Éli radośnie świergotała mi nad uchem, idąc ze mną powoli pod ramię, żeby mi nie zarzucała, że specjalnie wolniej szedłem [Ale co ja poradzę, że jeżeli przyspieszyłbym choćby o parę centymetrów, to biedaczka zaraz zaczęłaby wypluwać płuca i zbladłaby, upodabniając się do trupa]. Przysięgam, kocham swoją siostrę ponad życie, ale myślałem, że ją wykopię i poślę pierwszym portalem, pociągiem, karocą, czymkolwiek do domu, gdy tylko zauważyłem siostrę na korytarzu radośnie zagadującą jakąś blondynkę. A kiedy mnie również zauważyła, zaraz echem poniósł się jej entuzjastyczny okrzyk. „Gapciu, niespodzianka!”. I powiedzcie mi, jak tej tutaj pani nie ubić? Nosz na miejscu zamordować.
Jednak siostra zignorowała mój morderczy wzrok i posłała mi promienny uśmiech, podbiegając do mnie [nie bez wysiłku], po czym wzięła mnie pod ramię, zaczynając swój długi wywód, że moja złość oraz zmartwienie są bezsensowne. Oczywiście, a ja jestem w stanie przeżyć dzień bez zaliczenia gleby. Dobry żart, Éli.
Już otwierałem usta, żeby odpowiedzieć, już mrużyłem groźnie oczy, żeby wbić w nią ostrzegawczy wzrok, już uniosłem drwiąco brwi, jakby powiedziała coś zabawnego, ale sznurówki. Te przeklęte sznurówki, które nie mają za grosz wyczucia czasu, postanowiły zaplątać mi pod stopami, żebym mógł polecieć widowiskowym łukiem do przodu. A siostra razem ze mną.
Chwila jojczenia, przeklinania, prychania i oglądania ran. Szybko zerknąłem na Éli, bo nie wybaczyłbym sobie, gdyby moja niezdarność ją zraniła.
— Zaprowadzić was do pielęgniarza?
— Żyjemy! — odpowiedzieliśmy chórem właścicielowi głosu, zaraz się podnosząc z podłogi i spojrzeliśmy na siebie z rozbawieniem.
— To akurat dość częste — powiedziałem, powstrzymując parsknięcie śmiechem.
— Zwłaszcza, gdy się kłócimy — dodała dziewczyna swoje trzy grosze, nie hamując chichotu. — Ale dziękujemy za troskę. Éli jestem! — Brunetka wyciągnęła dłoń i ułożyła usta w najszerszym uśmiechu, na jaki umiała sobie pozwolić.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yevgeni Fjeld. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yevgeni Fjeld. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 czerwca 2018
piątek, 18 maja 2018
Krwawe spotkanie [11]
Etykiety:
Krwawe spotkanie,
Yevgeni Fjeld
Na początku zareagowała śmiechem, jednak gdy tylko w jej ustach wylądował biszkopt, spoważniała, po czym podniosła się, prostując plecy, a ja czym prędzej wyplątałem dłoń z jej włosów. Jakoś nagle się zestresowałem.
— Żeby przebywać w domu matki, będziesz musiał oczywiście sobie dać pobrać krew i rozmalować ją nad drzwiami wejściowymi oraz zjeść żabę. — Zamrugałem parokrotnie, patrząc na brunetkę z ni niedowierzaniem, ni przerażeniem, zaś uśmiech szybko spełzł mi z twarzy. Jednak uczucie strachu nie tkwiło we mnie zbyt długo, ponieważ rozwiał je ponowny śmiech Sofii, uświadamiając sobie, że zostałem wkręcony. Przewróciłem oczami, dając sójkę w bok dziewczynie, jednak nie byłem zły, nawet uniosłem odrobinkę kąciki ust. Chyba ostatnio zrobiłem się zbyt łatwowierny. — Nie no żartuję, nic takiego się nie będzie działo, ale od matki przygotuj się na szczegółowe przepytanie o oceny, od cioci dużo najlepszych ciasteczek i herbaty, a od Olivia, mojego najmłodszego brata, duuużo pytań na temat świata. Oscara raczej nie zobaczysz, jeżeli postępowanie kłótni jego i rodziców będzie postępowało tak jak na razie.
— Czy to znaczy, że muszę w końcu zacząć się uczyć, żeby nie zapaść się pod ziemię ze swoimi godnymi pożałowania wynikami? — spytałem z dozą teatralności, choć naprawdę w głowie przewijałem swoje oceny i stwierdziłem, że tylko cud trzyma mnie przy życiu. W sumie to zawsze mnie trzymał.
— Żeby przebywać w domu matki, będziesz musiał oczywiście sobie dać pobrać krew i rozmalować ją nad drzwiami wejściowymi oraz zjeść żabę. — Zamrugałem parokrotnie, patrząc na brunetkę z ni niedowierzaniem, ni przerażeniem, zaś uśmiech szybko spełzł mi z twarzy. Jednak uczucie strachu nie tkwiło we mnie zbyt długo, ponieważ rozwiał je ponowny śmiech Sofii, uświadamiając sobie, że zostałem wkręcony. Przewróciłem oczami, dając sójkę w bok dziewczynie, jednak nie byłem zły, nawet uniosłem odrobinkę kąciki ust. Chyba ostatnio zrobiłem się zbyt łatwowierny. — Nie no żartuję, nic takiego się nie będzie działo, ale od matki przygotuj się na szczegółowe przepytanie o oceny, od cioci dużo najlepszych ciasteczek i herbaty, a od Olivia, mojego najmłodszego brata, duuużo pytań na temat świata. Oscara raczej nie zobaczysz, jeżeli postępowanie kłótni jego i rodziców będzie postępowało tak jak na razie.
— Czy to znaczy, że muszę w końcu zacząć się uczyć, żeby nie zapaść się pod ziemię ze swoimi godnymi pożałowania wynikami? — spytałem z dozą teatralności, choć naprawdę w głowie przewijałem swoje oceny i stwierdziłem, że tylko cud trzyma mnie przy życiu. W sumie to zawsze mnie trzymał.
poniedziałek, 7 maja 2018
Krwawe spotkanie [9]
Etykiety:
Krwawe spotkanie,
Yevgeni Fjeld
Kiwnęła głową, uśmiechnąwszy się uspokajająco, chociaż moim zdaniem wyszło bardziej smutno, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło. Zgarnąłem zagubione kosmyki z czoła Sofii oraz te, które z powrotem wracały na twarz brunetki z pomocą wietrzyku.
— Tak — powiedziała cicho, tak cichutko, że prawie nie usłyszałem, jednak zaraz dodała głośniej: — Tak myślę. To znaczy, masz rację, zawsze coś jest, ale jakoś sobie trzeba radzić, prawda? — Uniosłem kąciki ust w bladym uśmiechu, potwierdzając krótkim skinięciem głowy. Gdybyśmy nie próbowali sobie radzić, to pewnie tylko leżelibyśmy bez żadnej chęci do życia. Albo wąchali kwiatki od spodu. — Pojedziesz ze mną kiedyś do Valentine? Odwiedzić moją rodzinę? Przyrzekam, że ciocia robi najlepszą herbatę malinową jaką w życiu piłeś.
Roześmiałem się cicho, wyplątując palce z włosów dziewczyny i pogłaskałem ją po głowie. No tak, słynna ciocia Sofii. W sumie dlaczego nie? Chętnie bym poznał rodzinę dziewczyny i byłoby to całką miłą odskocznią od rutynowych wizyt rodziny oraz okazjonalnych spotkań z Hazel. Poszerzyłem uśmiech.
— Kupiłaś mnie tą herbatą. Kiedy mogę się wstawić? — spytałem rozbawiony, prostując się nieco. — Mam się przygotować jakoś psychicznie, wystrzegać się czegoś, cokolwiek? —Tak właściwie, czy ja byłem kiedykolwiek w Valentine? W sensie tak naprawdę byłem, zwiedziłem, a nie przejechałem i zobaczyłem rozmazany obraz krajobrazu? Chyba nie. Tym lepiej.
— Tak — powiedziała cicho, tak cichutko, że prawie nie usłyszałem, jednak zaraz dodała głośniej: — Tak myślę. To znaczy, masz rację, zawsze coś jest, ale jakoś sobie trzeba radzić, prawda? — Uniosłem kąciki ust w bladym uśmiechu, potwierdzając krótkim skinięciem głowy. Gdybyśmy nie próbowali sobie radzić, to pewnie tylko leżelibyśmy bez żadnej chęci do życia. Albo wąchali kwiatki od spodu. — Pojedziesz ze mną kiedyś do Valentine? Odwiedzić moją rodzinę? Przyrzekam, że ciocia robi najlepszą herbatę malinową jaką w życiu piłeś.
Roześmiałem się cicho, wyplątując palce z włosów dziewczyny i pogłaskałem ją po głowie. No tak, słynna ciocia Sofii. W sumie dlaczego nie? Chętnie bym poznał rodzinę dziewczyny i byłoby to całką miłą odskocznią od rutynowych wizyt rodziny oraz okazjonalnych spotkań z Hazel. Poszerzyłem uśmiech.
— Kupiłaś mnie tą herbatą. Kiedy mogę się wstawić? — spytałem rozbawiony, prostując się nieco. — Mam się przygotować jakoś psychicznie, wystrzegać się czegoś, cokolwiek? —Tak właściwie, czy ja byłem kiedykolwiek w Valentine? W sensie tak naprawdę byłem, zwiedziłem, a nie przejechałem i zobaczyłem rozmazany obraz krajobrazu? Chyba nie. Tym lepiej.
niedziela, 6 maja 2018
Krwawe spotkanie [7]
Etykiety:
Krwawe spotkanie,
Yevgeni Fjeld
Jedynie kiwnęła twierdząco głową w odpowiedzi, a z tyłu mojej głowy zaczęła migać czerwona lampka, jednak nie drążyłem.
— Dzięki, pasemka są pamiątką po siostrach. — Obserwowałem, jak szybko wyciera oczy, jakby się bała, że zaraz pojawią się łzy, po czym zobaczywszy altankę, od razu do niej podbiegła, zanim zdążyłem cokolwiek z siebie wydusić. Dogoniłem ją chwilę później, nie spiesząc się specjalnie, ponieważ nadal nie wiedziałem, co powiedzieć i usiadłem na wskazanym przez Sofię miejscu. Zamrugałem zaskoczony, gdy się położyła, a jej głowa znalazła się na moich kolanach. Roześmiałem się zakłopotany, kiedy siłowała się z paczką ciastek. Dziewczyna wygrała z folią i wyciągnęła opakowanie słodkości w moją stronę. — Herbatnika?
Uśmiechnąłem się nieznacznie, wyjmując jedno ciastko. Ja na słodkości zawsze byłem łasy. Zwłaszcza, że jeszcze nie sprawdziłem, czy zakaz cukru dalej obowiązuje, a początek roku zawsze był dobrym czasem na przemycanie słodkich rzeczy. Nie wszyscy jeszcze się wybudzili, a niektórzy nadal byli myślami przy wakacjach zbyt niechętni, żeby wrócić.
— Dziękuję — powiedziałem, nim odgryzłem kawałek wypieku. Z wahaniem zacząłem się bawić miękkim włosami Sofiś, owijając orzechowe kosmyki wokół palców. — Ej, na pewno wszystko w porządku? No, może nie wszystko, bo zawsze się coś znajdzie, ale tak mniej więcej? — Czułem się trochę głupio, ale stwierdziłem, że lepiej spytać. Delikatnie przeczesałem splątane pasma, oddzielając je. Zawsze lepiej pytać, prawda, Eli?
— Dzięki, pasemka są pamiątką po siostrach. — Obserwowałem, jak szybko wyciera oczy, jakby się bała, że zaraz pojawią się łzy, po czym zobaczywszy altankę, od razu do niej podbiegła, zanim zdążyłem cokolwiek z siebie wydusić. Dogoniłem ją chwilę później, nie spiesząc się specjalnie, ponieważ nadal nie wiedziałem, co powiedzieć i usiadłem na wskazanym przez Sofię miejscu. Zamrugałem zaskoczony, gdy się położyła, a jej głowa znalazła się na moich kolanach. Roześmiałem się zakłopotany, kiedy siłowała się z paczką ciastek. Dziewczyna wygrała z folią i wyciągnęła opakowanie słodkości w moją stronę. — Herbatnika?
Uśmiechnąłem się nieznacznie, wyjmując jedno ciastko. Ja na słodkości zawsze byłem łasy. Zwłaszcza, że jeszcze nie sprawdziłem, czy zakaz cukru dalej obowiązuje, a początek roku zawsze był dobrym czasem na przemycanie słodkich rzeczy. Nie wszyscy jeszcze się wybudzili, a niektórzy nadal byli myślami przy wakacjach zbyt niechętni, żeby wrócić.
— Dziękuję — powiedziałem, nim odgryzłem kawałek wypieku. Z wahaniem zacząłem się bawić miękkim włosami Sofiś, owijając orzechowe kosmyki wokół palców. — Ej, na pewno wszystko w porządku? No, może nie wszystko, bo zawsze się coś znajdzie, ale tak mniej więcej? — Czułem się trochę głupio, ale stwierdziłem, że lepiej spytać. Delikatnie przeczesałem splątane pasma, oddzielając je. Zawsze lepiej pytać, prawda, Eli?
piątek, 4 maja 2018
Krwawe spotkanie [5]
Etykiety:
Krwawe spotkanie,
Yevgeni Fjeld
— No a jak. — Poszerzyła uśmiech, łapiąc mnie pod rękę i dostałem sójkę w bok. Zaśmiałem się cicho, wyrównując z brunetką krok, gdy przyspieszyła. Wyjątkowo pomiędzy burzami oraz deszczem trafił się całkiem ładny dzień, więc pewnie nie będziemy jedynymi, którzy skorzystają z uroków spokojniejszej pogody. — W sumie, jak ci minęły wakacje? Bo w końcu chyba nie mieliśmy szansy o tym pogadać.
Nie uszło mojej uwadze, jak Sofia przyłożyła dłoń do nosa i znowu ukłuło mnie poczucie winy, mając nadzieję, że nie opuchnie jej aż tak bardzo na następny dzień.
— Taa, w miarę okej. Spędziłem czas z rodzeństwem, zwiedziłem z nimi to i tamto, chociaż trochę się poobijałem, ale to raczej nic nowego — zaśmiałem się cicho, a moja dłoń automatycznie powędrowała w stronę plastrów na policzku, jednak w ostatniej chwili zmieniła kurs na kark. — Niektórych rzeczy nie da się zmienić. A tobie miło minęły? — Dopiero teraz zauważyłem jedno złote, drugie rude pasma we włosach dziewczyny, które ładnie wyglądały na tle orzechowych włosów. Uniosłem kącik ust. — Bardzo ładna fryzura.
Pociągnąłem ją delikatnie, omijając błotnisty obszar, który nie zdążył zmienić się w suchą ziemię po ciągłych burzach, a szum jeziorka oraz stłumiony dźwięk głosów innych uczniów upewniły mnie, że znajdowaliśmy się niedaleko altanki, a przy niej parę innych osób. Wziąłem głębszy wdech. Tak, zdecydowanie tęskniłem za tym miejscem.
Nie uszło mojej uwadze, jak Sofia przyłożyła dłoń do nosa i znowu ukłuło mnie poczucie winy, mając nadzieję, że nie opuchnie jej aż tak bardzo na następny dzień.
— Taa, w miarę okej. Spędziłem czas z rodzeństwem, zwiedziłem z nimi to i tamto, chociaż trochę się poobijałem, ale to raczej nic nowego — zaśmiałem się cicho, a moja dłoń automatycznie powędrowała w stronę plastrów na policzku, jednak w ostatniej chwili zmieniła kurs na kark. — Niektórych rzeczy nie da się zmienić. A tobie miło minęły? — Dopiero teraz zauważyłem jedno złote, drugie rude pasma we włosach dziewczyny, które ładnie wyglądały na tle orzechowych włosów. Uniosłem kącik ust. — Bardzo ładna fryzura.
Pociągnąłem ją delikatnie, omijając błotnisty obszar, który nie zdążył zmienić się w suchą ziemię po ciągłych burzach, a szum jeziorka oraz stłumiony dźwięk głosów innych uczniów upewniły mnie, że znajdowaliśmy się niedaleko altanki, a przy niej parę innych osób. Wziąłem głębszy wdech. Tak, zdecydowanie tęskniłem za tym miejscem.
czwartek, 3 maja 2018
Krwawe spotkanie [3]
Etykiety:
Krwawe spotkanie,
Yevgeni Fjeld
— Spokojnie, przecież nic się nie stało. — Uśmiechnąłem się krzywo na te słowa, jednak się nie odezwałem. — Nic mi nie jest, nie muszę biegać do pielęgniarza, bałabym się, że po drodze sam coś sobie zrobisz i razem tam wylądujemy. — Mimowolnie zaśmiałem się razem z brunetką. Jakby nie patrzeć miała racje, przecież nie od dziś wiadomo, że dla mnie przejście przez korytarz bez zrobienia sobie krzywdy to dość spore wyzwanie.
— Słuszna uwaga — powiedziałem z rozbawieniem i podrapałem się po głowie, wzdychając cicho.
— Mam nadzieję, że mi nie będziesz robił zdjęć, bo z zakrwawionym nosem raczej najlepiej nie wyjdę, ale jak chcesz możemy wyjść na chwilę, skorzystać z chwili słońca. W lesie na pewno znajdziemy coś ładnego. — Spojrzałem na aparat, dopiero sobie przypominając, że wziąłem go ze sobą, a kiedy wróciłem wzrokiem do Sofii, ta już zakładała buty gotowa do wyjścia, a z jej nosa na szczęście przestała lecieć krew. — Chodź, będzie fajnie.
Przyjrzałem się uważniej dziewczynie, po czym uśmiechnąłem się delikatnie.
— Jasne. Tylko jak będzie ci słabo, to mów. I nawet z zakrwawionym nosem i kaczkowatym głosem wyglądasz uroczo, chociaż nie wiem, czy powinienem to mówić — zaśmiałem się nerwowo, spuszczając wzrok, chowając aparat do kieszeni i otworzyłem szerzej drzwi, tym razem nikogo nie krzywdząc, żeby przepuścić Sofię. — W kierunku altanki, prawda?
— Słuszna uwaga — powiedziałem z rozbawieniem i podrapałem się po głowie, wzdychając cicho.
— Mam nadzieję, że mi nie będziesz robił zdjęć, bo z zakrwawionym nosem raczej najlepiej nie wyjdę, ale jak chcesz możemy wyjść na chwilę, skorzystać z chwili słońca. W lesie na pewno znajdziemy coś ładnego. — Spojrzałem na aparat, dopiero sobie przypominając, że wziąłem go ze sobą, a kiedy wróciłem wzrokiem do Sofii, ta już zakładała buty gotowa do wyjścia, a z jej nosa na szczęście przestała lecieć krew. — Chodź, będzie fajnie.
Przyjrzałem się uważniej dziewczynie, po czym uśmiechnąłem się delikatnie.
— Jasne. Tylko jak będzie ci słabo, to mów. I nawet z zakrwawionym nosem i kaczkowatym głosem wyglądasz uroczo, chociaż nie wiem, czy powinienem to mówić — zaśmiałem się nerwowo, spuszczając wzrok, chowając aparat do kieszeni i otworzyłem szerzej drzwi, tym razem nikogo nie krzywdząc, żeby przepuścić Sofię. — W kierunku altanki, prawda?
środa, 2 maja 2018
Krwawe spotkanie [1]
Etykiety:
Krwawe spotkanie,
Yevgeni Fjeld
Zdzieliłem samego siebie po łapie, gdy zorientowałem się, że moja dłoń ponownie zaczęła drapać ukryte pod bandażami oraz ciemną bluzą rany na ramieniu. Wybitnie nie cierpiałem maści, którą przypisał mi lekarz, żeby wszystko się szybciej zagoiło, jednak majaczący na powiekach obraz zmartwionej twarzy matki skutecznie zamknął moje usta, zanim padło z nich jakiekolwiek słowo niezadowolenia. W końcu Coppélia miała gorzej.
Zacisnąłem palce lewej dłoni na prawym nadgarstku, żeby nie zacząć tym razem zdrapywać plastrów z twarzy. Miałem wrażenie, że z każdym rokiem jest ich coraz więcej i chyba w końcu powinienem był coś z tym zrobić. Zmrużyłem oczy, stwierdzając, że jednak humor na rysowanie mnie opuścił, więc prawdopodobnie zrobię rundkę odwiedzin. Chwyciłem aparat [bo może moment na ładne zdjęcie się znajdzie] i niewielki zestaw do spraw [nie]wyjątkowych, czyli po prostu mini apteczkę, która zmieściła mi się w kieszeni. Chyba kiedyś przyjadę w końcu z całym bagażem pierwszej pomocy, bo apteczka była za mała. [Chociaż nadal się łudziłem, że nie będę potrzebował takiej ilości.]
Ruszyłem automatycznie w stronę pokoju Sofii, starając się przypadkiem nie zabić, a przynajmniej nie wywalić, co pewnie skończyłoby się krwią na ubraniach i modleniem się, żeby pielęgniarz nie zabił mnie na miejscu. W pewien sposób się udało. Znaczy się, nie zrobiłem krzywdy sobie, tylko Sofii, bo po kij ci pukanie, Yev?
Zbeształem siebie w duchu i podbiegłem do brunetki nieco spanikowany.
— Cholera. Wybacz, Sofia. Najpierw zrobiłem, potem pomyślałem. Chcesz iść do pielęgniarza? Bardzo boli? — powiedziałem, marszcząc zmartwiony brwi i uśmiechnąłem się przepraszająco oraz odrobinę mizernie, po czym sięgnąłem, po opakowanie chusteczek, żeby dziewczyna miała bliżej. — Żyję, jak widać. A tobie? Chociaż nie, na razie nic nie mów. — Patrzyłem coraz bardziej zaniepokojony na krew w dość dużych ilościach.
Zacisnąłem palce lewej dłoni na prawym nadgarstku, żeby nie zacząć tym razem zdrapywać plastrów z twarzy. Miałem wrażenie, że z każdym rokiem jest ich coraz więcej i chyba w końcu powinienem był coś z tym zrobić. Zmrużyłem oczy, stwierdzając, że jednak humor na rysowanie mnie opuścił, więc prawdopodobnie zrobię rundkę odwiedzin. Chwyciłem aparat [bo może moment na ładne zdjęcie się znajdzie] i niewielki zestaw do spraw [nie]wyjątkowych, czyli po prostu mini apteczkę, która zmieściła mi się w kieszeni. Chyba kiedyś przyjadę w końcu z całym bagażem pierwszej pomocy, bo apteczka była za mała. [Chociaż nadal się łudziłem, że nie będę potrzebował takiej ilości.]
Ruszyłem automatycznie w stronę pokoju Sofii, starając się przypadkiem nie zabić, a przynajmniej nie wywalić, co pewnie skończyłoby się krwią na ubraniach i modleniem się, żeby pielęgniarz nie zabił mnie na miejscu. W pewien sposób się udało. Znaczy się, nie zrobiłem krzywdy sobie, tylko Sofii, bo po kij ci pukanie, Yev?
Zbeształem siebie w duchu i podbiegłem do brunetki nieco spanikowany.
— Cholera. Wybacz, Sofia. Najpierw zrobiłem, potem pomyślałem. Chcesz iść do pielęgniarza? Bardzo boli? — powiedziałem, marszcząc zmartwiony brwi i uśmiechnąłem się przepraszająco oraz odrobinę mizernie, po czym sięgnąłem, po opakowanie chusteczek, żeby dziewczyna miała bliżej. — Żyję, jak widać. A tobie? Chociaż nie, na razie nic nie mów. — Patrzyłem coraz bardziej zaniepokojony na krew w dość dużych ilościach.
niedziela, 15 kwietnia 2018
Uciekając przed nauką [1]
Etykiety:
Uciekając przed nauką,
Yevgeni Fjeld
— A dobrze, chociaż ostatnio bardzo dużo roboty mam i trochę już mam dość. A ty? Dużo upadków ostatnio?
Uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco i poklepałem ją po ramieniu. Najwidoczniej nie tylko ja już wszystkim wymiotowałem. Chwała, że tylko ten semestr i przerwa. A po nim następny rok, więcej uczniów, cudów, dziwactw i niewiadomych.
— Jeszcze tylko, Sofiś, potem chwila oddechu i przerwa na herbatę — powiedziałem, po czym westchnąłem, w połowie kładąc się na stole. — Żyję, dycham, nawet pielęgniarz nie widzi mojej zakrwawionej mordy za często — dodałem pół żartem, pół serio. Im mniej mnie było w jego gabinecie, tym mniej na mnie wyklinał. I nie musiał mi fukać wykładów o tym, jak to trudno krew się zmywa [Sam przecież wiedziałem na przykładzie własnych ubrań, których cała sterta wyglądała, jakbym dokonał miriad krwawych morderstw].
Przeczesałem włosy nerwowym gestem i wlepiłem spojrzenie w brunetkę.
— Właściwie najlepiej nie rozmawiajmy o upadkach, nauce i smutnych rzeczach, bo jakieś dobre musiały się stać. — Wyprostowałem się nagle, unosząc nieco wyżej kąciki ust. — Więc co dobrego się tobie wydarzyło, panno Taule? Albo co wiesz, że cię dobrego spotka? — spytałem teatralnie poważnym tonem, choć przez chwilę miałem wrażenie, że wszystkie słowa dziwnie brzmią w moich ustach. Jakby ich wymowa stała się dla mnie czymś nowym.
Uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco i poklepałem ją po ramieniu. Najwidoczniej nie tylko ja już wszystkim wymiotowałem. Chwała, że tylko ten semestr i przerwa. A po nim następny rok, więcej uczniów, cudów, dziwactw i niewiadomych.
— Jeszcze tylko, Sofiś, potem chwila oddechu i przerwa na herbatę — powiedziałem, po czym westchnąłem, w połowie kładąc się na stole. — Żyję, dycham, nawet pielęgniarz nie widzi mojej zakrwawionej mordy za często — dodałem pół żartem, pół serio. Im mniej mnie było w jego gabinecie, tym mniej na mnie wyklinał. I nie musiał mi fukać wykładów o tym, jak to trudno krew się zmywa [Sam przecież wiedziałem na przykładzie własnych ubrań, których cała sterta wyglądała, jakbym dokonał miriad krwawych morderstw].
Przeczesałem włosy nerwowym gestem i wlepiłem spojrzenie w brunetkę.
— Właściwie najlepiej nie rozmawiajmy o upadkach, nauce i smutnych rzeczach, bo jakieś dobre musiały się stać. — Wyprostowałem się nagle, unosząc nieco wyżej kąciki ust. — Więc co dobrego się tobie wydarzyło, panno Taule? Albo co wiesz, że cię dobrego spotka? — spytałem teatralnie poważnym tonem, choć przez chwilę miałem wrażenie, że wszystkie słowa dziwnie brzmią w moich ustach. Jakby ich wymowa stała się dla mnie czymś nowym.
niedziela, 4 marca 2018
Niestabilnie [0]
Etykiety:
Niestabilnie,
Yevgeni Fjeld
Spojrzałem na zeszyt z krótkimi notatkami, datami sprawdzianów, kartkówek oraz prac do zrobienia, które piętrzyły się z każdym kolejnym dniem, po czym ciężko westchnąłem, kładąc głowę na stole. Nie przejmowałem się nawet tym, że duch mógł przyjść mnie opieprzyć za mącenie ciszy w bibliotece. Coraz większa ilość nauki powoli dawała mi w kość i nie umiałem się na niczym porządnie skupić, nawet proste rysowanie słońca przestało mnie odprężać, a dłonie mi drżały, uniemożliwiając narysowanie równej linii. Jedynie rozmowy z siostrą jakoś mnie odstresowały, a jej pogodny głos i wskazówki były jak świeże powietrze w pomieszczeniu przepełnionym smrodem gnijących trupów. A jednym z tych trupów byłem ja.
Zamknąłem oczy, wzdychając kolejny raz.
— Yev, żyjesz? — Przysięgam, myślałem, że dostanę zawału, gdy nagle za sobą usłyszałem melodyjny, znajomy głos. Właściwie zawałem się nie skończyło, ale paroma siniakami tak. Wyprostowałem się, podskakując na krześle, które chyba do najstabilniejszych nie należało. Poprawka, na pewno nie należało. Mebel przechylił się razem ze mną niebezpiecznie i zdążyłem jedynie pomachać bezradnie rękami, jakby miało to jakkolwiek pomóc, zanim znalazłem się na podłodze. Witaj, moja wieczna przyjaciółko.
Uchyliłem powieki, spoglądając na zmartwioną brunetkę i uśmiechnąłem się do niej, parsknąwszy nerwowym śmiechem.
— A żyję. Ledwo, ale jednak. — Podniosłem się do siadu, czując dokładnie, w którym miejscu prawdopodobnie odrobinę otworzyły się strupy, gdzie będzie następnego dnia kwitł w najlepsze fioletowy siniak, a które jest tylko chwilowo obolałe. — Tak w ogóle to cześć, Sofiś. A ty jak żyjesz? — spytałem, całkowicie stanąwszy na równych nogach [krzesło również wróciło do swojej pierwotnej pozycji] i spojrzałem w twarz dziewczynie.
Zamknąłem oczy, wzdychając kolejny raz.
— Yev, żyjesz? — Przysięgam, myślałem, że dostanę zawału, gdy nagle za sobą usłyszałem melodyjny, znajomy głos. Właściwie zawałem się nie skończyło, ale paroma siniakami tak. Wyprostowałem się, podskakując na krześle, które chyba do najstabilniejszych nie należało. Poprawka, na pewno nie należało. Mebel przechylił się razem ze mną niebezpiecznie i zdążyłem jedynie pomachać bezradnie rękami, jakby miało to jakkolwiek pomóc, zanim znalazłem się na podłodze. Witaj, moja wieczna przyjaciółko.
Uchyliłem powieki, spoglądając na zmartwioną brunetkę i uśmiechnąłem się do niej, parsknąwszy nerwowym śmiechem.
— A żyję. Ledwo, ale jednak. — Podniosłem się do siadu, czując dokładnie, w którym miejscu prawdopodobnie odrobinę otworzyły się strupy, gdzie będzie następnego dnia kwitł w najlepsze fioletowy siniak, a które jest tylko chwilowo obolałe. — Tak w ogóle to cześć, Sofiś. A ty jak żyjesz? — spytałem, całkowicie stanąwszy na równych nogach [krzesło również wróciło do swojej pierwotnej pozycji] i spojrzałem w twarz dziewczynie.
sobota, 24 lutego 2018
Deja vu [6]
Etykiety:
Deja vu,
Yevgeni Fjeld
Na widok uśmiechu oraz roziskrzonych ocząt dziewczyny ucieszyłem się, że rzuciłem tą propozycją ruszenia w plener i zrobienia małego pikniku.
— Taaak, jesteś genialny. — Podskoczyła zabawnie podekscytowana. — To ja pójdę do kuchni zrobić kanapki, a ty po herbatę, chętnie spróbuję tej o smaku czarnej porzeczki. I za 15 minut się zobaczymy przed budynkiem. — Mrugnąłem zaskoczony i odprowadziłem wzrokiem odchodzącą w podskokach Sofię, której brązowe loki podskakiwały razem z nią. Po dłuższej chwili, gdy ogarnąłem sytuację, roześmiałem się cicho, zwracając uwagę paru uczniów, ale ich zignorowałem. W końcu musiałem zrobić herbatę, prawda?
Ruszyłem w kierunku akademiku, w czasie drogi układając listę rzeczy do wzięcia oraz przeanalizowałem, ile słodyczy pochowałem na dnie walizki i jakie. Minąłem ślady po pastelach na podłodze w pomieszczeniu, których nie umiałem zmyć, więc sobie były. Miałem tylko kilkanaście minut, więc w pośpiechu, nieogarze i nadziei, że nie wywinę orła i zaryję twarzą o deski pokoju w trakcie pakowania. Po sześciu minutach byłem gotowy z dwoma termosami herbaty o smaku czarnej porzeczki, paroma paczkami ciastek, herbatników, biszkoptów i innych takich, no i aparat. W zeszłym roku mało zdjęć porobiłem, to trzeba nadrobić i zapełnić puste miejsca na karcie pamięci. No, i miałem tylko jednego siniaka, bo uderzyłem się o krawędź łóżka! Może jednak dwa... Ale jak na mnie to wyczyn. Raźnym krokiem ruszyłem na umówione miejsce, zerknąwszy na zegarek. Ten dzień zdecydowanie zapowiadał się miło.
— Taaak, jesteś genialny. — Podskoczyła zabawnie podekscytowana. — To ja pójdę do kuchni zrobić kanapki, a ty po herbatę, chętnie spróbuję tej o smaku czarnej porzeczki. I za 15 minut się zobaczymy przed budynkiem. — Mrugnąłem zaskoczony i odprowadziłem wzrokiem odchodzącą w podskokach Sofię, której brązowe loki podskakiwały razem z nią. Po dłuższej chwili, gdy ogarnąłem sytuację, roześmiałem się cicho, zwracając uwagę paru uczniów, ale ich zignorowałem. W końcu musiałem zrobić herbatę, prawda?
Ruszyłem w kierunku akademiku, w czasie drogi układając listę rzeczy do wzięcia oraz przeanalizowałem, ile słodyczy pochowałem na dnie walizki i jakie. Minąłem ślady po pastelach na podłodze w pomieszczeniu, których nie umiałem zmyć, więc sobie były. Miałem tylko kilkanaście minut, więc w pośpiechu, nieogarze i nadziei, że nie wywinę orła i zaryję twarzą o deski pokoju w trakcie pakowania. Po sześciu minutach byłem gotowy z dwoma termosami herbaty o smaku czarnej porzeczki, paroma paczkami ciastek, herbatników, biszkoptów i innych takich, no i aparat. W zeszłym roku mało zdjęć porobiłem, to trzeba nadrobić i zapełnić puste miejsca na karcie pamięci. No, i miałem tylko jednego siniaka, bo uderzyłem się o krawędź łóżka! Może jednak dwa... Ale jak na mnie to wyczyn. Raźnym krokiem ruszyłem na umówione miejsce, zerknąwszy na zegarek. Ten dzień zdecydowanie zapowiadał się miło.
sobota, 10 lutego 2018
Deja vu [4]
Etykiety:
Deja vu,
Yevgeni Fjeld
Dziewczyna chętnie przystała na moją propozycję i zaraz ruszyliśmy razem w stronę akademika, zastanawiając się, u kogo dziś upijemy się ciepłym naparem w towarzystwie słodyczy.
— Masz herbatę w pokoju, czy idziemy do mnie? — spytała dziewczyna, a ja uśmiechnąłem się lekko, przypominając sobie, że w tym roku zaopatrzyłem się w swoje o smaku czarnej porzeczki i owoców leśnych oraz trochę słodkich rzeczy, bo jednak życie bez czekolady to nie życie. Skoro i tak mam chodzić obity, to niech mi przynajmniej nie zabierają cukru.
— Jeśli lubisz owoce leśne lub czarną porzeczkę, to mam, jeśli nie, to możemy do ciebie iść, ale i tak bym musiał na chwilę wpaść do siebie, bo nie chcę znowu tak wpadać bez niczego i ci wszystko wyjadać — odpowiedziałem, wspominając swoja ostatnią, niespodziewaną wizytę w poszukiwaniu apteczki, bo byłem zbyt tchórzliwy, żeby zajrzeć do pielęgniarza. Cóż, tylko ja mogłem mieć takie przekichane szczęście i położyć rękę tam, gdzie nie trzeba, a potem latać ze zranieniem.
— Ewentualnie możemy zebrać jakiś termos z herbatą, jedzenie i udać się w plener, koło biblioteki czy coś. Mi to obojętne — dodałem, poszerzając delikatnie uśmiech, po czym spojrzałem na Sofię, wciskając dłonie do kieszeni spodni. Dzień był ładny, więc czy spędzimy czas na zewnątrz, czy wewnątrz budynku nie robił mi różnicy, bo jednak miałem bardzo miłe towarzystwo, z którym wizja herbaty i czegoś słodkiego napawała mnie optymistycznym uczuciem.
— Masz herbatę w pokoju, czy idziemy do mnie? — spytała dziewczyna, a ja uśmiechnąłem się lekko, przypominając sobie, że w tym roku zaopatrzyłem się w swoje o smaku czarnej porzeczki i owoców leśnych oraz trochę słodkich rzeczy, bo jednak życie bez czekolady to nie życie. Skoro i tak mam chodzić obity, to niech mi przynajmniej nie zabierają cukru.
— Jeśli lubisz owoce leśne lub czarną porzeczkę, to mam, jeśli nie, to możemy do ciebie iść, ale i tak bym musiał na chwilę wpaść do siebie, bo nie chcę znowu tak wpadać bez niczego i ci wszystko wyjadać — odpowiedziałem, wspominając swoja ostatnią, niespodziewaną wizytę w poszukiwaniu apteczki, bo byłem zbyt tchórzliwy, żeby zajrzeć do pielęgniarza. Cóż, tylko ja mogłem mieć takie przekichane szczęście i położyć rękę tam, gdzie nie trzeba, a potem latać ze zranieniem.
— Ewentualnie możemy zebrać jakiś termos z herbatą, jedzenie i udać się w plener, koło biblioteki czy coś. Mi to obojętne — dodałem, poszerzając delikatnie uśmiech, po czym spojrzałem na Sofię, wciskając dłonie do kieszeni spodni. Dzień był ładny, więc czy spędzimy czas na zewnątrz, czy wewnątrz budynku nie robił mi różnicy, bo jednak miałem bardzo miłe towarzystwo, z którym wizja herbaty i czegoś słodkiego napawała mnie optymistycznym uczuciem.
piątek, 2 lutego 2018
Deja vu [2]
Etykiety:
Deja vu,
Yevgeni Fjeld
Dziewczyna obróciła się do mnie z lekkim przerażeniem oraz zaskoczeniem, ale zaraz zostało to zastąpione uśmiechem, który odwzajemniłem. Wzrokiem zlustrowała moją twarz, a ja siłą woli powstrzymałem się przed nerwowym podrapaniem się po policzku i spuszczeniem głowy, żeby nie mogła zobaczyć tych licznych plastrów. Cóż, co się zobaczyło, to się nie odzobaczy.
— Dobry, odpoczęłam na wakacjach. A ty? Co się stało, że tyle plastrów? — Oparłem się ramieniem o drzewo, koło Sofii i westchnąłem cicho, uciekając wzrokiem w bok.
— Naprawdę szkoda gadać. A to schody, a to dla stóp droga jednak nierówna, a to podczas gry w badmintona wpadłem w gniazdo os, które ukryło się w trawie. — Zaśmiałem się cicho z własnego nieszczęścia, pocierając kark, muskając palcami strupy, po czym wróciłem spojrzeniem do brunetki. — Cała norma — dodałem, wzruszając ramionami i delikatnie poszerzyłem uśmiech, acz wyglądała na co najmniej przerażoną, więc prędko jeszcze powiedziałem: — Ale było fajnie, spotkałem się z rodziną, babcie też odwiedziłem, wycieczka odhaczona i żyję, co jest chyba najważniejsze.
Prawdopodobnie wiele osób nadal zastanawiało, jakim cudem chodziłem jeszcze po tym uniwersum, skoro wyglądałem, jakbym wpadł do maszyny do mielenia, a potem próbowano mnie niezdarnie poskładać i posklejać z pomocą plastrów oraz bandaży, tworząc kukiełkę z mięsa przypominającą chodzące nieszczęście. Co nie zmienia faktu, że byłem wdzięczny tej osobie.
— Zostawiając plastry, nie masz może ochoty na herbatę? I ciastko? Chrzanić zakaz cukru, na razie nikt nie powinien zauważyć.
— Dobry, odpoczęłam na wakacjach. A ty? Co się stało, że tyle plastrów? — Oparłem się ramieniem o drzewo, koło Sofii i westchnąłem cicho, uciekając wzrokiem w bok.
— Naprawdę szkoda gadać. A to schody, a to dla stóp droga jednak nierówna, a to podczas gry w badmintona wpadłem w gniazdo os, które ukryło się w trawie. — Zaśmiałem się cicho z własnego nieszczęścia, pocierając kark, muskając palcami strupy, po czym wróciłem spojrzeniem do brunetki. — Cała norma — dodałem, wzruszając ramionami i delikatnie poszerzyłem uśmiech, acz wyglądała na co najmniej przerażoną, więc prędko jeszcze powiedziałem: — Ale było fajnie, spotkałem się z rodziną, babcie też odwiedziłem, wycieczka odhaczona i żyję, co jest chyba najważniejsze.
Prawdopodobnie wiele osób nadal zastanawiało, jakim cudem chodziłem jeszcze po tym uniwersum, skoro wyglądałem, jakbym wpadł do maszyny do mielenia, a potem próbowano mnie niezdarnie poskładać i posklejać z pomocą plastrów oraz bandaży, tworząc kukiełkę z mięsa przypominającą chodzące nieszczęście. Co nie zmienia faktu, że byłem wdzięczny tej osobie.
— Zostawiając plastry, nie masz może ochoty na herbatę? I ciastko? Chrzanić zakaz cukru, na razie nikt nie powinien zauważyć.
czwartek, 1 lutego 2018
Deja vu [0]
Etykiety:
Deja vu,
Yevgeni Fjeld
Wziąłem głęboki oddech, rozglądając się po dziedzińcu z ławki, którą okupowałem ze swoim szkicownikiem. Stuknąłem ołówkiem o krawędź notatnika do rytmu lecącej w słuchawkach muzyki, wyłapując wzrokiem nowe nabytki uczelni oraz obserwując starszych uczniów, którzy reagowali mniej lub bardziej entuzjastycznie na powrót do placówki. Uśmiechnąłem się pokrzepiająco do pierwszaków, co jednak w połączeniu z plastrami na mojej twarzy nie podnosiło za bardzo na duchu. Uśmiech zbladł, gdy moja próba wsparcia kogokolwiek nie wyszła i westchnąłem cicho, ponownie przeczesując spojrzeniem tłum oraz zacząłem wypatrywać znajomej twarzy. Wypadałoby się z kimś przywitać, choćby przelotnie.
Nagle w oczy rzuciły mi się brązowe loki, których właścicielkę znałem z powodu uwielbienia do herbaty oraz książek. Wstałem powoli ze swojego miejsca, wtykając za ucho ołówek i wyciągnąłem słuchawki w drodze do Sofii. Oczywiście, dostałem łokciem kilka razy po żebrach, ale zignorowałem to, skupiając się na tym, żeby się nie wywalić, ponieważ to zdecydowanie była ostatnia rzecz, którą chciałbym zrobić. Położyłem delikatnie dłoń na ramieniu brunetki, w końcu do niej docierając, co prawda poobijany, ale w jednym kawałku.
— Cześć. Ten... Tłum... To... Szaleństwo — wysapałem, pochylając się do przodu. — Wybacz, że tak z zaskoczenia. Jak nastawienie i humor? — spytałem, odchodząc na bok, żeby nie przeszkadzać innym. Miałem lekkie déjà vu. Tfu, dość mocne, bo w zeszłym roku znajdowaliśmy się w podobnej sytuacji. Szczegół był taki, że wtedy byliśmy na ziemi.
Nagle w oczy rzuciły mi się brązowe loki, których właścicielkę znałem z powodu uwielbienia do herbaty oraz książek. Wstałem powoli ze swojego miejsca, wtykając za ucho ołówek i wyciągnąłem słuchawki w drodze do Sofii. Oczywiście, dostałem łokciem kilka razy po żebrach, ale zignorowałem to, skupiając się na tym, żeby się nie wywalić, ponieważ to zdecydowanie była ostatnia rzecz, którą chciałbym zrobić. Położyłem delikatnie dłoń na ramieniu brunetki, w końcu do niej docierając, co prawda poobijany, ale w jednym kawałku.
— Cześć. Ten... Tłum... To... Szaleństwo — wysapałem, pochylając się do przodu. — Wybacz, że tak z zaskoczenia. Jak nastawienie i humor? — spytałem, odchodząc na bok, żeby nie przeszkadzać innym. Miałem lekkie déjà vu. Tfu, dość mocne, bo w zeszłym roku znajdowaliśmy się w podobnej sytuacji. Szczegół był taki, że wtedy byliśmy na ziemi.
środa, 24 stycznia 2018
Wypadki chodzą po uczniach [7]
Etykiety:
Wypadki chodzą po uczniach,
Yevgeni Fjeld
Kiwnąłem głową, przytakując dziewczynie na jej stwierdzenie, że liczby i terminy są zdecydowanie złą rzeczą do kucia. Jeszcze w miarę łatwo szło, gdy data była łatwa i przyjemna do zapamiętania, a nie taka jakaś dziwna, nazbyt skomplikowana oraz trudna dla umysłu, który nie był w stanie zapamiętać prawidłowej kolejności cyfr.
— Wiesz już, co robisz w wakacje? — Uśmiechnąłem się lekko do Sofii, powstrzymując dłoń, która chciała powędrować do policzka i go podrapać nerwowo. Najpewniej do domu, ewentualnie do babci. Tęskniłem za starszym rodzeństwem, które co roku wciskało mi niebotycznie duże apteczki i życzyło teatralnym tonem, żebym się nie zabił, a gdy wracałem, załamywali nade mną ręce i przygarniali na jakiś maraton dziwniejszych filmów. Mama pewnie by się tylko do mnie uśmiechnęła swoimi złotymi oczami, a potem upiekła ciasto czekoladowe. Poszerzyłem nieznacznie uśmiech, myśląc o rodzinie, ale też miałem gdzieś tam z tyłu głowy niepokój, który mi przypominał, że te wakacje też miną pod znakiem stresu i nerwowych, starających się podnieść na duchu uśmiechach.
— Dom, potem do babci i pewnie wycieczka z rodzeństwem do Wolnej Lotaryngii, przynajmniej tak myślę — odpowiedziałem zamyślonym, niepewnym tonem. — A ty? Jak się mają twoje plany? — odbiłem piłeczkę, spoglądając na brunetkę i otwierając przed nią drzwi do biblioteki, sanktuarium oraz ziemi świętej ducha.
sobota, 20 stycznia 2018
Wypadki chodzą po uczniach [5]
Etykiety:
Wypadki chodzą po uczniach,
Yevgeni Fjeld
Zamrugałem zaskoczony, na początku nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje, ale zaraz parsknąłem śmiechem i dałem się prowadzić Sofii, która z wesoło błyszczącymi oczyma ciągnęła mnie w kierunku biblioteki. Brunetka wyglądała, jakby naprawdę lubiła to miejsce, a przy naszym pierwszym spotkaniu, jeżeli pamięć mnie nie zawodziła, przerwałem jej w czytaniu. Choćby to jej uciszenie profesora Amadeusza w czasie wielkiego konfliktu o ducha wyglądało na odruch, przyzwyczajenie osoby ceniącej ciszę, podczas której rozkoszuje się każdą stroną książki.
— Też masz tyle zadane? Ja mam wrażenie, że zaraz utonę w ilości prac do napisania. A miałam dzisiaj pójść wcześnie spać. No cóż. — Skrzywiłem się z lekka na myśl o wypracowaniach i kuciu materiału, które na mnie czekały. Uroki coraz większego nacisku ze strony nauczycieli oraz zbliżających się egzaminów, co poradzić? Jedynie nauka, nauka i umieranie.
Sofia wyglądała na zamyśloną, więc poczekałem, aż wybudzi się ze swojego transu, ponieważ nie chciałem jej wyrywać z przyjemnych, bądź nieprzyjemnych rozmyślań. Dopiero gdy uniosła na mnie swoje brązowe oczy, odezwałem się.
— Napisanie wypracowań to pół biedy jeszcze dla mnie, bo w miarę umiem lać wodę, gorzej z kuciem, ponieważ nienawidzę recytowania definicji, słówek, z zaklęciami niby lepiej, ale nadal moja zmora — odpowiedziałem, krzywiąc się lekko. — Ale i tak przyroda mnie najbardziej przeraża, umrę kiedyś przez tą nauczycielkę — westchnąłem ciężko, wzdrygając się.
— Też masz tyle zadane? Ja mam wrażenie, że zaraz utonę w ilości prac do napisania. A miałam dzisiaj pójść wcześnie spać. No cóż. — Skrzywiłem się z lekka na myśl o wypracowaniach i kuciu materiału, które na mnie czekały. Uroki coraz większego nacisku ze strony nauczycieli oraz zbliżających się egzaminów, co poradzić? Jedynie nauka, nauka i umieranie.
Sofia wyglądała na zamyśloną, więc poczekałem, aż wybudzi się ze swojego transu, ponieważ nie chciałem jej wyrywać z przyjemnych, bądź nieprzyjemnych rozmyślań. Dopiero gdy uniosła na mnie swoje brązowe oczy, odezwałem się.
— Napisanie wypracowań to pół biedy jeszcze dla mnie, bo w miarę umiem lać wodę, gorzej z kuciem, ponieważ nienawidzę recytowania definicji, słówek, z zaklęciami niby lepiej, ale nadal moja zmora — odpowiedziałem, krzywiąc się lekko. — Ale i tak przyroda mnie najbardziej przeraża, umrę kiedyś przez tą nauczycielkę — westchnąłem ciężko, wzdrygając się.
czwartek, 18 stycznia 2018
Wypadki chodzą po uczniach [3]
Etykiety:
Wypadki chodzą po uczniach,
Yevgeni Fjeld
Uśmiechnąłem się do dziewczyny, rad z tego, że nic jej nie było. Co prawda, to nie był najlepszy czas ani miejsce na rozmowę, ponieważ przynajmniej z dwa łokcie wbiły mi się w plecy, ale zaraz gnaliśmy do własnych klas, życząc sobie, żeby znaleźć się gdzie indziej.
— Nawzajem! — odkrzyknąłem, zanim całkowicie znikła w tłumie i sam ruszyłem w dalszą drogę do klasy, mając nadzieję, że zdążę na czas. Malująca się perspektywa dodatkowej pracy domowej zdecydowanie się do mnie nie uśmiechała.
Karne wypracowanie widniało na liście rzeczy do zrobienia zaraz obok nauki na kartkówkę z przyrody oraz wykucia słówek z wszechmowy, czyli czekało mnie wypożyczenie mnóstwa książek. Na dodatek byłem pewny, że z przyrody walnie takie zadania, których w normalnych podręcznikach nie znajdziemy, a nadal będą obejmować materiał podstawowy. Żyć, nie umierać. Przynajmniej zaliczyłem tylko trzy upadki, a nie dziewięć, to zawsze jakiś pozytyw. Przynajmniej w moim życiu.
— Hej, jak tam? Mam nadzieję, że dzień ci mija lepiej ode mnie. Masz ochotę coś zjeść? Bo ja nie za bardzo, właśnie wybierałam się do biblioteki, ale jak chcesz mogę też pójść z tobą na stołówkę. — Wzdrygnąłem się zaskoczony i odwróciłem się do Sofii przestraszony, jednak zaraz się uspokajając. Czy miałem ochotę coś zjeść? Właściwie byłem w stanie, w którym prawdopodobnie prędzej zemdli mnie na widok jedzenia, niż cokolwiek będę w stanie przełknąć. Pokręciłem głową.
— Niee, właściwie chętnie pójdę z tobą do biblioteki, to przy okazji wypożyczę parę książek do nauki — odpowiedziałem, odwzajemniając uśmiech.
— Nawzajem! — odkrzyknąłem, zanim całkowicie znikła w tłumie i sam ruszyłem w dalszą drogę do klasy, mając nadzieję, że zdążę na czas. Malująca się perspektywa dodatkowej pracy domowej zdecydowanie się do mnie nie uśmiechała.
xXx
— Hej, jak tam? Mam nadzieję, że dzień ci mija lepiej ode mnie. Masz ochotę coś zjeść? Bo ja nie za bardzo, właśnie wybierałam się do biblioteki, ale jak chcesz mogę też pójść z tobą na stołówkę. — Wzdrygnąłem się zaskoczony i odwróciłem się do Sofii przestraszony, jednak zaraz się uspokajając. Czy miałem ochotę coś zjeść? Właściwie byłem w stanie, w którym prawdopodobnie prędzej zemdli mnie na widok jedzenia, niż cokolwiek będę w stanie przełknąć. Pokręciłem głową.
— Niee, właściwie chętnie pójdę z tobą do biblioteki, to przy okazji wypożyczę parę książek do nauki — odpowiedziałem, odwzajemniając uśmiech.
Ratunku, królik pali wzrokiem [4]
Etykiety:
Ratunku (królik pali wzrokiem),
Yevgeni Fjeld
Dexter zmrużył oczy, jakby chciał sobie przypomnieć, jak owa Pel wyglądała, a gdy otwierał usta, przysłuchiwałem się uważnie z nadzieją, że opis pomoże mi znaleźć właścicielkę zdenerwowanego Dropsika. Rozczarowałem się trochę...
— Małe słońce narodu, błogosławiona nadzieja tego świata, kwiatkowy wzór dobroci, ucieleśnienie idei słodyczy. — Spojrzałem na niego zdziwiony, unosząc jedną brew, a w moich oczach pojawiło się nieme pytanie, jednak nie skomentowałem tego. Nie powiem, to była bardzo pomocna odpowiedź, miałem szukać nadziei tego świata. Czy ona też błyszczała jak jej królik? To byłoby pomocne, gdybym krzyknął "Pel", a ona by się zaświeciła niczym gwiazdka. — Zaprowadzić cię?
Westchnąłem ciężko, poprawiając uścisk, w którym trzymałem uszate stworzenie i kiwnąłem głową.
— Byłbym wdzięczny, zwłaszcza, że darcie mordy, nie bardzo mi się uśmiecha — wymamrotałem. Nie wiedziałem, kto by się bardziej zapadł pod ziemię. Ja, bo szukałem kogoś, kogo wyglądu nie znałem, czy ona, ponieważ jakiś rudy dzieciak drze się i krzyczy jej imię na cały kampus? Meh, podziękuję.
— Ah, a nie przerwałem ci w czymś ważnym? Wyglądałeś na dość zdenerwowanego... — Zmarszczyłem brwi, przypominając sobie minę Dextera, zanim go zaczepiłem. Chociaż teraz wyglądał na znacznie bardziej spokojnego, a jedynym kłębkiem negatywnych emocji wydawał się być zwierzak, który nadal piorunował bruneta wzrokiem, jakby planował dla niego wyjątkowo bolesną śmierć.
— Małe słońce narodu, błogosławiona nadzieja tego świata, kwiatkowy wzór dobroci, ucieleśnienie idei słodyczy. — Spojrzałem na niego zdziwiony, unosząc jedną brew, a w moich oczach pojawiło się nieme pytanie, jednak nie skomentowałem tego. Nie powiem, to była bardzo pomocna odpowiedź, miałem szukać nadziei tego świata. Czy ona też błyszczała jak jej królik? To byłoby pomocne, gdybym krzyknął "Pel", a ona by się zaświeciła niczym gwiazdka. — Zaprowadzić cię?
Westchnąłem ciężko, poprawiając uścisk, w którym trzymałem uszate stworzenie i kiwnąłem głową.
— Byłbym wdzięczny, zwłaszcza, że darcie mordy, nie bardzo mi się uśmiecha — wymamrotałem. Nie wiedziałem, kto by się bardziej zapadł pod ziemię. Ja, bo szukałem kogoś, kogo wyglądu nie znałem, czy ona, ponieważ jakiś rudy dzieciak drze się i krzyczy jej imię na cały kampus? Meh, podziękuję.
— Ah, a nie przerwałem ci w czymś ważnym? Wyglądałeś na dość zdenerwowanego... — Zmarszczyłem brwi, przypominając sobie minę Dextera, zanim go zaczepiłem. Chociaż teraz wyglądał na znacznie bardziej spokojnego, a jedynym kłębkiem negatywnych emocji wydawał się być zwierzak, który nadal piorunował bruneta wzrokiem, jakby planował dla niego wyjątkowo bolesną śmierć.
czwartek, 11 stycznia 2018
Ratunku, królik pali wzrokiem [2]
Etykiety:
Ratunku (królik pali wzrokiem),
Yevgeni Fjeld
Właściwie nie wiedziałem, jaki diabeł mnie podkusił, żeby podejść do Dextera, ale jakoś dłużej się nad tym nie zastanawiałem, po prostu podszedłem, po czym zadałem pytanie. To nie tak, że nie lubiłem Davona, on mnie po prostu trochę przerażał. Czułem się, w sumie byłem, przy nim strasznie mały.
— Pel — powiedział zaraz po szybkim spojrzeniu na królika, a ja miałem ochotę go wyściskać za tą odpowiedź, pomimo nerwowości, która we mnie siedziała. Kij, że słabo kojarzyłem Pel, jedynie ze słyszenia i pewnie na oczy jej nie widziałem, a nawet jak widziałem, to nie wiedziałem, nie pamiętałem. Zawsze jeden krok do przodu. — I na twoim miejscu spierdalałbym w podskokach, kurdupel bywa niebezpieczny. I nażarł się grzybów święcących w ciemności. Wiesz w ogóle kim jest Pel? — Zmarszczyłem czoło, spoglądając na królika z zaniepokojeniem, zastanawiając się, co to za stworzenie trzymałem. Zwierzątko wlepiło świdrujący i po stokroć bardziej morderczy niż kilka chwil temu wzrok w Dextera, a jego pyszczek przybrał jakby ni naburmuszony, ni wkurzony wyraz [to króliki tak potrafią?], po czym nagle zaświecił się na czerwono. Wzdrygnąłem się, powstrzymując okrzyk zdumienia oraz gwałtowne puszczenie królika, czorta, stworzenie, licho wiedziało co.
— Nie, tak właściwie to nie mam zielonego pojęcia, kim ona jest, ale chciałbym ją jak najszybciej znaleźć — powiedziałem z nutą osłupienia w głosie, nadal zaskoczony. Czy to mnie ugryzie? Czy ja mam się tego bać? Pomińmy to, że już się tego boję. — Jak ona właściwie wygląda?
— Pel — powiedział zaraz po szybkim spojrzeniu na królika, a ja miałem ochotę go wyściskać za tą odpowiedź, pomimo nerwowości, która we mnie siedziała. Kij, że słabo kojarzyłem Pel, jedynie ze słyszenia i pewnie na oczy jej nie widziałem, a nawet jak widziałem, to nie wiedziałem, nie pamiętałem. Zawsze jeden krok do przodu. — I na twoim miejscu spierdalałbym w podskokach, kurdupel bywa niebezpieczny. I nażarł się grzybów święcących w ciemności. Wiesz w ogóle kim jest Pel? — Zmarszczyłem czoło, spoglądając na królika z zaniepokojeniem, zastanawiając się, co to za stworzenie trzymałem. Zwierzątko wlepiło świdrujący i po stokroć bardziej morderczy niż kilka chwil temu wzrok w Dextera, a jego pyszczek przybrał jakby ni naburmuszony, ni wkurzony wyraz [to króliki tak potrafią?], po czym nagle zaświecił się na czerwono. Wzdrygnąłem się, powstrzymując okrzyk zdumienia oraz gwałtowne puszczenie królika, czorta, stworzenie, licho wiedziało co.
— Nie, tak właściwie to nie mam zielonego pojęcia, kim ona jest, ale chciałbym ją jak najszybciej znaleźć — powiedziałem z nutą osłupienia w głosie, nadal zaskoczony. Czy to mnie ugryzie? Czy ja mam się tego bać? Pomińmy to, że już się tego boję. — Jak ona właściwie wygląda?
niedziela, 7 stycznia 2018
Wypadki chodzą po uczniach [1]
Etykiety:
Wypadki chodzą po uczniach,
Yevgeni Fjeld
Cholera, cholera, cholera, znowu się spóźnisz, Yevgeni.
W pośpiechu zapinałem guziki koszuli od mundurka, po czym szybko narzuciłem na siebie marynarkę i chwyciłem za plecak, nie patrząc, czy przypadkiem czegoś nie zapomniałem. Za spóźnienie oberwie mi się bardziej, a brakujący przedmiot mogę od kogoś pożyczyć. Powinienem się oduczyć rysowania po nocach, ponieważ potem zawsze tak było. Budziłem się na ostatnie kilkanaście minut przed, w panice się przygotowywałem, a potem biegłem jak na złamanie karku, omal naprawdę go nie łamiąc i starając się przetrwać, wpadałem w tłum uczniów, którzy także chcieli zdążyć na swoje lekcje. Wtedy ludzie zapominali całkowicie o innych i rozpychali się łokciami, torując sobie drogę do odpowiedniej sali kosztem osób, które miały w sobie resztkę kultury albo za mało siły, żeby wepchnąć komuś w żebra łokieć. Nie dziwota, więc że zaraz wylądowałem na ziemi i tylko cudem nie zostałem zdeptany. Z tego, co zauważyłem, to nie byłem jedyny, parę innych runęło na ziemię, a wśród nich Sofia, która również mnie dostrzegła.
— O, hej. Wiesz, generalnie bardzo chętnie bym pogadała, ale może nie leżąc na środku korytarzu. — Zaśmiała się, a ja jej zawtórowałem, zbierając się z podłogi. Kolana całe, łokcie całe, twarz cała, na ubraniach nie ma krwi, czyli żadna z ran się nie otworzyła. Yay! Nic mi do szczęścia więcej nie potrzeba. — Nic ci nie jest?
— Nie, na szczęście jestem cały — odpowiedziałem, uśmiechając się. — A tobie nic się nie stało? O tej porze na korytarzach planuje kompletne szaleństwo — dodałem i powoli oraz ostrożnie zaczęliśmy przesuwać się w stronę naszych sal.
W pośpiechu zapinałem guziki koszuli od mundurka, po czym szybko narzuciłem na siebie marynarkę i chwyciłem za plecak, nie patrząc, czy przypadkiem czegoś nie zapomniałem. Za spóźnienie oberwie mi się bardziej, a brakujący przedmiot mogę od kogoś pożyczyć. Powinienem się oduczyć rysowania po nocach, ponieważ potem zawsze tak było. Budziłem się na ostatnie kilkanaście minut przed, w panice się przygotowywałem, a potem biegłem jak na złamanie karku, omal naprawdę go nie łamiąc i starając się przetrwać, wpadałem w tłum uczniów, którzy także chcieli zdążyć na swoje lekcje. Wtedy ludzie zapominali całkowicie o innych i rozpychali się łokciami, torując sobie drogę do odpowiedniej sali kosztem osób, które miały w sobie resztkę kultury albo za mało siły, żeby wepchnąć komuś w żebra łokieć. Nie dziwota, więc że zaraz wylądowałem na ziemi i tylko cudem nie zostałem zdeptany. Z tego, co zauważyłem, to nie byłem jedyny, parę innych runęło na ziemię, a wśród nich Sofia, która również mnie dostrzegła.
— O, hej. Wiesz, generalnie bardzo chętnie bym pogadała, ale może nie leżąc na środku korytarzu. — Zaśmiała się, a ja jej zawtórowałem, zbierając się z podłogi. Kolana całe, łokcie całe, twarz cała, na ubraniach nie ma krwi, czyli żadna z ran się nie otworzyła. Yay! Nic mi do szczęścia więcej nie potrzeba. — Nic ci nie jest?
— Nie, na szczęście jestem cały — odpowiedziałem, uśmiechając się. — A tobie nic się nie stało? O tej porze na korytarzach planuje kompletne szaleństwo — dodałem i powoli oraz ostrożnie zaczęliśmy przesuwać się w stronę naszych sal.
piątek, 5 stycznia 2018
Konflikt biblioteczny [20]
Etykiety:
Konflikt biblioteczny,
Yevgeni Fjeld
Pokręciłem przecząco głową w odpowiedzi na pytanie dziewczyny, czy Dexter miał dla mnie zrobić eliksir, ale zaraz wszystko zaczęło się mieszać i za dużo dziać. Kiedy ogarniałem jedną sytuację, zaraz wpadałem na drugą, która wprawiała mnie w stan całkowitej dezorientacji, zachwytu, przerażenia, fascynacji, ciekawości oraz mnóstwa innych uczuć, których nie umiałem do końca zdefiniować. Dezorientacja, bo Sofia znowu zaczęła mnie ciągnąć, a wokół działy się bardziej lub mniej zabawne rzeczy. Zachwyt, fascynacja i ciekawość, ponieważ brunetka zaczęła odczyniać swoje czary, a ja jedynie przyglądałem się urzeczony temu, co się działo. Przerażenie, bo reakcja profesora Amadeusza na nasz widok nie była pozytywna, a miałem w pamięci jego groźbę... No, i duch. Duch, który się pojawił, objawił, zmaterializował [choć nie do końca] i jedynie wpatrywałem się w niego urzeczony. Co prawda z ogarem nadal było ciężko, ale powoli, małymi kroczkami zaczynałem rozumieć ponownie, co się właściwie wokół mnie dzieje.
Ładowanie...
Ładowanie...
Ładowanie zakończone.
Przestałem w końcu się gapić, przyswoiłem sytuację i wsłuchałem się w rozmowę Sofii z duchem, samemu woląc się nie wtrącać, bo pewnie palnąłbym coś nie tak i jeszcze kogoś bym obraził przypadkowo... Poza tym brunetka zdecydowanie lepiej umiała się wysłowić i określić nasze zamiary oraz plany, których notabene jeszcze nie mieliśmy, a przynajmniej nie takich konkretnych. Jednak moje milczenie nie mogło trwać w nieskończoność.
— Eeeee, no właściwie, to, średnio. Ale wiemy, że musisz się ukrywać. Blondyn w okularach, zbyt wesoła blondynka, dziewczyna z krótkimi brązowymi włosami i grzywką, niebieskie coś z łapami i dziwnie ubrana blondynka z warkoczami są po naszej stronie, reszta nie. Szczególnie wystrzegaj się utatuowanego, zwariowanego nauczyciela, jest dość szkodliwy. Lepiej się teraz schowaj, zanim ktoś cię zobaczy, chyba że... Yev? Masz jeszcze jakieś pomysły, rady dla ducha?
Uśmiechnąłem się lekko, gdy wymieniła część niecodziennego zespołu, który postanowił wkroczyć do akcji i w swej odwadze [bądź głupocie] każdy członek robi to, co może. Zamyśliłem się, spoglądając w sufit, a spomiędzy moich ust wydostało się ciężkie westchnięcie.
— Broń się, kiedy musisz, ale to zawsze ci świetnie wychodzi, niezależnie od tego, czy jesteś w niebezpieczeństwie, czy nie — powiedziałem, uśmiechając się lekko. — Z góry przepraszamy za wszystkie szkody, odkupimy książki — dodałem, unosząc nieco wyżej kąciki ust i ukłoniłem się lekko, nieco sztywno. Odzyskałem swój optymizm, a groźby pana Amadeusza jakoś stały się mniej straszne po tym wszystkim, co się właściwie działo. Co zobaczyłem, to moje i nie oddam. To, co się stanie, to nie wiem. Poczekamy, zobaczymy. Najwyżej wszyscy będziemy hulać jako duchy po bibliotece czy coś.
413 dla drużyny A
413 dla drużyny A
Subskrybuj:
Posty (Atom)