Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dyrektor Mińsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dyrektor Mińsk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 października 2018

Mam sprawę [5]

— Co ma pan na myśli, pytając jakiego rodzaju? Z wyborem miejsca wolałam poczekać, aż otrzymam pańską odpowiedź. — Yhm, bardzo dyplomatyczna odzywka, szanowna panno. Problem polegał na tym, że doskonale znałem te dzikie zagrywki współczesnej młodzieży. Ani człowiek się obejrzy, a już tkwi po kolana w gównie, bo nieopatrznie obiecał coś z niczego wyczarować, gdy wokoło wrzaski, lecą kurwy i dzieje się jedna, wielka apokalipsa.
— Gdybym lubowała się w rozpijaniu ludzi, których porywam na herbatki i przystawała na prośby podania czegoś mocniejszego, wierzę, że więcej osób chciałoby pijać u mnie herbatę. — Też prawda, chociaż panna była przecież właścicielką Vladdy`iego, więc święcie wierzyłem, że miała jakiś tam istotny wpływ na zapędy alkoholistyczne miśka. Jaka matka, taka córka i inne pierdy. — Wszystkie formalności, uprawnienia, et cetera załatwię — powiedziała, zaraz upijając łyk ciepłego naparu. Potrzebowałem kilka chwil na przemyślenie całej sprawy. W sumie obecność starszych absolwentów nie byłaby tutaj taka zła, wiele osób mogłoby zacząć rozglądać się za pracą dorywczą, a przy tym widzieć rzetelny przykład, że nie każdy student naszej uczelni kończy na odwyku. Jeżeli miałbym powierzyć komukolwiek zadanie przekonywania uczniów, że jeszcze mogą wyjść na ludzi, to oddałbym je w ręce siedzącej przede mną dziewczyny. A zgoda tam.
— Będę potrzebować gotowego planu rozpisanego, zanim udzielę oficjalną zgodę, ale podoba mi się, w jakim kierunku zmierzasz, Eternum — powiedziałem w końcu, po upiciu kilku lekkich łyków gorącego napoju. — Szanuję to, dlatego masz ode mnie wstępną zgodę. Nie spierdol jednak tego, Eternum, przysięgam, mam dość bałaganu i bez twoich herbacianych mrzonek.


czwartek, 11 października 2018

Mam sprawę [3]

Błogosławione dziecię wszystkich kwiatów i innych horrendalnie nieobyczajowych dla mnie istot zaczęła się rozkładać. Stwórcy niech będą dzięki, że przyszła z własnym zaopatrzeniem, bo choć trzymałem u siebie porządny asortyment, to raczej nieco innego kalibru. Nie miałem wątpliwości, że choćbym dziarsko rzucił się na poszukiwanie czegokolwiek po szafkach, nie uświadczyłbym nawet jednej filiżanki. Co najwyżej zmechacone, zniszczone zbyt gorącym parzeniem, bo oczywiście po taniości zakupione, kubki.
— Herbata czy kawa? — Machnąłem tylko niedbale dłonią w kierunku napoju bogów, jakim była czysta kofeina. To chyba jedyna rzecz, na której nie byłem w stanie oszczędzać. Odpowiednio wyposażony ekspres, cudowne zaopatrzona spiżarka z prywatnymi zapasami kopi luwak, a to wszystko wyłącznie dla mnie. Póki co zadowolę się lurą w wersji dziewczyny, nie będę przecież nieuprzejmy. A swoją dzielić się nie miałem zamiaru w żadnym wypadku. — Chciałam się dowiedzieć, czy jest możliwość, żebym otworzyła w pobliżu uczelni herbaciarnię.
— Jakiego rodzaju herbaciarnię? — spytałem, na moment zaliczając krótkie spięcie systemu. — Jakiś budynek, ziemia na oku? Brak alkoholu dla dzieciaków pewnikiem? Uprawnienia i resztę sobie wyrobisz? — zawaliłem dziewczynę pytaniami, mrużąc oczy i uważnie się jej przyglądając. Mimo wszystko, zaczynało się powoli robić ciekawie. Pierwsi prawowici absolwenci mieli nas powoli opuszczać i czułem się spełniony jako pedagog, wiedząc, że mają jakiś plan na swoje życie i starają się go realizować. A przynajmniej to pierwsze. 

poniedziałek, 8 października 2018

Mam sprawę [1]

Nadeszły czasy apokalipsy, niebiański koniec wszystkiego i wszystkich, który w końcu miał zaprowadzić pokój na tej niedorobionej przez Stwórcę planecie. Mimo usilnych prób uwierzenia w nadchodzącej jutro, nadal musiałem się przyznać, że w geście mojej intencji nie leżały żadne czysto naturalne pobudki. Chciałem w końcu pójść spać, odpocząć i nie przejmować się tą tłumną gawiedzią, która w ostatnim czasie zdecydowanie nazbyt często nawiedzała mój gabinet. Snuli się po korytarzach niczym duchy najgorszego sortu, żeby w końcu doczłapać się do mnie w postaci półżywej, mrucząc pod nosem coś o zeznaniach, podatkach i podpisach na formularzach.
I właśnie wtedy dotarła do mnie kolejna delegacja, tym razem z nieco bardziej zachęcającym asortymentem. 
— Zanim zacznie pan krzyczeć, mam herbatę i ciastka, dużo ciastek. Zrobiłam też imbryk kawy. —  Błogosławione jednostki, które znały prawa swoje. I moje. A w dodatku miały wystarczająco dużo pomyślunku, żeby zadbać o dodatki dla biednego dyrektora, który hańbił się karkołomną pracą dla gwary studenckiej. — Mam pewną sprawę. — To już mnie przekonało o wiele mniej, zwłaszcza ten uśmiech, nazbyt szeroki i w mojej głowie zakrwawiający o czystą szyderę.
— Właź — westchnąłem w końcu chłodno, otwierając szerzej drzwi i wpuszczając towarzystwo do środka. — Co was do mnie sprowadza? Problemy z zaliczeniem? Chęć wcześniejszego wypłacenia stypendium? Zmiana czegoś w menu? Od razu zaznaczam, że nie mam wpływu na to, co wyprawiają kucharki w stołówce, ich nerwy, wasza sprawa —  uściśliłem, rozsiadając się wygodnie w moim ukochanym fotelu dyrektorskim. 

poniedziałek, 28 maja 2018

Jaki ojciec, taki syn [19]

— Nie jest moim bratem. Nie zwracam na niego uwagi i nie obchodzi mnie co ten szczyl tu robi. Żyje sobie, to niech sobie żyje, byle mi z buciorami w paradę nie wlazł, bo wtedy się pogniewamy — warczał pod nosem. — Mogę nawet w tym tygodniu.
— Zrozumiano. — Skinąłem ze zrozumieniem głową, nie chcąc zajmować się w umyśle jakimś komentarzem na temat celebrowania związków rodzinnych, bo, Cesarz świadkiem, że sam przecież tego nie robiłem, od niechcianych relacji uciekałem na koniec świata, więc niech się cały świat pierdoli, najwidoczniej razem z bratem Nivana. Choć ciekawe z jakiego powodu ich relacje były aż tak napięte, może trzeba będzie przyjrzeć się tej sprawie pod względem dokumentacyjnym.
A potem spojrzałem na napiętą twarz chłopaka, zanim tylko odkaszlnąłem miarowo i odsunąłem się od biurka. Złe nawyki masz, Mińsk, że wolisz szperać w aktach niż zwyczajnie zapytać. Wybij sobie takie pomysły z głowy, stary pryku.
— Wolisz mieć płacone od godziny czy od ilości wykonanych papierków? — spytałem, naraz wpadając na kolejny pomysł, który prawdopodobnie przysporzy mi potem cholernie upierdliwego bólu głowy. — Oakley, czy ty nie mógłbyś mi tutaj komputera postawić? — Skoro oni nie chcą się przyzwyczaić do technologii, trzeba ich do tego zmusić. Nawet jeżeli i tak prawdopodobnie będą używał tego cholerstwa, żeby nawalać w pasjansa lub sapera. 

wtorek, 22 maja 2018

Jaki ojciec, taki syn [17]

— Oprócz weekendów i śród, to codziennie mogę, nie powiem, ile mi to zajmie. Sam tempa swojego jeszcze nie mam wypracowanego, a i zależy jak to z polotem będzie. W każdym bądź razie dziękuję pięknie i zgaduję, że będę starał się wypaść jak najkorzystniej, pracować jak najefektywniej i cała reszta tej regułki, czy co to tam było. — Odchylił się nieco mocniej na krześle, przypominając teraz bardziej króla, niż jegomościa, który własnie otrzymał szanse niewolniczej pracy za marne grosze w zakurzonym pokoiku dyrektora swojej szkoły zwanej posłużnie stażem. Cóż, jakoś trzeba będzie mu to wpleść do CV, mądry bachor, jeszcze zrobi, sądząc po listach, żeby to ładnie całkiem brzmiało. — Od kiedy mogę zacząć?
— A jak szybko chcesz? — spytałem z nadzieją, oglądając się na piętrzące się w rogu pomieszczenia sterty papierów. Przysięgałem, że rosły z każdym dniem, mimo wielokrotnych prób nadążenia za papierkową robotą. Podałem pierwsze kilka listów chłopakowi, ogółem nakreślając mu kto je przysłał, dlaczego je przysłał i w skali od jednego do dziesięciu jak ładnie ma kazać im się odwalić. 
Może w końcu zagraniczna banda idiotów przestanie próbować przejąć moją kochaną uczelnię. 
— A tak swoją drogą, jak tam ci się układa z braciszkiem? — zagaiłem, przeglądając obojętnie jedną z większych stert formularzy.

Jaki ojciec, taki syn [15]

— Wykorzystuję dary nieba na tyle, na ile mogę. — Parsknąłem śmiechem, słysząc odpowiedź chłopaka. "Ile mogę" było w tej sytuacji niewystarczające, zwłaszcza jak na jego możliwości. Dzieciaki miały wychodzić z tej szkoły lepsze, ale nie zwyczajnie w świecie dobre.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową, zabierając się za czytanie kartki. Kurtuazyjne "zajmijcie się swoimi sprawami i nasze zostawcie w spokoju" krzyczało z każdego akapitu, choć list sam w sobie ociekał pozytywnymi inwektywami, cudownymi epitetami i wyraźną chęcią współpracy z drugą stroną, to został podszyty przede wszystkim czystą wrednością w najprawdziwszej postaci.
Aż dumny byłem, że można tak ładnie kazać się komuś odpierdolić.
Porządnie zrobione litery, każda odpowiednio wykreślona, w dodatku sprawiały wrażenie do złudzenia przypominających wykwitną kaligrafię, więc czułem jedynie przypływ zadowolenia, płynący z otwartego serducha. Czyli jednak nie trzymamy w tej szkole kompletnych idiotów, skoro jakieś tam wartości życiowe i umiejętności dzięki nam zdobywają, nauczą sobie radzić z irytującym pismem urzędowym.
— Nie wiedziałem tylko, jak to całe gówno podpisać. — Skinąłem ze zrozumieniem głową, biorąc w dłoń długopis i składając po chwili zamaszysty podpis w odpowiednim miejscu na dole listu, na który przybiłem zaraz jedną z pieczątek szkoły.
— Masz tę robotę — powiedziałem, sam nie wierząc, że kreowanie wizerunku i komunikacje z innymi uczelniami powierzam komuś jakiemu jak Oakley, choć ciągle chciałem wierzyć w jego szanse nawrócenia na dobrą stronę mocy. — Jak wiele chcesz za to kasy, jak często możesz przychodzisz i w jakim czasie będziesz w stanie nadrobić nasze cholerne zaległości z tymi papierami? — spytałem wprost.

Jaki ojciec, taki syn [13]

Chłopak wydawał się zszokowany moim porażająco inteligentnym komentarzem, na tyle, że nie był w stanie zdecydować się odnośnie preferowanego sposobu działania. Zarówno śmiech, jak i płacz, wydawał się uwłaczający pod względem jego ludzkiego jestestwa i, na Cesarza, o czym ja, kurwa, pierdolę. 
— Nie wiem, czy powinienem się po tych zwierzeniach śmiać, czy płakać, więc zostawię to bez większego wydźwięku. No i myślałem, że ma pan jakiekolwiek pojęcie o młodzieży i ich psychice — mruczał, zapisując kolejne linijki oficjalnych listów. Aż znalazłem w sobie iskierkę podziwu dla niego, osobiście nienawidziłem tych głupich fanaberii. — No, chyba że wzięli was z rozpędu. W sumie odpowiedź to: bo jestem młody, bo lubię ryzyko i lubię seks, a bzyknięcie atrakcyjnej koleżanki z czwartej „S” na biurku dyrektora twojej uczelni, który siedzi kilka pokoi dalej to pieprzona kumulacja w totku. Ot, co. Plus błagam, inteligencja inteligencją, ale póki mogę się poopierdalać w szkole, a nie siedzieć w tym to wolę korzystać. No, a na podbijanie światów nadejdzie jeszcze czas.
— Jakkolwiek zabrzmi to kuriozalnie, to czasy licealne są najlepsze na wyrabianie kontaktów, przygotowywanie sobie przyszłości i tak dalej. Masz całkiem spore stadko znajomych z bogatego domu, kolegów z koneksjami, koleżanki z rodowodem. Zamiast szaleć, zakręć się i przygotuj na to podbijanie światów, bo okazje szybko przemijają — podsumowałem.

Jaki ojciec, taki syn [11]

— Nie, do kogucika mi daleko — odparł, zdając się luzować nagle, jakby fałszywie wierząc, że nie zauważę, jak się spiął na wspomnienie pewnego chłopaka. Przewróciłem oczami, bo nie w mojej intencji leżało dbanie o dobre samopoczucie tych smarkaczy, choć Oakley zdawał się mieć nieco więcej oleju w głowie niż przeciętna małpa z klasy obok. — W przeciwieństwie do pańskich korespondentów wierzę w ogólny sukces informatyczny. Celuję w programowanie i inne takie pierdoły. Jak nie wyjdzie w korpo, to zrobię z siebie drugiego Cukierberga. — Zamrugałem zdezorientowany, nie będąc pewien, czy na serio zostałem właśnie potraktowany całkiem inteligentnym wywodem przyszłościowym. Klękajcie narody.
— Oakley — zacząłem zdumiony, odwracając się w kierunku chłopaka, wciąż z książką w dłoni — ty jesteś inteligentny — przyznałem bez sarkazmu, bardziej z doskonale słyszalnym w głosie zdezorientowaniem. Podszedłem do biurka, kładąc dłonie na blacie i pochylając się do przodu, bacznie obserwując bachora. Chłopak spojrzał się tylko na mnie ni to z pogardą, ni to z oburzeniem. — Nie, serio, odnajduję w tobie ukryte pokłady człowieczeństwa. Na chuj bezcześcisz moje biurka i inne powierzchnie nieprzeznaczone do czynności stricte kopulatywnych, skoro jesteś w stanie podbijać światy? Wyglądasz na ogarniętego, z twojej płomiennej przemowy wnioskuję, że jakieś umiejętności jeszcze masz — wymieniałem, odliczając na palcach kolejne atuty chłopaka.
— No, muszę przyznać, że jestem prawdziwe zainspirowany twoją wiarą we własną przyszłość. Kto wie, może jeszcze ciebie zatrudnimy do instalacji ten pitolonej sieci elektrycznej, jak przekonam tych matołów do ruszenia dup z zastoju technologicznego.

Jaki ojciec, taki syn [9]

— Technologia otacza nas ze wszystkich stron, a wy nieustannie w tych świstkach siedzicie — mrukną leniwie. — Nie łatwiej by było drogą elektroniczną? Cierpień duchom drzew, które przewracając się w grobach na widok swojego truchła, które skończyło, jako podkład dla tego pierdolenia byście oszczędzili, świat przed zagładą uchronili i miejsca w gabinetach zachowali więcej. — Westchnąłem bezbożnie, bo przecież taki zapał i w dodatku głuchy idealizm powinno się spotykać tylko w legendach albo ewentualnie na podwieczorkach u jakiejś sekty, która w międzyczasie zamierzała spalić kilka intergalaktycznych dziewic. Cóż powiedzieć więcej mogłem, jak tylko pokręcić z przykrością głową.
— Ta banda idiotów nazywa to przywiązaniem do tradycji i dbałością o kulturę, coś o postępującym analfabetyzmie pisemnym i inne bzdety. Poza tym główny dostawca papeterii do nasz wszystkich to brat ciotecznej babci z jakiejś tam pokręconej gałęziowo rodzinki, a wiesz, ostatecznie forsa zawsze zostaje w rodzinie — poinformowałem chłodno chłopaka, zabierając się za układanie książek na półkach, byle tylko zająć czymś ręce. — Myślałeś czym się zajmiesz w przyszłości? — rzuciłem, nawet nie odwracając się w jego kierunku, stojąc plecami do biurka. Skoro zabrał się za zdobywanie doświadczenia to swoje musiał wiedzieć, ale nadal ciekawiło mnie, kim by chciał zostać w przyszłości Oakley. Demoniczny pan podziemia? Dostawca pizzy? Gość ze zmywaka ze stanowiska obok? A może jednak miał jakieś ambicje wykraczające poza ćpanie, chlanie i pieprzenie.
— Na kurę domową mi nie wyglądasz, chociaż ten twój szczenięcy wzrok ciągnący się za Hopecraftem bywa nawet uroczy. Jakieś studia, konkretna praca? — zagaiłem.

Jaki ojciec, taki syn [7]

— Nie, wcale, gadam, żeby gadać, wie pan, brakuje mi kontaktów, pyska nie ma do kogo otworzyć — fuknął cicho, jakby zaraz nabierając więcej powietrza w usta, żeby móc w spokoju torturować mnie swoim piskliwo-ochrypłym, dzikim głosikiem, który sprawiał, że włosy na dłoniach stawał dęba. — A tak naprawdę, to przecież obaj jesteśmy w kropeczce, takiej ładnej, dopiero co postawionej. Panu brakuje sekretarki, mi zajęć, bo czasu wolnego mam aż nazbyt dużo. Spadnie panu odsetek upalonych i upojonych nastolatków, procent potrzebujących szybkiego leczenia chorób wenerycznych spadnie, no same plusy, widzi pan? A tak na serio, to potrzebuję mieć co do rubryczki w CV wpisać, wiecie, w dzisiejszych czasach jak czego przy papierach nie zrobiłeś, to równie dobrze możesz nawet nie wchodzić do gabinetu.
— I uznałeś, że granie sekretarki jest bardziej wymagające niż udział w tanich filmach porno klasy K? Nie żebym oceniał, ale do tego drugiego masz raczej większe predyspozycje, jak dowiedziałem się ostatnim razem. —  Tak, ta scenka z moim biednym biurkiem i papierami do tej pory była traumatyzująca. Głównie dla moich mebli. — Siadaj, damy ci parę listów do odpowiedzenia i zobaczymy, czy jesteś w stanie pisać lepiej od przeciętnej małpy — mruknąłem, wydobywając z jednej z szufladek stertę listów i rzucając je na stół. Głównie od Cesarza, ale znalazło się też kilka od durnych magów z Latającego Uniwersytetu, coś tam od rektorów innych uczelni i pierdyliard innych osób, których wolałem nie widzieć nigdy na oczy. — Jak upewnisz się, że nie napiszą ponownie i zrobić to w kulturalny sposób, to nawet dostaniesz kasę za robotę.

Jaki ojciec, taki syn [5]

— Nawet bez dopuszczających się seppuku marzeń o byle jakim jutrze i jeszcze mniej ciekawym żywocie,  jestem świadom, że to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia — parsknął, zerkając na dokumenty. I właśnie dlatego nienawidziłem rozwrzeszczanych bachorzysk, które nie były w stanie zrozumieć ciągnącego się jak rozlazły ser bólu mojego serca. Pierdolone japońskie punkowo fanowskie szmiry, których jedynym celem w życiu było rozpijanie się tanim sikaczem. W dodatku tym ruskim, za pięć rubli z pobliskich monopolowych. To było uwłaczające dla kubków smakowych przeciętnego odbiorcy, ale jak od wieków wiadomo:
Studenci to nie ludzie.
— A palenie nie w moim interesie, kazali przynieść, przynoszę, tyle. — Palenie nigdy nie było w czyimkolwiek interesie, a cały bzdurny materiał należało sprawdzić, przynieść, poprawić i przysięgam, że dostawałem szału. Tym  bardziej, że Est odeszła, Cesarz nadciągnął, a przyjazd Atheny jedynie pojawiał się coraz wyraźniej na horyzoncie.
— Słyszałem, że został pan bez asystentki? — Podniosłem wzrok i przy okazji tyłek z podłogi, otrzepując się z niewidzialnego pyłu i kurzu, który pewnie zalegał na moich spodniach oraz marynarce. Fiu, fiu, rozochocił się smarkacz najwyraźniej.
— Asystentkę zdobyłem w końcu w trudach, panna Williams zdaje się być odpowiednio dobraną osobą na te stanowisko. Ale sekretarką bym nie pogardził. Masz coś konkretnego na myśli, Oakley? — spytałem nieco ostrzejszym, bardziej charkliwym tonem, wracając powoli do swojego normalnego trybu bycia. Nikt nie może pozwolić sobie na słabość nazbyt długo, prawda? 

Jaki ojciec, taki syn [3]

Nivan Oakley, bożyszcze narodu wybranego, nieznana cnotka-niewydymka, tylko w drugą stronę, że aż do przesady, której już raz zdarzyło się kopulować nawet na moim biurko. W sercu moim pozostawała niezbadana przez nikogo jeszcze nadzieja, że ten bachor, jak cała reszta zresztą, wyjdą w końcu na ludzi. Prawdopodobnie dopiero po moim trupie, ale przecież porządna dawka edukacji wymaga poświęceń. W ten upalny wieczór jasny, a raczej środek dnia, ale kto by się tym przejmował, rozejrzałem się smętnie po gabinecie, szukając złaknionym wzrokiem zagubionej buteleczki. Kieliszka. Nawet malutkiego kieliszeczka, kropeleńka byłaby niepogardzonym błogosławieństwem, mógłbym nawet tylko powąchać.
Mój Cesarzu, Mińsk, co się z tobą stało i kiedy upadłeś tak nisko?
— Mam dla pana dokumenty. Zresztą kolejne, jak widzę — dodał cicho, chociaż jego wzrok wyraźnie omiótł całe, ogarnięte szałem papierzysk, pomieszczenie. — Chce się panu? — parsknął z kpiną, na co tylko burknąłem coś niemrawego pod nosem. Nie miałem nawet chęci wlepić mu kary za pyskowanie do nauczyciela, co się ze mną zaczynało dziać, świat się kończył, nadchodziła apokalipsa.
— Nie myślisz czasem, że to wszystko jest bez sensu, gdy ostatnia resztka nadziei woła w tobie o skoczenie z tego ziemskiego padołu i ominięcie wszystkich bezsensownych działań twojego życia? — spytałem z nadzieją. — Jak nie, to nie mógłbyś chociaż tych cholerstw spalić? — mruknąłem, wpatrując się beznamiętnie w papiery.

Jaki ojciec, taki syn [1]

— To chyba żart — jęknąłem żałośnie, przewracając się z jednego brzegu kanapy na drugi. Oczywiście, kurwa, że była zbyt wąska, więc już po chwili zaryłem boleśnie głową o drewniane panele, przypominając sobie, że o kręgosłup dbać należy, bo na starość mnie w dupę los kopnie. Już czułem te wibrujące bóle w krzyżu, którymi będę raczony jako dwustuletni dziadyga z drewnianą nogą, laską i złotą szczęką, żeby podrywać urocze emerytki.
O ile wcześniej nie wysiądzie mi wątroba, co jednak w jakiś sposób było bardzo prawdopodobne. Rozłożyłem się wygodniej na podłodze, starając się przypomnieć wszystko, co sprawiło, że czułem się jak wypruty z wszelkiej godności, porzucony i splugawiony kondom.
Est odeszła, Nibyłko przewracał oczami, skrzętnie usuwając wszystkie alkoholowe dodatki w obrębie całej szkoły. Miałem wrażenie, że nawet tajne zapasy bachorów wylał do kibla, byle tylko nie były w stanie mi niczego dostarczyć, nawet kropelki. "Zaczął się nowy okres twojego życia, Mińsk", powiedział, dupek-kurdupel mały jeden. A potem co, a potem w głowie mi tarabaniło, ręce się trzęsły, a ja nie mogłem się na czymś skupić.
Wcale nie byłem uzależniony, wcale. Poluzowałem krawat, rozpiąłem trzy górne guziki koszuli, mając nadzieję, że uderzenia gorąca szybko przejdą do historii. Organizm wołał o jakikolwiek rodzaj życiodajnego trunku i bynajmniej nie miałem to na myśli ambrozji w postaci czarnej kawy. 
— Właź! — krzyknąłem burkliwie, mrużąc oczy i podnosząc wzrok na stojącą w drzwiach postać kolejnego smarkacza. — Po coś tu przylazł? — mruknąłem niemrawo, zmieniając pozycję z leżącej na siedzącą. 

środa, 18 kwietnia 2018

Świat lubi się zmieniać [2]

— Uhm, panie Mińsk? Wszystko okey? — Spojrzałem na drzwi, machając tylko dłonią w ich kierunku na znak, żeby stojąca za nimi osoba swobodnie wchodziła i panoszyłą się po tym zasranym biurze, jak zresztą większość osób, które ostatnimi czasy się tutaj przewinęły. Zrzuciłem część bezsensownych papierów z biurka na podłogę, oblewając przez przypadek kilka czerwonym winem. Zmrużyłem oczy, widząc leniwie powiększającą się, krwistą plamę na dywanie. — Panie Mińsk? — Kolejne pytanie uświadomiło mi, że osobnik stojący za drzwiami nie był w stanie zobaczyć mojego gestu, więc dlaczego miałby wejść, skoro nie otrzymał odpowiedniego komunikatu zwrotne... A kurwa, pierdolić to.
— Czego chcesz? — warknąłem, podnosząc się w rytm skrzypiącej pod naporem ludzkiej dłoni klamki, zanim Nibyłowski pojawił się w końcu w całej swojej okazałości. Karzełek, kurdupel wraz z tymi nieodzownie przekręconymi parokrotnie okularami, które już dawno powinien wyrzucić do kosza. Zapisałem w myślach, żeby przypomnieć szkolnemu pielęgniarzowi o tegorocznych badaniach profesorów, zdrowie uczniów miało nieco mniejsze znaczenie, ostatecznie oni i tak przychodzili, gdy coś złamali, a najczęściej wszelkie urazy wynikały z ich winy, bo coś przeskrobali, gdzie nie trza. Z nauczycielami inna kwestia, pozwy i odszkodowania potrafiłyby zniszczyć renomę niejednej światowej placówki.
— Uhm, przyniosłem sprawozdania? — spytał, jakby tracąc cały rezon i kuląc się w sobie, hm. Ciekawe.
— To pytanie? — odparłem, obserwując jak przewraca oczami. — I skąd to panie Mińsk? — Wskazałem mu dłonią na czystą szklankę, w towarzystwie zawsze piło się przyjemniej.

sobota, 14 kwietnia 2018

Świat lubi się zmieniać [0]

Nasze dzieci dorastały, nie rozumiałem w jaki sposób ten czas upłynął tak szybko, że aktualnie siedziałem w moim prywatnym gabinecie, spoglądając na stos rezygnacji Est, które każdego miesiąca składała na moim biurku. Popijałem w trakcie lektury upojne elfie wino z domieszką krasnoludzkiego miodu, żałując, że mam zbyt silną głowę na zalanie się w trupa. Wszystko byłoby wtedy o niebo prostsze, a na razie nie byłem nawet w stanie podjąć ostatecznej decyzji co-i-jak-gdzie.
Świat walił się i płonął, przed nami stało naprawdę wiele dróg, wyborów, a ja czułem się już stary, zmęczony, wybrakowany, w sumie nie znajdując przyjemności z własnego życia. Celów wyższych brakowało, na wiele temu wymiarowi zdać się nie mogłem. Ćpałem, piłem jeszcze więcej i przez większość czasu pilnowałem, żeby ten kołowrotek kręcił się niezależnie od wszystkiego, ale w końcu i mnie samego dopadła ta parszywa melancholia, gdy człowiek nie wie co zrobić i w którym kierunku się udać.
Ta samotność powoli dobijała, uczucie niezadowolenia i dyskomfortu wyraźnie odznaczające się w klatce piersiowej, gdy oddychanie starało się coraz trudniejsze, oddech bardzie charczący, wręcz bolało. Zaciskałem dłonie na kolejnych kartkach przechodząc przez rezygnacje, na listy od tej starej kurwy, której wydawało się, że nie mam żadnych praw i po prostu tego wszystkiego było za dużo. Nawet nie zauważyłem, kiedy słona ciecz zaczęła ciężkimi kroplami moczyć drogą papeterię.


wtorek, 13 lutego 2018

Powstanie mińskie [3]

— Dziękuję za troskę w stosunku do uczniów, panie dyrektorze. Myślę, że poradzę sobie z aktualnym materiałem i nie będzie problemu. Jestem wdzięczny za propozycję, ale mam nadzieję, że nie będzie potrzebna jej realizacja. — Chłodno, grzecznie, całkowicie na temat, czyli elementy relacji, w której powinniśmy znajdować się od samego początku. Dystans, ostrożność, przesadny manieryzm. Z trwogą uświadomiłem sobie, że Athena jest prawie w jego wieku. Kiedy stałem się pedofilem, który nie zauważa nawet, do czego doprowadził jego brak samokontroli?  Czy może warto o czym wspomnieć? Powiedzieć w końcu to, co siedzi w głowie? A może lepiej zatrzymać wszystkie pędzące myśli dla samego siebie, na wszelki wypadek? 
— Mogę już iść czy ma pan do mnie jeszcze jakąś sprawę? — Krok w kierunku wyjścia, czas na szybkie podjęcie decyzji. 
— Musisz zgłosić się jeszcze do Rady Samorządu i powypełniać kilka formularzy odnośnie wprowadzonych zmian w czasie twojej nieobecności, donieś je najpóźniej do końca tygodnia. Jeżeli masz jakieś pytania, wiesz gdzie mnie znaleźć — i doskonale wiesz, że nie zamykam drzwi — także droga wolna, baw się dobrze i nadrób szybko zaległości. — Wzruszyłem ramionami, wracając myślami do sterty papierów i ukrytych w szufladzie listach. Co za dużo to niezdrowo, Adam, nie pakuj się w to ponownie, dobrze przecież wiesz.

piątek, 9 lutego 2018

Powstanie mińskie [1]

Kolejna papierkowa robota czekała mnie zaraz po skończeniu popołudniowego kieliszka, choć nie przystąpiłem do niej bez zwłoki. Zdecydowanie powinienem pomyśleć o zatrudnieniu asystenta lub asystentki, ponieważ ilość rzeczy do zrobienia zaczynała powoli przerażać nawet Est. Doskonale równocześnie wiedziałem, że sekretarka nie pozwoli mi na zatrudnienie pomocnicy lub współpracownicy dla niej, uznając to za plamę na honorze. Pewnie rzuciłaby się, zaryglowała drzwi i okna i ogłosiłaby strajk głodowy, dopóki nie udowodnię jej, że nikt obcy nie postawi stopy za jej biurkiem. O dotknięciu drogocennego spinacza z vernylu nie wspominając.
— Jeden z nauczycieli poprosił, żebym to przyniósł. Przepraszam, że przeszkadzam. — I właśnie wtedy moje rozmyślanie przerwało pukanie do drzwi, następnie szybkie wejście i rzucone cicho słowa, które sprawiły, że skamieniałem nad papierami. Mrugałem ze zdziwieniem, wsłuchując się w melodyjną barwę głosu, tak dawno niesłyszaną.
Odchrząknąłem, chcąc coś powiedzieć. Może nawet się przywitać. Ale prawda była taka, że teraz  byłem postawiony przed pewnymi konsekwencjami błędów młodości, nie mówiłem tutaj o przespaniu się parę lat temu z własnym uczniem, ale o liście, który doszedł w czasie lata i wywrócił mój świat do góry nogami.

 Eureka Athena — wyczytałem w karcie. 
— Serwus, mów mi Ath. 


— Cóż, dobrze, że wróciłeś. W przyszłym roku miałbyś już za dużo zaległości. Jeżeli będziesz potrzebował korepetycji z nadrobieniem materiału, zgłoś się do samorządu uczniowskiego, przydzielimy ci pomocnika — wydusiłem z siebie w końcu, z powrotem opuszczając wzrok na formularze.

środa, 3 stycznia 2018

Konflikt biblioteczny [1]

Powoli zacząłem rezygnować z restrykcyjnej diety, głównie dlatego, że przyniosła zamierzony skutek, a jednocześnie Cesarz, ta mała cholera, okazał się ważyć więcej ode mnie, więc mogłem mu tylko pokazać międzynarodowy symbol pokoju pomiędzy dwoma wrogimi nacjami i kazać się odpierdolić od ilości tłuszczu w moim organizmie.
A nawet to zrobiłem i właśnie dlatego konsekwencje ponosiła teraz szkoła. Drobny pstryczek w nos, przypomnienie, że wspólna edukacja to wspólna edukacja, ale rządzenie krajem to rządzenie krajem i mam figę z makiem odnośnie reszty świata. 
Ale żeby biblioteka nasza, a właściwie jej mieszkaniec komuś przeszkadzał? Komuś? Naszym uczniom i mi w szczególności, w to nie wątpiłem, sam klnąłem na niebiosa, za jakie grzechy musiałem użerać się z tą ćwierć żywą (a raczej nieżywą) kanalią, zabraniającą nawet sprzątaczkom zetrzeć ścierkami kurz z regałów. 
Bardziej zastanawiający był nakaz eksterminacji ducha w trybie natychmiastowym od Cesarza, bo jego to powinno najmniej obchodzić. Może to jednak nie była kara za te moje wcześniejsze drwiny z paska w jego mundurze galowym?
Tak przynajmniej myślałem do momentu, w którym cała sprawa zaczęła się komplikować. 
— Do jasnej cholery, mieliście już złapać tego ducha dawno temu. Najpierw wysłałem tu delegację dwóch uczniów, następnie was i co? Dalej nic, a on tymczasem gdzieś tu grasuje i porywa mi uczniów książki — wrzeszczałem i miałem do tego święte prawo, bo płaciłem tej bandzie imbecyli cholernie wielkie kwoty, a efektów nadal brakowało. Westchnąłem w końcu z irytacją, nakazując im się pośpieszyć, a sam rozejrzałem się wokoło, szukając wzrokiem jakiegoś ucznia, który mógłby posłużyć mi za przynętę na małego demona.
Jak człowiek sam się czymś nie zajmie, to najwyraźniej nic nie może być dobrze zrobione.


271 punktów dla drużyny B

sobota, 30 grudnia 2017

Gówniarz nie zaliczy [X]

— Co to jest, z czym to się je, dlaczego się to je, dlaczego nie powinno się bać o tym mówić i że dla każdego to sprawa całkowicie indywidualna — wyliczył, a potem wzruszył praktycznie ramionami. Wydawał się niezainteresowany całym przedsięwzięciem, co było nieco przewidywalne, ale przy okazji głupie. Lepiej, żeby zrobił raz dobrze i miał potem za sobą, bo w przeciwnym wypadku, to wszystko mogło się naprawdę źle skończyć.
— No co? Nie mam zamiaru robić zajęć pod tytułem "Jak nie robić sobie bachora". O tym już każdy słyszał pierdylion razy i mają dosyć, bo to nic nie daje, tak właściwie. Nie znają podstaw i idei, dlatego rżną się jak króliki, nie znają umiaru i robią to w sposób nadzwyczaj zły, co za tym idzie niesatysfakcjonujący, co za tym idzie, chcą więcej i chcą lepiej. Do tego to wszystko dalej otoczone jest niekomfortową błonką tabu, a co nieznane i zakazane kusi. — Rozłożyłem ręce, decydując się nie odzywać w trakcie całej tyrady chłopaka, dopiero na sam koniec zmierzyłem go wzrokiem, starając się rozgryźć, skąd u niego to całe pokurwienie dnia dzisiejszego. Czy miał rację? Może nie w tych słowach, ale jakąś wiedzę i poglądy musiał posiadać, a oparł to o własne przeżycia jako nastolatka, więc kto wie, może nawet było to bardziej prawdziwe niż wersja psychologów z ministerstwa oświaty.
— Skakaj na lekcje, Oakley.

niedziela, 24 grudnia 2017

Gówniarz nie zaliczy [11]

Jego mina równająca się tej srającego kota na płocie wcale nie zachęcała, a wręcz przeciwnie. Założyłem ręce na piersi, zerkając na niego z czystą irytacją, wkurwem i lekkim znudzeniem, bo nie chciałem tu być, wolałem już wyrwać się do Wandzi, Renuli, sali muzycznej, czy chociażby na dwór, bo pogoda była bardzo ładna.
Wyjrzałem przez okno, zamyśliłem się. Działo się dużo i to dość nieciekawie. Kartka pod łóżkiem ciągle trwała, ciągle przypominała mi o swojej obecności, ciągle drażniąco siedziała z tyłu mojej głowy. Mimo że była zgnieciona, że dokładnie zawinięta, to doskonale mogłem zobaczyć jej treść.
Mama nie dzwoniła już tak często, jak na początku. Na domiar złego Wandzia...
— Jaki masz plan na pierwsze zajęcia? — Dyrektor wybił mnie z nieco przygnębiającego toku myślenia, z odpłynięcia w krainy mniej, lub bardziej ciekawe. Głównie bolące.
Życie chyba zawsze rzuca dosłownie wszystkim kłody pod nogi, a tym, którym nie, to chyba później porządnie przetrzepie dupsko za zbyt długie obijanie się.
Poprawiłem się w miejscu, przekrzywiłem głowę i nie ukrywałem swojej czystej niechęci skierowanej w stronę starszego ode mnie mężczyzny.
— Co to jest, z czym to się je, dlaczego się to je, dlaczego nie powinno się bać o tym mówić i że dla każdego to sprawa całkowicie indywidualna — mruknąłem beznamiętnie, szybko, na jednym wydechu. Nie wyglądał na usatysfakcjonowanego, ba, patrzył na mnie jak na skończonego idiotę, którym byłem w jego oczach. — No co? Nie mam zamiaru robić zajęć pod tytułem "Jak nie robić sobie bachora". O tym już każdy słyszał pierdylion razy i mają dosyć, bo to nic nie daje, tak właściwie. Nie znają podstaw i idei, dlatego rżną się jak króliki, nie znają umiaru i robią to w sposób nadzwyczaj zły, co za tym idzie niesatysfakcjonujący, co za tym idzie, chcą więcej i chcą lepiej. Do tego to wszystko dalej otoczone jest niekomfortową błonką tabu, a co nieznane i zakazane kusi. — Rozgadałem się, a nie powinienem. Nie przy nim. Nie przy dyrektorze. Nie w tej kwestii. Powinienem po prostu dać mu te papiery, powiedzieć, żeby sobie sam sprawdził i spierdolić stąd w podskokach.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis