Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powroty bywają przewrotne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powroty bywają przewrotne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [X]

Melodyjny śmiech dziewczyny zaraz po zakończeniu mojej kwestii, a mi zostało jedynie zatopić się pod ziemią, zniknąć i udawać, że nigdy mnie na tym świecie nie było, matko kochana, czemu pozwoliłaś na to, żebym się tutaj pojawił, czym ja ci zawiniłem?
— Nie martw się, lubię słyszeć twój głos — odparła po chwili, ściskając moją dłoń. Uniosłem speszony wzrok, z powoli rozlewającą się na policzkach farbą, bo spodziewałem się wszystkiego, ale nie tych słów. — Hej, hej, czasy się zmieniają, za dzieciakami nigdy nikt już nie nadąża, poczekaj na nowe pokolenie, jak ci dziewczyny od przyjaciółki wyrosną, to dopiero wtedy się zacznie. A twoja znajoma brzmi ciekawie, wiesz, zawsze masz jeszcze szansę odnowić kontakt, grunt to zrozumieć, gdzie leży błąd. Poza tym, wciąż jeszcze dużo czasu przed tobą. Hej, ile możesz mieć lat? Trzydzieści, czterdzieści? Całe życie jeszcze przed tobą, sporo dni na rozruszanie starych znajomości. — Pokiwałem głową.
— Już nie nadążam, jak siedzę z Beatrycze, to nie wiem, czy mnie nie obraża przypadkiem. Nie zdziwię się jak za dwa, trzy lata przejdziemy z „wujku” na „dziadku”, bo będzie chciała mi dopiec... Wiesz, no, raczej wiesz, ale powiem, tak dla pewności i dopełnienia formalności, że w sumie to z relacjami międzyludzkimi u mnie cienko, dupa jestem w tych sprawach, upośledzenie społeczne, jak zwał, tak zwał. Jak dotąd to żeby cokolwiek powstało i przetrwało, to potrzebowałem dużej ilości uwagi i cierpliwości, działań od drugiej strony i tu jest pies pogrzebany, muszę się zaangażować, zdecydowanie. Cholera, mam trzydzieści dwa lata, jestem stary, jestem okrutnie stary, a na domiar złego pół życia przebimbałem. Jak zacznę za dużo paplać, to mów, nie chcę cię zanudzać na śmierć, chociaż pewnie i tak już to zrobiłem. Już to mówiłem, ale tęskniłem, bardzo tęskniłem, dziękuję, że jesteś, że słuchasz, już się zamykam... — Uśmiechałem się, aż do stanu, gdzie bolały mnie policzki i gadałem. Gadałem, dużo, egoistycznie zrzucając wszystkie smuty z kilku ostatnich miesięcy, wypuszczając nagromadzoną parę, dzieląc się tym, czym uważałem, że powinienem, a jak dotąd nie miałem z kim.
I wiem, że było to paskudnie samolubne, bo ona sama miała swoje problemy, a ja jeszcze wylewałem swoje żale i doznania
I paplałem dużo, do wykończenia tematów, które i tak ciągle nadchodziły, do wyrzucenia nas z kawiarni, bo nic nie zamawialiśmy, do powrotu do szkoły, dalej kurczowo ściskając jej dłoń, bo nie chciałem, żeby zniknęła, bo bałem się, że znowu zostanę sam, bo byłem dzieckiem we mgle, które zgubiło rodziców i ukochaną maskotkę.
A potem chciałem tylko przepraszać za to, ile powiedziałem i modlić się o to, by ta rozmowa nie okazała się ostatnią, bo otworzyłem się o odrobinkę za bardzo.

środa, 28 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [24]

Roześmiał się i to zdecydowanie była jedna z najpiękniejszych melodii w moim życiu. Pod żadnym pozorem nie był to dźwięk czysty, nieco chrapliwy, zmęczony, prędzej ubarwiony niedawnym pokasływaniem, papierosy musiały dawać się mu we znaki nieco bardziej niż mi, ale zaraz mi samej zachciało się śmiać. Przecież zadałam takie głupie, prozaiczne pytanie, ale jednocześnie miałam świadomość, że gdybym tu była, nie musiałabym pytać. Wiedziałabym to. I to mnie zgubiło, dlatego uśmiechnęłam się szerzej, wpatrując się w oczy mężczyzny.
Przestał gładzić moją dłoń, ciepło zniknęło, a zamiast niego pojawiła się mało nęcąca, smętna pustka. Nie rozumiałam dlaczego ukłuło mnie to tak mocno, przecież to nie tak, że coś się wydarzyło, że był zły, to po prostu chwilowa zmiana tematu, atmosfery i kogo ja, kurwa, oszukuję, zwyczajnie chciałam trzymać się blisko niego, a ta ręka dawała taką nadzieję. Szansę. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że oboje jesteśmy niedorajdami życiowymi, co za tym idzie, nasz kontakt fizyczny pewnie zostanie zredukowany do trzymania się za ręce jak para zakochanych dzieciaków, ale, nawet jeśli, to było... miłe. Właściwe. Odpowiednie.
Bo w końcu to byliśmy my, a tylko to się przecież liczyło.
— Raczej nic. Nie miałem za bardzo czasu na cokolwiek poza kilkoma szkicami — których jak zwykle miał pewnie o pierdyliard za dużo, bo to był mój Amadeusz i doskonale pamiętałam z kilku moich pobieżnych wizyt, że każda płaska powierzchnia jego mieszkania tonęła w rysunkach — i zaczęciem może z dwóch prac... — Dłoń powróciła, policzki nadal paliły żywym ogniem, ale oczy się śmiały, tego byłam pewna. — Nie, był portret przecież, jak mogłem zapomnieć o portrecie. Moja bliska znajoma. Przyjaciółka znaczy się, urodziła drugą córę. Już jakiś czas temu, ale jakoś nie było wcześniej okazji. To wszystko galopuje w zabójczym tempie, nie oglądnę się i wszyscy będziemy mieć czterdziestkę na karku. Nazwała ją Winona, nie wiem, skąd bierze te imiona, najpierw Beatrycze, teraz to. Cholera, te dzieciaki będą cierpieć, czekam tylko, aż urodzi syna i nazwie go Mieszko, albo Gordon, okropne mienia. Ale jest piękna, ma oczy Roweny, a Rowena ma naprawdę piękne oczy, szczególnie odcień, wygląda jakby zmieszać grafitowy z kolorem masy perłowej, brzmi źle, wiem, ale jest cudowny. Za bardzo ich wszystkich zaniedbuję... Rozgadałem się, prawda? Cholera, przepraszam, po prostu dawno z nikim słowa nie zamieniłem, wariuję od tych pierdolonych chemikaliów, a dodatkowo sam fakt, że to ty. Czuję się, jakbym ostatni raz cię widział dobre dziesięć lat temu i chciałbym to wszystko nadrobić, a się nie da, zaczynam gadać jak moja babcia, mieli rację, że się zrobię taki na starość. Miałem przestać, przepraszam. — Nic nie mogłam poradzić, roześmiałam się głośno.
— Nie martw się, lubię słyszeć twój głos — zapewniłam mężczyznę, kciukiem naciskając na dłoń, którą mnie trzymał, ściskając ją nieco. — Hej, hej, czasy się zmieniają, za dzieciakami nigdy nikt już nie nadąża, poczekaj na nowe pokolenie, jak ci dziewczyny od przyjaciółki wyrosną, to dopiero wtedy się zacznie — poinformowałam go. Akurat w tym miałam doświadczenie, choć tam zbyt wiele rzeczy się nie zmieniało, to roczniki zawsze. Każdy kolejny zdawał się szukać własnej drogi, ale rzadko kończyło się dobrze. Po samej Nibal poznawałam, że może tylko kilka lat różnicy, ale złapanie wspólnej nici porozumienia trwało długo. Zbyt długo. — A twoja znajoma brzmi ciekawie, wiesz, zawsze masz jeszcze szansę odnowić kontakt, grunt to zrozumieć, gdzie leży błąd. Poza tym, wciąż jeszcze dużo czasu przed tobą. Hej, ile możesz mieć lat? Trzydzieści, czterdzieści? Całe życie jeszcze przed tobą, sporo dni na rozruszanie starych znajomości. — Poszerzyłam uśmiech.

wtorek, 27 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [23]

Usłuchała mnie z uśmiechem na twarzy, zawołała kelnerkę. Złożyliśmy zamówienie, potem owe zamówienie pochłanialiśmy w kompletnej ciszy, a ja pierwszy raz od bardzo długiego czasu czułem, że wszystko jest nareszcie tak, jak być powinno. Łagodnie, mniej chaotycznie, ciepło.
Faktem, że bezczelnie przelatywałem po niej wzrokiem od góry do dołu, nie przejmowała się ani dziewczyna, ani ja, bo chyba oboje przywykliśmy do tego, że wlepiam w nią oczy, jak w walone dzieło sztuki, którym niezaprzeczalnie była.
Brodzisz w coraz większym bagnie, nie pogrążaj się już, Amadeuszu.
Czucie pulsu u innych zawsze okrutnie mnie satysfakcjonowało. Dodawało pewności siebie i utwierdzało mnie w tym, że osoba rzeczywiście znajduje się przy mnie. Zbyt wiele razy dałem się zmęczonej głowie, halucynacjom, czy innego rodzaju pierdołom. Dlatego zdawałem się na czucie. Na tętno. Na obrazowanie sobie w głowie pędzącej w żyłach krwi. Nie wiem, czemu akurat na ten sygnał się uparłem, ale uśmiechałem się, gdy czułem, że zrównałem z nim rytm.
Dlatego kurczowo trzymałem dłoń dziewczyny, ciągle gładziłem jej palce, ciągle kontrolowałem rzeczywistość, bo nie chciałem, by to wszystko uciekło w siną dal.
— To co ostatnio namalowałeś? — spytała nagle, a mi zostało się jedynie roześmiać cicho pod nosem, bo było to chyba najbardziej oklepane pytanie, jakie mogła mi zadać. Mimo wszystko, urocze.
Przetarłem brodę prawą dłonią, cholera, zdecydowanie muszę się ogolić, przytknąłem palec wskazujący wzdłuż szerokości ust i zmarszczyłem brwi, udając, że moja głowa trybi i trybi, chociaż trybić teraz nie była w stanie. Odsunąłem rękę z cichym, pytającym westchnięciem i otworzeniem spierzchniętych warg.
— Raczej nic. Nie miałem za bardzo czasu na cokolwiek poza kilkoma szkicami — w których już tonąłem — i zaczęciem może z dwóch prac... — Tu sięgnąłem drugą dłonią do palców dziewczyny, którymi za chwilę zacząłem się bawić. Ciągnąć, wyginać delikatnie, przestawiać. Gładzić knykcie, paliczki, czy nawet paznokcie. — Nie, był portret przecież, jak mogłem zapomnieć o portrecie. Moja bliska znajoma. Przyjaciółka znaczy się, urodziła drugą córę. Już jakiś czas temu, ale jakoś nie było wcześniej okazji. To wszystko galopuje w zabójczym tempie, nie oglądnę się i wszyscy będziemy mieć czterdziestkę na karku. Nazwała ją Winona, nie wiem, skąd bierze te imiona, najpierw Beatrycze, teraz to. Cholera, te dzieciaki będą cierpieć, czekam tylko, aż urodzi syna i nazwie go Mieszko, albo Gordon, okropne mienia. Ale jest piękna, ma oczy Roweny, a Rowena ma naprawdę piękne oczy, szczególnie odcień, wygląda jakby zmieszać grafitowy z kolorem masy perłowej, brzmi źle, wiem, ale jest cudowny. Za bardzo ich wszystkich zaniedbuję... Rozgadałem się, prawda? Cholera, przepraszam, po prostu dawno z nikim słowa nie zamieniłem, wariuję od tych pierdolonych chemikaliów, a dodatkowo sam fakt, że to ty. Czuję się, jakbym ostatni raz cię widział dobre dziesięć lat temu i chciałbym to wszystko nadrobić, a się nie da, zaczynam gadać jak moja babcia, mieli rację, że się zrobię taki na starość. Miałem przestać, przepraszam.

poniedziałek, 26 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [22]

— Oh, naprawdę, Heather, jebać zasady. — Westchnęłam z zaskoczeniem, gdy cała zmagazynowana energia rozpyliła się w powietrzu, wybuchła jak supernova i mogłam tylko przełknąć ślinę, zastanawiając się, w co ja się, do cholery jasnej, pakuję. I prawda była taka, że o niczym innym przecież nie marzyłam, ale czy to było ? Oczywiście, że nie, też prawda, Heather, zacznij ogarniać, myśleć. Feria barw, sto tysięcy różnych odcieni i każdy kolejny wskazywał na to samo. Jego dłoń w mojej, delikatny dotyk kciuka, kolejny raz przełknęłam ślinę, ale uśmiech pojawił się samo i w dodatku znikąd, jak to w ogóle możliwe? 
— Po drugie, czy naprawdę pomyślałaś, że mógłbym kazać ci się odpierdolić? Tobie? Ja? — Prychnęłam pod nosem, zaczynając mruczeć coś niezrozumiałego. Znałam konsekwencje, anorskie zasady anorskimi zasadami, ale nadal pozostawały pewne standardy. Plotki. Rzeczy, które na widoku nie raziły, ale gdy przychodziło co do czego, to nagle większość ludzi zaczynała mieć problem. — Po trzecie, błagam, zamówmy tę kawę i ciastko, bo jeszcze chwila i sczeznę. — Parsknęłam śmiechem, wołając do nas kelnerkę. Następne dwadzieścia minut upłynęło nam w komfortowej ciszy, gdzie chyba oboje nie wiedzieliśmy co powiedzieć i już nic do powiedzenia nie było. Po wypiciu herbaty i zjedzeniu ciastka, nadal trzymaliśmy się za ręce, co było słodkie, dziwne, urocze, ale przede wszystkim przyjemne, choć rumieniłam się jak pierwsza lepsza pensjonarka, odcieniem twarzy przypominając dorodnego pomidora.
— To co ostatnio namalowałeś? — rzuciłam luźnym tonem.

niedziela, 25 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [21]

Przez dosłownie chwilę wpatrywałem się w nasze dłonie, w jej długie, szczupłe palce, które delikatnie ściskały moją rękę, jakby dodanie otuchy było ich priorytetem.
A potem zrozumiałem, że znajdowałem się między młotem a kowadłem, bo jej dotyk zdecydowanie był jednym z najprzyjemniejszych, jakie przyszło mi doświadczyć, a mimo wszystko, nie był odpowiedni. Był dotykiem miękkim i delikatnym, kobiecym, takim, do którego przyzwyczajony nie byłem i nawet nie chciałem być. Bo to przecież ja przez większość czasu otoczony byłem opieką, to ja kładłem dłoń na ramieniu w tańcu.
To ja powinienem w końcu przestać myśleć o tak odległej przeszłości, która przeminęła z wiatrem i wrócić już nie wróci. To ja powinienem skończyć namolne gadanie o Złotym Chłopcu Mężczyźnie, bo obaj byliśmy po trzydziestce i mieliśmy własne życia, własne rodziny.
Przynajmniej jeden z nas.
Jednakże echo ciągle gdzieś tam brzmiało, powtarzało słowa i zdarzenia, chociażby w siedmioletniej dziewczynce, która nosiła moje wymarzone imię i posiadała jego oczy.
I to chyba bolało w tym wszystkim najbardziej.
— Chciałabym wytłumaczyć, ale masz własne problemy. I raczej nie potrzebujesz moich. Więc czy to jest ten moment, w którym każesz odpierdolić się gówniarze czy mam cień szansy? Znaczy, to nie tak, ja nie potrzebuję decyzji i tak dalej, po prostu... Wiem, że naruszam granicę i tak dalej, i że pewnie będziesz miał kłopoty w pracy i tak dalej, i jeszcze tych dalej razy pierdyliard. — I chyba dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie siedzi przede mną Will, ani żadna uczennica z drugiego roku, a Heather Williams. Jedyna w swoim rodzaju, rozkwitnięta, skutecznie zacierająca ślady po dziewczynie, która wprowadzała mnie do szkoły. Nie miała zamiaru bawić się w kotka i myszkę, zdając sobie sprawę, że im dłużej będzie to robić, tym gorsze skutki to wywrze.
— Oh, naprawdę, Heather, jebać zasady. — Zapach jabłek, słodkich perfum i nutki niepokoju, która psuła powietrze. Dodatkowo aromat kawiarni, typowy, charakterystyczny i sytuacja mogłaby być wręcz wymarzona, gdyby nie ciężki temat wiszący w powietrzu i sprawiający wrażenie, jakby zaraz miał nas zgnieść. Odwróciłem nagle dłoń i ująłem tą jej, poczynając gładzić kciukiem wierzch jej palców. — Po drugie, czy naprawdę pomyślałaś, że mógłbym kazać ci się odpierdolić? Tobie? Ja? — Uniosłem brwi, wiedziałem, że wrażenie, jakie wywierałem na innych, nie było zbyt pozytywne, ale że aż tak? — Po trzecie, błagam, zamówmy tę kawę i ciastko, bo jeszcze chwila i sczeznę.

sobota, 24 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [20]

Zaczął się czerwień, co wyglądało bardzo zabawnie, zwłaszcza na jego twarzy, usianej wciąż wielobarwnymi barwami w stu odcieniach bieli. To wszystko przeplatało się ze sobą, tworzyło unikalny, wyjątkowy obraz, tylko dla moich oczu. Chłonęłam to, chciałam to wszystko zagarnąć i mogłam tylko nieco złagodnieć, uśmiechnąć się spokojniej, wziąć głęboki oddech i wciągnąć nosem papierową woń, wodę kolońską mężczyzny, zapach terpentyny, ale też potu i pokojowego zaduchu, który wskazywał, że przez ostatnie kilka dni właściciel koszuli nie bywał zbyt długo na świeżym powietrzu. 
Musiałam tu zostać, poukładać kilka spraw, może nawet faktycznie sprowadzić Nibal. Byłam przecież na dobrej drodze, dzienniki prawie w całości udało mi się przetłumaczyć, pieśni powoli rozkodowywałam, jeszcze tylko kilka ostatnich wersów, ostatnie nuty, mogłabym rzucić wiązką energii w lustro i potwierdzić moją teorię, mogłabym w końcu się uwolnić albo nawet tam zostać, ale już na innych zasadach. Może nawet nie myślałabym o powrocie, zostawiłabym to wszystko za sobą. Jamesa. Dextera. Nervill. Sky się udało, Lilce też, Stelli tym bardziej, dlaczego w ogóle się wahałam, przecież teraz miała Nibal, wystarczyłoby, żebym znikła. Gdybym nie wróciła do AWU, to nawet nie wiedziałaby, gdzie indziej mogłaby mnie szukać. 
A potem przyjrzałam się zmęczonym oczom mężczyzny i mogłam tylko wyciągnąć dłoń, chwytając tą jego, która akurat drgała niemrawo na stole.
— Ja... — Wiem przecież. Chciałam się odezwać, coś powiedzieć, ale mogłam tylko ścisnąć jego dłoń i znowu, tym razem nieco delikatniej, poszerzyć uśmiech.  — Ja też się cieszę, że. Że tu jesteś. Cholernie się cieszę. Ze mną, znaczy. — A potem zobaczyłam ten jego i już wiedziałam, że podjęłam odpowiednią decyzję. Odchrząknęłam, nie chcąc zamilknąć w połowie.
— Chciałabym wytłumaczyć, ale masz własne problemy. I raczej nie potrzebujesz moich. Więc czy to jest ten moment, w którym każesz odpierdolić się gówniarze czy mam cień szansy? — zarzuciłam, ale mieszanina uczuć mężczyzny na moment zbiła mnie z patyku. — Znaczy, to nie tak, ja nie potrzebuję decyzji i tak dalej, po prostu... — Pozwól mi na siebie patrzeć. Nie odtrącaj mnie całkowicie. Daj mi się pokręcić wokoło, nie potrzebuję wiele, bo prostu widzieć twój uśmiech. — Wiem, że naruszam granicę i tak dalej, i że pewnie będziesz miał kłopoty w pracy i tak dalej, i jeszcze tych dalej razy pierdyliard. — Ale mi naprawdę wiele nie trzeba.

piątek, 23 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [19]

Znowu uciekła gdzieś myślami, rozglądała się po stolikach, znikała i choćby mi próbowali wmówić, że było inaczej, to doskonale zdawałem sobie sprawę z wszechobecnego niepokoju, który ją trapił. Ściągnąłem brwi, nie będąc zadowolony z faktu, że wróciła...
Cholera, będę to powtarzać w nieskończoność, ale wróciła, widzę ją, czuję ją, mam ją na wyciągnięcie rozdygotanej dłoni.
Jestem kurwa tak szczęśliwy.
Że wróciła, a jednocześnie była tak daleko. Mogłem po nią sięgnąć, ale ona zawsze odsuwała się o krok. Coś ją odsuwało, a ja nie mogłem jej dotknąć, złapać, chociaż musnąć palcami.
Odsunąłem papierosa od ust, przetrzymałem dym, spojrzałem na własną rękę. Rany, blizny, tatuaże. Beznadziejne cytaty podwalone z tumblra, gdy miałem pstro w głowie albo byłem tak napierdolony, że mógłbym sobie zrobić twarz najlepszego przyjaciela albo losowej osoby na dupie. Jak dobrze, że miałem jakiekolwiek resztki instynktu samozachowawczego.
Trzeba będzie je zakryć, ale to kiedy indziej. Jak zaplanuję. Jak dopracuję.
Wypuściłem dym, cud, że się nie udusiłem, patrząc na czas, jaki go przetrzymywałem.
Dziewczyna łypała wzrokiem na fajki. Chciała, potrzebowałem. Widziałem to. Jednocześnie ciągle się powstrzymywała.
Coś jest na rzeczy. Coś dziwnego. Coś, z czym nie chcę mieć niczego wspólnego, bo kości mi strzykały, że nic dobrego to nie zwiastuje.
Trzaśnięcie kartą o stół, które wybudziłoby nawet martwego ze snu wiecznego. Wzdrygnąłem się, cofnąłem i sam odłożyłem kartę.
— Musimy pogadać, dobra? Wiem, że skrewiłam, wiem, że niczego nie mówię i to jest nieogarnięte, ale naprawdę się cieszę, że tu jestem. Z tobą znaczy  i sama nie wiem dlaczego to mówię, ale no — wyjechała nagle, agresywnie, wcisnęła mnie w krzesło i odjęła od ust wszelakie słowa. Chwila przemyślenia, trawienia tego, co powiedziała i w końcu zderzające się kuleczki, które przy okazji trąciły kubełek z czerwoną farbą, a ta rozlała się nagle po moich polikach, czułem to, doskonale to czułem i znowu czułem się jak nastolatek, któremu jego zauroczenie właśnie powiedziało, że w sumie, to jest nawet fajny.
Jej pewność siebie i błysk w oku skutecznie mnie zdominowały i przycisnęły do ściany, spod której nie było drogi ucieczki.
— Ja... — Jak bardzo tego nie chciałem, tak właśnie teraz głos musiał mi się złamać. — Ja też się cieszę, że. Że tu jesteś. Cholernie się cieszę. Ze mną, znaczy. — Posłałem jej delikatny uśmiech.
Bo chyba pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się, jakbym rzeczywiście coś znaczył.
Jakbym był dla kogoś istotny.

czwartek, 22 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [18]

Przyjrzałam się bardziej mężczyźnie, dyskretnie rzucając od czasu do czasu okiem w kierunku innych stolików, zanim w końcu przyłapałam się, co właśnie zaczęłam robić. Zdecydowanie musiałam z tym skończyć, nie mam żadnej paranoi, nikt mi nagle nie wyskoczy zza winkla, żeby zabrać mnie z powrotem, nie, wcale, nie ma niczego takiego i, ojezu, Heather, wrzuć na luz.
Odetchnęłam głęboko, przeniosłam spojrzenie na paczkę papierosów. Jeszcze nie teraz, jeżeli sięgnę, wypalę z nerwów od razu całą paczkę, a będę potrzebować karmy dla palacza dopiero po tym, jak zabiję Jamesa, co pewnie też skończy się ostatecznie rakiem. Jak nie płuc, to przynajmniej ogaru.
I atmosfera uległa zmianie, stała się nieco bardziej cięta, a ja nie byłam w stanie się odezwać, wytłumaczyć co-i-jak, a facet przede mną zdecydowanie potrzebował pomocy i nawet nie wiedziałam co robić, i miałam wrażenie, że teraz jestem już kompletnie pusta, i że nadal jestem chrzanioną egoistą.
Jeszcze jakiś czas temu przeciągnęłabym się, odchrząknęłabym delikatnie, zagaiła temat i spróbowała naokoło dojść do sedna problemu, wyjaśniając wszystko. Ale miałam naprawdę dosyć bycia grzeczną dziewczynką, bo jeszcze do niczego mnie to nie zaprowadziło, więc nie zgrywałam kiepskiego uśmiechu, tylko uderzyłam kartą dań o stolik i warknęłam, co zabrzmiało bardziej jak pisk.
— Musimy pogadać, dobra? Wiem, że skrewiłam, wiem, że niczego nie mówię i to jest nieogarnięte, ale naprawdę się cieszę, że tu jestem. Z tobą znaczy — dookreśliłam, żeby miał pewność, bo z podkrążonymi oczami, rankami po wkłuciach na dłoniach i niepewną miną nie wyglądał na osobę, która w tej chwili łapała cokolwiek bez dopowiedzenia konkretnego — i sama nie wiem dlaczego to mówię, ale no. — Nie będę więcej milczeć. Kolejny ze złych nawyków.

środa, 21 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [17]

— Nadal szukają kelnerek? — W sumie to nie wiedziałem, więc jedynie wzruszyłem ramionami, lecz dziewczyna lawirowała myślami zupełnie gdzie indziej, zostawiając do mojego użytku zwykłą kukłę, która kroczyła tam, gdzie ja. Spuściłem głowę i przemilczałem resztę drogi. Rozumiałem, w końcu sam tak robiłem. Znikałem na długie godziny, doprowadzając do szału praktycznie każdego.
Zapach kawy, świeże powietrze, utęskniona towarzyszka i poczucie, że chociaż przez chwilkę udaje mi się utrzymać jakąś stabilność. To zestawienie mogłoby trwać w nieskończoność, to znaczy, chciałem, żeby trwało. Było dobrze, tak po prostu. Spokojnie. Normalnie. Brakowało mi tego. Brakowało mi poczucia, że wszystko jest w porządku, a ja nie stracę powietrza w płucach.
— Jak pełnie? — Nie podnosiła wzroku znad menu, które przeglądała z uwagą, skupieniem, delikatnym uśmiechem na ustach. Wydąłem wargi i ściągnąłem brwi, gdy zobaczyłem cenę zwykłego tiramisu z truskawkami. Cenią się, nie ma co. Potem się ludzie dziwią, że wolę przeznaczyć te kwoty na działkę. Albo dwie.
Pokręciłem głową, nie wolno, dowie się, opierdoli cię, nie myśl już, nie idź w tym kierunku.
— Pełnie? — Przewróciłem kartę. Mocna kawa bez dodatków była już dla mnie wyborem oczywistym, zastanawiałem się jeszcze, czy nie wziąć sobie do tego czegoś słodkiego. Wzrok przykuło ciasto z owocami i galaretką.
Raczej dobrze, nic sobie nie zrobiłem.
Oprócz rozbicia głowy, przez co potem przez dwa tygodnie chodziłem z plastrem, jak skończony debil.
Nikogo nie rozszarpałem.
Oprócz kilku szczurów, które napatoczyły się pod łapy w piwniczce.
Tylko mnie kurwica i jasny szlag trafiały. No i bolało trochę.
Podrapałem się po zarośniętym policzku. Ogolę się, obiecuję. Muszę się ogolić, wyglądałem źle.
— Dobrze — skwitowałem krótko, nerwowo, niepewnie. Wyjąłem paczkę papierosów. Vogue mentolowe, najzwyklejsze w świecie. Skierowałem ją w stronę dziewczyny, dalej dobierała, odmówiła. Odłożyłem je więc na stoliku, będąc gotowym na to, że się zdecyduje. Zazwyczaj się decydowała. Nie podmienili jej? Nie zabrali jej? Czy ona tu jest? Siedzi? To ona? Na pewno?
Zapaliłem, czując, że robi mi się gorzej. Tak na duszy, zwyczajnie.

wtorek, 20 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [16]

— No proszę, czyli jednak Adam ma coś z człowieka, albo po prostu wymuskane i wygórowane ego. Raczej to drugie. Wręcz się z niego wylewa. — Prychnęłam w odpowiedzi, przypominając sobie zasłyszane plotki od dziewczyn, które matka zabrała wtedy ze sobą. Nie była to zbyt miła pogawędka, a zarówno dyrektor, jak i Cesarz, potrafili mieć sporo na sumieniu, gdy przychodziło do wspólnych kłótni. Nie oni jedni zresztą.
— W sumie to dużo się tutaj nie zmieniło, jak mam być szczery. — Przetarł twarz, widać było, że jest całkowicie zmęczony. Jak jakiś wampir energetyczny, nie wątpiłam, że przynajmniej kilka ostatnich dni musiał przeżyć na kawie, mrożonkach, zupkach chińskich i zapachu terpentyny. — Nic za bardzo nie dobudowali, a najlepsza kawiarenka, jak stała, tak stoi.  Z pubem i barem podobnie, stare śmieci, nie ma co. 
— Nadal szukają kelnerek? — spytałam, słysząc informacje o barze. Jeżeli już chciałam się faktycznie bawić, a od podjętej wówczas decyzji nie miałam już jak się odwrócić, to zostawało ruszyć tyłek i zadbać o wszystko. Zaczynając od zdobycia pieniędzy. Kolejny rocznik stanął pod znakiem zapytania, ale byłam pewna, że, gdy wrócę do matki, będzie to już mój pożegnalny wyjazd, nastawiony na to, że w końcu jej wygarnę. 
Wszystko po kolei, zaczynając od Sky, na Nibal kończąc, ale to nie była pora na takie przemyślenia, dlatego wróciłam do rzeczywistości. Zgarnęliśmy się do kawiarenki,zajmując stolik pod oknem.
— Jak pełnie? — rzuciłam luźno, przeglądając dalej menu.



poniedziałek, 19 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [15]

— To wszystko wina Cesarza. Na jednym z ostatnich balów, gdzie Miński się jako delegacja pojawił, zaczęli wzajemnie narzekać na to, że funkcje stołkowe im nie służą. Jakiś zakład czy coś w ten deseń. — Lubiłem na nią patrzeć. Lubiłem jej słuchać. Lubiłem po prostu z nią być. Lubiłem dźwięczny śmiech. Lubiłem ją, tak najzwyczajniej w świecie, w całej jej okazałości ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, bo je też posiadała, ale były jak najbardziej w porządku i było jej z nimi do twarzy.
Uśmiechnąłem się razem z nią, gdy dostrzegła tutejsze miasteczko. Tęskniła za tym wszystkim? Pewnie tak, głupie pytanie, ludzie z natury tęsknią i lubią wspominać dawne dzieje. Jak to dobrze kiedyś nie było, jak to im się nie wiodło. Sam rozpamiętywałem. Dużo. Długo. Samotnie. Kląłem sam do siebie i samego siebie za to, co żem poczynił, kiedyś tam, gdzieś tam, z kimś tam.
— No proszę, czyli jednak Adam ma coś z człowieka, albo po prostu wymuskane i wygórowane ego. Raczej to drugie. Wręcz się z niego wylewa. — Zdecydowałem się na tym skończyć ten temat i jak najszybciej go zmienić, bo limity narzucone przez dyrektora nikomu nie służyły, uczniowie dostawali korby, nauczyciele się buntowali, a ten chyba nic nie zrzucił z wagi, bo jak wkurwiony był, tak dalej łaził. — W sumie to dużo się tutaj nie zmieniło, jak mam być szczery. — Przetarłem delikatnie twarz, wygrzebałem śpiocha i strzepnąłem go gdzieś tam, na glebę. Niezbyt kulturalnie, no cóż i tak bywa. — Nic za bardzo nie dobudowali, a najlepsza kawiarenka, jak stała, tak stoi. — Najlepsza, bo chyba jedyna w obrębie trzydziestu kilometrów. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. — Z pubem i barem podobnie, stare śmieci, nie ma co.
Zapaliłbym.
Potem.

niedziela, 18 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [14]

Zabiję. Po prostu doszło do mnie, że to była jedna z rzeczy, na których naprawdę mi zależało i poczułam cię głupia, mając świadomość, że zaufałam najwidoczniej niewłaściwej osobie. Sam fakt niedoręczenia listu nie bolał aż tak, bardziej ta durna myśl z tyłu głowy, że nie okłamał. Że najwidoczniej miał jakiś problem, o którym znowu mi nie powiedział i zaczęłam sobie uświadamiać, jak bardzo wszyscy oddalaliśmy się od siebie. I nie wątpiłam, że to głównie moja wina, bo to ja ich cały czas opuszczałam. 
Nauczyciel podwinął rękawy koszuli, bacznie się mi przyglądając. Zwolniłam nieco, a mój uśmiech nieco osłabł. Z jednej strony obserwowanie było miłe, w końcu to nie tak, że jak głupia nie próbowałam złapać choć na moment jego zainteresowania, ale po pobycie znowu u matki, miałam wrażenie, że przechodzą mnie ciarki. 
— No cóż. Czasu się nie cofnie, przepraszać nie ma co. — Skinęłam szybko głową. — Chodźmy już na to ciastko, głodnym, a tobie też dobrze zrobi. — Ruszyłam za mężczyzną, łapiąc kolejne słowa. Brakowało mi tego miejsca, tej wariackiej atmosfery, że wszyscy wokół szaleją i próbując znaleźć swoje głowy — Nie wiem, czy słyszałaś, Miński nam detoks od słodyczy zrobił, myślałem, że zgniję, reszta też. Wiesz, mi to tam jeszcze pozwalał mieć coś na czarną godzinę z zaleceń lekarza, ale inni? Gówniarzeria masowe przemyty zaczęła organizować, a wszystko, bo staremu się dupa rozpuchła. 
— To wszystko wina Cesarza — roześmiałam się głośno. — Na jednym z ostatnich balów, gdzie Miński się jako delegacja pojawił, zaczęli wzajemnie narzekać na to, że funkcje stołkowe im nie służą. Jakiś zakład czy coś w ten deseń. — Zanotowałam w myślach informację o zaleceniach lekarza, ciekawe, czy ten sam lekarz nie wypisywał przypadkiem zezwoleń na wysoce uzależniające czy niebezpieczne leki. Nie wątpiłam, że kropki i drobne rany na rękach to tylko początek długiej listy. W końcu doszliśmy do skraju lasu, a przed nami wyłoniły się pierwsze, miejskie budynki. Na Cesarza, jak ja dawno tu nie byłam.

sobota, 17 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [13]

Zawsze dźwięczny, niczym dobrze nastrojony instrument, głos, zafałszował nagle. Upewnił mnie w przekonaniu, że dziewczę jest porządnie zirytowane, a winny całej tej sytuacji nie wyjdzie z tego cało.
Może tak miało być? Może po prostu miałem nie otrzymać tego listu z powodów znanych tylko karmie, siłom wyższym, losowi, cokolwiek? Niezbadane są wyroki boskie.
Korzystając z wolnej chwili, począłem podwijać rękawy koszuli, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Odnosiłem wrażenie, iż zbyt często mówię o niej poetycko, zbyt często zwracam uwagę tylko na wygląd, zbyt często ją uprzedmiotawiam. Nie chciałem, żeby tak było, nie znowu. 
Ona również nie spuszczała ze mnie wzroku, po twarzy poznać można było, że emocje z niej schodzą, że zrezygnowanie i względny gniew mija. Podobnie jak moja walka z guzikiem przy lewym rękawie. 
— No cóż. Czasu się nie cofnie, przepraszać nie ma co. — Mimo wszystko miło mi się na sercu zrobiło, gdy uświadomiłem sobie, że tak właściwie to poświęciła chwilę na napisanie listu, przypomniała sobie o mojej osobie. — Chodźmy już na to ciastko, głodnym, a tobie też dobrze zrobi. — Uśmiechnąłem się, chociaż głowa pulsowała mi od zapachów, emocji i znalezienia się w otoczeniu innym, niż moja nora. — Nie wiem, czy słyszałaś, Miński nam detoks od słodyczy zrobił, myślałem, że zgniję, reszta też. Wiesz, mi to tam jeszcze pozwalał mieć coś na czarną godzinę z zaleceń lekarza, ale inni? Gówniarzeria masowe przemyty zaczęła organizować, a wszystko, bo staremu się dupa rozpuchła — mówiłem, drepcząc przed siebie. Nawet nie wiedziałem, czy szła za mną, czy słuchała. Zmiana tematu brzmiała jak naprawdę dobry plan, nie ma co.

piątek, 16 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [12]

Zaciśnięte palce, pojawiający się i znikający rumieniec na policzkach, ale przede wszystkim uśmiech, ten smętny, pełen zmęczenia życiem uśmiech, od którego nie potrafiłam się uwolnić. 
Zapierdolę, zabiję, uduszę tego padalca, z którym od czasu do czasu wymieniałam listy w czasie mojej nieobecności i który ani słowem nie zająknął się o tym, że ma jakikolwiek problem z moją jedyną prośbą. Bo to bolało, takie irytujące uczucie, że zostawiłam niedokończone sprawy, w dodatku w najgorszym momencie, bo ja potrzebowałam się otrząsnąć, przejrzeć na oczy, wyrwać się z tego wszystkiego.
I zabrać ze sobą Nibal. Ale to później, jeszcze jest czas, taki honorowy złoty, pożegnalny, strzał do tłumu i sayonara, nic im winna nie byłam, jestem i nie będę, więc jak dla mnie mogą się pierdolić. 


— Przepraszam — wydukałam w końcu, uśmiechając się słabo. — Widocznie wybrałam złego kuriera. — Z którym sobie później tą sprawę wyjaśnię... — Miałam dla ciebie list. Z wyjaśnieniem wszystkiego. I tak dalej. Ale najwidoczniej musiały wyjść po drodze jakieś problemy. — Parsknęłam fałszywym rozbawieniem, ale w sercu gdzieś tam nadal czułam się zranioną małolatą. Próbowałam, chciałam zadbać, a wyszło jak zwykle. To była tylko i wyłącznie moja wina, ale niesmak spowodowany ignorancją jednego, głupiego dupka pozostał. Cienka nić zaufania właśnie rozleciała się na moich oczach.

czwartek, 15 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [11]

Nagłe zatrzymanie. Wybicie mnie z rytmu nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Wszystkie marzenia się rozlazły, tok myślenia nagle się rozpłynął, a powoli układające się w głowie plany poszły się kochać w gęstwinie, która pojawiła się tak właściwie znikąd.
Zapachy. Dużo zapachów. Za dużo. Nagły atak, podrażnienie nosa, bo przyzwyczaiłem się już do odoru akryli, tytoniu i pudełka po pizzy sprzed tygodnia. No, może dwóch. Migrena złapała nagle, niespodziewanie, rzuciła się na, i tak już obolałą, głowę. Świerki, mchy, runo leśne, szyszki. Wszystko mnie osaczyło, a do tego słowa dziewczyny, jak za murem, szklaną ścianą, bo ten jeden zmysł, tak bardzo podrażniony, z sukcesem dusił resztę.
— Myślę, że bycie głupim nie jest niczym złym. Hm... — Oczywiście, że nie jest złe. Spójrz na mnie, jestem skończonym idiotą i jakoś nikt nie narzeka, nikt nic nie mówi, nikt nie negu... Zły przykład, zdecydowanie zły przykład. — Poza tym, coś mnie jeszcze ominęło wielkiego? James przekazał ci moje listy? Dlaczego nie odpisałeś?  Mińsk jeszcze nikogo nie wylał? Dexter pozabijał? — spytała na wdechu, szybko, szczególnie przy jednym pytaniu, które początkowo całkowicie zignorowałem. Nie istniało. Zniknęło w tłumie, schowało się za plecami starszego brata. Co?
— Nie wiem. — Szczera prawda. Co działo się w szkole przez ostatnie kilka miesięcy? Sam chciałbym wiedzieć. Mińsk? Robił coś oprócz wrzeszczenia na mnie i Nibyłowskiego, bo byliśmy czarnymi owcami grona pedagogicznego? Prawdopodobnie nie. Niunia od zielarstwa [żeśmy się na nią uparli, niech nas chudy byk weźmie] zamachała czym potrzeba, krzyknęła to i owo, no i siadło.
Ściągnąłem brwi.
— Jakie listy, co? — Panika w czystej postaci. Znowu coś spaliłem. Pewnie przeznaczyłem jej pisma na jakieś maziaje, albo bibułki, bo się oryginalne skończyły, pewnie znowu coś schrzaniłem kogoś zawiodłem. Ją zawiodłem, dokładniej. Skup się, Remus, myśl, masz trzydzieści jeden lat, rusz łepetyną. Świstki. Ładne świstki ze znaczkiem pocztowym, albo woskową pieczątką, twoje imię na nich, no dalej, skup się.
Nic. Absolutnie nic.
Strzelamy, przesrane będziemy mieć potem.
— Jakie listy, nie dostałem żadnych listów — mruknąłem, zerkając bez przekonania na nastolatkę.

środa, 14 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [10]

Wyszliśmy na zewnątrz, zaczynając powolną wędrówkę wzdłuż linii drzew. Droga do miasta powinna być szybka, ale obawiałam się, że zajmie nam nieco dłużej, chociaż może cieszyłam się z takiego biegu wydarzeń? Spędzanie czasu z mężczyzną same w sobie było już cudowną nagrodą, niezależnie od rodzaju jego spożytkowania. 
— Myślę, że bycie głupim nie jest niczym złym. Hm... — odparłam z uśmiechem, wdychając rześkie powietrze. Tak, tego również mi brakowało. — Poza tym, coś mnie jeszcze ominęło wielkiego? James przekazał ci moje listy? Dlaczego nie odpisałeś?  Mińsk jeszcze nikogo nie wylał? Dexter pozabijał? — spytałam szybko, zarzucając Amadeusza pytaniami, nie chcąc, żeby wyłapał moją niepewność. To przecież wcale nie bolało, to ja ich wszystkich zostawiłam, więc nie mogłam oczekiwać, żeby czekali. Nawet jeżeli było gdzieś tam drobne ukłucie irytacji, że przecież próbowałam się skontaktować, nie dostałam żadnego odpisu, to wciąż była moja wina. 
— Jakie listy, co? — Panika, emocje znowu zaczęły wirować wokoło nas, a tatuaż na karku zapiekł ostrzegawczo. — Jakie listy, nie dostałem żadnych listów — mruknął i wiedziałam, że mówił prawdę. 
Poczułam się zdradzona, bo jednak ufałam Jamesowi, że przysłuży się mojej prośbie. Że zrozumie. A na razie to ja nie rozumiałam, jaki problem był w tym, żeby przekazać grupie ludzi po jednej, głupiej wiadomości. Westchnęłam w duchu, przełykając żółć.

wtorek, 13 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [9]

— Nie powinieneś ćpać. 
Wiem, Heather. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Nie powinienem, ale co mam do gadania, skoro to wszystko jest silniejsze ode mnie?
Złapała mnie za rękę, niespodziewanie. Pociągnęła nagle, prawie mnie przewracając. Co, jak co, ale na stratę zębów jest chyba jeszcze za wcześnie. 
— Lody. Ciasto. Kawa — powiedziała bez zawahania, dalej mnie prowadząc. Wyszliśmy z gabinetu, uczniowie spoglądali na nas ze zdziwieniem, a ja sam dalej nie do końca kontaktowałem. Czułem się jak po drzemce w środku dnia. Dość długiej drzemce...
Tak właściwie, to nie mijało się to za bardzo z prawdą.
Dziwnie było czuć dotyk drugiej osoby po tak długim czasie przerwy. Dziwnie było móc zacisnąć palce na ciepłej dłoni. Dziwnie było czuć, że ktoś jest tak blisko ciebie. Lecz dziwnie wcale nie oznaczało, że źle, wręcz przeciwnie, było miło. Bardzo miło. Chłód metalu, odór pościeli i farb potrafił zamęczyć. Zapach jabłek był miłą odskocznią...
— Wiszę ci dobrą kawę. I mocną. Tatuaż wyszedł. — Chwila zamysłu.  — Ekstra. I chyba wyjście dobrze ci zrobi. — Ściągnąłem delikatnie brwi, dalej wpatrując się w plecy nastolatki, tak żwawo kroczącej przed siebie, bez zawahania, z wysoko uniesioną głową. Przeanalizowałem słowa Heather. Postawić kawę? Nienawidzę, gdy za mnie płacą, nie cierpię, czuję się wtedy winny. — To nie przypadkiem wampiry uciekają od słońca, nie wilkołaki? Kiedy ostatni raz byłeś na zewnątrz? — Piekły mnie oczy. Prawdopodobnie ze zmęczenia, ostatnie noce zarywałem nad jakimiś papierowymi robotami od Mińska, które dużo do mojego życia nie wnosiły. 
— Nie wiem — odparłem szczerze, próbując przypomnieć sobie ostatni spacer. Ostatnie wyjście. Ostatnią ucieczkę. Próbując sobie przypomnieć, który jest, do cholery jasnej, dzień tygodnia. — Nie pamiętam. — Ciche westchnięcie. Spuściłem głowę i zerknąłem na luźno wiszące, rozpięte rękawy koszuli w szopy pracze. Przydałoby się dorosnąć, Amadeuszu, nie masz już siedemnastu lat. Nie masz czasu na radosne błąkanie się po świecie bez większych zobowiązań. Beztroskie życie, zaprawdę, jest cudowne, ale nie możesz po prostu być wiecznym studentem, który leci na chińskim żarciu i pizzy, czasem brudząc ręce na zmywaku w pobliskiej knajpie, czy za kasą w Ropuszce. Masz trzydzieści dwa lata, a życie umyka ci przez palce, bo topisz się w substancjach odurzających. — Wydoroślałaś. — Sztuczne zagajanie tematu, ucieczka od własnej osoby, próba zamaskowania faktu, że nic nie było dobrze.

poniedziałek, 12 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [8]

Czy zaczynał wariować? Nie zdziwiłabym się. Szybki nerw, skrzywienie na twarzy, ta cała gama emocji wywalona na wszystko i wszystkich, jakby nikt nie zauważył. I może nie zauważyli, ludzi uczy się patrzeć, żeby nie widzieli i nazywa się to prawdziwym wychowaniem. A może zwyczajnie udawali, że wcale nie słania się na nogach? Że nie ma przekrwionych oczu, że nie biega wzrokiem od drzwi do okna, że nie skrywa pod rękawami koszuli paskudnych kłuć? 
Szybki powrót do teraźniejszości, bo przecież liczyło się to co teraz. Prawda? Sama go zostawiłaś, Heather. 

x X x

— Tylko słabe. — Przecież wiem, jak się czujesz, gdy kłamiesz. Naprawdę myślisz, że nie zauważyłabym, jak gasną ci oczy? Może w ogóle nie chciałeś, żebym uwierzyła w kłamstwo? Albo znowu jestem już świrnięta i nie odróżniam bodźców, znaczeń, aluzji. Sama chciałaś uciekać. — Dlaczego? Dla lepszych doznań? Otwartego umysłu, trafienia w każdy kształt, kolor. Dla piękniejszych prac?
— Nie powinieneś ćpać. — Mrużę oczy, wyciągam w jego kierunku dłoń i tym razem się nie waham. Łapię go za rękę i ciągnę za sobą, idąc w kierunku drzwi. — Lody. Ciasto. Kawa — rzucam szybko, bo to dobra strategia, a przynajmniej działała przez ostatnie dwa miesiące. Po prostu tym razem wrzucić na luz. Udawać, że nie dławię się starannie wyuczonymi formułkami, które chcą same wyleźć z tych brudnych ust. — Wiszę ci dobrą kawę. I mocną. Tatuaż wyszedł — cudownie, niesamowicie, wspaniale, elegancko, złe słowa, zapomnij o wszystkim, czego cię uczyli — ekstra. I chyba wyjście dobrze ci zrobi — podsumowałam, oceniając stan mężczyzny. — To nie przypadkiem wampiry uciekają od słońca, nie wilkołaki? Kiedy ostatni raz byłeś na zewnątrz?

niedziela, 11 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [7]

"Co bierzesz?"
Wszystko, jak leci, co jest pod ręką, na co mnie stać, co może kopnąć.
"Dlaczego?"
Bo znowu mnie wkopał, bo jestem ćpunem, bo, kurwa, mogę.
Kiedy ciśnienie zeszło, ukłucie i ucisk w klatce piersiowej zniknął, a oddech się uspokoił, powróciłem wzrokiem do jej oczu, decydując się nie uciekać ponownie. Nie za szybko, nie od razu. Powalczyć chwilę, poczekać, aż kreskówkowe błyskawice zaczną strzelać i nacierać na siebie.
— Tylko słabe. — Nie umiem kłamać. — Dlaczego? Dla lepszych doznań? Otwartego umysłu, trafienia w każdy kształt, kolor. Dla piękniejszych prac?
Co te kilka miesięcy w stanie jest zrobić z człowiekiem. Jak różnie działa na nas czas, jak na każdego inaczej wpływa. Jedni wyrastają, pięknieją, zachwycają swym licem. Inni natomiast się cofają, sięgają dna, przytulają policzkiem mułu, babrzą się w największym bagnie tego świata.
Zacisnąłem w pięść dłoń, która zaczęła delikatnie drgać. Spragniona dotyku strzykawki, czy drugiej ręki, oto jest pytanie.
Utonąłem we własnych emocjach, a także zapachu nastolatki, tak dobrze wyczuwalnym, ponownie naruszającym mój nos. Okalającym pomalowaną rękę, którą przecież tak krótko dotykała, a mimo to aromat zdążył już w nią wsiąknąć. Zmrużyłem oczy, analizując wszystkie słowa, aktualną sytuację. Dalej byłem w szoku, dalej nie mogłem uwierzyć, że stoi tuż przede mną, że z taką łatwością uchwyciła moją dłoń.
Co, jeżeli wszystko było tylko iluzją? Wytworem umysłu, który przypominał już rozmemłaną breję, zawaloną wszystkim, co się da, naruszoną przez chemikalia?
Wzdrygnąłem się, najzwyczajniej w świecie, dreszcz przebiegł po moim kręgosłupie. Musiała być, przecież patrzyła, pachniała, dotykała, tęskniła.

sobota, 10 marca 2018

Powroty bywają przewrotne [6]

Wyglądał teraz, jakbym miała mu robić wielkie wyrzuty, oceniać go po jego nielogicznyn działaniu, a jednocześnie nie upomniał mnie. Myślałam, że każe mi się odsunąć, przestać naruszać jego strefę osobistą i znaleźć swoje miejsce w szeregu. W powietrzu dało się odczuć zawód, smutek, wahanie, całą dziką mieszankę emocji zmieloną w jedną papkę o nieokreślonej konsekwencji, a prawda była taka, że chyba nie potrafiłam być na niego zła. 
— Nie myślisz — odparł cicho. — Ty to wiesz i masz absolutną rację. — Ciche słowa, tak spodziewane, a jednak wywołujące równie szaloną burzę.  Westchnęłam głośno, gdy wysunął powoli swoją dłoń. Pokręciłam z niedowierzaniem głową, zanim zdecydowałam się warknąć. Zbierałam się pierdolone siedem miesięcy i nie miałam zamiaru stchórzyć niezależnie od sytuacji. Poprzednio zawsze były te iskierki, a może znajdę rozwiązanie, wrócę, nie wrócę, może Sky wróci, może reszta wróci, a jeśli nawet nie, to zwyczajnie się bałam. Ujawnić. Powiedzieć. Pogadać. 
Ale nie mam już dziesięciu lat i jednego klucza. Teraz nic już nie miało znaczenia. A nawet... Nawet jeśli tylko na chwilę, aż się obudzę.
To w sumie nie muszą mnie budzić, wilę spać. 
— Co bierzesz? — spytałam wprost, czekając, aż znowu na mnie spojrzał. — Dlac... Dlaczego? — spytałam w końcu.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis