Nie mogli tego przesłać, oczywiście, że nie. Za dużo poczta kosztuje, za dużo, kurwa jego mać, nie stać nas na znaczek pocztowy za dwa pięćdziesiąt i sprawdzenie miejsca zamieszkania. Nie, muszę się fatygować kurwa, pięć uniwersów, dwa teleporty i trzynaście przejść granicznych, bo chuj wie, czy czegoś nie przemycam. Tak, ogóry kiszone i miód, pieprzone zapchajdziury. Nie mają już się do czego przypierdolić, co niby, zamach się szykuje, wyższa gotowość?
Nawet przy wejściu do poprawczaka mnie tak nie sprawdzali, kurwa.
I tak oto ja, hospitalizowany, z jeszcze aktualnym wenflonem w łapie i bransoletką na dłoni, bo kurwa czemu by nie. Jebana kroplówka dwadzieścia cztery na dobę, bo może lekarze Hopecrafta mi pomogli, ale wyszły inne powikłania, chuj w końcu wiedział, o co chodzi, a ja powoli godziłem się z faktem, że długo mi te dokumenty nie posłużą.
Oczywiście żartowałem, dochodziłem do siebie, powoli wszystko wracało do normy, a narządy wewnętrzne w końcu zaczynały współpracować.
Ale musiałem odbyć ostatnią misję i tak oto z obstawą w postaci Kumara przemierzałem szkolne korytarze, oczywiście z wysoko zadartym nosem, pewną postawą ciała.
I krótkimi, bardzo krótkimi, czarnymi włosami. Bo już nie chciało walczyć mi się z farbowaniami i odrostami. Poleciałem z tym wszystkim dość mocno, zaczynając na białej kartce.
Tyle że teraz ktoś zadecydował pierdolnąć sobie na niej dość sporego kleksa z czarnego atramentu.
Przykuwałem uwagę. Jak tu nie przykuwać. Z takimi sińcami pod oczami?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nivan Oakley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nivan Oakley. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 września 2018
wtorek, 7 sierpnia 2018
Kompilacja: James x Nivan [1]
Etykiety:
James Hopecraft,
Kompilacja,
Nivan Oakley
Hopecraft
— Jeszcze raz dziękuję — rzucił, zasypiając wśród odgłosów terkoczącego pociągu. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, widząc w jak niewygodnej pozycji zasnął, z głową opartą na miernej jakości, prowizorycznej poduszce z bluzy. Wyciągnąłem dłoń, palcem dotykając spadającego rękawa bluzy i przemieniłem ją w porządną, puchatą poduszkę. Drobne czary-mary i po chwili pojawił się również koc, którym przykryłem chłopaka. Wyglądał na nieco zmęczonego, początkowo nie miał najlepszego humoru, dlatego miałem nadzieję, że będzie mógł w spokoju odpocząć, bez bólu. Chciałem nawet upewnić się, że niczego nie poczuje złego w czasie snu, ale potrzeba kontaktu ze skórą nie mogła być zażegnana.
A może?
Ściągnąłem rękawiczkę, palcem dotykając czoła chłopaka. Jego mina rozpogodziła się razem z uspokajającym falami energii, które rozchodziły się wzdłuż jego ciała. Ukontentowany wykonaną pracą odsunąłem się z powrotem na własne siedzenie, wpatrując się z łagodnym uśmiechem w śpiącego chłopaka.
Gdy nie darł się na wszystkie strony i nie pyskował, to smarkacz bywał nawet znośny.
Oakley
Bądźmy szczerzy, nie sypiałem zbyt często, a nawet jak już to bliżej temu było do niespokojnych drzemek, nieprzyjemnych, przerywanych co jakiś czas, aniżeli do dłuższego odpoczynku.
Nie byłem więc w stanie opisać mojego zdziwienia, gdy obudziłem się po godzinie, czy dwóch. Po kilkudziesięciu minutach czystego odprężenia, wyciszenia powoli wykańczającego się organizmu i uspokojenia agresywnie łomoczących w głowie myśli.
Nie wiem, czy zasługą tego był już obrzydliwie zmęczony organizm, czy może mała pomoc ze strony Hopecrafta, bo tylko on mógł mnie wtedy przykryć i zadbać o lepszej jakości podpórkę pod głowę. Małe gesty po których człowiekowi po prostu było lepiej i przyjemniej w tym ostatnimi czasy zgryźliwym świecie.
I było mi trochę głupio, gdy odpowiedzieć na działania chłopaka mogłem tylko uśmiechem, poprzedzonym zdezorientowanym gapieniem się to na okrycie, to na blondyna siedzącego naprzeciwko.
— Ale odczarujesz mi ją potem, prawda? — mruknąłem, mocniej wtulając się w poduszkę, która dalej stanowiła barierę chroniącą głowę przez rozbiciem się o ścianę podczas jakiegoś większego wstrząsu. Co jak co, ale lubiłem tę bluzę.
Hopecraft
— Ale odczarujesz mi ją potem, prawda? — mruknął, wtulając się mocniej w poduszkę. Skinąłem głową, obserwując jak koszulka chłopaka obsuwa się nieco niżej, odsłaniając fragment jego szyi oraz obojczyka.
Gdzie się gapisz, James.
Odchrząknąłem, zastanawiając się, co ja w ogóle wyprawiam.
— Jeszcze trochę i dojedziemy, myślałem, że będziesz spał dłużej. Jeżeli jesteś zmęczony i nie możesz zasnąć, to przychodź do mnie. Drobne zaklęcie przed snem jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Oakley
Uniosłem brwi, gdy spojrzenie chłopaka nieco zjechało, ale już po chwili jakby postanowił naprawić drobne błędy i powrócił do nawiązywania ze mną kontaktu wzrokowego. Przeklęte brązowe oczy. Przeklęte brwi w idealnym kształcie. Przeklęta bródka. Przeklęty Hopecraft.
— Jeszcze trochę i dojedziemy, myślałem, że będziesz spał dłużej. Jeżeli jesteś zmęczony i nie możesz zasnąć, to przychodź do mnie. Drobne zaklęcie przed snem jeszcze nikomu nie zaszkodziło. — Odsunąłem głowę od poduszki, która szybko zsunęła się na moje ramię i pokiwałem nią delikatnie.
— Zapamiętam na przyszłość, dzięki — odparłem z uśmiechem. Tak, sen zdecydowanie się przyda. Cisza. Chyba tak miało być.
Nie potrafiłem z nim rozmawiać.
Hopecraft
— Zapamiętam na przyszłość, dzięki — odparł z uśmiechem, a potem zapadła cisza. Chyba żaden z nas nie był pewien, za co się zabrać i jaki temat podjąć, więc tylko wyciągnąłem karty z kieszeni zawieszonego na haku płaszcza i zerknąłem kątem oka na chłopaka.
— Uno? — spytałem, wskazując na trzymaną w moich dłoniach talię do jednej z moich ukochanych gier. — Jeszcze kilka godzin przed nami, możemy zabić czas.
Oakley
Uniosłem brew, widząc, jak chłopak sięga po wierzchnie okrycie, teraz luźno wiszące na wieszaku i wyciąga z jego kieszeni karty. Żeby to były zwykłe karty, typowe, do pokera, cokolwiek. Nie. Karty do...
— Uno? — spytał, podnosząc wyżej talię i ładnie mi ją prezentując.— Jeszcze kilka godzin przed nami, możemy zabić czas. — Dalej patrzyłem na niego jak na stworzenie urwane nie z tej choinki, co trzeba.
— Uno? — parsknąłem. — Ale że serio? Uno? Niech będzie — dodałem tylko, w głębi serca ciesząc się z powodu karcianki. Nie tak, że byłem lepa w hazardzie, ale byłem lepa w hazardzie wszelakiej maści i z takich gier opanowałem tylko uno i jako tako wojnę.
Hopecraft
— Uno? — spytał z niedowierzaniem. — Ale że serio? Uno? Niech będzie — dodał, na co przewróciłem z oburzeniem oczami.
— Dla twojej wiadomości, to jedna z najlepszych gier istniejących we Wszechświecie. Może poza Monopoly, ale w dwóch graczy nie dałoby się w to drugie grać, chociaż po powrocie, musimy zaciągnąć resztę. — W sumie to był dobry pomysł, spróbować zintegrować resztę ludzi, dlaczego nie, należało to przedyskutować z Herą.
— Na jakich zasadach gramy?
Oakley
Tylko parsknąłem śmiechem na monolog chłopaka. Musiałem mu przyznać rację, chociaż szczerze to wolałem Eurobusiness od Monopoly, ale jak kto woli.
— Siedem kart, wskakiwanki, zero wymiana taliami? — odparłem, ściągając brwi.
xXx
— Kantujesz, kurwa jego mać, pierdolę, szósty raz z rzędu — warknąłem, rzucając kartami, gdy Hopecraft znowu zaliczył „Po unie”. Nie wygrałem ani jednego zasranego razu, ja naprawdę wiedziałem, że nie mam szczęścia do hazardu, nawet na tym poziomie, ale błagam, czy to już nie jest lekka przesada? Walnąłem plecami o oparcie, zakładając ręce na piersi i zerkając na niego z miną wielce obrażonego bachora, który nie dostał cukieraska, ale w sumie to dalej kocha swoją mamę. — Mógłbyś mi chociaż dać fory — bąknąłem dodatkowo.
Hopecraft
— Kantujesz, kurwa jego mać, pierdolę, szósty raz z rzędu. — Roześmiałem się, słysząc wrzask Nivana i jego ostentacyjne zarzucenie kart. Przypominał teraz małego, podburzonego bachora. — Mógłbyś mi chociaż dać fory — baknał, wydymając śmiesznie policzki.
— Mógłbym — potwierdziłem. — Ale wtedy byłbyś jeszcze bardziej wściekły, tyle że o to, że ci fory dałem. Chyba że masz jakąś inną grę, w którą wolałbyś grać? — Pochyliłem się nieco bardziej do przodu, z kopiącym uśmieszkiem, przypatrując się chłopakowi. Trochę czasu na grze nam upłynęło, niedługo powinniśmy dojechać.
Oakley
— Mógłbym. Ale wtedy byłbyś jeszcze bardziej wściekły, tyle że o to, że ci fory dałem. Chyba że masz jakąś inną grę, w którą wolałbyś grać? — Uśmiechnąłem się, bo chłopak miał absolutną rację, tu wyjątkowo musiałem się z nim zgodzić. Już po chwili przewróciłem oczami, bo jego mina wyrażała czystą kpinę, gdy pochylił się w moją stronę.
— Kosi kosi łapci, wiesz? — bąknąłem, zakładając nogę na nogę. — Niestety, ale nie jestem zbyt kreatywny, jeśli chodzi o gierki.
Hopecraft
— Kosi kosi łapci, wiesz? — bąknął, brzmiąc coraz bardziej jak dzieciak, nawet założył nogę na nogę, jakby miało to sprawić, że będzie wyglądał doroślej. — Niestety, ale nie jestem zbyt kreatywny, jeżeli chodzi o gierki?
— Makao, wojna? — spytałem, doskonale wiedząc, że bez żadnego problemu mogę zaczarować karty na normalną talię. — A może pytanie za pytanie? — rzuciłem luźną propozycję.
Oakley
— Makao, wojna? — Skrzywiłem się znacząco na dźwięk nazw, za którymi nie przepadałem, bo tak, nawet w to nie potrafiłem grać. Wojna jeszcze jeszcze, ale makao? Nigdy w życiu. — A może pytanie za pytanie? — Jak na zawołanie przypomniałem sobie o ostatniej niezbyt przyjemnej grze z różowowłosym patafianem z pierwszej klasy. Irytujący smarkacz.
— Dobrze, ale ty zaczynasz — odparłem z uśmiechem. Wcale nie tak, że najchętniej kradłbym jego pytania, byle byśmy wyszli po równo. Wcale.
Hopecraft
— Dobrze, ale ty zaczynasz — odparł z uśmiechem, na co zacząłem powoli się rozluźniać. W takich momentach zapominałem, że Nivan to bachor, że jego nerki niedługo wysadzą mu całą chęć do życia, że to smarkacz i gówniarz jak każdy inny pod względem wieku, ale coś się czaiło w tym uśmiechu, jakaś obietnica, klątwa, przyciąganie.
— Ulubiony kolor? — zacząłem od czegoś prostego, bo w końcu sam się na tej grze za dobrze nie znałem, nie byłem Dexterem, a faktycznie najmniej wiedziałem o chłopaku o takich prozaicznych rzeczach. Muzyka. Filmy. Zainteresowania.
Oakley
— Ulubiony kolor? — spytał już po chwili, przyprawiając mnie o uniesienie brwi, bo nie wiem czemu, ale spodziewałem się czegoś ciekawszego, jakiejś petardy, pytania, które jako tako wciśnie mnie w fotel. Może musiałem po prostu poczekać?
— Wiesz, Hopecraft, w pewnym momencie życia człowiek przestaje mieć coś takiego, jak "Ulubiony kolor". No, ale uznajmy, że szary. — Neutralny, ładny, ciekawy. Pasujący do wszystkiego. — Twój? — Mówiłem? Mówiłem.
Hopecraft
— Wiesz, Hopecraft, w pewnym momencie życia człowiek przestaje mieć coś takiego, jak "Ulubiony kolor". No, ale uznajmy, że szary. Twój?
— Nie przestaje mieć, zaczyna wpadać w stan, w którym on już go nie obchodzi. To inna rzecz. I kolor zmienia się z wiekiem ulubiony czy dzięki doświadczeniom, ulubione rzeczy nie znikają w niebycie. Niebieski.
Oakley
— Albo nie tyle że ignoruje i nie zwraca uwagi, co po prostu zaczyna rozumieć, że każdy z nich jest cudowny i jedyny w swoim rodzaju, a wybieranie jednego jest najzwyczajniej w świecie rzeczą niesprawiedliwą, czy też po prostu głupią. Wywyższać jeden nad inne? Czy tęcza bez czerwonego, pomarańczowego, indygo, albo któregokolwiek innego byłaby tak piękna? Po co się ograniczać.
Hopecraft
— Twoja filozofia zaczyna nabierać znamion logiczności, jesteś pewien, że niczego nie ćpałeś z Hamirem? — spytałem z rozbawieniem, wpatrując się w twarz chłopaka. — Nie usłyszałem tyle słów w ciągu jednego monologu od ciebie, od... zawsze?
Oakley
Parsknąłem pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem i lekkim oburzeniem.
— Ha, ha, bardzo śmieszne i nie, wyjątkowo nie, no chyba że rano niepostrzeżenie mi coś "przeciwbólowego" dosypał do kawy, kto go tam wie. No. To teraz twoja kolej.
Hopecraft
— Ha, ha, bardzo śmieszne i nie, wyjątkowo nie, no chyba ze rano niepostrzeżenie mi coś "przeciwbólowego" dosypał do kawy, kto go tam wie. No. To teraz twoja kolej. — Pokręciłem z niedowierzaniem głową, wpatrując się w teatralnie oburzoną twarz chłopaka, do którego powoli zaczynałem się przekonywać. Jednak Nivan nie był aż takim idiotą i bachorem, oczywiście, tylko w towarzystwie jeden na jeden, nie wątpiłem, że małpiego rozumu dostałby ponownie, gdybyśmy siedzieli w tłumie.
— Czym się interesujesz? — zapytałem, w sumie nie wiedząc, w jakim kierunku poprowadzić rozmowę.
Oakley
Wyjątkowo przestał się mądrować, "nieświadomie" flirtować ze wszystkim, co się rusza i nawet uśmiechał się ładniej, niż zwykle. Był taki niby naturalny, chociaż i tak jebał typowym zakłamaniem, bo powiedzmy sobie szczerze, widać, że do tych czystych nie należy.
Zmarszczyłem brwi na pytanie, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Bo czym się interesowałem, nie licząc wkurwiania innych samą swoją egzystencją?
— Zainteresowania — mruknąłem, sapiąc cicho pod nosem. — Nie jest tego jakoś super dużo. Sport? Muzyka, tak, muzyka, coś tam informatycznego, ale w sumie to jakoś wszystko względnie mnie intryguje i porywa, gorzej tylko ze znalezieniem na to czasu. W jaki sposób przygotowane jajka lubisz jeść?
Hopecraft
— Zainteresowania — mruknął, sapiąc cicho pod nosem. — Nie jest tego jakoś super dużo. Sport? Muzyka, tak, muzyka, coś tam informatycznego, ale w sumie to jakoś wszystko względnie mnie intryguje i porywa, gorzej tylko ze znalezieniem na to czasu. W jaki sposób przygotowane jajka lubisz jeść? — Zamrugałem zdezorientowany, zastanawiając się skąd to pytanie.
— Sadzone. Jakie ty lubisz jeść i skąd pomysł an to pytanie? — Bo jednak Nivan nie po kolei w głowie miał od zawsze, to jednak się nie spodziewałem, że w chłopaku drzemią takie pokłady absurdu.
Oakley
I zaśmiałem się szczerze, widząc reakcję chłopaka, to jak łopocze rzęsami, jak spogląda na mnie z niedowierzaniem, jak jego mina automatycznie przekształca się w tę pełną zdziwienia i niepewności.
— Nie wiem, chciałem wiedzieć, czy nie jesteś przypadkiem psychopatą, który lubi jajecznicę ze szczypiorkiem? Chciałem wiedzieć co zrobić ci na śniadanie, gdyby nadarzyła się okazja? Nie miałem pomysłu na inne pytanie? Nie wiem, dobrze? I na miękko. Zdecydowanie na miękko.
Hopecraft
— Nie wiem, chciałem wiedzieć, czy nie jesteś przypadkiem psychopatą, który lubi jajecznicę ze szczypiorkiem? Chciałem wiedzieć co zrobić ci na śniadanie, gdyby nadarzyła się okazja? Nie miałem pomysłu na inne pytanie? Nie wiem, dobrze? I na miękko. Zdecydowanie na miękko. — Nawet jeżeli drgnąłem, słysząc tekst o śniadaniu, to nikt mi nie mógłby niczego zarzucić. Nikt. Skrzywiłem się za to słysząc odpowiedź chłopaka. Miękko? Toż to zbrodnia!
— I to jest twój idealny sposób? — spytałem z niedowierzaniem. — Jestem pewien, że równie dobrze Mińsk by sobie lepiej prowadził, prowadząc terapię alkoholową. Swoją drogą, jak tam twoje lekcje wychowania do życia w rodzinie? — spytałem, unosząc brwi.
Oakley
Udawałem, że nie widziałem drgnięcia, skrzywienia twarzy, że nie słyszałem kpiny w głosie, że wcale nie znaleźliśmy kolejnego zgrzytu, który nawet minimalny, to prawdopodobnie i tak dotkliwie nas pobodzie. Przynajmniej tak mi mówiło strzykanie w kościach, wyczuwalne wręcz w szpiku.
— Nie, błagam, nie wspominaj o tym, nigdy więcej nie zostanę nauczycielem. Nigdy. — Stanowczo zaakcentowałem słowo. — Chyba jedyne co przyswoili, to żart, że wina w barku Mińska to najlepsze afrodyzjaki, tyle że wzięli go na poważnie — dodałem, wzdychając i poprawiając koc, który dalej spoczywał na moich nogach. Miły, miękki, nieco pachnący koc. Miałem tylko nadzieję, że mi go nie zniknie, gdy będziemy wysiadać.
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
Kompilacja: James x Nivan [0]
Etykiety:
James Hopecraft,
Kompilacja,
Nivan Oakley
Hopecraft
Dni mijały, czas do wyjazdu coraz bardziej się zmniejszał, aż w końcu nadszedł ten dzień, gdy siedzieliśmy oboje w wagonie kolejowym, racząc się kurtuazyjną ciszą. Bagaże były już zmniejszone zaklęciem i schowane w odpowiednio zabezpieczonym miejscu, a cel naszej podróży pozostawał niewypowiedziany. Przynajmniej dla chłopaka, bo do tej pory tłumaczyłem mu jedynie, że jedziemy do specjalisty.
Helka była upierdliwą, starą kobietą, która lata świetności miała już za sobą, ale jej niezmierzona wiedza w zakresie skłonności naturalnych organizmu była nieoceniona. Zawiesiłem spojrzenie na twarzy siedzącego przede mną chłopaka, starając się o czym myśli.
— Masz jakieś pytania? — rzuciłem, żeby nawiązać rozmowę.
Oakley
Najbardziej w tym wszystkim szkoda było Kumara, który zdecydowanie znajdował się pomiędzy młotem a kowadłem i to dosłownie na każdej płaszczyźnie życia. Z jednej strony był on, z drugiej ja. Z jednej Wanda, z drugiej ja. Z jednej spokój, z drugiej moja choroba, którą chyba zadręczał się bardziej, niż moja osoba.
Dlatego nie dziwiłem się, gdy z niepokojem zerkał na moje spazmatyczne ruchy podczas pakowania ubrań, bo miałem pojechać Sam Kurwa Nie Wiem Gdzie, z panem Sam Kurwa Nie Wiem Co.
A potem zostało tylko nerwowe przebieranie nogami, wbijając spojrzenie w krajobrazy, starając się tylko nie wpaść wzrokiem na czekoladowe tęczówki chłopaka.
— Masz jakieś pytania? — spytał nagle, całkowicie wybijając mnie z nadanego nogom rytmu, powtarzałem w myślach utwór Foo Fightersów, starając się zająć czymkolwiek głowę.
— To dziwne, że się boję? — Nie spojrzałem nawet w jego kierunku, jedynie parsknąłem beznadziejnym śmiechem.
Hopecraft
— To dziwne, że się boję? — O, nie. Ten beznadziejny, bezradny śmiech wcale mi się nie podobał, bo Nivan ponownie przypominał kogoś złamanego. Kogoś, kto nagle obrócił się o 180 stopni i już nie mogłem patrzeć na niego jak na buntownika, choleryka, gościa, który ćpał za dużo i pakował się ze zbyt dużym entuzjazmem w kłopoty.
— Hej, spokojnie — powiedziałem, pochylając się nieco do przodu, żeby załapać z chłopakiem kontakt wzrokowy — to całkowicie normalne, za dużo też ci nie powiedziałem o tym. Nic cię tam boleć nie będzie, drobny, standardowy dyskomfort przy badaniach jak w szpitalu jedynie poczujesz. Helka to stara znajoma — tak, to była bardzo długa znajomość — jest profesjonalistką, ale nieco innej maści, jak cię weźmie w obroty, to się potem nie zorientujesz, że cokolwiek cię bolało.
Oakley
— Hej, spokojnie — mruknął nagle, nachylając się, trafiając oczami na moje i cholera, chyba zaczynałem się gubić. — To całkowicie normalne, za dużo też ci nie powiedziałem o tym. Nic cię tam boleć nie będzie, drobny, standardowy dyskomfort przy badaniach jak w szpitalu jedynie poczujesz. Helka to stara znajoma jest profesjonalistką, ale nieco innej maści, jak cię weźmie w obroty, to się potem nie zorientujesz, że cokolwiek cię bolało. — Nawet słysząc względnie pocieszające słowa, jedyne co mogłem zrobić, to wcisnąć na twarz dość wymuszony uśmiech i znowu zerknąć przez okno, udając, że tak w sumie to wszystko jest ok.
— Tak właściwie, to czemu mi pomagasz? — mruknąłem, marszcząc brwi. — Większość osób na twoim miejscu, w tym i ja, wykopałaby mnie szybciej, niż zdążyłbym wydusić z siebie słowo, a ty jeszcze fatygujesz się i zabierasz mnie gdzieś na drugi koniec czegokolwiek.
Hopecraft
Chłopak nadal nie czuł się komfortowo i nie mogłem się temu dziwić. Ostatecznie mówiliśmy o sytuacji, której jedzie z praktycznie nieznaną osobą niewiadomo dokąd, a na dodatek w celach medycznych. Sam szpitali nie trawiłem.
— Tak właściwie, to czemu mi pomagasz? — mruknął, marszcząc zabawnie brwi. — Większość osób na twoim miejscu, w tym i ja, wykopałaby mnie szybciej, niż zdążyłbym wydusić z siebie słowo, a ty jeszcze fatygujesz się i zabierasz mnie gdzieś na drugi koniec czegokolwiek.
To było dobre pytanie, ale odpowiedź wymagała powiedzenia więcej niż mogłem. Chociaż? Nic mnie nie ograniczało już, to nie Nervill. Wanda wątpiła w moją rasę, Nivan widział rękawiczki i ich brudny sekret.
— Mój lud wierzył, że każdy jest lekarzem. A obowiązkiem lekarza jest leczyć. — Musiałabym zagłębić się w filozofię ara, ale w dużej mierze można bylo tak to uprościć. — Poza tym fajny chłopak z ciebie jest, Nivan i o wiele bardziej wolę ciebie wkurwiającego otoczenie niż martwego.
Oakley
Nie musiałem czekać długo na odpowiedź, która swoją drogą nieco mnie zaskoczyła i zdziwiła.
— Mój lud wierzył, że każdy jest lekarzem. A obowiązkiem lekarza jest leczyć. — Skinąłem niepewnie głową. Jego lud? To znaczy, to, że facet urwał się z jakiejś zmutowanej choinki było mi już wiadome, szczególnie po incydentach z rączkami w roli głównej, ale i tak nieco wcisnęło mnie w dość miękki fotel. — Poza tym fajny chłopak z ciebie jest, Nivan i o wiele bardziej wolę ciebie wkurwiającego otoczenie niż martwego. — Tu nie mogłem powstrzymać parsknięcia śmiechem, lekkiego pokręcenia głową i odwrócenia spojrzenia od chłopaka, byle nie szczerzyć się jak głupi, bo jakoś połechtał moje ego. W sposób dość nieoczywisty, ale jednak.
— Dzięki? Miło to słyszeć, tak myślę? — rzuciłem niepewnie, zerkając na niego kątem oka. — W sumie to gdzieś pomiędzy popadaniem w amok spowodowany pracą, a byciem przesadnie miłym dla większości społeczności szkolnej, to też jesteś przyjemny do życia. Mogę się wreszcie dowiedzieć, gdzie do cholery jasnej jedziemy, bo jeszcze chwila i coś mnie trafi.
Hopecraft
— Dzięki? Miło to słyszeć, tak myślę? — rzucił niepewnie. Cóż, może to nie był najbardziej wyrafinowany komplement, ale takie zazwyczaj wydawały się puste.— W sumie to gdzieś pomiędzy popadaniem w amok spowodowany pracą, a byciem przesadnie miłym dla większości społeczności szkolnej, to też jesteś przyjemny do życia. Mogę się wreszcie dowiedzieć, gdzie do cholery jasnej jedziemy, bo jeszcze chwila i coś mnie trafi.
— Hej, to jest normalny poziom bycia miłym — oburzyłem się. — Caran, to jedna z osad dorenów na wschodzie Anory, na granicy z Valentine. — Dorenowie stanowili coś w stylu Amiszów. Bezkonfliktowe, demokratyczne, małe społeczeństwa z własnym kodeksem, sądem, odłączone prawnie od państwa, które zamieszkiwali. Kojarzone przede wszystkim ze wstrętem do technologii, ale z kolei magię wyćwiczyli do najwyższego poziomu.
Oakley
— Hej, to jest normalny poziom bycia miłym. — Uśmiechnąłem się szerzej na prychnięcie. Zdecydowanie, Hopecraft, zdecydowanie. — Caran, to jedna z osad dorenów na wschodzie Anory, na granicy z Valentine. — Zmarszczyłem brwi i pokiwałem głową po wytłumaczeniu chłopaka. W sumie to dało mi tyle, co nic i z chęcią zadałbym facetowi jeszcze kilka pytań, za które znając życie by mnie wyśmiał. Przecież to oczywiste oczywistości, co ty, nie wiesz, Oakley? No cóż, niestety, ludność i osady zdecydowanie nie są moim konikiem. Dlatego tylko pokiwałem głową, zdjąłem uśmiech z twarzy i znowu wlepiłem spojrzenie w okno.
Granica Anory i Valentine. Z jednej strony kawał drogi, z drugiej nie aż tak daleko, jak zdawać by się mogło.
— A jak tam z Nan? — rzuciłem, przypominając sobie o dręczącej kwestii czarnowłosej i blondyna, a raczej plotkach o nich. Co lepsze mówiły już, że mają za sobą nie tyle, że pierwszy pocałunek, co pierwszy raz, na co tylko przewracałem oczami i co innego mogłem zrobić, jak nie skorzystać z okazji i dowiedzieć się co nieco o tym duecie.
Hopecraft
— A jak tam z Nan? — Rzucone cicho w przestrzeń pytanie nie było złe, ani ciekawskie, ani intymne jakoś szczególnie. Przez ten krótki okres czasu znacznie więcej osób próbowało uzyskać klarowny obraz moich relacji z dziewczyną, choć Cesarz świadkiem, nie rozumiałem, co takiego skłoniło ich do zainteresowania się moim własnym życiem towarzyskim, w końcu powinni mieć własne. Ale Nivan to była całkowicie inna para kaloszy, chłopak raczej nie znajdował się w plotkarskiej masie, która interesowała się wybadaniem sytuacji.
— Dobrze, skąd to pytanie? — spytałem, wpatrując się z podejrzliwością w siedzącego przede mną mężczyznę. Jakby na to nie patrzeć, nie spodziewałem się go, przynajmniej nie od niego. — Jest cudowną przyjaciółką, jej pomoc w organizacji balu jest niezmierzona. A ty? Wiesz już z kim na niego idziesz? I jak tam Przewalska?
Oakley
Jego spojrzenie bawiło. Podejrzliwy wzrok, który rypał mnie od góry do dołu i wręcz krzyczał, co mnie nagle ugryzło na tym punkcie. Pochylił się do przodu. Nie moja wina, że nagle wszyscy zaczęli paplać o tej dwójce, a ja człowiek prosty i żądny informacji <s>no i trochę zazdrosny, bo jak to, Hopecraft był ode mnie szybszy?</s>
— Dobrze, skąd to pytanie? — odparł twardo, nie spuszczając ze mnie spojrzenia. Prychnąłem pod nosem i uśmiechnąłem się szerzej. — Jest cudowną przyjaciółką, jej pomoc w organizacji balu jest niezmierzona. A ty? Wiesz już z kim na niego idziesz? I jak tam Przewalska? — Miałem ochotę przewrócić oczami na dźwięk nazwiska dziewczyny.
— A nawet nie wspominaj, spierdoliłem tę relację po całości. — Lepiej późno, niż wcale, prawda, Oakley? — Co do balu, pewnie ruszę tam solo, a dlaczego pytam? Po prostu ładnie na nią patrzysz, Hopecraft — mruknąłem, w końcu zerkając w czekoladowe oczy, nieco bezczelnie, z dozą zakodowanej już we mnie kpiny.
Hopecraft
— A nawet nie wspominaj, spierdoliłem tę relację po całości. — Zamrugałem nieco zdziwiony. Początkowo planowałem poprosić Przewalską, żeby towarzyszyła Nivanowi w tej podróży, wydawali się być w dosyć zażyłej relacji, a z przyjacielem zawsze można było poczuć się lepiej. Chociaż aktualnie lepiej, że zdecydowałem się nikogo dodatkowego nie wprowadzać w kwestię, bądź co bądź, między pacjentem i lekarzem. — Co do balu, pewnie ruszę tam solo, a dlaczego pytam? Po prostu ładnie na nią patrzysz, Hopecraft — mruknął, spoglądając na mnie spod tej swojej absurdalnej niebieskiej grzywki.
— Szkoda, ładnie razem wyglądaliście. — Wzruszyłem ramionami, rozkładając się wygodnie na siedzeniu. — Nie uwierzę w twoje samotne przyjście, żadnej Nivanowej nie ma na horyzoncie? — odmruknąłem z przekąsem, skoro już jesteśmy przy tych tematach, niech nie będę jedynym cierpiącym. — Poza tym oczywiście, że ładnie na nią patrzę, trudno brzydko patrzeć na ładne osoby.
Oakley
— Szkoda, ładnie razem wyglądaliście. — Przewróciłem oczami na słowa chłopaka. Ładnie, ale co z tego, jeśli w środku wszystko było obrzydliwe, parszywe, oblepione grubą warstwą żółci. Nie wiem, kogo to bardziej wyżerało, ją, czy mnie (mnie, przecież ona nie miała o niczym pojęcia). — Nie uwierzę w twoje samotne przyjście, żadnej Nivanowej nie ma na horyzoncie? — Skrzywiłem się, gdy usłyszałem przekąs w jego głosie, zdecydowanie nieprzyjemny dla ucha głos, drażniące jakieś tam sfery umysłu, o których wcześniej pojęcia nie miałem. — Poza tym oczywiście, że ładnie na nią patrzę, trudno brzydko patrzeć na ładne osoby. — Nerw zszedł, a ja mogłem tylko ponownie się uśmiechnąć.
— Niestety, jak widać. Znalezienie kogokolwiek przychodzi mi z większym trudem niż Davonowi przystopowanie ze znaczeniem terenu. — Grymas wpełznął na moją twarz wraz ze wspomnieniem pokrytej malinkami szyi Przewalskiego, która wręcz świeciła na korytarzach, głośno dając do zrozumienia, że tak, są parą. — A ty? Idziesz z Nan? — Czy może z kimś innym z kółeczka adoracji Hopecrafta. — Daleko jeszcze?
Hopecraft
— Niestety, jak widać. Znalezienie kogokolwiek przychodzi mi z większym trudem niż Davonowi przystopowanie ze znaczeniem terenu. — Zawtórowałem grymasowi chłopaka, pamiętając, co się działo, gdy jeszcze mieszkałem z nimi w jednym pokoju. Armagedon. Sodoma i Gomora. Tragizm w czystej postaci połączony z wyciem po nocach, nieznającym umiaru Dexterem oraz Fomą, który nie bardzo był w stanie zapanować nad nadpobudliwym partnerem. — A ty? Idziesz z Nan? Daleko jeszcze?
— Niestety, jak widać. Znalezienie kogokolwiek przychodzi mi z większym trudem niż Davonowi przystopowanie ze znaczeniem terenu. — Zawtórowałem grymasowi chłopaka, pamiętając, co się działo, gdy jeszcze mieszkałem z nimi w jednym pokoju. Armagedon. Sodoma i Gomora. Tragizm w czystej postaci połączony z wyciem po nocach, nieznającym umiaru Dexterem oraz Fomą, który nie bardzo był w stanie zapanować nad nadpobudliwym partnerem. — A ty? Idziesz z Nan? Daleko jeszcze?
— Zapowiada się, że tak, zobaczymy, czy oboje wytrwamy w tym do końca. — Nadal miałem wrażenie, że może jest ktoś, kim dziewczyna jest zainteresowana albo ktoś, kto jest nią i że coś mogłoby się w naszym planie zmienić, ta nutka niepewności, która była absurdalna, irytowała. — Dojedziemy za kilka godzin, jeżeli jesteś zmęczony to możesz się przespać od razu.
Oakley
— Zapowiada się, że tak, zobaczymy, czy oboje wytrwamy w tym do końca. — Pokiwałem głową, dokładnie kodując słowa chłopaka. Póki dziewczynie nikt nie pogrozi, to raczej da radę, bo to jednak Hopecraft, tak, ten Hopecraft, pan posyłam uśmiech i zabijam jakąkolwiek moralność u większości publiki. No, a wątpiłem, żeby chłopak miał zamiar odstawić dziewczynę, z tego, co zasłyszałem, mieli się dobrze i nie ukrywano, że jedno do drugiego ciągnie. Czyżby zakład postawiony przez Mińska w końcu miał doczekać się swoich zwycięzców? — Dojedziemy za kilka godzin, jeżeli jesteś zmęczony to możesz się przespać od razu. — Nie mogłem ukryć uśmiechu, bo w sumie to tylko na to czekałem. Dla niepoznaki tylko wyglądnąłem przez okno, rozsiadłem się wygodniej, zacząłem miętolić bluzę w palcach, szykując ją powoli do pełnienia funkcji prowizorycznej poduszki.
Dopiero po chwili zastoju, zlania się mknącego obrazu za szybą, łagodnym bujaniu wagonu. Ułożyłem ciuch pomiędzy głową a ścianą i przymknąłem oko, zakładając ręce na piersi i rozstawiając nogi zdecydowanie zbyt szeroko.
— Jeszcze raz dziękuję — rzuciłem tylko, zerkając kątem oka na Hopecrafta i już po chwili przymykając coraz cięższe powieki. Kima w akompaniamencie turkotu i drgań była już chyba moim chlebem powszednim.
wtorek, 31 lipca 2018
Niby nic [X]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Spojrzałem na niego z widocznym w oczach, a może i całym wyrazie twarzy, wyczekiwaniem, bo przyznam szczerze, odpowiedź na moje pytanie zaczęła mmie nurtować i otrzymanie jej stało się na ten moment sprawą kluczową.
Musnął palcem mój nos, nachylił się nade mną z tym swoim uśmieszkiem, a mi chyba żołądek wywaliło na lewą stronę.
— Ja też myślałem, że jeszcze mnie czymś zaskoczysz, a Black Devilsy do niespodzianek zdecydowanie nie należą — mruknął, a ja delikatnie się skrzywiłem. Potrzebowałem odpowiedzi. Tu i teraz, a nie mozolnego droczenia się z moją osobą. — Co pomyślałem? Że w sumie to jesteś niezłą dupą — rzucił, ba, wybuchnął wraz ze śmiechem, a ja lekko się skrzywiłem, odwracając spojrzenie od mężczyzny, który definitywnie mnie zawstydził. Bardziej swoim zachowaniem, aniżeli słowami, do tych byłem przyzwyczajony. — Spokojnie, nie tylko to, przysięgam. Że wyglądasz na trochę innego od wszystkich i takie sprawiasz wrażenie. Że jesteś przekonany o swoje wartości, a przynajmniej tak sądziłem, po tej nodze założonej na drugą i praktycznym zajęciu całej ławki. Że masz ładne oczy. Że mnie irytujesz, ale cholernie kusisz. I że zaraz rzucimy się ku sobie, nie do końca wiem, czy aby rozerwać tętnice, czy ubrania — kontynuował ze śmiechem, słabszym, nieco bledszym, ale dalej melodyjnym, a ja po cichu przyznałem mu rację.. — I że możliwe, że ciebie polubię — wymruczał i skusił się na gest, przez który delikatnie drgnąłem, bo czułe [pewnie tylko mi się tak wydawało] objęcie ramionami nie było czymś, czego spodziewałbym się z jego strony. — A ty co myślałeś, gdy usiadł obok ciebie piękny, niebieskooki mężczyzna? Tak, wiem, uwielbiasz mnie.
Dźgnąłem go palcem w brzuch, krzywiąc się delikatnie, bo do tych skromnych Walsh zdecydowanie nie należał, ale zaraz po haniebnym czynie, parsknąłem cichym śmiechem, kręcąc głową.
— Co za jebany palant zasłania mi słoneczko? — zacytowałem myśl, a raczej starałem się to zrobić, wspominając znienawidzony cień, który padł wtedy na moją buźkę. — Zacząłem zastanawiać się, dlaczego do cholery jasnej siadasz obok mnie, skoro pięć metrów dalej jest wolna ławka, miałem ochotę w coś przypierdolić i szczerze mówiąc, to najchętniej w ciebie. Wydawałeś się intrygującym skurwysynem, ale skurwysynem i głównie dlatego nie za bardzo chciałem się z tobą gmatwać, bo miałem wtedy i tak już za dużo problemów na głowie i jakiś atrakcyjny dupek, który myślał sobie, że może ot, tak przysiąść sobie obok mnie do kolekcji raczej nie był mi potrzebny. No i może też trochę chciałem zruchać ci to chude dupsko albo urwać łeb razem z płucami. Nie mogłem się zdecydować, co bardziej.
Delikatnie rzecz ujmując, resztę jeszcze dość długiego dnia zlaliśmy ciepłym moczem. Leżąc, wypalając fajkę po fajce, dochodząc do wyniku jednej paczki na spółę. Mrucząc pod nosem kolejne pytania i odpowiedzi, szepcząc może raz na jakiś czas cieplejsze słowo, gdzieś tam na ucho, zamykając je szczelnie między naszą dwójką, zakopując głęboko w głowie każdą chwilę. Przynajmniej ja starałem się jak najdokładniej zapamiętać jego gesty, słowa, tempr głosu, sposób bycia i tę lepszą, milszą w odbiorze część Adama, twarz uchyloną możliwe, że tylko dla mnie na te kilka godzin. Czuły uśmiech, delikatny dotyk, palec leniwie wodzący po kręgosłupie, barku, czy mostku.
Chłonąłem wiedzę o nim jak pierdolona gąbka, dręczony myślami, jadem i żółcią, która zaczęła zalegać na żołądku, wołając o jego opróżnienie z dotychczasowej zawartości, którą w pewnej części był też Walsh. Jego pot, ślina, martwy naskórek, po tym, jak dokładnie obcałowywałem ciało, po tym, jak uważnie wodziłem po nim językiem, starając się nawet tym mięśniem zapamiętać jak najwięcej kształtów jego ciała.
Z każdą sekundą coraz gorzej, coraz ciężej, dotyk zaczynał palić, uśmiech powoli stawał się grymasem zniesmaczenia moją osobą, a głowa zaczynała boleć gnębiona milionem myśli na sekundę, które przebiegały przez nią dziko, łupiąc o mózg, hałasując niemiłosiernie. Jebany maraton pseudo sportowców, którzy na domiar złego byli grubi i potykali się o drugi krok, mrocząc mi oczy migreną.
Ale śmiałem się, ale dosięgałem do jego ucha wypowiadać słodkie tajemnice. Gładziłem dłonią jego tors, delikatnie go podgrzewając. Muskałem nosem klatkę piersiową, wspinałem się na niego leniwie, byle nie wzbudzać podejrzeń. Całowałem czule mostek, za chwilę przyklejając do niego ucho i policzek, chcąc ostatni raz posłuchać bicia jego serca. Rytmicznego, melodyjnego, jak on, zresztą. Pewnie wygrywało ten jeden z jego ulubionych utworów.
Walsh był tak piekielnie chaotyczny, ale przecież od chaosu wszystko się zaczynało, a i chaos należał do rzeczy nad wyraz harmonijnych.
Był moją małą symfonią.
Gdy zasnął znużony całą dotychczasową konwersacją nie miałem zamiaru ryczeć. To znaczy miałem, ale nie chciałem do tego dopuścić, odnosząc nieodzowne wrażenie, że łzy zdołają wypalić na moich policzkach długie, wieczne smugi, które na dłużej niż wieczność przypominałyby mi o tym, że już nigdy nie usłyszę jego głosu. Nigdy nie dotknę pewnej siebie, idealnej buźki i nigdy nie przejadę palcem po ciele.
Czy byłem zakochany?
Nie. Przynajmniej tak myślę. Bliżej było mi do zauroczenia. Ślepego wpatrywania się w niego, jak w obrazek, jak w dzieło samego Stwórcy.
Chyba nigdy go nie kochałem. Kochałem poczucie żądzy, które do niego tliłem.
Nawet nie wiedziałem, czy umiem kochać kogoś w ten sposób, bo jak dotąd jedyną miłość, jaką byłem w stanie stwierdzić, była miłość dziecka do matki, czy miłość braterska, która niespodziewanie zrodziła się w pewnym momencie do Yamira. Miłość, którą tak szybko pomyliłem z prawdziwym uczuciem, gdy w rzeczywistości nie chciałem go całować, czy mieć dla siebie, czego dowiedziałem się dopiero po czynie. Zdecydowanie złote usteczka były dla mnie puste, dopóki nie płynęły z nich słowa, dotyczące nawet jebanej herbaty. Musiał po prostu mówić. Być. Ich dotyk nie wzbudzał dreszczyku. Wręcz przeciwnie. Rozdrażnił mnie niemożliwie, wzbudził nienawiść do samego siebie. Przyprawił o chęć zwymiotowania.
Nie spałem, co raczej nie było nowością już dla nikogo. Zamiast tego lampiłem się beznamiętnie w sufit, myśląc, co mam do cholery jasnej zrobić. Jak postąpić. Obudzenie go, przyznanie się i wyjście nie wchodziło w rachubę. Zatrzymałby mnie, a ja skuszony propozycją jeszcze jednego pocałunku, zostałbym i nie mógłbym już odejść.
Zostawić coś? Pocałować go? Wyczekać do ostatniego momentu i dać mu się obudzić, dotykając ciepłej jeszcze pościeli? Napisać coś na świstku? Brzmiało najrozsądniej. Wytłumaczenie. Przeprosiny. Łaknienie mordu w słowach, byle uznał mnie za furiata i nie tęsknił. Ba i tak nie będzie. Może chciałem wyjaśnić całą tę sytuację przed sobą samym?
Gładziłem kciukiem jego dłoń, którą dalej mnie obejmował. Wsłuchiwałem się w jego oddech.
Miałem dzisiaj odnieść ostatnie papiery i się wydelegować. Że musiałem akurat na niego trafić.
Zresztą, znajdą je i sami to rozgarną.
Adam, spotkaliśmy się po raz pierwszy i ostatni.
Jak nie on, to ja.
Pięknie.
Spojrzałem na zegarek. Czwarta rano.
Za dwie godziny wyjazd.
Jeszcze pięć minut, było tak wygodnie. Tak dobrze. Tak komfortowo i ciepło.
Już Nivan, już. Nie rozleniwiaj się.
Bokserki, spodnie, koszulka, skarpetki. Buty, jebane sznurowadła. Wcisnąłem stopy na siłę, tenisówki i tak były już rozluźnione do granic możliwości. Telefon. Zapalniczkę i pudełko niech sobie zatrzyma. Cokolwiek.
Papiery jebać, same się doniosą, nie chciałem już szeleścić. Koszula z plamą po kawie. Powinna się doprać.
Okulary są. Brudne, tłuste, z plamami po nocy, ale były. Byle widzieć.
Przykryłem go, bo inaczej wychłodzi się i obudzi. Niech dośpi do końca, niech wypocznie.
Stojąc przy drzwiach spojrzałem ostatni raz na ten cały burdel. Na pełne wspomnień pobojowisko, a na koniec na śpiącego królewicza, który rozdziawił japę i chrapnął. Uśmiechnąłem się pod nosem. Pięknyś, Adam, pięknyś nawet w tym wydaniu.
Otworzyłem drzwi i już bez oglądania się za siebie wyszedłem. Przymknąłem wrota do jaskini lwa, wzdychając cicho, a za chwilę przecierając już nieco tłuste włosy i przeklinając.
Cholerni faceci.
Musnął palcem mój nos, nachylił się nade mną z tym swoim uśmieszkiem, a mi chyba żołądek wywaliło na lewą stronę.
— Ja też myślałem, że jeszcze mnie czymś zaskoczysz, a Black Devilsy do niespodzianek zdecydowanie nie należą — mruknął, a ja delikatnie się skrzywiłem. Potrzebowałem odpowiedzi. Tu i teraz, a nie mozolnego droczenia się z moją osobą. — Co pomyślałem? Że w sumie to jesteś niezłą dupą — rzucił, ba, wybuchnął wraz ze śmiechem, a ja lekko się skrzywiłem, odwracając spojrzenie od mężczyzny, który definitywnie mnie zawstydził. Bardziej swoim zachowaniem, aniżeli słowami, do tych byłem przyzwyczajony. — Spokojnie, nie tylko to, przysięgam. Że wyglądasz na trochę innego od wszystkich i takie sprawiasz wrażenie. Że jesteś przekonany o swoje wartości, a przynajmniej tak sądziłem, po tej nodze założonej na drugą i praktycznym zajęciu całej ławki. Że masz ładne oczy. Że mnie irytujesz, ale cholernie kusisz. I że zaraz rzucimy się ku sobie, nie do końca wiem, czy aby rozerwać tętnice, czy ubrania — kontynuował ze śmiechem, słabszym, nieco bledszym, ale dalej melodyjnym, a ja po cichu przyznałem mu rację.. — I że możliwe, że ciebie polubię — wymruczał i skusił się na gest, przez który delikatnie drgnąłem, bo czułe [pewnie tylko mi się tak wydawało] objęcie ramionami nie było czymś, czego spodziewałbym się z jego strony. — A ty co myślałeś, gdy usiadł obok ciebie piękny, niebieskooki mężczyzna? Tak, wiem, uwielbiasz mnie.
Dźgnąłem go palcem w brzuch, krzywiąc się delikatnie, bo do tych skromnych Walsh zdecydowanie nie należał, ale zaraz po haniebnym czynie, parsknąłem cichym śmiechem, kręcąc głową.
— Co za jebany palant zasłania mi słoneczko? — zacytowałem myśl, a raczej starałem się to zrobić, wspominając znienawidzony cień, który padł wtedy na moją buźkę. — Zacząłem zastanawiać się, dlaczego do cholery jasnej siadasz obok mnie, skoro pięć metrów dalej jest wolna ławka, miałem ochotę w coś przypierdolić i szczerze mówiąc, to najchętniej w ciebie. Wydawałeś się intrygującym skurwysynem, ale skurwysynem i głównie dlatego nie za bardzo chciałem się z tobą gmatwać, bo miałem wtedy i tak już za dużo problemów na głowie i jakiś atrakcyjny dupek, który myślał sobie, że może ot, tak przysiąść sobie obok mnie do kolekcji raczej nie był mi potrzebny. No i może też trochę chciałem zruchać ci to chude dupsko albo urwać łeb razem z płucami. Nie mogłem się zdecydować, co bardziej.
Delikatnie rzecz ujmując, resztę jeszcze dość długiego dnia zlaliśmy ciepłym moczem. Leżąc, wypalając fajkę po fajce, dochodząc do wyniku jednej paczki na spółę. Mrucząc pod nosem kolejne pytania i odpowiedzi, szepcząc może raz na jakiś czas cieplejsze słowo, gdzieś tam na ucho, zamykając je szczelnie między naszą dwójką, zakopując głęboko w głowie każdą chwilę. Przynajmniej ja starałem się jak najdokładniej zapamiętać jego gesty, słowa, tempr głosu, sposób bycia i tę lepszą, milszą w odbiorze część Adama, twarz uchyloną możliwe, że tylko dla mnie na te kilka godzin. Czuły uśmiech, delikatny dotyk, palec leniwie wodzący po kręgosłupie, barku, czy mostku.
Chłonąłem wiedzę o nim jak pierdolona gąbka, dręczony myślami, jadem i żółcią, która zaczęła zalegać na żołądku, wołając o jego opróżnienie z dotychczasowej zawartości, którą w pewnej części był też Walsh. Jego pot, ślina, martwy naskórek, po tym, jak dokładnie obcałowywałem ciało, po tym, jak uważnie wodziłem po nim językiem, starając się nawet tym mięśniem zapamiętać jak najwięcej kształtów jego ciała.
Z każdą sekundą coraz gorzej, coraz ciężej, dotyk zaczynał palić, uśmiech powoli stawał się grymasem zniesmaczenia moją osobą, a głowa zaczynała boleć gnębiona milionem myśli na sekundę, które przebiegały przez nią dziko, łupiąc o mózg, hałasując niemiłosiernie. Jebany maraton pseudo sportowców, którzy na domiar złego byli grubi i potykali się o drugi krok, mrocząc mi oczy migreną.
Ale śmiałem się, ale dosięgałem do jego ucha wypowiadać słodkie tajemnice. Gładziłem dłonią jego tors, delikatnie go podgrzewając. Muskałem nosem klatkę piersiową, wspinałem się na niego leniwie, byle nie wzbudzać podejrzeń. Całowałem czule mostek, za chwilę przyklejając do niego ucho i policzek, chcąc ostatni raz posłuchać bicia jego serca. Rytmicznego, melodyjnego, jak on, zresztą. Pewnie wygrywało ten jeden z jego ulubionych utworów.
Walsh był tak piekielnie chaotyczny, ale przecież od chaosu wszystko się zaczynało, a i chaos należał do rzeczy nad wyraz harmonijnych.
Był moją małą symfonią.
Gdy zasnął znużony całą dotychczasową konwersacją nie miałem zamiaru ryczeć. To znaczy miałem, ale nie chciałem do tego dopuścić, odnosząc nieodzowne wrażenie, że łzy zdołają wypalić na moich policzkach długie, wieczne smugi, które na dłużej niż wieczność przypominałyby mi o tym, że już nigdy nie usłyszę jego głosu. Nigdy nie dotknę pewnej siebie, idealnej buźki i nigdy nie przejadę palcem po ciele.
Czy byłem zakochany?
Nie. Przynajmniej tak myślę. Bliżej było mi do zauroczenia. Ślepego wpatrywania się w niego, jak w obrazek, jak w dzieło samego Stwórcy.
Chyba nigdy go nie kochałem. Kochałem poczucie żądzy, które do niego tliłem.
Nawet nie wiedziałem, czy umiem kochać kogoś w ten sposób, bo jak dotąd jedyną miłość, jaką byłem w stanie stwierdzić, była miłość dziecka do matki, czy miłość braterska, która niespodziewanie zrodziła się w pewnym momencie do Yamira. Miłość, którą tak szybko pomyliłem z prawdziwym uczuciem, gdy w rzeczywistości nie chciałem go całować, czy mieć dla siebie, czego dowiedziałem się dopiero po czynie. Zdecydowanie złote usteczka były dla mnie puste, dopóki nie płynęły z nich słowa, dotyczące nawet jebanej herbaty. Musiał po prostu mówić. Być. Ich dotyk nie wzbudzał dreszczyku. Wręcz przeciwnie. Rozdrażnił mnie niemożliwie, wzbudził nienawiść do samego siebie. Przyprawił o chęć zwymiotowania.
Nie spałem, co raczej nie było nowością już dla nikogo. Zamiast tego lampiłem się beznamiętnie w sufit, myśląc, co mam do cholery jasnej zrobić. Jak postąpić. Obudzenie go, przyznanie się i wyjście nie wchodziło w rachubę. Zatrzymałby mnie, a ja skuszony propozycją jeszcze jednego pocałunku, zostałbym i nie mógłbym już odejść.
Zostawić coś? Pocałować go? Wyczekać do ostatniego momentu i dać mu się obudzić, dotykając ciepłej jeszcze pościeli? Napisać coś na świstku? Brzmiało najrozsądniej. Wytłumaczenie. Przeprosiny. Łaknienie mordu w słowach, byle uznał mnie za furiata i nie tęsknił. Ba i tak nie będzie. Może chciałem wyjaśnić całą tę sytuację przed sobą samym?
Gładziłem kciukiem jego dłoń, którą dalej mnie obejmował. Wsłuchiwałem się w jego oddech.
Miałem dzisiaj odnieść ostatnie papiery i się wydelegować. Że musiałem akurat na niego trafić.
Zresztą, znajdą je i sami to rozgarną.
Adam, spotkaliśmy się po raz pierwszy i ostatni.
Jak nie on, to ja.
Pięknie.
Spojrzałem na zegarek. Czwarta rano.
Za dwie godziny wyjazd.
Jeszcze pięć minut, było tak wygodnie. Tak dobrze. Tak komfortowo i ciepło.
Już Nivan, już. Nie rozleniwiaj się.
Bokserki, spodnie, koszulka, skarpetki. Buty, jebane sznurowadła. Wcisnąłem stopy na siłę, tenisówki i tak były już rozluźnione do granic możliwości. Telefon. Zapalniczkę i pudełko niech sobie zatrzyma. Cokolwiek.
Papiery jebać, same się doniosą, nie chciałem już szeleścić. Koszula z plamą po kawie. Powinna się doprać.
Okulary są. Brudne, tłuste, z plamami po nocy, ale były. Byle widzieć.
Przykryłem go, bo inaczej wychłodzi się i obudzi. Niech dośpi do końca, niech wypocznie.
Stojąc przy drzwiach spojrzałem ostatni raz na ten cały burdel. Na pełne wspomnień pobojowisko, a na koniec na śpiącego królewicza, który rozdziawił japę i chrapnął. Uśmiechnąłem się pod nosem. Pięknyś, Adam, pięknyś nawet w tym wydaniu.
Otworzyłem drzwi i już bez oglądania się za siebie wyszedłem. Przymknąłem wrota do jaskini lwa, wzdychając cicho, a za chwilę przecierając już nieco tłuste włosy i przeklinając.
Cholerni faceci.
poniedziałek, 30 lipca 2018
Niby nic [78]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Westchnął jakby absolutnie zdemotywowany moim pytaniem. Zmarszczyłem brwi, zerkając na niego z dołu, bo nie wszystko było aż tak oczywiste, Walsh, naprawdę. Nie znam cię.
Och.
Jak beznadziejnie to brzmi.
Jednakże rzeczywistość była nadzwyczaj brutalna i wredna, nie znałem Walsha, nie wiedziałem o nim absolutnie nic, nie licząc tego, że lubi tartę cytrynową, ma pieprzyk na dupie, którego on sam nie uznaje, ale ja wiem, że tam jest, nie umie tańczyć, że jebie na kilometr lasem, nikt do końca nie wie czemu.
Nie znałem go ani trochę, a bez oporów dałem mu dupy. Może właśnie dlatego to zrobiłem. Komuś, o kim nie wiedziało się nic, było o wiele łatwiej.
— Przewalski, myślałem, że wszyscy to wiedzą — odparł mruczącym głosem, zjeżdżając dłonią na moją klatkę piersiową. Czyli jednak, już myślałem, że czymś mnie zaskoczy. — A twoja historia wcale nie była taka długa. I głupią też bym jej nie nazwał, ot co, miłość może i tak, ale samo wydarzenie nie. Ulubione papierosy?
— Wiedziałem, ale myślałem, że mnie czymś jeszcze zaskoczysz. — Oblizałem szybko dolną, już zbyt mocno spierzchniętą wargę. — Black Devilsy, różowe konkretniej. — Przetarłem leniwie lewe oko, burcząc coś jeszcze pod nosem, ale sam nawet nie za bardzo miałem pojęcia, co to konkretnie było. — Co pomyślałeś, kiedy pierwszy raz mnie spotkałeś?
Och.
Jak beznadziejnie to brzmi.
Jednakże rzeczywistość była nadzwyczaj brutalna i wredna, nie znałem Walsha, nie wiedziałem o nim absolutnie nic, nie licząc tego, że lubi tartę cytrynową, ma pieprzyk na dupie, którego on sam nie uznaje, ale ja wiem, że tam jest, nie umie tańczyć, że jebie na kilometr lasem, nikt do końca nie wie czemu.
Nie znałem go ani trochę, a bez oporów dałem mu dupy. Może właśnie dlatego to zrobiłem. Komuś, o kim nie wiedziało się nic, było o wiele łatwiej.
— Przewalski, myślałem, że wszyscy to wiedzą — odparł mruczącym głosem, zjeżdżając dłonią na moją klatkę piersiową. Czyli jednak, już myślałem, że czymś mnie zaskoczy. — A twoja historia wcale nie była taka długa. I głupią też bym jej nie nazwał, ot co, miłość może i tak, ale samo wydarzenie nie. Ulubione papierosy?
— Wiedziałem, ale myślałem, że mnie czymś jeszcze zaskoczysz. — Oblizałem szybko dolną, już zbyt mocno spierzchniętą wargę. — Black Devilsy, różowe konkretniej. — Przetarłem leniwie lewe oko, burcząc coś jeszcze pod nosem, ale sam nawet nie za bardzo miałem pojęcia, co to konkretnie było. — Co pomyślałeś, kiedy pierwszy raz mnie spotkałeś?
niedziela, 29 lipca 2018
Niby nic [76]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Mruknąłem z przyjemnością, gdy twarz mężczyzny znalazła się w moich włosach, gdy zebrał się na kolejne czułości i po prostu znalazł się jeszcze bliżej mnie, chyba nawet bardziej w tym psychicznym, niż fizycznym znaczeniu. Uśmiechnąłem się, wyciągnąłem wolną dłoń gdzieś wyżej, byle dosięgnąć kosmyków na jego karku i zacząć je delikatnie masować, pieścić, pielęgnować. Nie zważając na to, w jak pokracznej pozycji się znaleźliśmy.
— Na jakiejś imprezie, chyba piętnaście lat miałem, pijany w sztok, uchlany do granic wytrzymałości mojego organizmu, o pocałunku dowiedziałem się od znajomego następnego dnia, gdy znaleźli mnie na drzewie w ogródku, więc nie, nie opowiem ci gorących szczegółów — odparł z nieporadnym uśmiechem, odsuwając się ode mnie i drapiąc po głowie, na co parsknąłem cicho, bo och, tak, raczej nikt się nie spodziewał. — Z jakąś dziewczyną, chyba Anja miała na imię, jeżeli ciebie to interesuje. A taki oficjalny pierwszy pocałunek, który chciałbym, żeby był moim pierwszym to chyba z Tadeuszem, jak miałem szesnaście. To był fajny związek, w sumie ciekawe, co tam u niego, bo rozstawaliśmy się jako przyjaciele. No i jeszcze jest Przewalski, ale to już zupełnie inna historia. Twoja pierwsza miłość?
Na koniec skinąłem głową, ale słysząc pytanie zalałem się konkretnym rumieńcem, bo tak, to musiało paść. To jedno, jedyne zdanie.
Burknąłem pod nosem, coś niezrozumiałego dla niego, a oczywistego dla mnie.
— To głupia i długa historia — parsknąłem z niezwykłym zawstydzeniem, przypominając sobie każdy, nawet najmniejszy ruch tego drugiego, który w tamtym okresie przyprawiał mnie o wzwód i zdecydowanie byłem zbyt świadom samego siebie. — Pierwsza nieodwzajemniona miłostka tliła się jak to Missisipi, do jedynego i niepowtarzalnego Kumara. Odwzajemnionej jeszcze nie zaliczyłem. — Zastukałem palcami o brzuch mężczyzny. — A twoja?
— Na jakiejś imprezie, chyba piętnaście lat miałem, pijany w sztok, uchlany do granic wytrzymałości mojego organizmu, o pocałunku dowiedziałem się od znajomego następnego dnia, gdy znaleźli mnie na drzewie w ogródku, więc nie, nie opowiem ci gorących szczegółów — odparł z nieporadnym uśmiechem, odsuwając się ode mnie i drapiąc po głowie, na co parsknąłem cicho, bo och, tak, raczej nikt się nie spodziewał. — Z jakąś dziewczyną, chyba Anja miała na imię, jeżeli ciebie to interesuje. A taki oficjalny pierwszy pocałunek, który chciałbym, żeby był moim pierwszym to chyba z Tadeuszem, jak miałem szesnaście. To był fajny związek, w sumie ciekawe, co tam u niego, bo rozstawaliśmy się jako przyjaciele. No i jeszcze jest Przewalski, ale to już zupełnie inna historia. Twoja pierwsza miłość?
Na koniec skinąłem głową, ale słysząc pytanie zalałem się konkretnym rumieńcem, bo tak, to musiało paść. To jedno, jedyne zdanie.
Burknąłem pod nosem, coś niezrozumiałego dla niego, a oczywistego dla mnie.
— To głupia i długa historia — parsknąłem z niezwykłym zawstydzeniem, przypominając sobie każdy, nawet najmniejszy ruch tego drugiego, który w tamtym okresie przyprawiał mnie o wzwód i zdecydowanie byłem zbyt świadom samego siebie. — Pierwsza nieodwzajemniona miłostka tliła się jak to Missisipi, do jedynego i niepowtarzalnego Kumara. Odwzajemnionej jeszcze nie zaliczyłem. — Zastukałem palcami o brzuch mężczyzny. — A twoja?
Niby nic [74]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Nie sądziłem, że pytanie o zwykłą, ulubioną porę roku wzbudzi aż tak negatywną reakcję, ale warczenie, jak u rozjuszonego kundelka zdecydowanie było tego warte, dlatego tylko parsknąłem śmiechem, czekając cierpliwie, aż udzieli oczekiwanej przeze mnie odpowiedzi, bo nie miałem zamiaru odpuszczać mojego celu.
— Uwielbiam złotą jesień, ale jako że taka nie istnieje, bo zawsze jest mokro, leje i w dodatku robi się to okropne błoto, to zdecydowanie wiosna — odparł twardo, poprawiając się nieco, przez co sam musiałem poprawić się razem z nim, bo podciągając się do góry, zsunął mnie w dół.A ja dalej chciałem słuchać jego pulsu. Musiałem jednak przyznać mu rację, jesień zazwyczaj była paskudna. — Twoje urodziny? — spytał, chuchając prosto w moją głowę, na co delikatnie się skrzywiłem, bo włosy nieprzyjemnie się przy tym odginały.
— Powiem ci, że taką złotą jesień widziałem raz w życiu i warto było — mruknąłem nisko. Chciałem jeszcze rzucić czymś w stylu, że co, Walsh, nie wiesz, kiedy mam urodziny? Ta zniewaga krwi wymaga! Ale za chwilę spytałby się, w takim razie kiedy ja mam urodziny, a mnie porządnie by zatkało, bo nie miałem zielonego pojęcia i już go mieć nie chciałem. W końcu, po co mi ta informacja, tylko po to, żeby później samotnie celebrować? — Ósmy lutego — odparłem beznamiętnie, przypominając sobie, że cholera, jestem stary. — Pierwszy pocałunek? — parsknąłem głośno, decydując się na zejście na bardziej pobłażliwe tematy.
— Uwielbiam złotą jesień, ale jako że taka nie istnieje, bo zawsze jest mokro, leje i w dodatku robi się to okropne błoto, to zdecydowanie wiosna — odparł twardo, poprawiając się nieco, przez co sam musiałem poprawić się razem z nim, bo podciągając się do góry, zsunął mnie w dół.
— Powiem ci, że taką złotą jesień widziałem raz w życiu i warto było — mruknąłem nisko. Chciałem jeszcze rzucić czymś w stylu, że co, Walsh, nie wiesz, kiedy mam urodziny? Ta zniewaga krwi wymaga! Ale za chwilę spytałby się, w takim razie kiedy ja mam urodziny, a mnie porządnie by zatkało, bo nie miałem zielonego pojęcia i już go mieć nie chciałem. W końcu, po co mi ta informacja, tylko po to, żeby później samotnie celebrować? — Ósmy lutego — odparłem beznamiętnie, przypominając sobie, że cholera, jestem stary. — Pierwszy pocałunek? — parsknąłem głośno, decydując się na zejście na bardziej pobłażliwe tematy.
sobota, 28 lipca 2018
Niby nic [72]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Ten wzrok mówiący wyraźnie, że ciebie Oakley, chyba coś popierdoliło, jeśli każesz mi robić takie rzeczy, o czym ty w ogóle gadasz i dlaczego robisz mi krzywdę, zadając takie pytania, co? No powiedz mi, czego jesteś taką paskudą.
A ja tylko uśmiechałem się delikatnie, oczekując odpowiedzi i naprawdę wiedziałem, że na jednej, jedynej piosence się nie skończy, ale koniecznie chciałem, chociaż na chwilę zatruć mu to paskudne dupsko, a żeby go coś w pośladek ukłuło i piekielnie zabolało. Cierp, cierp, sam zacząłeś tę popieprzoną gierkę.
— Tylko jedna? — spytał, marszcząc czoło i zdecydowanie mocno się namyślając. — Chyba Everybody Wants to Rule... Nie, czekaj, poprawka. Stayin’ Alive Bee Geesów. Albo nie. Mogę podać dwie? Oczywiście, że mogę. September od Earth, Wind and Fire, Mister Blue Sky i I Just Died In Your Arms. Tak, wiem, że to były trzy, Oakley, ale nie zabronisz mi — odparł, skończył z uśmiechem na buźce, a ja przewróciłem oczami i odetchnąłem z ulgą, bo nie znałem ani jednego utworu, który wymienił.
Nie będzie okazji, żeby zatruwał mi nimi życie.
A mimo wszystko zapamiętałem większość tytułów, żeby w razie czego po prostu zrobić składankę „A.W”, zgrać ją na płycie i wrzucić w jakimś pudełku na dno kartonu, a któregoś pięknego dnia, za dwadzieścia lat go otworzyć, całkiem zapominając o skrywanym przez niego skarbie i odsłuchać wszystkiego plując sobie w twarz w lustrze, zalewając się łzami i tak dalej. Brzmi zajebiście normikowo, ale chyba potrzebowałem mieć pewnik na dłuższą metę, który tylko utwierdzi mnie w przekonaniu, że tak, Nivan, spierdoliłeś sobie życie po całości, skarbie.
— Kolejne nic nieznaczące pytanie, ulubione zwierzę?
Parsknąłem śmiechem, marszcząc brwi i kręcąc kciukiem kółka na jego dłoni.
Chciałem już odpowiedzieć „Żyrafa Gienio”, ale z prędkością światła zaniechałem tego czynu.
— Chyba nie mam albo nigdy się nad tym nie zastanawiałem, jak mam być szczery — mruknąłem. — Nie wiem. Koale? Buldogi francuskie? Shiba Inu? Lori. O borze, lori są urocze. Nie lubię wybierać, wszystkie są cudowne. A może sowy? Uwielbiam sowy — szeptałem, wodząc wzrokiem po suficie i co chwila się krzywiąc, bo naprawdę, jak tu uznać jednego za ulubionego? — Która pora roku?
A ja tylko uśmiechałem się delikatnie, oczekując odpowiedzi i naprawdę wiedziałem, że na jednej, jedynej piosence się nie skończy, ale koniecznie chciałem, chociaż na chwilę zatruć mu to paskudne dupsko, a żeby go coś w pośladek ukłuło i piekielnie zabolało. Cierp, cierp, sam zacząłeś tę popieprzoną gierkę.
— Tylko jedna? — spytał, marszcząc czoło i zdecydowanie mocno się namyślając. — Chyba Everybody Wants to Rule... Nie, czekaj, poprawka. Stayin’ Alive Bee Geesów. Albo nie. Mogę podać dwie? Oczywiście, że mogę. September od Earth, Wind and Fire, Mister Blue Sky i I Just Died In Your Arms. Tak, wiem, że to były trzy, Oakley, ale nie zabronisz mi — odparł, skończył z uśmiechem na buźce, a ja przewróciłem oczami i odetchnąłem z ulgą, bo nie znałem ani jednego utworu, który wymienił.
Nie będzie okazji, żeby zatruwał mi nimi życie.
A mimo wszystko zapamiętałem większość tytułów, żeby w razie czego po prostu zrobić składankę „A.W”, zgrać ją na płycie i wrzucić w jakimś pudełku na dno kartonu, a któregoś pięknego dnia, za dwadzieścia lat go otworzyć, całkiem zapominając o skrywanym przez niego skarbie i odsłuchać wszystkiego plując sobie w twarz w lustrze, zalewając się łzami i tak dalej. Brzmi zajebiście normikowo, ale chyba potrzebowałem mieć pewnik na dłuższą metę, który tylko utwierdzi mnie w przekonaniu, że tak, Nivan, spierdoliłeś sobie życie po całości, skarbie.
— Kolejne nic nieznaczące pytanie, ulubione zwierzę?
Parsknąłem śmiechem, marszcząc brwi i kręcąc kciukiem kółka na jego dłoni.
Chciałem już odpowiedzieć „Żyrafa Gienio”, ale z prędkością światła zaniechałem tego czynu.
— Chyba nie mam albo nigdy się nad tym nie zastanawiałem, jak mam być szczery — mruknąłem. — Nie wiem. Koale? Buldogi francuskie? Shiba Inu? Lori. O borze, lori są urocze. Nie lubię wybierać, wszystkie są cudowne. A może sowy? Uwielbiam sowy — szeptałem, wodząc wzrokiem po suficie i co chwila się krzywiąc, bo naprawdę, jak tu uznać jednego za ulubionego? — Która pora roku?
piątek, 27 lipca 2018
Niby nic [70]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Uciekł szybko od mojej dłoni, marszcząc się nadzwyczaj wyraźnie i nawet sycząc, jak rasowy kot, któremu ktoś właśnie naruszył strefę osobistą, a ja tylko parsknąłem śmiechem, widząc całą jego reakcję, małe przedstawienie, które postanowił mi odstawić tuż przed oczami.
— Modry — odparł w końcu i spojrzał na mnie niechętnie, w równym nastroju i grymasie wracając na swoje miejsce, dalej wciąż przyglądając się dokładnie moim ruchom. Boisz się, że cię zaatakuję, Walsh? Plus bardzo ładny kolor. Bardzo. — Twój ulubiony smak lodów? — zapytał za chwilę, nie czekając dłużej, przecież była jego kolejka i on musiał zrobić wszystko tak szybko, jak tylko się da. Czy naprawdę aż tak bardzo nienawidził czekać?
Musnął palcami moją szyję, odwdzięczył się w ten sam sposób, a ja tylko zaśmiałem się cicho, zamykając szczupłe dłonie pomiędzy policzkiem, a ramieniem. Nie wolno, nie wolno, oddam zmiażdżeniem tej ciekawskiej łapki, Adam.
— A istnieją cynamonowe? Jak są cynamonowe, to pewnie cynamonowe — mruknąłem, sięgając do zaciskanej dłoni i delikatnie puszczając ją, byle móc spleść swoje palce z tymi jego, w dość pokracznej pozycji, ale jednak. — A jak nie cynamonowe, to czekoladowe. Albo cytrynowe. Nie wiem, za dużo i za smacznie — jęknąłem, udając zrezygnowanie całą tą sytuacją, a raczej pytaniem. — Ukochana piosenka?
— Modry — odparł w końcu i spojrzał na mnie niechętnie, w równym nastroju i grymasie wracając na swoje miejsce, dalej wciąż przyglądając się dokładnie moim ruchom. Boisz się, że cię zaatakuję, Walsh? Plus bardzo ładny kolor. Bardzo. — Twój ulubiony smak lodów? — zapytał za chwilę, nie czekając dłużej, przecież była jego kolejka i on musiał zrobić wszystko tak szybko, jak tylko się da. Czy naprawdę aż tak bardzo nienawidził czekać?
Musnął palcami moją szyję, odwdzięczył się w ten sam sposób, a ja tylko zaśmiałem się cicho, zamykając szczupłe dłonie pomiędzy policzkiem, a ramieniem. Nie wolno, nie wolno, oddam zmiażdżeniem tej ciekawskiej łapki, Adam.
— A istnieją cynamonowe? Jak są cynamonowe, to pewnie cynamonowe — mruknąłem, sięgając do zaciskanej dłoni i delikatnie puszczając ją, byle móc spleść swoje palce z tymi jego, w dość pokracznej pozycji, ale jednak. — A jak nie cynamonowe, to czekoladowe. Albo cytrynowe. Nie wiem, za dużo i za smacznie — jęknąłem, udając zrezygnowanie całą tą sytuacją, a raczej pytaniem. — Ukochana piosenka?
Niby nic [68]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Miałem ochotę parsknąć cichym śmiechem, gdy zobaczyłem, jak bardzo napina brzuch, jak bardzo ucieka, gdy mocniej wydmuchałem powietrze nosem. Zrobiłbym to, gdyby nie fakt, że groziłoby upuszczeniem popiołu na jego skórę, a jednocześnie poparzenie go. Dlatego strzepnąłem już resztkę do prowizorycznej popielniczki, zgniotłem kiepa i objąłem go, teraz już wolnym, ramieniem przez tors.
Uśmiechałem się, czując palce, które tak uważnie studiowały skórę, leniwie przesuwały się po ciele, kreśliły wzory, rysowały nikomu nieznane znaki, które prawdopodobnie nie miały żadnego znaczenia, ważne, że były naprawdę przyjemne w odczuciu.
— Masz jakoś na drugie imię? — spytał w pewnym momencie, dalej wodząc dłońmi po moich plecach, gdy ja tylko przymykałem powieki i uśmiechałem się, czując naprawdę przyjemne mrowienie w okolicach, które poddawały się jego dotykowi.
— Na moje szczęście nie — odparłem cicho. Zastukał kilka razy palcem o moją skórę, bo chyba obaj nie mieliśmy co robić z dłońmi. — Czy powinienem teraz spytać, a ty? Prawdopodobnie tak, prawda? — mruknąłem, stwierdzając, że rzeczywiście, czasem, a nawet dość często, w relacjach międzyludzkich byłem beznadziejny. — Jaki jest twój ulubiony kolor? — spytałem w odpowiedzi, odchylając delikatnie głowę i zerkając na jego podbródek, który za chwilę musnąłem palcami. Nawet udało mi się zahaczyć o szyję, delikatnie ją musnąć, licząc na to, że mężczyzna zareaguje na łaskotki.
Uśmiechałem się, czując palce, które tak uważnie studiowały skórę, leniwie przesuwały się po ciele, kreśliły wzory, rysowały nikomu nieznane znaki, które prawdopodobnie nie miały żadnego znaczenia, ważne, że były naprawdę przyjemne w odczuciu.
— Masz jakoś na drugie imię? — spytał w pewnym momencie, dalej wodząc dłońmi po moich plecach, gdy ja tylko przymykałem powieki i uśmiechałem się, czując naprawdę przyjemne mrowienie w okolicach, które poddawały się jego dotykowi.
— Na moje szczęście nie — odparłem cicho. Zastukał kilka razy palcem o moją skórę, bo chyba obaj nie mieliśmy co robić z dłońmi. — Czy powinienem teraz spytać, a ty? Prawdopodobnie tak, prawda? — mruknąłem, stwierdzając, że rzeczywiście, czasem, a nawet dość często, w relacjach międzyludzkich byłem beznadziejny. — Jaki jest twój ulubiony kolor? — spytałem w odpowiedzi, odchylając delikatnie głowę i zerkając na jego podbródek, który za chwilę musnąłem palcami. Nawet udało mi się zahaczyć o szyję, delikatnie ją musnąć, licząc na to, że mężczyzna zareaguje na łaskotki.
czwartek, 26 lipca 2018
Niby nic [66]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Nie zostałem jedynym, który chwalił się swoimi zdolnościami i tym, co zdążył się nauczyć w tym marnym żywocie, chociaż nie wiem, czy był to szczególny powód do dumy. Raczej ukazywał głównie negatywne cechy, ale kto by na to patrzył, ważne, że wychodziło niezwykle efektywnie i ciekawie, prawda? Prawda.
Zresztą aktualnie w pokoju pełnym świństwa była to chyba najzdrowsza część. Legitnie, nie mogłem tutaj znaleźć niczego, co nie byłoby popierdolone. To łóżko. Nasza relacja. Dopiero co skończony seks odbity spermą i potem na prześcieradle. Fajki między wargami, pedalska zapalniczka, dwójka dorosłych facetów, którzy mielili się między sobą jak papużki nierozłączki, licząc tylko na jak najszerszy dostęp do drugiego ciała, popielniczka z opakowania, kółka z dymu i komar, który krążył niebezpiecznie blisko moich genitalii, ale jakoś nieszczególnie chciało mi się go zabijać. Płacz będzie potem.
— Mi też tak dobrze, więcej wcale nie potrzebuję — mruknął tylko, a ja uśmiechnąłem się, czując, jak klatka piersiowa wibruje wraz z wydaniem z siebie niskiego dźwięku. — Może jeszcze wino by się przydało, ale to zawsze mogę załatwić przy następnej schadzce — skwitował jeszcze, zakopując się w poduszkach, a ja po prostu się spiąłem.
Drgnąłem, podobnie jak jakaś tam część w środku mnie, niebezpiecznie mocno, prawie że pękając.
Zaciągnąłem się mocniej. Nie myśl, Oakley i czemu tu jest tylko, kurwa, tytoń?
— Przy następnej schadzce — odburknąłem tylko, ponownie i jeszcze mocniej przylegając do jego piersi.
Przy następnej.
Tak bardzo przepraszam, Adam.
Zresztą aktualnie w pokoju pełnym świństwa była to chyba najzdrowsza część. Legitnie, nie mogłem tutaj znaleźć niczego, co nie byłoby popierdolone. To łóżko. Nasza relacja. Dopiero co skończony seks odbity spermą i potem na prześcieradle. Fajki między wargami, pedalska zapalniczka, dwójka dorosłych facetów, którzy mielili się między sobą jak papużki nierozłączki, licząc tylko na jak najszerszy dostęp do drugiego ciała, popielniczka z opakowania, kółka z dymu i komar, który krążył niebezpiecznie blisko moich genitalii, ale jakoś nieszczególnie chciało mi się go zabijać. Płacz będzie potem.
— Mi też tak dobrze, więcej wcale nie potrzebuję — mruknął tylko, a ja uśmiechnąłem się, czując, jak klatka piersiowa wibruje wraz z wydaniem z siebie niskiego dźwięku. — Może jeszcze wino by się przydało, ale to zawsze mogę załatwić przy następnej schadzce — skwitował jeszcze, zakopując się w poduszkach, a ja po prostu się spiąłem.
Drgnąłem, podobnie jak jakaś tam część w środku mnie, niebezpiecznie mocno, prawie że pękając.
Zaciągnąłem się mocniej. Nie myśl, Oakley i czemu tu jest tylko, kurwa, tytoń?
— Przy następnej schadzce — odburknąłem tylko, ponownie i jeszcze mocniej przylegając do jego piersi.
Przy następnej.
Niby nic [64]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Nawet przesunął mości pańskie dupsko, robiąc mi miejsce, gdy wracałem. Łaskaw się znalazł. Prychnąłem pod nosem, uznając, że po udostępnianiu mu przez jakiś tam czas mojej świątyni, należałoby się ciut więcej, niż dwa centymetry na materacu, ale zdecydowałem się już nie robić z igły widły, bo znając Walsha i mnie, to za dobrze by się to wszystko nie skończyło.
— Przydałaby się zapalniczka, nie sądzisz? — spytał, na co wzruszyłem ramionami, a później sam zaczął grzebać po szufladach, byle znaleźć różową, niezwykle pedalską zapalniczkę, która zajebiście mi się podobała. Sam w tym czasie miętoliłem papierosa w ustach, układając prawą dłoń pod głowę. Sam zapalił, a później podał ją mi.
Jedyne, co zrobiłem, to dokładne oglądnięcie jej z góry do dołu, przewrócenie kilka razy w dłoni i przejechanie po niej palcem. Nie interesowała mnie aż tak bardzo, jak resztę społeczeństwa, chociaż przyznam ładnie, była naprawdę zakurwajebistą zapalniczką.
Oddałem ją szybko, po czym, oczywiście, musiałem zaszpanować, pstryknąć palcami i puścić płomień z kciuka, którym szybko zapaliłem swojego szluga.
Zamruczałem leniwie, obsuwając się przy okazji w dół i przeciągając w najlepsze.
— Powiem ci, Walsh, tak mi dobrze, tak leniwie, tak wygodnie — jęknąłem, strzepując papierosa do pustego opakowania po fajkach i za chwilę ponownie się zaciągając.
— Przydałaby się zapalniczka, nie sądzisz? — spytał, na co wzruszyłem ramionami, a później sam zaczął grzebać po szufladach, byle znaleźć różową, niezwykle pedalską zapalniczkę, która zajebiście mi się podobała. Sam w tym czasie miętoliłem papierosa w ustach, układając prawą dłoń pod głowę. Sam zapalił, a później podał ją mi.
Jedyne, co zrobiłem, to dokładne oglądnięcie jej z góry do dołu, przewrócenie kilka razy w dłoni i przejechanie po niej palcem. Nie interesowała mnie aż tak bardzo, jak resztę społeczeństwa, chociaż przyznam ładnie, była naprawdę zakurwajebistą zapalniczką.
Oddałem ją szybko, po czym, oczywiście, musiałem zaszpanować, pstryknąć palcami i puścić płomień z kciuka, którym szybko zapaliłem swojego szluga.
Zamruczałem leniwie, obsuwając się przy okazji w dół i przeciągając w najlepsze.
— Powiem ci, Walsh, tak mi dobrze, tak leniwie, tak wygodnie — jęknąłem, strzepując papierosa do pustego opakowania po fajkach i za chwilę ponownie się zaciągając.
Niby nic [62]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Może stękałem i jęczałem zdecydowanie zbyt głośno i zbyt często. Może nieco przesadzałem z gięciem się pod nim i zaciskaniem palców na pościeli, gdy wykonał jeden, mocniejszy niż reszta, ruch. Może śmiałem się ze zbytnim rozmachem, gdy popełniliśmy jakąś gafę, czy cokolwiek.
Ale było po prostu dobrze i chciałem mu pokazać, że tak się czuję.
Ba, było zajebiście, ale aż tak bardzo ego temu karaluchowi podnosić nie chciałem, bo wiem, jak źle mogło się to dla nas obu skończyć. Pan puszę się jak paw przy najmniejszym komplemencie. Hasło „najlepszy seks w moim życiu” albo „jeden z najlepszych” mogłoby uderzyć mu do głowy jak sodówa i tyle ze względnie znośnego Walsha.
A po wszystkim po prostu leżeliśmy, wygrzewając się w najlepsze przy drugim ciele. Mruczałem coś pod nosem, podszczypując przy okazji bok mężczyzny, gdy uwalałem głowę na jego klatce piersiowej, starając się jak najskuteczniej przylgnąć do jego organizmu. Z chęcią zrobiłbym odstęp, przerwę, odsunąłbym się, ale jednoosobowe łóżko skutecznie to uniemożliwiało, zmuszając nas do kłębienia się w jednym miejscu.
A potem nagle się od niego oderwałem, byle usiąść na brzegu wyrka i za chwilę ruszyć w stronę swoich spodni, buszować po kieszeniach, odgarniając przy okazji mokre kosmyki, które przykleiły się do czoła i namiętnie wpadały mi do oczu.
Wyciągnąłem w jego stronę paczkę fajek, gdy sam już się poczęstowałem i wróciłem na stare miejsce.
Ale było po prostu dobrze i chciałem mu pokazać, że tak się czuję.
Ba, było zajebiście, ale aż tak bardzo ego temu karaluchowi podnosić nie chciałem, bo wiem, jak źle mogło się to dla nas obu skończyć. Pan puszę się jak paw przy najmniejszym komplemencie. Hasło „najlepszy seks w moim życiu” albo „jeden z najlepszych” mogłoby uderzyć mu do głowy jak sodówa i tyle ze względnie znośnego Walsha.
A po wszystkim po prostu leżeliśmy, wygrzewając się w najlepsze przy drugim ciele. Mruczałem coś pod nosem, podszczypując przy okazji bok mężczyzny, gdy uwalałem głowę na jego klatce piersiowej, starając się jak najskuteczniej przylgnąć do jego organizmu. Z chęcią zrobiłbym odstęp, przerwę, odsunąłbym się, ale jednoosobowe łóżko skutecznie to uniemożliwiało, zmuszając nas do kłębienia się w jednym miejscu.
A potem nagle się od niego oderwałem, byle usiąść na brzegu wyrka i za chwilę ruszyć w stronę swoich spodni, buszować po kieszeniach, odgarniając przy okazji mokre kosmyki, które przykleiły się do czoła i namiętnie wpadały mi do oczu.
Wyciągnąłem w jego stronę paczkę fajek, gdy sam już się poczęstowałem i wróciłem na stare miejsce.
Niby nic [60]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Ku mojemu niezadowoleniu, zlazł ze mnie, zdjął ciężar z ciała i jednocześnie odciążył biodra, które szybko odstąpiły od materaca. Już nijak się w niego nie wbijałem, chociaż bardzo chciałem się o niego otrzeć. Raz. Drugi. Trzeci. W nieskończoność, mrucząc niezrozumiałe słowa i czując palce Walsha świdrujące gdzieś po moim ciele, może nawet lądujące między pośladkami. Chwilowe przerażenie ponownie zagłuszone zostało przez potrzebę bycia, trwania z nim, a brak kontaktu fizycznego skutecznie mnie rozjuszył.
— Oakley, jeżeli chciałbyś przejąć pałeczkę, po prostu mi to powiedz, ok? Możesz zrobić, co chcesz. Znaczy, bez przesady, nie chcę wylądować martwy, ale... na dużo mogę pozwolić. Oczywiście, jeżeli tylko chcesz — mruczał, pierdział pod nosem, uśmiechał się z szelmowskim błyskiem i walshowatością, a ja tylko burknąłem, czując, jak jeszcze chwila i albo dojdę, albo mi opadnie.
Podniosłem się na delikatnie drżących ramionach, odkasłałem krótko, po czym nachyliłem się nad Adamem, patrząc z butą w te jego ślepka. Rzucając mu wyzwanie, krzycząc wzrokiem, że ma wrócić i dokończyć to, co zaczął, bo nie chcę skończyć jak ostatnio.
A potem po prostu cicho westchnąłem i opadłem leniwie na jego, dobrze pachnącą, klatkę piersiową, wtulając w nią twarz i zaciągając się jego wonią.
— Aktualnie nie chcę żadnej pałeczki, nie licząc twojej, jasne? — wychrypiałem, kreśląc palcem ósemki na jego żebrach.
Chciałem go pocałować, przytulić. Może podrapać i przelecieć.
Byle jego. Nikogo innego. Wtedy tylko i wyłącznie Adama Walsha.
— Oakley, jeżeli chciałbyś przejąć pałeczkę, po prostu mi to powiedz, ok? Możesz zrobić, co chcesz. Znaczy, bez przesady, nie chcę wylądować martwy, ale... na dużo mogę pozwolić. Oczywiście, jeżeli tylko chcesz — mruczał, pierdział pod nosem, uśmiechał się z szelmowskim błyskiem i walshowatością, a ja tylko burknąłem, czując, jak jeszcze chwila i albo dojdę, albo mi opadnie.
Podniosłem się na delikatnie drżących ramionach, odkasłałem krótko, po czym nachyliłem się nad Adamem, patrząc z butą w te jego ślepka. Rzucając mu wyzwanie, krzycząc wzrokiem, że ma wrócić i dokończyć to, co zaczął, bo nie chcę skończyć jak ostatnio.
A potem po prostu cicho westchnąłem i opadłem leniwie na jego, dobrze pachnącą, klatkę piersiową, wtulając w nią twarz i zaciągając się jego wonią.
— Aktualnie nie chcę żadnej pałeczki, nie licząc twojej, jasne? — wychrypiałem, kreśląc palcem ósemki na jego żebrach.
Chciałem go pocałować, przytulić. Może podrapać i przelecieć.
Byle jego. Nikogo innego. Wtedy tylko i wyłącznie Adama Walsha.
środa, 25 lipca 2018
Niby nic [58]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Skrzywiłem się, czując, jak bardzo napiera całym ciałem na to moje, jak wiele ciężaru przenosi na moją osobę i jak bardzo stara się zagarnąć każdą możliwą część przestrzeni, zniwelować przerwy, wręcz zespoić się ze mną i nie dopuścić do sytuacji, gdzie dałoby się wcisnąć między nas, chociażby skrawek kartki. Wtulałem policzek w poduszkę, gdy ten namiętnie chuchał mi w kark, atakował oddechem skórę, na każdym możliwym kroku przypominał o swojej obecności, takimi nawet najmniejszymi gestami, które przyprawiały mnie o szybko przedzierające się przez powierzchnię skóry dreszcze. Wciągałem brzuch, starałem się odepchnąć od łóżka, ale ten skutecznie to uniemożliwiał, wciskając mnie w materac, sprawiając, że fiut nieprzyjemnie wbijał się w pościel, czy cokolwiek. Co mogłem robić, jak tylko wydawać z siebie ciche syknięcia, gdy kolejny raz ocierałem się o materiał i to nie z własnej winy. Bo nie potrafił normalnie, musiał nacierać na mnie wszystkim, co miał w zanadrzu.
Pieprzony agresor.
— Oakley, rozluźnij się, ładnie proszę — wymruczał prosto w karczycho. Warknąłem pod nosem, rozgrzebując jeszcze bardziej pościel i jeszcze mocniej zahaczając penisem o kołdrę. — Nie wygodniej byłoby ci bez okalarów? Okularów. O-ku-la-rów — spytał, śmiejąc się nerwowo.
— Nie wiem, kurwa — jęknąłem, zerkając na niego spod byka. — Cokolwiek, co-okolwiek.
Co prawda tors podniósł, ale dupsko dalej sadzał na moich biodrach i dalej skutecznie wbijał je w to, co było pode mną.
Wyrzuciłem poduszkę spod twarzy, żeby ułożyć czoło na wierzchu dłoni i bąknąć coś pod nosem, prawie że nieprzytomnie, leniwie, rozmemłanie.
Pieprzony agresor.
— Oakley, rozluźnij się, ładnie proszę — wymruczał prosto w karczycho. Warknąłem pod nosem, rozgrzebując jeszcze bardziej pościel i jeszcze mocniej zahaczając penisem o kołdrę. — Nie wygodniej byłoby ci bez okalarów? Okularów. O-ku-la-rów — spytał, śmiejąc się nerwowo.
— Nie wiem, kurwa — jęknąłem, zerkając na niego spod byka. — Cokolwiek, co-okolwiek.
Co prawda tors podniósł, ale dupsko dalej sadzał na moich biodrach i dalej skutecznie wbijał je w to, co było pode mną.
Wyrzuciłem poduszkę spod twarzy, żeby ułożyć czoło na wierzchu dłoni i bąknąć coś pod nosem, prawie że nieprzytomnie, leniwie, rozmemłanie.
Niby nic [56]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Nie ufałem mu na tyle, by w całej tej sytuacji poczuć się komfortowo. Nawet jeśli robił to delikatnie i z wyczuciem, to świadomość, że ten nie do końca rozpoznany na płaszczyźnie psychicznej mężczyzna zaciska właśnie dłonie na mojej szyi, co prawda pięknie się uśmiechając, ale dalej wbijając mój kark w materac, przyprawiała mnie o mały atak paniki, który mimowolnie wprawiał mięśnie w ruch, malował przerażenie na twarzy i wzbudzał chęć odepchnięcia go, kopnięcia w tego nabrzmiałego fiuta i zwiania stamtąd w podskokach, zalewając się łzami i chwytając w palącym żywym ogniem miejscu, masując obolałą skórę.
— Chcesz mnie widzieć, a przy tym prosisz się o wciśnięcie twojej twarzy prosto w poduszkę? — spytał, muskając wargami moje ucho, owiewając je gorącym oddechem.
Zasklomlałem, zaciskając oczy. Boru dzięki mnie puścił, zajął się swoją bielizną, a ja mogłem, chociaż spróbować dojść do siebie, sięgając palcami do szyi, która dalej szczypała, drapała, żarzyła się, a pamięć dotyku dalej skutecznie wżerała się w skórę.
Obserwował mnie, a ja czułem się po prostu jak sarna na jakimś jebanym polowaniu, zagrożona strzałem przy najmniejszym ruchu.
— Odwróć się na brzuch — powiedział w pewnym momencie, gdy zaszczycił mnie już swoją nagusieńką osobą i ponownie wspiął się na łóżko.
Nie chciałem narażać się na kolejne poczucie obcego ciała, które groziło mojemu nagłym odetchnięciem dopływu tlenu. Przewaliłem się powoli, unikając skrzyżowania spojrzeń i za chwilę wtulając twarz w materiał.
— Chcesz mnie widzieć, a przy tym prosisz się o wciśnięcie twojej twarzy prosto w poduszkę? — spytał, muskając wargami moje ucho, owiewając je gorącym oddechem.
Zasklomlałem, zaciskając oczy. Boru dzięki mnie puścił, zajął się swoją bielizną, a ja mogłem, chociaż spróbować dojść do siebie, sięgając palcami do szyi, która dalej szczypała, drapała, żarzyła się, a pamięć dotyku dalej skutecznie wżerała się w skórę.
Obserwował mnie, a ja czułem się po prostu jak sarna na jakimś jebanym polowaniu, zagrożona strzałem przy najmniejszym ruchu.
— Odwróć się na brzuch — powiedział w pewnym momencie, gdy zaszczycił mnie już swoją nagusieńką osobą i ponownie wspiął się na łóżko.
Nie chciałem narażać się na kolejne poczucie obcego ciała, które groziło mojemu nagłym odetchnięciem dopływu tlenu. Przewaliłem się powoli, unikając skrzyżowania spojrzeń i za chwilę wtulając twarz w materiał.
Niby nic [54]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Nawet parsknąłem śmiechem, gdy wygiął usta w głuchym sapnięciu, czy tam jęknięciu, wypuścił szeleszczącą paczuszkę i spojrzał na mnie wymownym wzrokiem, mówiącym tylko jedno, co jego słowa za chwilę potwierdziły.
— Kurwa, Oakley, pojebało? — warknął, mruknął, et cetera, cokolwiek, ważniejsze było to, że znowu nade mną zawisnął, uśmiechnął się i otarł, przytulając nos do mojego policzka, co nie powiem, bardzo mi się spodobało. No i sam zaczął oporządzać swój tyłek, nie chciał się raczej narażać na kolejny, niezbyt wybredny atak z mojej strony. — Pomożesz mi troszkę, prawda? Tylko tym razem, błagam, uważaj, bo inaczej skończysz z twarzą wciśniętą w poduszkę i przysięgam, bardzo ładnie się odwdzięczę, a ty na pewno będziesz w wniebowzięty — syknął, delikatnie mnie obcałowując i w sumie bardzo podkusił mnie do zrobienia mu kolejnej, względnej krzywdy. — Może zdjąć ci te okulary, co? Jak bardzo ciebie w nich uwielbiam, to nie wiem, czy będzie ci w nich wygodnie, a przecież po co masz się męczyć...
Zmarszczyłem w odpowiedzi brwi i sięgnąłem do jego bokserek.
— Nie, chcę cię widzieć — odparłem krótko, tuż przed tym, jak z parszywym uśmieszkiem strzeliłem gumką od jego gaci.
Matko, bardzo zgrzeszyłem, myślą, mową, uczynkiem i sama dobrze wiesz czym jeszcze.
Błysk w ślepiach tego jelenia.
A przeżegnać się nie miałem jak, o ostatnim namaszczeniu nie mówiąc.
— Kurwa, Oakley, pojebało? — warknął, mruknął, et cetera, cokolwiek, ważniejsze było to, że znowu nade mną zawisnął, uśmiechnął się i otarł, przytulając nos do mojego policzka, co nie powiem, bardzo mi się spodobało. No i sam zaczął oporządzać swój tyłek, nie chciał się raczej narażać na kolejny, niezbyt wybredny atak z mojej strony. — Pomożesz mi troszkę, prawda? Tylko tym razem, błagam, uważaj, bo inaczej skończysz z twarzą wciśniętą w poduszkę i przysięgam, bardzo ładnie się odwdzięczę, a ty na pewno będziesz w wniebowzięty — syknął, delikatnie mnie obcałowując i w sumie bardzo podkusił mnie do zrobienia mu kolejnej, względnej krzywdy. — Może zdjąć ci te okulary, co? Jak bardzo ciebie w nich uwielbiam, to nie wiem, czy będzie ci w nich wygodnie, a przecież po co masz się męczyć...
Zmarszczyłem w odpowiedzi brwi i sięgnąłem do jego bokserek.
— Nie, chcę cię widzieć — odparłem krótko, tuż przed tym, jak z parszywym uśmieszkiem strzeliłem gumką od jego gaci.
Matko, bardzo zgrzeszyłem, myślą, mową, uczynkiem i sama dobrze wiesz czym jeszcze.
Błysk w ślepiach tego jelenia.
A przeżegnać się nie miałem jak, o ostatnim namaszczeniu nie mówiąc.
Niby nic [52]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Przyglądałem się wszystkiemu, co robił z niezwykłą uwagą i namaszczeniem, bo jednak spoglądanie na Adama w takich momentach było czymś naprawdę pięknym, tak zwykłym, a tak bardzo podbudowującym, tak uroczym, zabawiającym i najzwyczajniej w świecie cieszącym oko. Nieporadne ciągnięcie za nogawki, skakanie na jednej nodze, rozpinanie guzików z niemałymi trudnościami. W takich zwykłych, najzwyklejszych ludzkich chwilach był o wiele ciekawszy i o wiele przyjemniejszym, niż gdy starał się wykreować na takiego wielkiego pana, znawcę, chłodnego oprycha z fiołem na punkcie władzy.
Miękki był, cudny był, kochany był i dlatego oglądałem go z uśmiechem na twarzy i chichotem, który wyrywał się z płuc, gdy uderzał swoją twarzą o mój brzuch, potykał się, nie mógł wyplątać z materiału et cetera.
Chyba właśnie wtedy, w tych małych gestach, w tych głupotach, w tych wypadkach, które wydarzyły się na moich oczach, chyba właśnie wtedy i w tym wszystkim po prostu się zakochałem.
Ryknąłem, gdy uderzył stopą o mebel, parsknąłem, gdy brodził przez nasze ubrania i gdy w końcu z trudnością wdrapał się na moje biodra, zaciskając w zębach paczuszkę z kondomem.
Jak bardzo chciałem się wtedy śmiać, odrzucić głowę i schować twarz w zgięciu łokcia, becząc z rozbawienia, to nawet nie wiecie.
Ale tylko uśmiechnąłem się szeroko, kładąc dłonie na ładnych biodrach i gładząc je delikatnie, zahaczając namiętnie o gumkę jego bokserek.
A jak już coś zrobiłem, to przesunąłem materiał tak, żeby tyłek miał cały odsłonięty, a same gacie wrzynały mu się w fiuta i przyciskały go do podbrzusza.
Zacisnąłem język pomiędzy zębami, zerkając na niego z szyderą w oczach.
Miękki był, cudny był, kochany był i dlatego oglądałem go z uśmiechem na twarzy i chichotem, który wyrywał się z płuc, gdy uderzał swoją twarzą o mój brzuch, potykał się, nie mógł wyplątać z materiału et cetera.
Ryknąłem, gdy uderzył stopą o mebel, parsknąłem, gdy brodził przez nasze ubrania i gdy w końcu z trudnością wdrapał się na moje biodra, zaciskając w zębach paczuszkę z kondomem.
Jak bardzo chciałem się wtedy śmiać, odrzucić głowę i schować twarz w zgięciu łokcia, becząc z rozbawienia, to nawet nie wiecie.
Ale tylko uśmiechnąłem się szeroko, kładąc dłonie na ładnych biodrach i gładząc je delikatnie, zahaczając namiętnie o gumkę jego bokserek.
A jak już coś zrobiłem, to przesunąłem materiał tak, żeby tyłek miał cały odsłonięty, a same gacie wrzynały mu się w fiuta i przyciskały go do podbrzusza.
Zacisnąłem język pomiędzy zębami, zerkając na niego z szyderą w oczach.
Niby nic [50]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Lubiłem, gdy się śmiał. Lubiłem, gdy po prostu się śmialiśmy, tak w trakcie zbliżeń, prawie że seksu, bo to wszystko udowadniało, że tak właściwie to chyba nie zależy nam tylko na tym, żeby zaliczyć orgazm, a żeby też po prostu pobyć z tą drugą osobą i powygłupiać się w trakcie. Dlatego roześmiałem się razem z nim i może nieco cofnąłem głowę, mrucząc i zawstydzając się, gdy ten ucałował koniuszek mojego nosa.
Kochałem te małe gesty, niby nic nie znaczące, a posiadające w sobie tyle czułości, tyle dobra, delikatności, wrażliwości, empatii i zrozumienia dla drugiej osoby, gdzie mogłem po prostu rozpływać się pod każdą pierdołą, jaką tylko mnie obdarzał i jaką dawał mi do potrzymania w tym wszystkim.
Dlatego gładziłem i przeczesywałem leniwie te jego włosy, gdy on przypatrywał mi się uważnie, z tym cudownym, jakże cudownym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
— Dziękuję za ten komplement, bardzo mi miło — odparł z uśmiechem, na co skinąłem głową, odwzajemniając grymas. — A teraz, jak myślisz, powinienem pozbyć się już swoich spodni i bielizny? — spytał retorycznie, ale dla upewnienia pokiwałem głową, niechętnie odrywając dłonie od jego kosmyków i układając je luźno na materacu, zgięte w łokciach i utrzymywane wewnętrzną stroną do góry.
Odetchnąłem ciężko, odchylając niego głowę i próbując uspokoić uśmiech, który wirował na mojej twarzy, a także i oddech, który agresywnie wariował w płucach.
Jak ja cholernie cieszyłem się, że miałem go przy sobie, że mogłem się nim napawać, że mogłem go dotykać, całować, muskać.
Kochałem te małe gesty, niby nic nie znaczące, a posiadające w sobie tyle czułości, tyle dobra, delikatności, wrażliwości, empatii i zrozumienia dla drugiej osoby, gdzie mogłem po prostu rozpływać się pod każdą pierdołą, jaką tylko mnie obdarzał i jaką dawał mi do potrzymania w tym wszystkim.
Dlatego gładziłem i przeczesywałem leniwie te jego włosy, gdy on przypatrywał mi się uważnie, z tym cudownym, jakże cudownym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
— Dziękuję za ten komplement, bardzo mi miło — odparł z uśmiechem, na co skinąłem głową, odwzajemniając grymas. — A teraz, jak myślisz, powinienem pozbyć się już swoich spodni i bielizny? — spytał retorycznie, ale dla upewnienia pokiwałem głową, niechętnie odrywając dłonie od jego kosmyków i układając je luźno na materacu, zgięte w łokciach i utrzymywane wewnętrzną stroną do góry.
Odetchnąłem ciężko, odchylając niego głowę i próbując uspokoić uśmiech, który wirował na mojej twarzy, a także i oddech, który agresywnie wariował w płucach.
Jak ja cholernie cieszyłem się, że miałem go przy sobie, że mogłem się nim napawać, że mogłem go dotykać, całować, muskać.
Niby nic [48]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Lubiłem, kiedy Walsh się śmiał, nawet to prychnięcie pod nosem, czy delikatne uniesienie kącików ust w pewien sposób mnie uspokajało i satysfakcjonowało. Takie delikatne, takie niemrawe, ale tak wiele znaczące i tak pięknie wyglądające. Miałem wtedy szczerą ochotę już go nie wypuszczać i starać się jak najdłużej przyglądać grymasowi, który często utrzymywał się rzadko, oczywiście ten prawdziwy, bo wyćwiczony, szelmowski i jakże fałszywy wyraz twarzy przewijał się przez nią nadzwyczaj często.
A potem jeszcze dopychał te biodra, oczekując tylko jednego, kolejnego stęknięcia i wygięcia szyi, czując powoli narastające przyjemności z całego aktu.
— Bo jesteś taki… ciepły. W końcu władasz ogniem, prawda? — wymruczał mi prosto na ucho, uśmiechając się tuż przy nim i za chwilę zaciskając delikatnie zęby na jego płatku, owiewając go gorącym oddechem, podszczypując. — Brakuje tylko, aby dym zaczął wylatywać ci z nozdrzy. No i jeszcze łuski. Takie niebieskie, w kolorze twoich oczu… Byłby z ciebie ładny smok, Oakley. W ogóle jesteś ładny…
Zerknąłem na niego lekko zszokowany i jeszcze bardziej zawstydzony, może nawet się zaczerwieniłem, bo zdecydowanie lubiłem komplementy, ale słyszenie ich, kiedy jest się całkowicie nagim, a osoba, która je prawi, właśnie napiera swoim kroczem na to twoje, jest zdecydowanie zwielokrotnioną dawką usatysfakcjonowania.
Przesunąłem leniwie dłońmi przez głowę chłopaka, ponownie odgarniając włosy z jego czoła, wplatając powoli palce pomiędzy splątane kosmyki.
— Ciepły jestem, ogniem władam, ale proszę, dymu sobie oszczędźmy. — Ominąłem zwinnie temat łusek, które brzmiały nawet atrakcyjnie, ale nie chciałem wychodzić na całkowitego poparpańca. — I już to mówiłeś, ale miło to słyszeć, nie narzekam — dodałem ciszej, zachowując to już tylko dla skóry na jego policzku. — Jesteś cholernie atrakcyjny i pociągający, gdy tak mi ego łechcesz, wiesz? Na co dzień oczywiście też, ale tak to już szczególnie.
A potem jeszcze dopychał te biodra, oczekując tylko jednego, kolejnego stęknięcia i wygięcia szyi, czując powoli narastające przyjemności z całego aktu.
— Bo jesteś taki… ciepły. W końcu władasz ogniem, prawda? — wymruczał mi prosto na ucho, uśmiechając się tuż przy nim i za chwilę zaciskając delikatnie zęby na jego płatku, owiewając go gorącym oddechem, podszczypując. — Brakuje tylko, aby dym zaczął wylatywać ci z nozdrzy. No i jeszcze łuski. Takie niebieskie, w kolorze twoich oczu… Byłby z ciebie ładny smok, Oakley. W ogóle jesteś ładny…
Zerknąłem na niego lekko zszokowany i jeszcze bardziej zawstydzony, może nawet się zaczerwieniłem, bo zdecydowanie lubiłem komplementy, ale słyszenie ich, kiedy jest się całkowicie nagim, a osoba, która je prawi, właśnie napiera swoim kroczem na to twoje, jest zdecydowanie zwielokrotnioną dawką usatysfakcjonowania.
Przesunąłem leniwie dłońmi przez głowę chłopaka, ponownie odgarniając włosy z jego czoła, wplatając powoli palce pomiędzy splątane kosmyki.
— Ciepły jestem, ogniem władam, ale proszę, dymu sobie oszczędźmy. — Ominąłem zwinnie temat łusek, które brzmiały nawet atrakcyjnie, ale nie chciałem wychodzić na całkowitego poparpańca. — I już to mówiłeś, ale miło to słyszeć, nie narzekam — dodałem ciszej, zachowując to już tylko dla skóry na jego policzku. — Jesteś cholernie atrakcyjny i pociągający, gdy tak mi ego łechcesz, wiesz? Na co dzień oczywiście też, ale tak to już szczególnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)