Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renee Illene. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renee Illene. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 sierpnia 2018

Dobrego złe początki [12]

— Może. Może nie — mruknął cicho, a ja mogłam dać sobie rękę uciąć, zadrżał mu głos, przepełniony został tembrem niezdecydowania i niepewności co do tej jednej kwestii. Rzecz zrozumiała i oczywista. W końcu to był Nivan Oakley i Adam Walsh. — Kto go tam, kurwa, wie, na dobranoc zostawił mi tylko pomiętą kartę z oskarżeniami. Tylko oskarżeniami — kontynuował z niezwykłym oburzeniem, dobrze kładąc nacisk na wybrane słowa i wzbudzając poczucie winy nawet u mnie, chociaż przecież nie powinnam była czuć się w ten sposób. No, ale może ktoś powinien być w tym momencie oskarżanym za furiata, który jak zawsze uwinął się, umywając rączki. — Wiesz, mi też na nim zależało. W jakiś dziwny, własny pokrętny sposób też był dla mnie ważny i w sumie miło było posyłać w swoim kierunku ciepłe uśmiechy. Ale no, skończyło się. Nie ma go tutaj i nie będzie, to wszystko to marne skomlenie psa, a w sumie prawdopodobnie nigdy więcej go nie zobaczę i może wyjdzie mi to na dobre.
Ilość emocji, która skrzętnie zaszyła się w każdym słowie i bodła niespodziewanie, jedna za drugą, wyciągając w twoją stronę armię szpikulców, była niepokojąca.
Coraz mniej ufałam mojemu dobremu przyjacielowi.
Zresztą, nadwyrężył zaufania każdej żyjącej i znanej mu jednostki. Taki typ człowieka.
Przez głowę szybko przemknęły wszystkie słowa powtarzane przez winnego. Nie jestem wystarczający i nigdy nie będę. Nie jestem dobrym człowiekiem. Znowu zraniłem.
Oduczyłbyś się tego, skończony idioto, nauczyłbyś się żyć inaczej, a nie tylko uciekał, gdy coś zaczynało muskać twoją wrażliwszą stronę.
— Kto go tam, kurwa, wie... — powtórzyłam martwo.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Dobrego złe początki [10]

— Nie wiem — odparł beznamiętnie, a ja chyba powoli zaczęłam pojmować wszystko, czytać jak z nut, widzieć drugą stronę tego niby pięknego i zawsze dumnie błyszczącego medalu, który zachwycał dosłownie każdego swoim całokształtem. — Może. Może nie. Kto tam to, kurwa, wie — warknął i tak. Wiedziałam wszystko. Przynajmniej takie odnosiłam wrażenie, patrząc na tego rozlatującego się chłopca. — Obstawiałbym zauroczenie, ale w sumie to chyba pomiędzy tymi dwoma uczuciami jest dosyć cienka granica i... czy zauroczenie to nie jest jakiś rodzaj miłości? — szepnął, skrzywił się i dopiero wtedy zauważyłam, że mówił wszystko z zamkniętymi oczami, jakby bał się zdecydowanie zbyt wielu czynników i chyba powoli zaczynałam go rozumieć. Świat osnuty ciemnością wydawał się w takich momentach bezpieczniejszy i przyjemniejszy... — Obaj chyba wiedzieliśmy, że to wszystko to tylko jakieś tam pożądanie i intymność, wiesz, nic wyższego, a po prostu spełnianie, zaspokajanie podstawowych ludzkich potrzeb, nic więcej. Jakaś tam czułość też się wkradła, ale i tego nie nazwałbym niczym... większym.
Zdecydowałam się tego nie komentować, wiedząc, że nijak nie pomogę, a mogę wręcz pogorszyć całą sytuację i dodatkowo popsuć mu humor, o ile się dało, albo już całkiem go rozjuszyć i doprowadzić do białej gorączki, bo raczej do osób taktownych nie należałam.
Do tego łamiący się na końcu głos i doniosłe westchnięcie.
— Zależało mu na tobie — mruknęłam, odchylając głowę i zerkając na niebo. — Bał się do tego przyznać, ale byłeś dla niego istotny. Przepraszam, że to mówię, po prostu uznałam, że powinieneś o tym wiedzieć.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Dobrego złe początki [8]

Paczka wylądowała pod moją dłonią. Bez oporów wzięłam jedną fajkę, pożyczyłam też ognia i siedziałam tak, jak sierota namazana, wypuszczając dym przez nos i marszcząc się mocno, na myśl o niebieskich oczach.
Chyba większość z nich po kryjomu się w nim bujała. Może ja też. Gdzieś na początku tej znajomości, gdy nie wiedziałam jeszcze nic, a użyczył mi notatek z numerologii, szczerząc się na ten swój sposób i prężąc z plastrem na prawej skroni, bo jeszcze wtedy lubił dać komuś w pysk i samemu zarobić lufę, czy może dwie.
Trochę się przeraziłam, gdy po raz pierwszy zobaczyłam rozjechane do kości knykcie, a przecież widywałam gorsze rzeczy w Katowni. Przecież pomagałam pierdolonym barbarzyńcom wyjść o protezach, bo wcześniej trzeba było im amputować nogę, czy coś.
Zaraza.
— Częstuj się i sobie nie żałuj, choć nie życzę ci raka płuc. Oj, Renula, poziomu naszego zdebilniania, jak ty to określiłaś, raczej nie da się ustalić, już dawno przekroczył jakikolwiek limit. A rodzice powtarzali, uważaj w kim się zakochujesz, Adaś. Powtarzali też, żebym nie pił i nie palił, w sumie chyba można nazwać mnie dosyć nieposłusznym i niepokornym dzieciakiem. — Drgnęłam na jedno słowo, zerknęłam z niedowierzaniem na puszczającego kółka z dymu mężczyznę, zamrugałam oszołomiona.
Opuściłam świeżego papierosa, krzywiąc się w pełnym żalu wyrazie twarzy, łapiąc w oczy kilka kropli słonych łez, których miałam sobie oszczędzać, a mimo wszystko nie potrafiłam, bo ostatnimi czasy stałam się rozmiękłą papką.
— Zakochałeś się w nim?

środa, 15 sierpnia 2018

Dobrego złe początki [6]

Miałam ochotę zrobić dokładnie to samo. Parsknąć śmiechem, przetrzeć twarz i zastanowić się, co my w sumie tak właściwie robimy i jak bardzo jedna osoba potrafi namieszać w przeciętnej rzeczywistości przeciętnego, znudzonego człowieka. Nie był nikim wyjątkowym. Nie wynalazł leku na raka, nie uratował nikomu życia, nawet nie był miły.
A mimo wszystko czułam się, jakby ktoś rozerwał mnie na strzępy i odsunął ode mnie wszystko, co było dla mnie tak istotne.
Jebane trzy lata, jak krew w zakurwiony piach, jebany fiut, udławiłby się swoją filozofią i sposobem bycia, zaszczany...
— Przeprosiny przyjęte, doskonale rozumiem, dlaczego reagowałaś w ten sposób — rzucił, a ja jedynie podziękowałam w myślach za zakończenie mojego uwłaczającego ludzkiej godności monologu. — Ja również przepraszam, może powinienem był wtedy ciut odpuścić i choć raz nie zadzierać nosa. No. W sumie raczej mało kto mógł temu wszystkiemu zapobiec, więc wiesz... Nie ma co się obwiniać. A nawet jeżeli, to krótko. Życie i tak dalej, pewnie jeszcze gorsze rzeczy nam się przydarzą.
Wyciągnął kolejnego papierosa, gdy tylko zmuszałam się do monotonnego kiwania głową.
— Jak zdebilniali jesteśmy? — spytałam, zaciągając rękaw mocniej na dłoń i przecierając nim zmęczoną twarz, nie nurtując się nawet myślą o tym, czy przypadkiem nie rozmaże mi to mojego i tak wątpliwej jakości, makijażu. — I czy mogę się poczęstować?

wtorek, 14 sierpnia 2018

Dobrego złe początki [4]

Zdecydowanie nie spodobała mi się jego reakcja. Pospieszne odwrócenie wzroku przy akompaniamencie głośnego, zrezygnowanego stęknięcia, westchnięcia, które do Walsha mi nijak nie pasowało.
Był w stanie nietypowego zastoju, leniwej egzystencji bez większych wypadów i pierwszy raz biła od niego aura pokory, a nie wiecznej dumy i buty, która wylewała się z niego, przepełniając czarę goryczy.
— Jakoś. Jakoś się trzymam — odparł, popiół został otrzepany na ziemię, a dym wydmuchany w trybie natychmiastowym. — Bywało lepiej, bywało gorzej. W sumie to jest nijak.
Uśmiechnęłam się słabo, pojmując, że rzeczywiście, czuliśmy się w dokładnie ten sam sposób, pusty, bez większego znaczenia i głębi, może nawet wypruci z niektórych emocji.
Skrzyżowałam nogi w kostkach, bujnęłam nimi, lampiąc się przy okazji w chodnik. Nastała ta nieprzyjemna, niemrawa, może nieco gniotąca w jaja, których nie miałam, cisza i wręcz krzyczała o natychmiastowe przerwanie i rozpoczęcie jakichś działań, bo nie należało tak ślęczeć bez większego sensu.
— Tak właściwie to chcę cię przeprosić — zaczęłam w pewnym momencie, marszcząc czoło i przymykając oczy, bo czułam, jak zalążki łez powoli się w nich malują i wcale mi się to nie podobało. — Za to, co wtedy mówiłam. Wiesz kiedy. I jak się zachowywałam. Mam nadzieję, że rozumiesz, dlaczego tak reagowałam — mruczałam cicho, kręcąc kółka kciukami i oddychając dość ciężko, w obawie, że za chwilę coś łupnie. — I za to, że nie mogłam temu wszystkiemu zapobiec. Przepraszam, Adam.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Dobrego złe początki [2]

Odsunął leniwie papierosa od spierzchniętych ust. Zżółkłe palce trzymały go dość kurczowo, w sposób, przez który nie sposób było ominąć wzrokiem lekko poobgryzane paznokcie. Skrzywiłam się, bo przy ostatnim spotkaniu wyglądały o niebo lepiej.
Czyżby było gorzej, niż myślałam?
A potem otworzył powoli oko, tak, podniósł tylko jedną powiekę, błysnął szybko tym inteligentnym, błękitnym ślepkiem i skusił się na osowiałe pokiwanie głową z martwym uśmiechem, który utkwił na jego twarzy.
— Oczywiście, zapraszam na ławkę mocno kopniętych przez te wakacje.
Objęłam się ramionami, byle z miną zbitego psiaka przysiąść się do Walsha, wyglądając prawdopodobnie jak ostatnia sierota, z którą w sumie bardzo się wtedy utożsamiałam.
I jak beznadziejnie to wszystko nie wyglądało, ta jeszcze chwilę temu kurwiąca na niego dziewucha, teraz siedziała przy nim w najlepsze, prawdopodobnie czując się, jakby był w tym momencie najbliższą mu osobą, która doskonale wie, jak się czuje.
— To co tam u ciebie?
— Miałam spytać dokładnie o to samo — odparłam, przecierając przy okazji ramię i zerkając na niego, jak w tych wszystkich filmach ze skruszoną nastolatką przy atrakcyjnym koledze. — Jakoś leci, powoli, ale leci. A ty? Jak się trzymasz?
I zdawałam sobie sprawę, jak beznadziejnie to wszystko brzmi i jak bardzo nie na miejscu było, bo czuł się pewnie chujowo, oczywiście delikatnie rzecz ujmując.
A gadanie popieprzonej wiedźmy zdecydowanie nie pomagało.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Dobrego złe początki [0]

Te wakacje nie były łatwe. Te wakacje były paskudnym końcem pewnego rozdziału i niezapowiadającym się zbyt dobrze początkiem kolejnego. Nie, żeby to wszystko mnie zahartowało. Odnosiłam wrażenie, że było wręcz przeciwnie. Rozlałam się, rozmemłałam, roztrzaskałam na malutkie kawałeczki i w sumie nie bałam się już powiedzieć, że tak, płakałam. Podczas tych wakacji płakałam i to zdecydowanie zbyt wiele razy.
Płakałam przy ostatnim przytuleniu się do największego z naszej trójki. Żałowałam, że robiłam to tak rzadko, że ostatni raz dopuściłam się tego podczas jego urodzin, do tego w tak niezręczny i niekomfortowy sposób, wskazujący tylko na to, że naprawdę nie chcę tego robić. A ja chciałam. Tylko może nieco się wstydziłam.
A tego dnia przylgnęłam martwo do drugiego ciała, chlipiąc w najlepsze i kurwiąc na lewo i prawo, bo świat nie był miejscem sprawiedliwym i nawet jeśli Oakley zasłużył sobie na kopnięcie w to rozlazłe, królewskie dupsko, to na pewno nie na cios, który miał zrzucić go do kanionu. A to chyba właśnie się stało.
Nie wiem nawet, czy wtedy kontaktował.
Pluję sobie w twarz w lustrze za to, że dawałam mu te wszystkie środki i leki.
Dziękuję za... Pomoc w numerologii?
Dalej nie potrafisz rozwiązać prostego działania, prawda?
Ni chuja.
I może też przez to, jak bardzo na rdzeniu wtedy leciał, pozwolił sobie na wzięcie mojej twarzy w dłonie i przetarcie kciukami polików.
Musiałam wyglądać okropnie, a mimo to dalej trzymał mnie w ramionach, jakbym była co najmniej jego całym światem.
A później ostatni pocałunek, pożegnalny, bo razem z Hindusem również postanowiliśmy zamknąć ten etap życia, mimo że należał do tych naprawdę przyjemnych. Jednak jako przyjaciele lepiej się dogadywaliśmy i widział to chyba każdy, który spędzał z nami czas. Byłam dla niego za bardzo dominująca, a sam nie miał zamiaru się podkładać.
I tak trafiłam z powrotem na uczelnie, z dość mocną dobijającą się myślą, że jednak powinnam z kimś o tym wszystkim porozmawiać.
Z kimś, kto, myślę, nie przyjął tego wszystkiego zbyt pozytywnie.
— Hej — rzuciłam z dość słabym uśmiechem, poprawiając rękawy za dużej bluzy, bo niby ciepło, ale dalej lubił zawiać ten chłodny, rześki wiatr. — Mogę się dosiąść? — spytałam chłopaka.
Siedział na ławce.
Dorwał mnie tutaj. Odpoczywałem sobie, pico bello i nagle wpierdolił się ze swoim wzrostem i przysłonił mi słoneczko. A potem usiadł panicz, kurwa jego mać.
Aż tak źle?
Tak. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałem go wtedy pocałować.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Koniec świata uważam za rozpoczęty [0]

Koniec świata oficjalnie mogliśmy uznać za rozpoczęty. Przynajmniej w znaczeniu naszej zdrowo popieprzonej rodzinki. Oczywiście składało się na to kilka czynników, w tym jeden i tutaj się pochwalę, bo to ja nim jestem i nie uwierzycie, jak bardzo się z tego powodu cieszę. Rodzinne tradycje, pierdolenie o Chopinie, prędzej bym się zrzuciła z pobliskiego mostu [który swoją drogą jest zdecydowanie za niski na samobójstwo] niż pozwoliła na to, żebym kiedykolwiek miała się do tego dostosować. Prędzej mnie spalą na stosie jak ciotkę Jonquil. Właśnie, gdyby mnie spalili, to chciałabym chyba, żeby wyrzucili ten popiół, nie wiem, do jakiegoś wulkanu, wrzucili do urny z nasionem drzewka, czy tam przekazali dla gruzożerów. Niech ktoś ma z tego pożytek. Wulkan nie ma, ale po prostu chciałabym odbyć ostatnią podróż do wnętrza ziemi. Czy coś.
No, a jaki koniec świata nadchodził?
A taki, że jako druga w rodzinie związałam się z jakimkolwiek facetem bez celów stricte rozpłodowych. Do tego aurę miał słabą, to się babki za łby złapały i już go chciały na potrawkę przemielić. Dziecko, co to za chuchro? Co to ma być, przecie to z tego żadnego pożytku nie będzie! I dobrze wiesz, że po indyjskim żarciu mamy zgagę!
Nie no, do kanibalizmu się nie doprowadzamy.
Chyba.
A drugi?
A taki, że ta, co pierwsza się z facetem dla miłości, a nie dla mocy spiknęła, będzie mieć dziecko. Jeszcze dziecko z takim to pół biedy, ale cholera, to ma się chłopaczyna urodzić! I całe stulecia planowania klanu, badań genetycznych, szukania sposobu na same dziewuchy w pizdu. Całe misterne przedsięwzięcie można sobie teraz w rodzinną dupę Illenów wepchnąć. Niech sobie tam pobędzie, kij pod tytułem „Wieczne średniowiecze” tkwił tam wystarczająco długo.
I tak oto, jeśli jeszcze mojej siostrze i kuzynkom mózgów nie wyprali, skończy się ten paskudny etap i może zaczniemy żyć jak normalni ludzie.
— Idziemy na piwo? — rzuciłam do losowej osoby, zarzucając jej rękę na ramię i uśmiechając się leniwie.
To trzeba opić.

piątek, 22 czerwca 2018

Już skończyliście? [19]

Zaśmiał się głośno. Zdecydowałam się w końcu zdjąć zdenerwowane spojrzenie z Yamira, który najwidoczniej jakoś średnio chciał się ostatnimi czasy trzymać mojej strony i naprawdę wiem, że to ta cała równowaga wszechświata, ale i tak. Mógłby okazać mi, chociaż odrobinkę wsparcia, czy coś.
— To jest plan, w sumie chyba najlepszy z tych dotąd zaproponowanych, muszę ci to przyznać — odparł, a z jego ust buchnęło dymem, całą chmurą, potężną chmurą. — Macie może popielniczkę? Nie chcę wam parapetu brudzić... — spytał, dalej niemiłosiernie mocno marszcząc czoło, do tego stopnia, gdzie to moje zaczynało pobolewać i dawać o sobie się we znaki, bo w końcu jak bardzo musiało mu się tam to wszystko napinać i ściskać.
No i spojrzał na Oakleya tym maślanym, rzekomo zmartwionym spojrzeniem, któremu za żadne skarby świata nie chciałam wierzyć, choćby mnie do tego zmuszali.
— Jasne — mruknął Kumar, podnosząc nieco swoją czuprynę i za chwilę odciągając je swoją cienką, białą opaską, a gdy już skończył, ruszył do legendarnej komody i z drugiej szuflady od dołu wyciągnął wymarzony przedmiot. Bez jakiegokolwiek mruknięcia, po prostu go podał, dalej zachowując ten względnie neutralny wyraz twarzy.
Uśmiechnęłam się, gdy oddech powoli się unormował. Gdy powieki już nie drżały.
Gdy zaczął wyglądać na po prostu zrelaksowanego.

środa, 20 czerwca 2018

Wprowadzenie: Coppélia [6]

— Trochę mówił, trochę zachowywał się, jakby chronił sekrety cesarskie. Głównie opowiadał o Sofii, Jamesie i pielęgniarzu. Czy ten ostatni od razu mnie znienawidzi przy mojej pierwszej wizycie, czy dopiero wtedy, gdy zacznę chodzić równie często, co Gapcio? — zapytała, a ja prawie parsknęłam głośnym śmiechem, gdy usłyszałam określenie, którym nazywała swojego brata, cholera, tego jeszcze nam tutaj na tym Awuskim padole nie grali. — Ewentualnie prosiłabym o osoby, których powinnam się wystrzegać, bo jak na razie wywnioskowałam, że macie bardzo krzywe podłogi — dodała ze śmiechem, gdy znalazłyśmy się już w ciepłym, przytulnym wnętrzu budynku. Nawet odważyła się wystawić nos spoza szalika, który do tej pory dokładnie opatulał buźkę nastolatki.
— Pielęgniarz ogólnie jest drażliwy, polecam znaleźć sobie znajomych w kimś, kto zna się jako tako na medycynie, naprawdę, pierwszy lepszy uczeń lepiej naklei ci plaster, niż on, o ile w ogóle będzie je miał — parsknęłam cicho. — Powiem tak, wystrzegaj się nauczycieli, szczególnie tej od zielarstwa, stara rura z ambicjami na poziomie pantofelka, której w życiu się nie powiodło, no co zrobisz. Uciekaj, jak usłyszysz nazwiska Miracles, Ophelieon, Oakley, D'arc, O'connor, Illene, Walsh, Davon i Hopecraft, serio, spierdzielaj wtedy w podskokach, nic nie stracisz, ba, wręcz zyskasz.
Mruczałam, kierując się schodami powoli na górę, do jej nowego pokoju.

Już skończyliście? [15]

Nie wiedziałam, kogo tak właściwie chciałam uspokoić i pocieszyć, gładząc to nieprzytomne ciało, które było tak bardzo rozgrzane i tak ciężko oddychało. Jego, który i tak nie kontaktował, nie wiedział, nie mógł wiedzieć, co się dzieje? Yamira, który się wszystkiemu przyglądał? Może Walsha?
A może po prostu samą siebie, która naprawdę nie miała ochoty dalej w to brnąć, ale musiała, bo wiedziała, że inaczej skończy się to gorzej niż źle.
Dlatego zaciskałam tak kurczowo szczęki i marszczyłam brwi, patrząc na te szeroko otwarte usta, twarz bez wyrazu i słysząc ten płytki, urywany oddech, co wcale mi się nie podobało.
— Bo to Oakley — odezwał się, kurwa, znawca, pan świata, rasa władców, przekonany o tym, że wie wszystko, że zna go na wylot i rozumie, co się dzieje pod niebieską czupryną. — Czy bez te nutki szaleństwa, idiotyzmu i kombinowania dalej byłby Oakleyem? — I uśmiechał się, śmiał, zerkał nieprzytomnie, to na mnie, to na chłopaka, a ja mogłam już tylko zazgrzytać zębami, rzucić na niego nienawistne spojrzenie i wygiąć usta w niezwykłym grymasie, bo tak, proszę państwa, oto w oczach Renee pojawiły się zalążki łez, które pewnie świeciły się właśnie jak psu jajca.
— Byłby, byłby, kurwa, o wiele szczęśliwszym i normalniejszym Oakleyem, jak kiedyś, bo był taki, bo potrafił i się spierdoliło — jęknęłam, opierając czoło na dłoni i pociągając nosem. — Powiem ci teraz inaczej, Walsh, zostaw go i spieprzaj od niego, nie dlatego, że zrobisz mu krzywdę, wręcz przeciwnie. Bo to on wykrawa ci trzewia, wypruje żyły, czy cokolwiek innego, na serio, nie ściemniam, kurwa — dodałam żałosnym tonem.

wtorek, 19 czerwca 2018

Już skończyliście? [11]

Ciało było ciężkie, ciało drgało, ciało miało naprawdę niespokojny oddech. Ciało od zawsze było ciężkie, ciało od zawsze drgało, ciało od zawsze miało naprawdę niespokojny oddech. Ciało od zawsze było więzieniem dla tego lekkoducha, od zawsze stanowiło swego rodzaju barierę przed światem, którego przez to ciało nie mógł zwojować.
Miarowe głaskanie głowy Oakleya, cicho prychając, gdy ten ledwo co się uśmiechał, było już chyba czymś utartym w naszych codziennych rytuałach. Co prawda, nie zawsze był spizgany, chyba tylko to poróżniało całą sytuację od przeciętnego dnia w tym małym pokoju wymiary trzy na dwa.
Nie spoglądałam już nawet na Kumara, wiedziałam, że marszczy brwi i się w nim gotuje, bo sam brał, ale gdy ktoś inny tykał jakiekolwiek świństwo, dostawał prawdziwej korby, świra, jakiegoś nieokiełznanego ataku agresji i może paniki.
— Co bierze? — spytał w pewnym momencie Walsh. Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi, kładąc kciuk pod łukiem brwiowym mężczyzny.
— Prawdopodobnie większość z tych znanych na rynku — odpowiedziałam, wzdychając cicho, już któryś raz. — Dzisiaj pewnie kokainę albo coś kokainopodobnego — mruknęłam i odsunęłam powoli powiekę, otworzyłam oko chłopaka, zerknęłam na uciekającą tęczówkę i skinęłam głową. — Zdecydowanie to.
Wytarłam palce w jego koszulkę i poklepałam delikatnie po brzuchu.
— Nie spał dzisiaj tutaj, prawda?
Nie potrzebowałam odpowiedzi.
Wiedziałam.

Wprowadzenie: Coppélia [4]

Odetchnęłam z ulgą, gdy dziewczyna przytaknęła, zgodziła się i jednocześnie sprawiła, że mogłam bez wyrzutów sumienia ruszyć z nią do środka, bo chyba tego chciałam najbardziej, groźba odmrożonych palców, uszu i nosa naprawdę mi się nie podobała.
— Byłabym wielce rad, zwłaszcza że pogoda do najcieplejszych nie należy, a ty pewnie zmarzłaś, Renee. Prowadź — odparła, widocznie się uśmiechając, bo chociaż usta zasłonięte, to oczy zmarszczyły się w charakterystyczny sposób. Zsunęła jeszcze okulary z powrotem na nos, czego nie skomentowałam, każdy miał swoje widzimisię, swoje fetysze, czy inne pierdoły. — Tak swoją drogą, na którym jesteś roku i klasie? — spytała, gdy wspinałyśmy się leniwie po schodach prowadzących do głównych drzwi budynku.
— Ja? Trzecia słońca, już półmetek, jak ten czas szybko leci — mruknęłam ciszej, bardziej kierując całą wypowiedź do siebie, bo jednak cholera, dopiero co, żem tu przybyła, męcząc się w Katowni i decydując się na małą zmianę w życiu, bo może i to rodzinka mnie tu wysłała, ale w rzeczywistości absolutnie ignorowałam to, co mi kazano zrobić. Nie miałam ochoty zachodzić w ciążę i rodzić pierwszego bachora w wieku siedemnastu lat, żeby skumulować w nim cokolwiek, nie jestem, kurwa, klaczą rozpłodową, co to, to nie. Przynajmniej miło powspominać sobie pierwsze odzywki kierowane do Hopecrafta i ten cały hype na jego osobę. — Jeśli będziesz chciała wiedzieć coś o szkole, ludziach, nauczycielach, to wal śmiało, chociaż pewnie wiesz już co nieco od brata, czy jednak zachowywał tajemnicę państwową?

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Już skończyliście? [7]

Wybuchnął gromkim śmiechem, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy to naprawdę jedyna rzecz, jaką ten człowiek miał w zanadrzu. Na wszystko reagował parsknięciami, przeświadczony o swojej zajebistości, niesamowitości, inteligencji i wyższości nad każdą inną, napotkaną w okolicy jednostką. Nienawidziłam tego typu ludzi, naprawdę nienawidziłam, sama gardziłam, sama fukałam, sama syczałam, ale, kurwa on? Jego charakter? Do wytarcia zarzyganej przez pierwszego lepszego menela podłogi, ba, chodnika, nic więcej.
— Nawet najładniejsze i najszczersze oczka najwidoczniej mogą łamać serduszka, Ilenne, czyż to nie hipokryzja? Zresztą o gustach i guścikach się nie rozmawia, błagam, Renee, naprawdę szanuję ciebie za tę całą postawę i troskę o Nivana, ale, za przeproszeniem, kurwa, mówisz, że nie oceniasz książek po okładce, po czym syczysz mi w twarz, że nie lubisz mojego spojrzenia. Bo jest chłodne? Fałszywe? Czy nieprzyjaźnie nastawione, bo w sumie zamiast odpowiedzieć, że po prostu nie wiecie, woleliście warknąć o kilka słów za dużo? Złota zasada, najpierw spójrz na siebie, później oceniaj innych. Daleko mi do idealności, to prawda, nie jestem święty, nie jestem empatyczny, ale, kurwa, mam wystarczająco lat, by powiedzieć ci, że w tym świecie inaczej się nie da, ale przecież są osoby, dla których, jak zresztą chyba sama wiesz, można się przekręcić o te sto osiemdziesiąt stopni i po prostu pokazać z innej strony, prawda?
— Mówi sam mistrz obserwacji, oceniania ludzi i traktowania ich ze startu jako niższego sortu, czy ty się słyszysz, Walsh. Chodzisz do tego pierdolonego grajdołka już ponad rok? To naprawdę wystarczy, żeby zobaczyć, jak funkcjonujesz i jak postępujesz z ludźmi, wzrok to tylko kumulacja w totku, która upewnia w podejrzeniach. Nawet nie udawaj, że to wszystko to fałsz, panie obserwuję wszystkich i wszystko, mając nadzieję, że i tym razem uda mi się ich omotać wokół małego paluszka u dłoni. I zmiana? Walsh, nie chcę cię martwić, ale to nie jest American Dream, czy fanfik napalonej trzynastki, żeby ktokolwiek gdziekolwiek był w stanie tak nagle i wyjątkowo się przewrócić na lewą stronę i zgrywać pięknego pana zawsze idealnego dla kogoś innego.

Już skończyliście? [3]

Nivan od dawna nie był szczęśliwy. Nivan od dawna szczerze się nie uśmiechnął. Nivan od dawna nie tlił się tym swoim naturalnym, powiązanym z mocą ogniem. Nivan od dawna po prostu nie był Nivanem. A w szczególności gasł, gdy ten tutaj, który śmiał zakłócić nam nasz przenajświętszy spokój, przypałętał się i zagarnął to naiwne, głupie, pragnące czułości dziecko na lipne cukierki i dwa przytulasy.
A wiadome było, że nie da mu nic poza tym, a jedynie wpędzi go w jeszcze większy dół mentalny i zasieje zalążki łez w tych i tak wystarczająco smutnych oczach.
— Lub po prostu uciekł z pokoju, bo znowu na niego nawarczałeś — mruknął, a ja prychnęłam, gdy zobaczyłam, że ten skurwiel śmie wyliczać na swoich krzywych paluszkach tak właściwie cokolwiek. — Lub pociesza ryczącą Przewalską, bo z tego co wiem, znowu ktoś zrobił jej kuku. — Puścił oczko w stronę Hindusa, który tylko zmarszczył brwi, najwidoczniej nie łapiąc w sumie, o co może mu biegać i naprawdę, Yamir czasami był debilem, kochanym, ale jednak debilem, który nie rozumie, co się wokół niego dzieje i co czują do niego ludzie. Wyszedł na chuja? A i owszem, jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. Oczywiście, to go nie usprawiedliwia, no ale i tak. — Lub po prostu wyszedł na fajkę. Lub po prostu jakoś się minęliśmy. Bo, jak widzicie, nie, kurwa, nie siedzi u mnie — syknął, jak popsuta zabawka z Tesco, która powinna drzeć mordę po naciśnięciu.
— I jak widzisz, nie siedzi tutaj, więc mógłbyś z łaski swojej w końcu wynieść się z tego pokoju i zostawić nas, jak i Niva w spokoju, co ty na to? — Warknęłam, stukając paznokciami o kolano, szybko, niespokojnie.

Wprowadzenie: Coppélia [2]

Przeklinanie w duchu powoli przestało wystarczać, gdy sterczałam na dworze już piętnastą minutę, przebierając nogami i obejmując się ramionami, bo zdecydowanie, kurwa, ciepło nie było. Żeby jeszcze przenośny grzejnik się tutaj przytargał, to naprawdę, pół biedy, wszyscy szczęśliwi, przytuliłabym się do szarej bluzy i dałabym jakoś radę, mrucząc pod nosem, że powinien przestać spotykać się z tym zidiociałym, zrogowaciałym debilem, który nie ma wyczucia i prędzej czy później go zrani, bo to zawsze robią takie typki, ale jak widać, pan Oakley miał to wszystko głęboko w poważaniu. No i co? No i brnął w to gówno, nie zważając na konsekwencje, a potem przyleci zasmarany, bo pan Walsh postanowi dać mu spektakularnego kosza z nowym chłopakiem w roli głównej. Przelizanie się na dziedzińcu z powiedzmy, już przykładowo, Davonem, nie byłoby dla niego większym problemem, zapewniam.
Już miałam kurwować na głos, krzyczeć, tupać i warczeć pod nosem, gdy nagle ni stąd, ni zowąd, przed moją osobą, jak grzybek po deszczu, wyrosła, no wypisz wymaluj Yev, tylko wersja Gender Bender i zdecydowanie ładniejszy.
— Przepraszam, że tak długo. Nie zmarzłaś? — zapytała, zdejmując okulary przeciwsłoneczne, a wtedy byłam już całkiem pewna swoich poprzednich słów. Trochę sapała, wzdychała, cholera wie co. — Nazywam się Coppélia, ale wolę Éli. Krótsze, łatwiejsze do zapamiętania i trzeba się uśmiechać przez akcent na „e”. — Uśmiechnęła się szeroko i wystawiła dłoń na przywitanie.
Parsknęłam śmiechem.
Kolejne kochane dziecko do wytulania i wymiziania. Brakowało mi kogoś z pazurem, kogoś, kogo mogę pownerwiać i kto mnie pownerwia, bo wszyscy się rozmemłali.
— Witam Coppélio z uśmiechniętym akcentem na „e”, nazywam się Renee, u mnie akurat uśmiechu brak, ale coś się wykombinuje. To jak, proponuję zanieść walizkę do twojej kwatery i może trochę się ogrzać?

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Wprowadzenie: Coppélia [0]

I tak oto lecą mi kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata, w tej nędznej, marnej placówce, gdzie uczniowie płaczą, nauczyciele zalewają się w trupa [albo na odwrót], popularsy spijają całą śmietankę, a szare myszki mogą co najwyżej zamieść ogonkiem kurz przed przejściem Hery, Diaskro, Hopecrafta, czy Miraclesa.
Zwykłe, najzwyklejsze życie, w nie do końca normalnej szkole, a przy dychaniu utrzymywał mnie tylko i wyłącznie szeroki uśmiech złocistych oczu, które mrugały radośnie w moją stronę przy każdej nadarzającej się okazji.
Jak i dlaczego wylądowałam z Yamirem, dalej nikt nie wiedział, nawet ja i on, ale szło, jak szło, Nivan trochę się odsunął, Wanda posyłała nam krzywe spojrzenia, ale mimo wszystko staraliśmy się udowodnić całemu światu, że co to, to nie, nie damy się złamać takiej marnej próbie.
Chyba.
Pocałowałam gorące czoło Hindusa na odchodne, tym razem to na mnie zleciała kupa papierów i tym razem to ja miałam zająć się nowo przybyłą uczennicą, która najwyraźniej była blisko spokrewniona z naszym Człowiekiem Krzywdą, który nie potrafił wstać z łóżka bez wyrżnięcia orła na prostej.
Ubrałam się w swój czarny płaszcz, poprawiłam botki i nie czekając dłużej, wyparowałam z budynku, nakładając przy okazji nauszniki.
Copp...
Coppélie?
Coppélia?
Copperfield, cholera, cokolwiek, byle przyszła na czas, już mi zimno.

piątek, 4 maja 2018

Wprowadzenie: Ezra [6]

Zerknęłam na niego niechętnie, gdy zaczął się chichrać pod nosem. Co niby było takiego zabawnego, co Prescot? Ja? To co mówię? A może jesteś kolejnym psychicznym, który uznaje, że kurwa jebana herbata jest zabawna i można wyć z każdej, nawet najmniejszej głupoty? Skrzywiłam się mimowolnie, facet grał mi na nerwach i to zdecydowanie.
— Wezmę niebieski — odparł, zaciągając mocniej torbę na ramię. Kiwnęłam ze zniechęceniem głową, podciągnęłam rękawy czarnej bluzy i puściłam go wolno, podczas gdy sama czmychnęłam po kuralet.
Błękitne cudeńko za chwilę zawitało w dłoniach nowego właściciela, podobnież jak gówienko podobne do debetówki.
— Kurwalet i twoja karta atlancka raz. Nie zgub jej lepiej, bo będziesz miał kłopoty. Rozumiesz, twoja przepustka do cudownego, akademickiego światka. Pokój otworzysz, dyżurnych upewnisz, że ty stąd, a nie podpierdalasz akurat wina pedagogom. Do tego płacisz tym za wszelakie dobra w mieście, no rozumiesz, o co chodzi. Idźmy wreszcie do tego pokoju i zaczniemy obchodzenie na poważniej — mruczałam, dalej idąc przed siebie. — Szkoła szkołą, za chwile wszystko zobaczysz, ogarniesz. Jak będziesz miał pytania, to się nie bój zadawać, odpowiem na tyle, na ile potrafię. Lepiej pogadać o ludziach, to oni jednak tworzą tę budę. Pięć roczników, każdy równie mocno narwany, tyle mogę ci powiedzieć. Jak chcesz wiedzieć, to mamy dwa główne obozy, starsza śmietanka towarzyska, która koniecznie chce się utwierdzić w przekonaniu, że są lepsi od tych nowych, czytaj Hopecraft i Ivens, w odwiecznych starciach z Miraclesem i Ophelieon. Idzie się zabić jak przez szkołę idzie kolejna plotka, z kim to się Diaskro nie przespała, jak bardzo Hopecraft nie płaci Oakleyowi za seks, a Miracles ściąga od Zbycha i Yamira kolejne tony twardych narkotyków. Cud, miód i sielanka, nie ma co.

czwartek, 3 maja 2018

Wprowadzenie: Ezra [4]

Widziałam, jak mnie obserwował, jak obserwował torbę, a potem znowu mnie i mogłam wręcz usłyszeć, jak mu się tam wszystkie trybiki kołują, kontrolki załączają, a zapadki klikają w coraz to szybszym tempie. No, panie, co tam się za myśl urodziła, złapałeś już coś, czy dalej pusto?
— Miło poznać. Jeśli to nie problem, to wolałbym najpierw zostawić rzeczy w pokoju. Zapowiada się na dłuższy spacer i nie chciałbym użerać się z ciąganiem walizki — odparł nagle. Złapał, chwała siłom wyższym, chyba bym zgniła, gdyby kazał mi czekać jeszcze chwilę na odpowiedź. A podobno tylko blondynki są durnowate, chociaż tutaj wolałabym cofnąć ten okropny przesąd, bo jak dotąd spotkałam tylko inteligentne posiadaczki złotych pasm. Gorzej z facetami, którzy byli gorzej niż durni.
— W takim razie zapraszam za mną — mruknęłam, odwracając się na pięcie i kierując w stronę akademika. Zerknęłam jeszcze raz na kartę, przypominając sobie, który pokój będzie należał do naszego nowego nabytku, a później zerknęłam na chłopaka, który podążał obok. — Budynek, do którego zmierzamy, to akademik, tam za nami na lewo to główny gmach, prawo biblioteka, tam w oddali, też na lewo możesz zobaczyć blok mieszkalny, również znany jako piekielna instytucja, tam żyją i funkcjonują nauczyciele. Podobno powietrze zawiera więcej promili niż krew Mińska po całonocnym opierdalaniu się z Nibyłowskim i Remusem. To jest dyrektor, konus od wróżbiarstwa i ćpun z artystycznych, kolejno odlicz. Właśnie, póki jeszcze mam po drodze, dostaniesz superduper wypaśny, wypierdolony w kosmos tablecik znany jako kurwa... Przepraszam, kuralet. Będziesz tam miał wszystkie potrzebne informacje, poradniki, cząstki podręczników, plany lekcji i mapki, a jak się postarasz i ładnie poprosisz, to od Oakleya dostaniesz cynk do naszej wspólnej, skrzętnie ukrytej przed radą pedagogiczną sieci, takie media społecznościowe, coś na kształt Twittera, znasz chyba, nie? No, masz nawet zaszczyt wybrać sobie kolorek sprzętu. Czarny, biały, kremowy, kolorowy, niebieski, różowe chyba też zostały. To jak?

środa, 2 maja 2018

Wprowadzenie: Ezra [2]

Mijały sekundy. Mijały minuty. Godziny na szczęście nie, ale przez całokształt tego dnia odnosiłam wrażenie, że sterczałam tam już pół dnia, a nie lekko poniżej kwadransa.
I gdy już miałam wyciągnąć telefon i przejrzeć cokolwiek, byle zleciało szybciej, pod szkołę podjechał samochód.
Parsknęłam głośnym śmiechem. Skrzydełka, blond loczki, niebieskie oczka, no losie, aniołka nam zesłałeś? A może kupidynek? Gdzie w takim razie twój łuk i pampers?
Widziałam to niezbyt przychylne spojrzenie, drgnięcie potężnych skrzydeł i grymas, który przez chwilę zawitał na twarzy gówniarza.
Zastukałam obdartymi z czarnego lakieru paznokciami o udo i zmarszczyłam nieco brwi. Pamiętasz, jak ciebie wprowadzali, Renula? Dwa lata temu, cholera, ten czas jednak spierdala jak dziki, dopiero co przecież pysk darłam z Jagną, przyjechałam do szkoły i przywitałam Szczura krótkim „Ogoliłbyś się”. W sumie teraz bawi mnie to, jak bardzo chciałam nawrócić Hanabi, pokazać wszystkim, że Hopecraft to skończona szmata, która nie nadaje się nawet do wytarcia wymiocin trolla.
A teraz już chyba z tego wyrosłam. Teraz wolałam marnować ten czas na siedzeniu z Yamirem i Nivą, okazjonalnie z Wandzią.
— Hej, jestem Ezra. Czy to ty masz mnie wprowadzać? — spytał w końcu, gdy znalazł się w odpowiedniej odległości, żebym usłyszała jego głos. Niby był przyjemny, ale i tak nie zachwycał.
— Hej, tak, to mnie dosięgnął ten zaszczyt — mruknęłam z przekąsem. — Renee. Przedstawię cię naszej cudownej placówce, pokażę najistotniejsze miejsca, twój pokój, opowiem co, jak i kiedy trzeba. Wolałbyś najpierw zobaczyć swoje zakwaterowanie i nie wiem, zostawić tam bagaże, czy od razu idziemy w teren?
.
.
.
.
.
.
template by oreuis