następnie podniosłam się energetycznie i zwinnie z ławki, by choć raz spojrzeć na niego z góry, a to wszystko z wodą skapującą z mojego nosa i spływającą z czoła do oczu. Przyjemnie, nie zaprzeczam, miałam wrażenie, że zaraz dosłownie odpłynę, a w moich butach urządzają już regaty. — To co, zbieramy się?
Spojrzał na mnie kątem złotego oka, opierając łokcie na kolanach, na co uciekłam wzrokiem, bo jakoś nie miałam ochoty spoglądać w te jego iskrzące się źrenice, na tę twarz, która czasami śniła się po nocach lub nawiedzała myśli w najmniej odpowiednim momencie. Po prostu nie chciałam, by zauważył te drobne wahania, niepewność w zmarszczonym czole, czy zagubienie widoczne po brakującym uśmiechu.
— Jesteś przecież, jak to się mówiło... Herszt baba, o — dodał jeszcze, no i chyba parsknęliśmy oboje śmiechem, nie do końca wierząc, czy to określenie do mnie pasowało. Bo raczej daleko mi było do tej Renee Illene, która wydawała się właśnie tą, która ma dosłownie wywalone na wszystko. Nawet jeżeli wcale tak nie było, a za tym jej ostrym spojrzeniem kryła się ogromna wrażliwość i zbiór najróżniejszych emocji. — Jeszcze trochę tak posiedzimy i złapie nas jakieś choróbsko, zobaczysz. Proponuję wstąpić do środka i się osuszyć. Może jakaś durna komedia, żeby rozwiać nieco te mniej radosne uczucia, co?
Westchnęłam, zastukałam palcami o udo i odchyliłam się do tyłu, by wziąć ostatni łyk herbaty, a następnie zerknąć na mężczyznę.
— Już za późno, jeżeli mieliśmy coś złapać, to pewnie już to się stało, przynajmniej z moją odpornością — stwierdziłam i uśmiechnęłam się dosyć nieporadnie. — Ale bardzo chętnie obejrzę jakąś słabą komedię romantyczną. Albo wręcz odwrotnie, może coś ciut ambitniejszego. Kubrick? — zapytałam, bardziej siebie niż Yamira, a następnie podniosłam się energetycznie i zwinnie z ławki, by choć raz spojrzeć na niego z góry, a to wszystko z wodą skapującą z mojego nosa i spływającą z czoła do oczu. Przyjemnie, nie zaprzeczam, miałam wrażenie, że zaraz dosłownie odpłynę, a w moich butach urządzają już regaty. — To co, zbieramy się?
środa, 5 września 2018
Idziemy zaszaleć [1]
Etykiety:
Idziemy zaszaleć,
Wanda Anastazja Przewalska
Niepewnie zerknęłam kątem oka na drzwi, w które tuż przed chwilą ktoś zapukał, bo przecież nie spodziewałam się gości, gościa o tej jakże późnej godzinie. W końcu było coś koło siedemnastej czy osiemnastej w sobotę, więc w tym czasie raczej wszystkie umówione osoby już zaczynały się spotykać i organizować, a nie dopiero zbierać w grupki, a jeżeli jednak należało się do tych tłumów ludzi nigdzie się nie wybierających, to jednak po prostu albo powtarzało się coś na zbliżającą się w przyszłym tygodniu kartkówkę, albo leżało, właśnie tak jak robiłam to ja, w łóżku, kartkując bardzo słabą książkę, bo nie było sensu marnować na nią czasu i energii.
Co z tego, że właśnie dokładnie to robiłam. Bardzo możliwe, że po prostu musiałam się na chwilkę wyłączyć.
Rzuciłam swój tragicznie słaby romans w kąt łóżka, aby następnie powoli powstać z materaca i podejść do drzwi. A to wszystko w luźnych, dosyć mocno zniszczonych dresach, nieuczesanych włosach i wymiętoszonym t-shircie. Niecodzienny outfit Wandy Przewalskiej, muszę przyznać, ale w końcu przesiadywałam w swoim pokoju, więc kto mi miał zabronić, prawda?
No i otworzyłem te nieszczęsne drzwi, a w nich ujrzeć miałam dosyć wystrojoną Heather, która od razu wystrzeliła jak z karabinu, nie dając mi czasu nawet na reakcję czy jakiekolwiek przywitanie.
— Cześć, robimy babski wieczorek. Hera, Diaskro, ty, ja. Idziemy świętować i doprowadzić do pierwszego wyjścia Miśki do klubu, więc uśmiech ładny, bo mamy dwie godziny, żeby poprawić ci humor i zdążyć na czas. I nie przyjmuję sprzeciwów, bo zdecydowanie od dawna nic razem nie robiłyśmy. No i będzie przełamanie lodów, znasz Miśkę czy jeszcze nie poznałaś Miśki? — zapytała, a ja po prostu pokręciłam głową, możliwe, że dalej w lekkim szoku. — Wejściówki już kupione, a ewentualną scysję z twoim bratem o szlajanie się po nocach biorę na siebie.
A ja po prostu odchrząknęłam głośno, opuszczając wzrok i marszcząc czoło, by dosyć szybko, ale jednak w ciszy przetworzyć informacje, które do mnie dotarły.
— Rozumiem, że nie znasz słowa “nie”? Bardzo chętnie się z wami zabiorę — rzuciłam ostatecznie, uśmiechając się szeroko, a następnie odsunęłam się na bok, by wpuścić dziewczynę do pokoju. — Przepraszam za ten cały bajzel, ale no… Sama widzisz — stwierdziłam i rozłożyłam nieporadnie ręce, wskazując na swój stan.
Co z tego, że właśnie dokładnie to robiłam. Bardzo możliwe, że po prostu musiałam się na chwilkę wyłączyć.
Rzuciłam swój tragicznie słaby romans w kąt łóżka, aby następnie powoli powstać z materaca i podejść do drzwi. A to wszystko w luźnych, dosyć mocno zniszczonych dresach, nieuczesanych włosach i wymiętoszonym t-shircie. Niecodzienny outfit Wandy Przewalskiej, muszę przyznać, ale w końcu przesiadywałam w swoim pokoju, więc kto mi miał zabronić, prawda?
No i otworzyłem te nieszczęsne drzwi, a w nich ujrzeć miałam dosyć wystrojoną Heather, która od razu wystrzeliła jak z karabinu, nie dając mi czasu nawet na reakcję czy jakiekolwiek przywitanie.
— Cześć, robimy babski wieczorek. Hera, Diaskro, ty, ja. Idziemy świętować i doprowadzić do pierwszego wyjścia Miśki do klubu, więc uśmiech ładny, bo mamy dwie godziny, żeby poprawić ci humor i zdążyć na czas. I nie przyjmuję sprzeciwów, bo zdecydowanie od dawna nic razem nie robiłyśmy. No i będzie przełamanie lodów, znasz Miśkę czy jeszcze nie poznałaś Miśki? — zapytała, a ja po prostu pokręciłam głową, możliwe, że dalej w lekkim szoku. — Wejściówki już kupione, a ewentualną scysję z twoim bratem o szlajanie się po nocach biorę na siebie.
A ja po prostu odchrząknęłam głośno, opuszczając wzrok i marszcząc czoło, by dosyć szybko, ale jednak w ciszy przetworzyć informacje, które do mnie dotarły.
— Rozumiem, że nie znasz słowa “nie”? Bardzo chętnie się z wami zabiorę — rzuciłam ostatecznie, uśmiechając się szeroko, a następnie odsunęłam się na bok, by wpuścić dziewczynę do pokoju. — Przepraszam za ten cały bajzel, ale no… Sama widzisz — stwierdziłam i rozłożyłam nieporadnie ręce, wskazując na swój stan.
niedziela, 2 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [4]
Westchnął cicho, opuszczając na chwilę wzrok, aby następnie po prostu pokiwać głową i ostatecznie usiąść obok mnie. Na tej mokrej, legendarnej ławce, na której spotykało się już wiele osób, a niektórym może i te spotkania wywróciły życie do góry nogami.
Kto to tam wie.
— Życie, Wandziuchna, życie, nic więcej, nic mniej — mruknął z nogą założoną na tę drugą. Zerknęłam na chłopaka kątem oka i posłałam mu słaby uśmiech, w myślach stwierdzając, że tak, to wszystko było cholerne, chyba ciut męczące życie. — Ułoży się, zobaczysz, to tylko chwilowy dołek — oświadczył.
I nawet nie zauważyłam kiedy jego palce musnęły moje czoło, kiedy zabrał mokre pasma włosów z mojej twarzy, a ja po prostu na chwilę zamarłam, serce stanęło, a ja wstrzymałam oddech, nie przybliżając się, ani nie uciekając od ciepłej ręki. Jak marmurowa rzeźba.
— To była nasza wspólna decyzja — odezwałam się w końcu, po chwili zastoju i może szoku, wzruszając ramionami i ponownie opuszczając wzrok. Zmrużyłam oczy, stwierdzając, że bardzo możliwe, że w butach miałam już jezioro, jeżeli nie ocean. Chlupało. — Rozeszliśmy się w dobrych relacjach — dodałam jeszcze, uśmiechając się ciut szerzej. — Ale no. Po prostu wzięło mnie na jakieś przemyślenia, cholerną melancholię i dramatyzm w deszczu, nic strasznego i w ogóle. Chyba daję radę, nawet bez Fomy.
Który przestał odpowiadać na wiadomości i powoli zaczynałam się martwić, nawet jeżeli byłoby to marne jęczenie młodszej siostry.
Kto to tam wie.
— Życie, Wandziuchna, życie, nic więcej, nic mniej — mruknął z nogą założoną na tę drugą. Zerknęłam na chłopaka kątem oka i posłałam mu słaby uśmiech, w myślach stwierdzając, że tak, to wszystko było cholerne, chyba ciut męczące życie. — Ułoży się, zobaczysz, to tylko chwilowy dołek — oświadczył.
I nawet nie zauważyłam kiedy jego palce musnęły moje czoło, kiedy zabrał mokre pasma włosów z mojej twarzy, a ja po prostu na chwilę zamarłam, serce stanęło, a ja wstrzymałam oddech, nie przybliżając się, ani nie uciekając od ciepłej ręki. Jak marmurowa rzeźba.
— To była nasza wspólna decyzja — odezwałam się w końcu, po chwili zastoju i może szoku, wzruszając ramionami i ponownie opuszczając wzrok. Zmrużyłam oczy, stwierdzając, że bardzo możliwe, że w butach miałam już jezioro, jeżeli nie ocean. Chlupało. — Rozeszliśmy się w dobrych relacjach — dodałam jeszcze, uśmiechając się ciut szerzej. — Ale no. Po prostu wzięło mnie na jakieś przemyślenia, cholerną melancholię i dramatyzm w deszczu, nic strasznego i w ogóle. Chyba daję radę, nawet bez Fomy.
Który przestał odpowiadać na wiadomości i powoli zaczynałam się martwić, nawet jeżeli byłoby to marne jęczenie młodszej siostry.
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [2]
I zastanawiało mnie, czemu zawsze w takich chwilach musiałeś pojawiać się ty. I bynajmniej, nigdy nie uważałam tego za coś okropnego czy negatywnego, ale jednak wolałam spotykać się z tobą, gdy po prostu w spokoju mogłabym spojrzeć w te złote oczy, powiedzieć, że są ładne, ale nic więcej, nawet jeżeli byłoby to beznadziejnym kłamstwem. Po prostu, nie lubiłam się rozpadać, a w szczególności przed tobą, bo zawsze było to jakimś cholernym ryzykiem, że tym razem powiem o jedno słowo za dużo, wyjawię ten swój mały sekret, a wraz z tym nie będzie już odwrotu czy kolejnych szans, bo będziesz wiedzieć.
A ja chyba nie chciałam, żebyś wiedział, nie wtedy, nie w takim stanie.
— Hej, Przewi — rzuciłeś, niby od niechcenia, a jednak nie do końca, z charakterystycznym właśnie dla Yamira Kumara luzem, to wszystko przyprawione machnięciem dłoni. — Co to za mina?
I uśmiechnęłam się nieporadnie, i może przewróciłam oczami, a to wszystko z marnym wzruszeniem ramionami.
— Hej Yamir — mruknęłam cicho, raczej bez przekonania, przenosząc wzrok na twarz przyozdobioną złotem, które naprawdę dobrze podkreślało te nieszczęsne oczy doskonale wpisujące się w pamięć drugiej osoby, w tym przypadku mnie. — Tak jakoś. Nijako — odpowiedziałam, chcąc chyba wywiercić dziurę pantoflem w posadzce. No cóż, szło mi raczej marnie. — Może to pogoda i ten deszcz. I jeszcze zerwałam z Filipem, i w sumie to jakoś tak strasznie melancholijnie się zrobił i w ogóle, chyba ostatnio za dużo myślę... — podsumowałam ciut nieporadnie, biorąc łyk herbaty i przenosząc swoje spojrzenie na wolne miejsce obok mnie. — Usiądziesz?
Och, Przewalska, ty głupia dziewucho.
A ja chyba nie chciałam, żebyś wiedział, nie wtedy, nie w takim stanie.
— Hej, Przewi — rzuciłeś, niby od niechcenia, a jednak nie do końca, z charakterystycznym właśnie dla Yamira Kumara luzem, to wszystko przyprawione machnięciem dłoni. — Co to za mina?
I uśmiechnęłam się nieporadnie, i może przewróciłam oczami, a to wszystko z marnym wzruszeniem ramionami.
— Hej Yamir — mruknęłam cicho, raczej bez przekonania, przenosząc wzrok na twarz przyozdobioną złotem, które naprawdę dobrze podkreślało te nieszczęsne oczy doskonale wpisujące się w pamięć drugiej osoby, w tym przypadku mnie. — Tak jakoś. Nijako — odpowiedziałam, chcąc chyba wywiercić dziurę pantoflem w posadzce. No cóż, szło mi raczej marnie. — Może to pogoda i ten deszcz. I jeszcze zerwałam z Filipem, i w sumie to jakoś tak strasznie melancholijnie się zrobił i w ogóle, chyba ostatnio za dużo myślę... — podsumowałam ciut nieporadnie, biorąc łyk herbaty i przenosząc swoje spojrzenie na wolne miejsce obok mnie. — Usiądziesz?
Och, Przewalska, ty głupia dziewucho.
sobota, 1 września 2018
Kto by pomyślał, że to wytrzyma [0]
I siedziałam na już chyba legendarnej w jakimś stopniu ławce z papierowym kubkiem z herbatą pomiędzy palcami, niezbyt przejmując się upałem czy kroplami deszczu spadającymi prosto na moje włosy, na moją twarz. I zastanawiałam się, czemu to wszystko zaczęłam, czemu to wszystko skończyłam, doskonale zdając sobie sprawę, że tak czy siak go zranię, wyjdę na tą złą, nieogarniętą i wredną.
Wypiłam łyk herbaty, a następnie podniosłam wzrok, chcąc przyjrzeć się zachmurzonemu niebu.
A może ja zawsze byłam tą złą, nieogarniętą i wredną?
Westchnęłam cicho, stukając palcami w kubek i wzruszyłam ramionami, stwierdzając, że w sumie było to bardzo możliwe. Albo po prostu ponownie histeryzowałam, rozwodząc się w swojej głowie na temat przemijającego czasu, tych wszystkich szans, z których po prostu nie skorzystałam z powodu własnej głupoty.
Bo przecież dopiero co tutaj zawitałam, miałam te piętnaście czy szesnaście lat i byłam jakimś tam ciut za głośnym bachorem (nie żebym dalej nim nie była, to już zupełnie inna sprawa), a zaraz wybić miało mi dwadzieścia, podczas gdy ja po prostu siedziałam sobie na mokrej ławce w samotności, z włosami przyklejającymi się do czoła, kubkiem zielonej herbaty pomiędzy palcami i w zdecydowanie za ładnej, lekkiej, pastelowej sukience, by wychodzić w niej ot tak, bez okazji, w dodatku na ulewę.
Przymknęłam powieki, marszcząc czoło i zastukałam butem o posadzkę.
Chciałabym zacząć to wszystko od początku.
Wypiłam łyk herbaty, a następnie podniosłam wzrok, chcąc przyjrzeć się zachmurzonemu niebu.
A może ja zawsze byłam tą złą, nieogarniętą i wredną?
Westchnęłam cicho, stukając palcami w kubek i wzruszyłam ramionami, stwierdzając, że w sumie było to bardzo możliwe. Albo po prostu ponownie histeryzowałam, rozwodząc się w swojej głowie na temat przemijającego czasu, tych wszystkich szans, z których po prostu nie skorzystałam z powodu własnej głupoty.
Bo przecież dopiero co tutaj zawitałam, miałam te piętnaście czy szesnaście lat i byłam jakimś tam ciut za głośnym bachorem (nie żebym dalej nim nie była, to już zupełnie inna sprawa), a zaraz wybić miało mi dwadzieścia, podczas gdy ja po prostu siedziałam sobie na mokrej ławce w samotności, z włosami przyklejającymi się do czoła, kubkiem zielonej herbaty pomiędzy palcami i w zdecydowanie za ładnej, lekkiej, pastelowej sukience, by wychodzić w niej ot tak, bez okazji, w dodatku na ulewę.
Przymknęłam powieki, marszcząc czoło i zastukałam butem o posadzkę.
Chciałabym zacząć to wszystko od początku.
poniedziałek, 30 lipca 2018
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [22]
— Wanda, to twoje życie, nie będę ci mówił, czy możesz się z nim spotykać, czy nie. Jeśli uznasz, że jest odpowiedni, to droga wolna, ty wiesz najlepiej, co jest dla ciebie dobre.
A ja po prostu pokiwałam głową, nie odpowiadając, bo przecież odpowiedź była dosyć prosta, łgał w żywe oczy. Oboje wiedzieliśmy, że nie wiedziałam, co jest dla mnie dobre, a co nie, że prawdopodobnie właśnie popełniałam jakiś kolejny błąd w swoim dosyć krótkim życiu. Bo tak się to chyba toczyło, i to nie tak, że wcale nie było sukcesów, tylko za każdym błędem, szedł kolejny, a ja tych czepiałam się wyjątkowo mocno i jakoś rzadko kiedy udawało mi się wyrwać z tej dosyć niewesołej karuzeli nieświadomego, mniej lub bardziej, masochizmu.
Bo przecież musiałam udowodnić sobie, że jestem czegoś warta, zadrżeć nosa, zaśmiać się wszystkim, którzy mnie urazili, prosto w twarz. Że te wszystkie słowa powtarzane przez tylu ważnych dla mnie ludzi są prawdziwe, choć z ich czynów często wynikało inaczej. Że jestem ładna, inteligentna, że jestem warta zachodu, nawet jeżeli były to dosyć głupie wartości do kierowania się nimi w życiu.
Po prostu chciałam poczuć się dobrze, a to nie było tak wiele, prawda?
I w sumie szliśmy do kawiarni w ciszy, bo ja nie potrafiłam zacząć z nim rozmowy, nie w takich okolicznościach i nie po tych wszystkich wydarzeniach, a on prawdopodobnie po prostu uważał, że i ja nie chcę zaczynać kolejnych rozmów, sądząc po gęstej atmosferze, więc lepiej byłoby milczeć.
Choć i to były beznadziejne przypuszczenia, bo przecież nieraz udowadniał mi, że myliłam się, co do jego toku myślenia.
— To... już jesteśmy — oświadczyłam, stając dumnie przed kawiarnią, a po chwili uśmiechnęłam się szeroko, gdy tylko dostrzegłam przez okno kręcone loki siedzące same przy jednym ze stolików. W końcu nie w pracy, w końcu w spokoju.
Przecież kto mi zabroni spędzić popołudnie w przyjemnym towarzystwie?
A ja po prostu pokiwałam głową, nie odpowiadając, bo przecież odpowiedź była dosyć prosta, łgał w żywe oczy. Oboje wiedzieliśmy, że nie wiedziałam, co jest dla mnie dobre, a co nie, że prawdopodobnie właśnie popełniałam jakiś kolejny błąd w swoim dosyć krótkim życiu. Bo tak się to chyba toczyło, i to nie tak, że wcale nie było sukcesów, tylko za każdym błędem, szedł kolejny, a ja tych czepiałam się wyjątkowo mocno i jakoś rzadko kiedy udawało mi się wyrwać z tej dosyć niewesołej karuzeli nieświadomego, mniej lub bardziej, masochizmu.
Bo przecież musiałam udowodnić sobie, że jestem czegoś warta, zadrżeć nosa, zaśmiać się wszystkim, którzy mnie urazili, prosto w twarz. Że te wszystkie słowa powtarzane przez tylu ważnych dla mnie ludzi są prawdziwe, choć z ich czynów często wynikało inaczej. Że jestem ładna, inteligentna, że jestem warta zachodu, nawet jeżeli były to dosyć głupie wartości do kierowania się nimi w życiu.
Po prostu chciałam poczuć się dobrze, a to nie było tak wiele, prawda?
I w sumie szliśmy do kawiarni w ciszy, bo ja nie potrafiłam zacząć z nim rozmowy, nie w takich okolicznościach i nie po tych wszystkich wydarzeniach, a on prawdopodobnie po prostu uważał, że i ja nie chcę zaczynać kolejnych rozmów, sądząc po gęstej atmosferze, więc lepiej byłoby milczeć.
Choć i to były beznadziejne przypuszczenia, bo przecież nieraz udowadniał mi, że myliłam się, co do jego toku myślenia.
— To... już jesteśmy — oświadczyłam, stając dumnie przed kawiarnią, a po chwili uśmiechnęłam się szeroko, gdy tylko dostrzegłam przez okno kręcone loki siedzące same przy jednym ze stolików. W końcu nie w pracy, w końcu w spokoju.
Przecież kto mi zabroni spędzić popołudnie w przyjemnym towarzystwie?
sobota, 28 lipca 2018
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [20]
A Yamir chyba już wybrał, zdecydowanie wolał użerać się z moim adoratorem, niż zostawić mnie na jego pastwę, sądząc po tym zdecydowanym ruchu do przodu oraz postawieniu swoich nóg na podłodze, jakby już mógł ruszać. No cóż.
— Nazywam się Yamir Madan Kumar, a nie Nivan Oakley, żeby się kitrać po krzakach — parsknął, na co ponownie przewróciłam oczami, bo tak, tu musiałam przyznać mu rację, chowanie się i udawanie, że ciebie nie ma, zdecydowanie bardziej pasowało do niebieskowłosego. Yamira za to widziałam w długim płaszczu i okularach przeciwsłonecznych w ulewie. — Jak będzie miał wąty, to powiesz, że jestem twoim kuzynem, ciotką, wujkiem, piętnastą wodą po kisielu, czy tam kolegą gejem, co za problem, Karmo — dodał jeszcze, parskając cichym śmiechem.
Zawiązałam wszystko, co zawiązać miałam, poprawiłam kardigan i koszulkę, rozczesałam jeszcze ostatni raz włosy, które ostatecznie i tak pewnie zaczną żyć własnym życiem, mając na uwadze aktualne ulewy, no i chwyciłam za torbę.
Zastukałam obcasem w podłogę.
— A więc w drogę, bo teraz już zdecydowanie jestem spóźniona, a jeżeli już, to kuzyn. Dwunastego stopnia. Może jedenastego — stwierdziłam, uśmiechając się pod nosem, gdy chwytałam za parasolkę, bo i ta mogła mi, a teraz raczej nam się przydać. — I żadnego gadania, że ty nie pozwalasz, że ci się nie podoba i że nie ma opcji, że pozwolisz na taki związek. I nie wynajmujesz Nivana, by go nastraszył, nie ma opcji — dodałam jeszcze naprędce, otwierając drzwi.
Losie, mam nadzieję, że bawisz się doskonale.
— Nazywam się Yamir Madan Kumar, a nie Nivan Oakley, żeby się kitrać po krzakach — parsknął, na co ponownie przewróciłam oczami, bo tak, tu musiałam przyznać mu rację, chowanie się i udawanie, że ciebie nie ma, zdecydowanie bardziej pasowało do niebieskowłosego. Yamira za to widziałam w długim płaszczu i okularach przeciwsłonecznych w ulewie. — Jak będzie miał wąty, to powiesz, że jestem twoim kuzynem, ciotką, wujkiem, piętnastą wodą po kisielu, czy tam kolegą gejem, co za problem, Karmo — dodał jeszcze, parskając cichym śmiechem.
Zawiązałam wszystko, co zawiązać miałam, poprawiłam kardigan i koszulkę, rozczesałam jeszcze ostatni raz włosy, które ostatecznie i tak pewnie zaczną żyć własnym życiem, mając na uwadze aktualne ulewy, no i chwyciłam za torbę.
Zastukałam obcasem w podłogę.
— A więc w drogę, bo teraz już zdecydowanie jestem spóźniona, a jeżeli już, to kuzyn. Dwunastego stopnia. Może jedenastego — stwierdziłam, uśmiechając się pod nosem, gdy chwytałam za parasolkę, bo i ta mogła mi, a teraz raczej nam się przydać. — I żadnego gadania, że ty nie pozwalasz, że ci się nie podoba i że nie ma opcji, że pozwolisz na taki związek. I nie wynajmujesz Nivana, by go nastraszył, nie ma opcji — dodałam jeszcze naprędce, otwierając drzwi.
Losie, mam nadzieję, że bawisz się doskonale.
(Nie) Wiem że mnie podglądasz [18]
Pan Kumar strzelił focha. Zmarszczył brewki, wydął usta, a mi pozostawało tylko prychnąć, gdy w końcu mogłam zamknąć cholerną kosmetyczkę.
Bo niby lubiłam się malować i lubiłam siebie w makijażu, a przy tym równie tego nienawidziłam, za każdym razem ciesząc się, że tym razem nie wydłubałam sobie oka. Taki mały paradoks.
— Uznajmy, że mam okres — mruknął w końcu, a ja prawie zakrztusiłam się własną śliną, gdy parskałam śmiechem. — Nikt nie chce się nikogo pozbyć, po prostu się dziwię, jak szybko zmieniasz swoje podejście i tempo pracy — stwierdził i wzruszył ramionami, podczas gdy ja sprawdzałam jeszcze, czy aby na pewno wszystko mam w torebce. — Mogę cię odeskortować?
I znowu prawie się zakrztusiłam, tym razem już nie w śmiechu, a raczej małym szoku, zdziwieniu i może i poddenerwowaniu, kto to tam wie. Odchrząknęłam, rzucając torebkę na fotel i biorąc w łapki buty, by w końcu je założyć.
Wrócę wieczorem i będę cierpieć, przysięgam.
— Kobiety zmienne są, Yamir, a jak chcesz tampony to są w żółtej saszetce, tabletki rozkurczowe też tam znajdziesz — oświadczyłam, puszczając mu oczko, gdy usiadłam na łóżku, by wcisnąć stopę w botki. A może po prostu pójść w rozchodzonych adidasach? Nie, aby być piękną trzeba cierpieć, czy jak to powtarzały te wszystkie cudowne panie przechodzące operacje plastyczne. — Nie zabraniam, ale nie wiem, czy taka eskorta będzie dobrze wyglądać. W sensie... nie przypominasz mojego brata, przykro mi — mruknęłam, uśmiechając się troszkę nie pewniej. — Ale w sumie, rób co chcesz, wolę tak, niż żebyś miał mnie śledzić w krzakach.
Och, Yamir, chciałam raz, a dobrze po prostu zapomnieć, ale jak widać, wszystko mi, kurwa, musiało utrudniać.
Bo niby lubiłam się malować i lubiłam siebie w makijażu, a przy tym równie tego nienawidziłam, za każdym razem ciesząc się, że tym razem nie wydłubałam sobie oka. Taki mały paradoks.
— Uznajmy, że mam okres — mruknął w końcu, a ja prawie zakrztusiłam się własną śliną, gdy parskałam śmiechem. — Nikt nie chce się nikogo pozbyć, po prostu się dziwię, jak szybko zmieniasz swoje podejście i tempo pracy — stwierdził i wzruszył ramionami, podczas gdy ja sprawdzałam jeszcze, czy aby na pewno wszystko mam w torebce. — Mogę cię odeskortować?
I znowu prawie się zakrztusiłam, tym razem już nie w śmiechu, a raczej małym szoku, zdziwieniu i może i poddenerwowaniu, kto to tam wie. Odchrząknęłam, rzucając torebkę na fotel i biorąc w łapki buty, by w końcu je założyć.
Wrócę wieczorem i będę cierpieć, przysięgam.
— Kobiety zmienne są, Yamir, a jak chcesz tampony to są w żółtej saszetce, tabletki rozkurczowe też tam znajdziesz — oświadczyłam, puszczając mu oczko, gdy usiadłam na łóżku, by wcisnąć stopę w botki. A może po prostu pójść w rozchodzonych adidasach? Nie, aby być piękną trzeba cierpieć, czy jak to powtarzały te wszystkie cudowne panie przechodzące operacje plastyczne. — Nie zabraniam, ale nie wiem, czy taka eskorta będzie dobrze wyglądać. W sensie... nie przypominasz mojego brata, przykro mi — mruknęłam, uśmiechając się troszkę nie pewniej. — Ale w sumie, rób co chcesz, wolę tak, niż żebyś miał mnie śledzić w krzakach.
Och, Yamir, chciałam raz, a dobrze po prostu zapomnieć, ale jak widać, wszystko mi, kurwa, musiało utrudniać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)