— Wygląda nie najgorzej. Wszystko ładnie, pięknie. Tylko poczekać, spłukać i możesz śmigać po korytarzu — odparł krótko, zwięźle i na temat, na co tylko kiwnąłem głową z lekką satysfakcją, bo zapowiadało się dobrze. — Zawsze warto spróbować, a jak nie, to mówi się trudno. To tylko ubranie, kawałek materiału. Nie, żebym nie szanował czyjejś pracy włożonej w zrobienie tej koszulki. Po prostu wykorzystam ją inaczej — wzruszył ramionami z wrodzoną już obojętnością, która dalej nieco drażniła, mniej niż jego pyszałkowate podejście do życia, ale jednak. Miller polazł do biurka z rękami wściubionymi w kieszenie i zaczął czytać opakowanie po farbie. Trochę musztarda po obiedzie, ale co poradzić. — W sumie to pojęcia nie mam, ile możesz być ode mnie starszy. Do której klasy chodzisz? — mruknął, odwracając się i wracając do mnie tym spokojnym, gładkim krokiem. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, rok mało co dawał, idealnym przykładem byłem, chociażby ja i Przewalska, która to o dwa lata młodsza chodziła już na trzeci rocznik. — No i gdzie moje maniery, nie przedstawiłem się. Joshua Miller, miło poznać — dodał po chwili, wyciągając w moją stronę dłoń. Szczupłe palce, długie palce, przyozdobione czarnymi pierścionkami, czy inną biżuterią. Ręka pianisty, zdecydowanie zgrabniejsza i zwinniejsza od mojej.
— Mnie również — odpowiedziałem z uśmiechem na twarzy, sięgając po millerową kończynę i ściskając ją delikatnie. — Druga słońca, lat dziewiętnaście — dodałem. — Ty? Wiem tyle, że pierwsza, no, chyba że jesteś kolejnym młodym gniewnym, który przyjechał na wymianę. — Skrzywiłem się na wspomnienie błękitnych oczu, napięcia w powietrzu, bijącej seksualności i naruszania przestrzeni osobistej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Więc chodź (pomaluj mój świat). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Więc chodź (pomaluj mój świat). Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [19]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— Wracając do twojego pytania, również Cesarstwo — mruknął, odchylając się. Czyli także Cesarstwo? Co za niespodzianka. — A jak to na razie wygląda? No i to raczej się nie dopierze, z tego, co mi wiadomo. — Nawet gdybym stał tyłem wiedziałbym, że patrzył właśnie na skazę mojej koszulki.
— Wygląda nie najgorzej. Wszystko ładnie, pięknie. Tylko poczekać, spłukać i możesz śmigać po korytarzu — odpowiedziałem na pytanie. — Zawsze warto spróbować, a jak nie, to mówi się trudno. To tylko ubranie, kawałek materiału. Nie, żebym nie szanował czyjejś pracy włożonej w zrobienie tej koszulki. Po prostu wykorzystam ją inaczej — wzruszyłem ramionami, wpakowując ręce do kieszeni.
Zapadła chwilowa cisza. Nie wiem, czy jemu przeszkadzała, wadziła, kuła czy cokolwiek. Mi natomiast nie robiła różnicy. Pomaszerowałem w stronę biurka, gdzie leżało jeszcze opakowanie po farbie. Wziąłem je w ręce, czytając skład i czy nie ma żadnych alergenów lub czegoś w tym stylu. Niczego na szczęście się nie doczytałem.
— W sumie to pojęcia nie mam, ile możesz być ode mnie starszy. Do której klasy chodzisz? — ponownie do niego się zbliżyłem. — No i gdzie moje maniery, nie przedstawiłem się. Joshua Miller, miło poznać — dodałem, wyciągając w jego stronę dłoń, choć chyba nie był do końca pewny, czy ją uścisnąć. Ja przecież nie gryzłem.
— Wygląda nie najgorzej. Wszystko ładnie, pięknie. Tylko poczekać, spłukać i możesz śmigać po korytarzu — odpowiedziałem na pytanie. — Zawsze warto spróbować, a jak nie, to mówi się trudno. To tylko ubranie, kawałek materiału. Nie, żebym nie szanował czyjejś pracy włożonej w zrobienie tej koszulki. Po prostu wykorzystam ją inaczej — wzruszyłem ramionami, wpakowując ręce do kieszeni.
Zapadła chwilowa cisza. Nie wiem, czy jemu przeszkadzała, wadziła, kuła czy cokolwiek. Mi natomiast nie robiła różnicy. Pomaszerowałem w stronę biurka, gdzie leżało jeszcze opakowanie po farbie. Wziąłem je w ręce, czytając skład i czy nie ma żadnych alergenów lub czegoś w tym stylu. Niczego na szczęście się nie doczytałem.
— W sumie to pojęcia nie mam, ile możesz być ode mnie starszy. Do której klasy chodzisz? — ponownie do niego się zbliżyłem. — No i gdzie moje maniery, nie przedstawiłem się. Joshua Miller, miło poznać — dodałem, wyciągając w jego stronę dłoń, choć chyba nie był do końca pewny, czy ją uścisnąć. Ja przecież nie gryzłem.
niedziela, 11 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [18]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— Cesarstwo Anory. Nie ma rzeczy, której tam nie zobaczysz. — Szybko rozwiał wszystkie moje wątpliwości, potwierdził tezę i zaśmiał się cicho, na co mi pozostało już setny raz tego dnia przewrócić oczami i prychnąć cicho. — No, a ty? — odpowiedział dosłownie tym samym pytaniem, powielając mój schemat i przy okazji odrywając się wreszcie od parapetu, by znaleźć się niebezpiecznie blisko mnie. — Schyl się trochę, chcę sprawdzić jak się trzyma — rozkazał nagle, łapiąc mnie przy okazji za ramię i siłą ściągając w dół. Prychnąłem oburzony, czekając, aż szeleszczenie się skończy, dłoń zostanie zdjęta z ręki, a ja będę mógł się wyprostować bez obaw, że chłopak zarobi porządnego łupnia w szczękę.
Dostrzegłem tylko, że wyciera palce w koszulkę i odsuwa się o krok, co uznałem za wystarczający sygnał do tego, żeby wyprostować się i spojrzeć na posiadacza różowych włosisk.
— Wracając do twojego pytania, również Cesarstwo — mruknąłem, odchylając się do tyłu i oglądając go dokładnie od stóp do głów. Węższy, szczuplejszy, wytrenowany organizm. Niższy ode mnie, tyle wiedziałem. Przeciętny chłopak, co tu dużo mówić. — A jak to na razie wygląda? No i to raczej się nie dopierze, z tego, co mi wiadomo. — Zerknąłem znacząco na miejsce, w które wytarł farbę. Coś trafiam ostatnio na osobistości lubujące się wręcz w niszczeniu własnych rzeczy.
Dostrzegłem tylko, że wyciera palce w koszulkę i odsuwa się o krok, co uznałem za wystarczający sygnał do tego, żeby wyprostować się i spojrzeć na posiadacza różowych włosisk.
— Wracając do twojego pytania, również Cesarstwo — mruknąłem, odchylając się do tyłu i oglądając go dokładnie od stóp do głów. Węższy, szczuplejszy, wytrenowany organizm. Niższy ode mnie, tyle wiedziałem. Przeciętny chłopak, co tu dużo mówić. — A jak to na razie wygląda? No i to raczej się nie dopierze, z tego, co mi wiadomo. — Zerknąłem znacząco na miejsce, w które wytarł farbę. Coś trafiam ostatnio na osobistości lubujące się wręcz w niszczeniu własnych rzeczy.
Więc chodź, pomaluj mój świat [17]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Liczyłem na konkrety, ale aktualnie to mnie wystarczająco zadowalało. Atmosfera zdawała się rozrzedzić, schłodzić, spaść do znośnego minimum. I w sumie taki spokój mi odpowiadał. Chłopakowi chyba również, no bo po co się stresować? Bądź co bądź wydawał się być rozgarnięty, ale i z temperamentem. Rozmowa chyba ostatecznie szła w dobrym kierunku, skończyć się miała bez uszczerbku na zdrowiu i ubytków w uzębieniu. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
— Skąd pochodzisz? — Rzucił pytanie niby w eter, niby do mnie.
A mi nie pozostało nic innego, jak tylko niby odpowiedzieć.
— Cesarstwo Anory. Nie ma rzeczy, której tam nie zobaczysz — parsknąłem śmiechem, bo tam było wszystko. Dosłownie wszystko, towary z różnych uniwersum, mieszanki kultur i osobowości. — No, a ty? — Tym razem ja odbiłem piłeczkę.
Już po raz setny spojrzałem na ten zasrany zegar. Czułem się już wystarczająco zmęczony tym czekaniem. Dwadzieścia pięć minut. Tylko tyle. Odkleiłem się od parapetu, dreptając w stronę już niedługo niebieskowłosego chłopaka. Trzeba sprawdzić jak tam z farbą.
— Schyl się trochę, chcę sprawdzić jak się trzyma — mruknąłem, delikatnie ciągnąc go za ramię w dół.
Sięgnąłem po jedno z pasm, odrobinkę odwijając je z folii. Dotknąłem ostrożnie włosów palcami, ale opuszki zaraz zabarwiły się na granat. Zawinąłem z powrotem, tak jak było, a palce wytarłem o skrawek koszulki. Może się jednak dopierze, a jak nie to trudno. Już niedługo.
— Skąd pochodzisz? — Rzucił pytanie niby w eter, niby do mnie.
A mi nie pozostało nic innego, jak tylko niby odpowiedzieć.
— Cesarstwo Anory. Nie ma rzeczy, której tam nie zobaczysz — parsknąłem śmiechem, bo tam było wszystko. Dosłownie wszystko, towary z różnych uniwersum, mieszanki kultur i osobowości. — No, a ty? — Tym razem ja odbiłem piłeczkę.
Już po raz setny spojrzałem na ten zasrany zegar. Czułem się już wystarczająco zmęczony tym czekaniem. Dwadzieścia pięć minut. Tylko tyle. Odkleiłem się od parapetu, dreptając w stronę już niedługo niebieskowłosego chłopaka. Trzeba sprawdzić jak tam z farbą.
— Schyl się trochę, chcę sprawdzić jak się trzyma — mruknąłem, delikatnie ciągnąc go za ramię w dół.
Sięgnąłem po jedno z pasm, odrobinkę odwijając je z folii. Dotknąłem ostrożnie włosów palcami, ale opuszki zaraz zabarwiły się na granat. Zawinąłem z powrotem, tak jak było, a palce wytarłem o skrawek koszulki. Może się jednak dopierze, a jak nie to trudno. Już niedługo.
sobota, 10 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [16]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Chłopak nie zareagował, dalej sterczał tak ze stoickim spokojem, dalej śmierdział tym narcystycznym podejściem do świata otaczającego. Czerwone oczy błysnęły łagodnie.
— Nie wiem, czy chce ci się tego wszystkiego słuchać, ale okej. — Przewróciłem oczami, tak, dalej irytował nawet najkrótszymi kwestiami. Gdybym nie chciał, to bym nie pytał (nie tak, że byłem zbyt leniwy, żeby zadać własne, oryginalne pytanie), to chyba oczywiste, czyż nie? Jak widać dla niektórych niepojęte. — Również gram na instrumentach. Szczególnie fortepian, skrzypce i gitara elektryczna. Także tańczę odkąd pamiętam, jedynie w tańcach towarzyskich. — Skinąłem głową. Oklepane instrumenciaki, chociaż samego ciągało mnie do smyczkowych, przykładowo wiolonczela, marzenie ściętej głowy, wspomnienia dzieciństwa, szybko zdetronizowane przez nieciekawe sytuacje. Tańce? Sam miałem krótki incydent, lepiej do tego nie wracać, uznajmy to za błędy przeszłości, a raczej wmuszone maniery.
Gęsta atmosfera ździebko zeszła, przynajmniej jak dla mnie, czas dalej mijał, chłopak zaczynał ze zdenerwowaniem zerkać na zegar, a mi pozostawało tylko uśmiechać się na jego reakcje, bo mimo wszystko był uroczy. Wkurwiający w chuj, ale uroczy.
— Co lubisz robić? Oprócz grania na perkusji rzecz jasna. — Westchnąłem cicho, gdy kolejne pytanie padło z jego strony, gdy kolejny raz spojrzał na tarczę czasomierza, gdy kolejny raz wlepił we mnie znudzone spojrzenie.
Zapinać irytujących, atrakcyjnych, uroczych facetów, których spotkałem niecałą godzinę wcześniej?
— Co lubię robić? — Uniosłem brwi, nie do końca pewien, czy napewno mu o to właśnie chodziło, jednak mimika jego buźki tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. — Z pewnością nie bawić się w tę grę — westchnąłem, przecierając kark. — Nie wiem, borze, lubię robić wszystko, co jest jako tako powiązane z moimi zainteresowaniami — odparłem finalnie, krzywiąc się delikatnie. — Skąd pochodzisz? — rzuciłem w końcu, chociaż chłopak wręcz krzyczał całą swoją osobą "Cesarstwo!". Nie miałem najmniejszej ochoty się babrać w czymś bardziej skomplikowanym.
— Nie wiem, czy chce ci się tego wszystkiego słuchać, ale okej. — Przewróciłem oczami, tak, dalej irytował nawet najkrótszymi kwestiami. Gdybym nie chciał, to bym nie pytał (nie tak, że byłem zbyt leniwy, żeby zadać własne, oryginalne pytanie), to chyba oczywiste, czyż nie? Jak widać dla niektórych niepojęte. — Również gram na instrumentach. Szczególnie fortepian, skrzypce i gitara elektryczna. Także tańczę odkąd pamiętam, jedynie w tańcach towarzyskich. — Skinąłem głową. Oklepane instrumenciaki, chociaż samego ciągało mnie do smyczkowych, przykładowo wiolonczela, marzenie ściętej głowy, wspomnienia dzieciństwa, szybko zdetronizowane przez nieciekawe sytuacje. Tańce? Sam miałem krótki incydent, lepiej do tego nie wracać, uznajmy to za błędy przeszłości, a raczej wmuszone maniery.
Gęsta atmosfera ździebko zeszła, przynajmniej jak dla mnie, czas dalej mijał, chłopak zaczynał ze zdenerwowaniem zerkać na zegar, a mi pozostawało tylko uśmiechać się na jego reakcje, bo mimo wszystko był uroczy. Wkurwiający w chuj, ale uroczy.
— Co lubisz robić? Oprócz grania na perkusji rzecz jasna. — Westchnąłem cicho, gdy kolejne pytanie padło z jego strony, gdy kolejny raz spojrzał na tarczę czasomierza, gdy kolejny raz wlepił we mnie znudzone spojrzenie.
Zapinać irytujących, atrakcyjnych, uroczych facetów, których spotkałem niecałą godzinę wcześniej?
— Co lubię robić? — Uniosłem brwi, nie do końca pewien, czy napewno mu o to właśnie chodziło, jednak mimika jego buźki tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. — Z pewnością nie bawić się w tę grę — westchnąłem, przecierając kark. — Nie wiem, borze, lubię robić wszystko, co jest jako tako powiązane z moimi zainteresowaniami — odparłem finalnie, krzywiąc się delikatnie. — Skąd pochodzisz? — rzuciłem w końcu, chociaż chłopak wręcz krzyczał całą swoją osobą "Cesarstwo!". Nie miałem najmniejszej ochoty się babrać w czymś bardziej skomplikowanym.
piątek, 9 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [15]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— Perkusja — żyłka ze skroni Oakleya zniknęła. — I vice versa, co do pytania. Bezpieczne pytanie i bezpieczna odpowiedź. Chociaż trochę ubogo, nie powiem. Piłeczka została odbita w moją stronę, właśnie wracała.
— Nie wiem, czy chce ci się tego wszystkiego słuchać, ale okej — obojętny ton, który najwyraźniej nie doprowadzał Nivana do szału, był odpowiedni. — Również gram na instrumentach. Szczególnie fortepian, skrzypce i gitara elektryczna. Także tańczę odkąd pamiętam, jedynie w tańcach towarzyskich.
Nie miałem pojęcia, czy taka odpowiedź go zadowalała. Czyli kolej na moje pytanie? Niech no się zastanowię. Puste, odrobinę niemrawe spojrzenie utkwiło gdzieś w przestrzeni lub ewentualnie zostało wessane przez próżnię. Zetknąłem na zegar. Już niedługo. O ile do tego czasu się nie pozabijamy. Albo raczej on mnie. Wchodziła jeszcze opcja wyrzucenia mnie przez okno. Nie należałem do tego typu osób, które używały przemocy, choć Oakley zapewne wręcz przeciwnie. Na wszelki wypadek zachowywałem czujność, bo nigdy nie wiadomo.
— Co lubisz robić? Oprócz grania na perkusji rzecz jasna. — Pytania z pozoru głupie, nic nie znaczące, ale dla mnie pełne w informacje.
Gdy na coś czekałeś, czas jakby na złość płynął wolniej. Chociaż mi aktualnie nigdzie się nie spieszyło, ale jednocześnie wolałbym w tej chwili robić coś innego. Przydałoby się na przykład coś zagrać, dla pamięci i umilenia sobie czasu. Muzyka była o wiele lepsza od tego jazgotu na korytarzu.
środa, 7 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [14]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Czy wspominałem już o tym, jak bardzo chłopak wkurwiał samą swoją egzystencją? Jak bardzo działał na nerwy swoim zachowaniem, jak doprowadzał do szału mimiką, każdym, chociażby najmniejszym gestem, ruchem, mrugnięciem, każdym kolejnym wdechem (bardzo możliwe, że ze względu na fakt, iż miałem nadzieję, że sczeźnie lada chwila). Nie wiem czemu, nie wiem jak, ale miał w sobie coś, co jednocześnie cholernie przyciągało i cholernie irytowało, pierwiastek millerowatości, najrzadziej spotykanego i chyba najmniej potrzebnego w obyciu przedmiotu. Nie wiem, kto miał gorzej, on, czy osoby w jego towarzystwie.
Uśmiechnął się firmowo, podparł głowę na rękach, te z kolei na kolanach i gapił się na mnie bez wytchnienia. Czego, kurwa, chcesz, bo serio, za chwilę wylądujesz za drzwiami i to bez piśnięcia.
— Okej, niech ci będzie — odpowiedział cichy, spokojnym mruknięciem, wędrując przy okazji do okna. Przewróciłem oczami, błagam, niech zaprzestanie swoich poczynań, bo nie ważne, jak ładnej dupy by nie miał, to z chęcią wykopałbym go w trybie natychmiastowym z potężną ulgą i satysfakcją na twarzy. Chłopak tylko zaczął obracać biżuterię na palcu, co swoją drogą też porządnie podburzało moją strefę komfortu i względnego opanowania. — Jakie są twoje zainteresowania, hobby, jak zwał tak zwał? — Spojrzał na mnie bez mrugnięcia okiem, bez jakichkolwiek uczuć, z najzwyczajniejszą w świecie pustką, która swoją drogą obrzydliwie mi przypasowała. Nieco mniej niż trzydzieści minut. Dasz radę Oakley, spokojnie.
— Perkusja. — Coś, co każdy zdążył już usłyszeć. Bo reszta rzeczy siedziała gdzieś w kącie i za bardzo się nie wychylała, co w sumie mi pasowało. — I vice versa, co do pytania.
Uśmiechnął się firmowo, podparł głowę na rękach, te z kolei na kolanach i gapił się na mnie bez wytchnienia. Czego, kurwa, chcesz, bo serio, za chwilę wylądujesz za drzwiami i to bez piśnięcia.
— Okej, niech ci będzie — odpowiedział cichy, spokojnym mruknięciem, wędrując przy okazji do okna. Przewróciłem oczami, błagam, niech zaprzestanie swoich poczynań, bo nie ważne, jak ładnej dupy by nie miał, to z chęcią wykopałbym go w trybie natychmiastowym z potężną ulgą i satysfakcją na twarzy. Chłopak tylko zaczął obracać biżuterię na palcu, co swoją drogą też porządnie podburzało moją strefę komfortu i względnego opanowania. — Jakie są twoje zainteresowania, hobby, jak zwał tak zwał? — Spojrzał na mnie bez mrugnięcia okiem, bez jakichkolwiek uczuć, z najzwyczajniejszą w świecie pustką, która swoją drogą obrzydliwie mi przypasowała. Nieco mniej niż trzydzieści minut. Dasz radę Oakley, spokojnie.
— Perkusja. — Coś, co każdy zdążył już usłyszeć. Bo reszta rzeczy siedziała gdzieś w kącie i za bardzo się nie wychylała, co w sumie mi pasowało. — I vice versa, co do pytania.
Więc chodź, pomaluj mój świat [13]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— Chyba cię posrało — o, pan Nivan pokazywał pazurki. — Nie masz pytań, nie masz odpowiedzi, krótka piłka.
Mogłem wręcz przysiąc, że jeszcze chwila, sekunda, a nie będzie wahał się wywalić mnie za drzwi. Czy naprawdę byłem takim upierdliwcem? Najwyraźniej. Westchnąłem głęboko, siadając nieco zgarbiony i opierając łokcie na kolanach. Chwilowe przymknięcie oczu, analiza sytuacji. Denerwować dalej, czy przejść do rzeczy? Palce splotły się pod brodą, którą swobodnie na nich położyłem. Nadal nie spuszczałem z niego wzroku. Swoją drogą, z foliami na głowie i rzucający mięsem wyglądał komicznie, choć już powstrzymałem się od prychnięcia czy skomentowania tego jakoś. Josh, wrzuć na luz. Nie ma co się spinać przy takim osobniku. No, może tylko odrobinkę porzucimy dotychczasowe zachowanie.
— Okej, niech ci będzie — odparłem ze śmiertelnym spokojem, powoli się podnosząc.
Oczywiście poprawiłem po sobie wygniecioną pościel, bo trzeba zachowywać porządek, nawet jeśli reszta pokoju tego nie wykazywała. Swoje kroki skierowałem do parapetu, by się o niego oprzeć. Siedzenie już mnie znudziło. Jeszcze pół godziny. Lub mniej. Zastanowiłem się. A więc miały być konkrety? Trzeba tylko dobrze to rozplanować. Bo przecież nie chcemy zdenerwować “pana piękne oczy i uważaj bo zaraz załatwię ci naukę latania przez te okno”. Zacząłem obracać pierścień na jednym z palców.
— Jakie są twoje zainteresowania, hobby, jak zwał tak zwał? — Uniosłem na niego spojrzenie, które właściwie nie oznaczało nic.
No, bo kulturkę zachować trzeba, a na rozmówcę się patrzy, tak zostałem nauczony.
poniedziałek, 5 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [12]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— Najlepiej wszystko. Nie lubię ograniczać się do określonych pytań. No, chyba że coś akurat przyjdzie mi do głowy — odparł z westchnięciem. Już po chwili na jego ustach zatańczył uśmieszek, a ja miałem ochotę tylko parsknąć śmiechem, schować twarz w dłoniach i zacząć się zastanawiać, z kim ja właśnie gadałem, bo zdecydowanie chłopakowi brakowało kilku klepek. Nie, że tak uważałem, po prostu tak było, a jego pyszałkowatość i pewność siebie była w stanie rozbroić ze względów czysto humorystycznych.
Usadowił się wygodnie, popoprawiał, wymiętosił na posłaniu, za co w sumie miałem ochotę go zabić, bo właśnie ocierał się swoim dupskiem o moją pościel, a na sam koniec w końcu znalazł dogodną pozycję i uśmiechnął łagodnie. Grymasem, który znałem doskonale, Przewalska szczerzyła się w dosłownie ten sam, wymuszony, wyuczony sposób, który był w stanie obrzydzić człowiekowi życie, bo nawet mimo pięknych dołków w policzkach, zdecydowanie przemawiał przez niego jad.
— Chyba cię posrało — mruknąłem, ściągając brwi i krzywiąc się znacząco. — Nie masz pytań, nie masz odpowiedzi, krótka piłka. — Nie miałem najmniejszej ochoty paplać chłopakowi od rzeczy, mruczeć biografię i zawalać faktami, szczególnie że takie błazenady odwalały najczęściej bohaterki niskich lotów lektur, które przeciętny, szary Kowalski mógł znaleźć w internecie i o ile sam nigdy nie błyszczałem w psychologicznych zagrywkach, tak naprawdę nie zniżałem się do poziomu legendarnego Gary Sue, czy naiwnej, dwunastoletniej gówniary z pierdolcem na punkcie zajebiście atrakcyjnych młodzieńców, na których szyi najchętniej by się uwiesiły i z niej nie schodziły.
Nie mam zamiaru mu lizać dupy.
Jeszcze nie.
Usadowił się wygodnie, popoprawiał, wymiętosił na posłaniu, za co w sumie miałem ochotę go zabić, bo właśnie ocierał się swoim dupskiem o moją pościel, a na sam koniec w końcu znalazł dogodną pozycję i uśmiechnął łagodnie. Grymasem, który znałem doskonale, Przewalska szczerzyła się w dosłownie ten sam, wymuszony, wyuczony sposób, który był w stanie obrzydzić człowiekowi życie, bo nawet mimo pięknych dołków w policzkach, zdecydowanie przemawiał przez niego jad.
— Chyba cię posrało — mruknąłem, ściągając brwi i krzywiąc się znacząco. — Nie masz pytań, nie masz odpowiedzi, krótka piłka. — Nie miałem najmniejszej ochoty paplać chłopakowi od rzeczy, mruczeć biografię i zawalać faktami, szczególnie że takie błazenady odwalały najczęściej bohaterki niskich lotów lektur, które przeciętny, szary Kowalski mógł znaleźć w internecie i o ile sam nigdy nie błyszczałem w psychologicznych zagrywkach, tak naprawdę nie zniżałem się do poziomu legendarnego Gary Sue, czy naiwnej, dwunastoletniej gówniary z pierdolcem na punkcie zajebiście atrakcyjnych młodzieńców, na których szyi najchętniej by się uwiesiły i z niej nie schodziły.
Nie mam zamiaru mu lizać dupy.
Jeszcze nie.
Więc chodź, pomaluj mój świat [11]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Szanse stawiałem pół na pół. To, co usłyszałem chwilę później, niezwykle mnie ucieszyło.
— Niech będzie — mruknąłem, jednak nie do końca pewny tego, na co się zgadza. Ja natomiast topiłem się w świetle wygranej. — To co chcesz wiedzieć?
Musiałem się zastanowić. Cóż chciałem wiedzieć? Nie miałem konkretnego zestawu pytań. Westchnąłem głęboko.
— Najlepiej wszystko. Nie lubię ograniczać się do określonych pytań. No, chyba że coś akurat przyjdzie mi do głowy — powiedziałem, wwiercając spojrzenie w błękitne oczy chłopaka.
Nawet głupi domyśliłby się, że nie jedno naiwne dziewczę zostało przez nie pochłonięte, wymiętolone i wyplute na brzeg. Bo przecież dla takiej szuji nie istniały tego typu uczucia. Zegar tykał, a czas leciał. Jeszcze tylko trzydzieści pięć minut i będzie można zobaczyć efekt końcowy mojej pracy. Chociaż i bez tego wiedziałem, że efekt będzie zadowalający. Na Nivanie Oakleyu opadła aura niepewności, niepokoju i czy to wszystko zmierza w dobrym kierunku. Oczywiście, że nie. Jednak zależy, z której strony na to spojrzeć. Moja była o wiele lepsza. Bądźmy szczerzy, to nie był mój pierwszy i ostatni raz. Wiedziałem, jak grać. Miałem w tym swój styl. Nie uważałem tego za przesłuchanie i nigdy nie wyglądało to na zasadzie “konkretne pytanie - konkretna odpowiedź”. Starając się przyjąć jak najmilszą i najprzyjemniejszą postać, wyczekiwałem upragnionej odpowiedzi, ale i pytania. Sam także lubiłem być pytany. Doskonale wiedziałem co i jak mówić. Plan idealny, bez zarzutów.
— Niech będzie — mruknąłem, jednak nie do końca pewny tego, na co się zgadza. Ja natomiast topiłem się w świetle wygranej. — To co chcesz wiedzieć?
Musiałem się zastanowić. Cóż chciałem wiedzieć? Nie miałem konkretnego zestawu pytań. Westchnąłem głęboko.
— Najlepiej wszystko. Nie lubię ograniczać się do określonych pytań. No, chyba że coś akurat przyjdzie mi do głowy — powiedziałem, wwiercając spojrzenie w błękitne oczy chłopaka.
Nawet głupi domyśliłby się, że nie jedno naiwne dziewczę zostało przez nie pochłonięte, wymiętolone i wyplute na brzeg. Bo przecież dla takiej szuji nie istniały tego typu uczucia. Zegar tykał, a czas leciał. Jeszcze tylko trzydzieści pięć minut i będzie można zobaczyć efekt końcowy mojej pracy. Chociaż i bez tego wiedziałem, że efekt będzie zadowalający. Na Nivanie Oakleyu opadła aura niepewności, niepokoju i czy to wszystko zmierza w dobrym kierunku. Oczywiście, że nie. Jednak zależy, z której strony na to spojrzeć. Moja była o wiele lepsza. Bądźmy szczerzy, to nie był mój pierwszy i ostatni raz. Wiedziałem, jak grać. Miałem w tym swój styl. Nie uważałem tego za przesłuchanie i nigdy nie wyglądało to na zasadzie “konkretne pytanie - konkretna odpowiedź”. Starając się przyjąć jak najmilszą i najprzyjemniejszą postać, wyczekiwałem upragnionej odpowiedzi, ale i pytania. Sam także lubiłem być pytany. Doskonale wiedziałem co i jak mówić. Plan idealny, bez zarzutów.
niedziela, 4 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [10]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— Nie potrzebuję zapłaty. Uznajmy to koleżeńską przysługę — odpowiedział z szerokim uśmiechem malującym się na delikatnej twarzyczce. — A w szkole, jak w szkole. Aktualnie nikt nie utrudnia mi życia więcej niż trzeba, więc nie jest źle. — Już całkowicie się rozgościł, rozłożył na moim wyrku (na szczęście) i zerkał na mnie z wręcz chorą satysfakcją. Ten wyraz twarzy z pewnością nie zapowiadał niczego dobrego. — Skoro i tak nie mamy co robić, to może opowiedziałbyś mi coś o sobie? — Mówiłem? Mówiłem. — Naturalnie ja również odpowiem na twoje pytania zadane mojej osobie — dodał po chwili z okularami powoli zjeżdżającymi po grzbiecie nosa i lekkim przekrzywieniem głowy, niczym szczeniak z krwi i kości.
Jak debilnie musiało to wyglądać? Ryzykowna gra w pytania z chłopakiem, który zamiast włosów miał całą masę folijek, radośnie szeleszczących przy każdym ruchu. Brzmi bardziej niż źle, ale jak to się mówi, raz się żyje. Podobno zabawa dość popularna w tutejszych kręgach, ja sam jeszcze nigdy nie miałem okazji się z nią zapoznać.
— Niech będzie — mruknąłem z nieco przygaszonym uśmiechem i ewidentnym niepokojem wymalowanym na twarzy. — To co chcesz wiedzieć? — Nie, już mi się to wszystko nie podobało, już żałowałem podjętych decyzji, już miałem ochotę przepędzić go z pokoju. Nastolatek nie był dobrym strzałem. Zdecydowanie.
Jak debilnie musiało to wyglądać? Ryzykowna gra w pytania z chłopakiem, który zamiast włosów miał całą masę folijek, radośnie szeleszczących przy każdym ruchu. Brzmi bardziej niż źle, ale jak to się mówi, raz się żyje. Podobno zabawa dość popularna w tutejszych kręgach, ja sam jeszcze nigdy nie miałem okazji się z nią zapoznać.
— Niech będzie — mruknąłem z nieco przygaszonym uśmiechem i ewidentnym niepokojem wymalowanym na twarzy. — To co chcesz wiedzieć? — Nie, już mi się to wszystko nie podobało, już żałowałem podjętych decyzji, już miałem ochotę przepędzić go z pokoju. Nastolatek nie był dobrym strzałem. Zdecydowanie.
Więc chodź, pomaluj mój świat [9]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— Dziękuję ślicznie. Pozwolisz, że kwestie materialne omówimy po dostrzeżeniu efektu? — Brzmiał dosyć poważnie. — No i jak ci się podoba w szkole, co?
Typowe, standardowe pytanie, którym obdarzany jest każdy nowy. Jak mi się podoba w szkole? No cóż. Nad tym musiałem się trochę zastanowić. Na razie było znośnie. Całkiem znośnie.
— Nie potrzebuję zapłaty. Uznajmy to koleżeńską przysługę — odparłem, uśmiechając się, bo przecież mili ludzie robią to niemal bez przerwy, a ja byłem już w tym wyćwiczony do perfekcji. — A w szkole, jak w szkole. Aktualnie nikt nie utrudnia mi życia więcej niż trzeba, więc nie jest źle.
Usiadłem na pierwszym lepszym łóżku, bo nie miałem zamiaru tyle stać. Odchyliłem się z lekka do tyłu, układając w wygodniejszej pozycji. Zapadła cisza przerywana jedynie tykaniem zegara.
— Skoro i tak nie mamy co robić, to może opowiedziałbyś mi coś o sobie? — Przybrałem wyraz niewinny jak baranek. Chciałem wyciągnąć z niego tyle informacji, ile tylko się będzie dało. Czego on mi nie powie, to sam się dowiem. — Naturalnie ja również odpowiem na twoje pytania zadane mojej osobie — przekrzywiłem delikatnie głowę.
Jak na złość, te głupie okulary znowu zsunęły mi się z nosa. Już czasami nie miałem siły ich poprawiać, więc nieco leniwie, powolnie wsunąłem je na miejsce.
sobota, 3 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [8]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Stracę miano Królewny Balonowej, Waty Cukrowej, czy Puchowej Chmurki. Nie będzie już Landryny ani Pudrowych Cukiereczków, a Kumar w końcu stuli ten przeklęty, złocisty pysk i będzie mógł go wściubić w swój telefon, gdy będzie naparzał w klawisze, pisząc z Przewalską. Powinienem już szukać jakiś tanich sali ślubnych i nowego garniaka, jak już mnie weźmie na drużbę, świadka, czy cokolwiek to tam było.
Zwinne paluszki szybko walczyły z coraz to kolejnymi z pasmami, przedzielały następne kosmyki, nakładały nowe folijki i maziały tą śmierdolącą na kilometry farbą. Mimowolnie przymknąłem oczy, zamruczałem coś pod nosem i oddałem się chwilowemu masażowi, nie przeszkadzając mistrzowi w pracy. Niech się dzieje wola nieba.
— Voilà — rzucił nagle, odskakując od mojej osoby. — Musisz tak teraz posiedzieć jakoś czterdzieści minut, potem spłukać i gotowe — dopowiedział, zerkając na mnie ciekawsko i zdejmując przy okazji ufyfłane rękawiczki. Odwróciłem się do chłopaka, kiwając głową i uśmiechając się delikatnie, bo jeśli dobrze odwalił swoją fuchę, to będę bardziej niż szczęśliwy. Już nikt nie wrzaśnie za mną Barbie i będę mógł w spokoju przechadzać się korytarzami bez strachu przed potencjalnymi paparazzi.
— Dziękuję ślicznie. Pozwolisz, że kwestie materialne omówimy po dostrzeżeniu efektu? — Nie miałem zamiaru puszczać go stąd bez zapłaty, a co tam, jak burżuj. — No i jak ci się podoba w szkole, co?
Zwinne paluszki szybko walczyły z coraz to kolejnymi z pasmami, przedzielały następne kosmyki, nakładały nowe folijki i maziały tą śmierdolącą na kilometry farbą. Mimowolnie przymknąłem oczy, zamruczałem coś pod nosem i oddałem się chwilowemu masażowi, nie przeszkadzając mistrzowi w pracy. Niech się dzieje wola nieba.
— Voilà — rzucił nagle, odskakując od mojej osoby. — Musisz tak teraz posiedzieć jakoś czterdzieści minut, potem spłukać i gotowe — dopowiedział, zerkając na mnie ciekawsko i zdejmując przy okazji ufyfłane rękawiczki. Odwróciłem się do chłopaka, kiwając głową i uśmiechając się delikatnie, bo jeśli dobrze odwalił swoją fuchę, to będę bardziej niż szczęśliwy. Już nikt nie wrzaśnie za mną Barbie i będę mógł w spokoju przechadzać się korytarzami bez strachu przed potencjalnymi paparazzi.
— Dziękuję ślicznie. Pozwolisz, że kwestie materialne omówimy po dostrzeżeniu efektu? — Nie miałem zamiaru puszczać go stąd bez zapłaty, a co tam, jak burżuj. — No i jak ci się podoba w szkole, co?
Więc chodź, pomaluj mój świat [7]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Chłopak z prędkością światła wyszedł z pokoju i wrócił z miską pełną ciepłej wody. Niekoniecznie chodziło mi o całą miskę, ale już puszczę to w niepamięć. Kiedy zmienił koszulkę, można było przystąpić do działania. Na biurku, oprócz rzeczy potrzebnych, znalazłem też kilka gumek i jako taki grzebień. Zawsze lepsze to niż nic. Wskazałem mu wolne krzesło, a ten bez gadania usiadł. Stanąłem za nim z grzebieniem i gumkami trzymanymi w zębach. Od noszenia na rękach robiły się brzydkie obręcze, bo bądź co bądź, gumki uciskały. Zacząłem dokładnie rozczesywać włosy i dzieląc je na poszczególne pasma, które później związywałem. Wszystko musiało być zrobione idealnie, nawet jeden włos nie mógł się oddzielić od reszty. Ani. Jeden. Pseudo różowe kudły Nivana były całkiem przyjemne w dotyku. Zostawiłem tylko jedne pasmo, pierwsze, które miało zostać pomalowane. Podszedłem ponownie do biurka i rozrobiłem farbę w pojemniku dołączonym do zestawu. Miała całkiem ładny, granatowy odcień. Kiedy uznałem, że jest już gotowa, mogłem przystąpić do działania. Zanim jednak nałożyłem farbę, przejechałem po włosach mokrą dłonią. Dopiero potem, z przeźroczystymi rękawiczkami, przejechałem pędzlem z farbą po paśmie. Natychmiast przyjęło kolor. Później zawinięcie w folię aluminiową. Potem kolejne, pasmo po paśmie. Mimo pieruńskiego skupienia na mojej twarzy, kąciki ust nadal delikatnie się unosiły. Gdy wszystkie pasma były już skończone, odetchnąłem z ulgą. Na wszelki wypadek jeszcze raz obejrzałem, czy nic nie zostawiłem. Jak już coś się robi, to trzeba to zrobić porządnie. Nawet ani jedna kropelka farby nie skapnęła na koszulkę.
— Voilà — westchnąłem, odsuwając się kawałek. — Musisz tak teraz posiedzieć jakoś czterdzieści minut, potem spłukać i gotowe — dodałem, lustrując uważnie chłopaka wzrokiem.
Więc chodź, pomaluj mój świat [6]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Po usłyszeniu mojego mienia tylko westchnął cicho i uśmiechnął się tym swoim firmowym grymasem, no i musiałem przyznać, zaczął wyglądać nawet znośnie. Szczególnie gdy jego twarz przestała wyrażać minę srającego kota na płocie, a przyjęła bardziej przystępny kształt, miły dla oka, dla duszy w sumie też, radujący jakieś tam estetyczne instynkty.
Po chwili zastoju rzucił, że możemy w sumie iść, nie ma co stać na korytarzu i czekać na niespodziewany zwrot akcji.
— Dobra, a więc daj mi farbę i inne potrzebne pierdoły, które są w zestawie oraz folia aluminiowa Plus potrzebna będzie gorąca, albo chociaż ciepła woda, bo na mokre włosy lepiej się wchłania — rzucił, gdy stanęliśmy na środku męskiego królestwa znanego również jako pokój mój ikochanego zasranego Hindusa. My nie narzekaliśmy, inni owszem, a to, że coś nam pewno zdechło, a to, że za głośno Yamir puszcza swoje trapy, a to inne pierdoły, od których tylko głowa puchła, a serce się radowało, bo w końcu zatrułeś komuś rzyć. — A, no i radziłbym ci zarzucić na ramiona jakiś ręcznik albo założyć koszulkę, której nie będzie ci szkoda. Plamy po farbie nie zmywają się, chociaż będę starać się uwalić cię jak najmniej. — Uśmiechnął się. Ładnie się uśmiechnął. Nawet bardzo.
Przewróciłem tylko oczami i wskazałem mu czekające już na biurku szpargały. Po wodę trzeba by było się rzucić na drugi koniec akademika. Westchnąłem tylko ciężko, bo już raz taką misę z wodą targałem, co za pierwszym podejściem zbyt dobrze się nie skończyło, no, chyba że bycie Misterem Mokrego Podkoszulka można nazwać sukcesem. Ale co innego mogłem zrobić, jak przemknąć z misą, którą nie wiedzieć czemu Yamir ze sobą przytachał (każdy wiedział, chciał doprowadzić zakład do skutku, żebym wymówek nie miał), przez cały korytarz w zawrotnym tempie, byle mi, jaki kotołak tego z rąk nie wytrącił, wrócić się do pokoju, zmienić koszulkę i spojrzeć na chłopaka z czystym „Jestem cały do twojej dyspozycji” w oczach.
Po chwili zastoju rzucił, że możemy w sumie iść, nie ma co stać na korytarzu i czekać na niespodziewany zwrot akcji.
— Dobra, a więc daj mi farbę i inne potrzebne pierdoły, które są w zestawie oraz folia aluminiowa Plus potrzebna będzie gorąca, albo chociaż ciepła woda, bo na mokre włosy lepiej się wchłania — rzucił, gdy stanęliśmy na środku męskiego królestwa znanego również jako pokój mój i
Przewróciłem tylko oczami i wskazałem mu czekające już na biurku szpargały. Po wodę trzeba by było się rzucić na drugi koniec akademika. Westchnąłem tylko ciężko, bo już raz taką misę z wodą targałem, co za pierwszym podejściem zbyt dobrze się nie skończyło, no, chyba że bycie Misterem Mokrego Podkoszulka można nazwać sukcesem. Ale co innego mogłem zrobić, jak przemknąć z misą, którą nie wiedzieć czemu Yamir ze sobą przytachał (każdy wiedział, chciał doprowadzić zakład do skutku, żebym wymówek nie miał), przez cały korytarz w zawrotnym tempie, byle mi, jaki kotołak tego z rąk nie wytrącił, wrócić się do pokoju, zmienić koszulkę i spojrzeć na chłopaka z czystym „Jestem cały do twojej dyspozycji” w oczach.
Więc chodź, pomaluj mój świat [5]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— Nivan Oakley, cała przyjemność po mojej stronie — mruknął bez przekonania i może chęci do dalszej egzystencji na tym marnym świecie.
Już miałem coś prychnąć, ale w ostatniej chwili powstrzymałem się. Coś z tyłu głowy krzyknęło: hola hola, panie Miller, wstrzymaj konie i zatrzymaj powóz! Rodzice nie nauczyli kultury w domu? Ależ oczywiście, że nauczyli, więc trzeba to pokazać. Nadszedł czas na pokazanie tej bardziej wychowanej części mnie. Wziąłem głęboki oddech.
— Zatem ruszajmy, Nivanie Oakleyu. Prowadź. — Westchnięcie, przybranie typowego, łagodniejszego wyrazu twarzy i wpakowanie rąk ponownie w kieszenie.
Tak więc ruszyłem za chłopakiem w tylko jemu znanym kierunku. Trzymałem się o krok za nim, choć równie dobrze mogłem iść tuż obok niego. Ale to byłoby już zbyt nachalne i niegrzeczne, czyż nie? A ja chciałem być grzeczny jak najbardziej. Aż do zarzygania. Po kilku minutach dotarliśmy do drzwi jego królestwa. Jednak widok do tych najprzyjemniejszych nie należał. Zostawiłem to już bez komentarza. Drugie łóżko wskazywało na to, że nie zamieszkiwał tutaj sam.
— Dobra, a więc daj mi farbę i inne potrzebne pierdoły, które są w zestawie oraz folię aluminiową. Plus potrzebna będzie gorąca, albo chociaż ciepła woda, bo na mokre włosy lepiej się wchłania. — Rozejrzałem się po pokoju i złapałem pod boki. — A, no i radziłbym ci zarzucić na ramiona jakiś ręcznik albo założyć koszulkę, której nie będzie ci szkoda. Plamy po farbie nie zmywają się, chociaż będę starać się uwalić cię jak najmniej — dodałem, uśmiechając się szeroko. Może i nie wiązałem przyszłości z tym zawodem na rzecz bardziej ambitnych planów, ale ile to razy farbowałem włosy samemu sobie.
Więc chodź, pomaluj mój świat [4]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Mowa ciała zdradzała o człowieku dość dużo i to za każdym razem. Tu nie było wyjątków, gładkie, pewne siebie ruchy, wzdrygnięcia, spięcia, zacięcia się. Wypracowane gesty. Chłopaczyna zadzierał stanowczo nosa, puszył się i wręcz z chorą satysfakcją przyglądał się drugiej personie, mrucząc pod nosem, jaki to sprytny nie jest. Własne cechy zdecydowanie irytowały, gdy widziało je się u innej osoby, drażniły, męczyły, odrzucały.
— Niech no się zastanowię… — Przytknął dłoń do brody, wydął wargi, mrużąc przy okazji oczy i nadając sobie typowo filozoficznego wyrazu twarzy. Mogłem tylko przewrócić oczami, bo to, co się działo zdecydowanie, było czystą kpiną i zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem raczej skoczyć do Renuli, co z tego, że skończyłbym z wylanym na głowę kwasem zamiast farby do włosów. Byłoby mniej zachodu. — Zgodzę się, jednak najpierw podasz mi swoją godność — odparł finalnie z szerokim uśmiechem i opuszczeniem dłoni wzdłuż ciała. Westchnąłem cicho, bo cholera jasna, z kim ja mam do czynienia, co robimy i dlaczego to wszystko nie zapowiada się zbyt ciekawie.
— Nivan Oakley, cała przyjemność po mojej stronie — mruknąłem beznamiętnie, wzdychając cicho i licząc na to, że może na tym skończy się sam zaczątek tej błazenady i chłopak finalnie się zgodzi na udzielenie pomocy. Może.
— Niech no się zastanowię… — Przytknął dłoń do brody, wydął wargi, mrużąc przy okazji oczy i nadając sobie typowo filozoficznego wyrazu twarzy. Mogłem tylko przewrócić oczami, bo to, co się działo zdecydowanie, było czystą kpiną i zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem raczej skoczyć do Renuli, co z tego, że skończyłbym z wylanym na głowę kwasem zamiast farby do włosów. Byłoby mniej zachodu. — Zgodzę się, jednak najpierw podasz mi swoją godność — odparł finalnie z szerokim uśmiechem i opuszczeniem dłoni wzdłuż ciała. Westchnąłem cicho, bo cholera jasna, z kim ja mam do czynienia, co robimy i dlaczego to wszystko nie zapowiada się zbyt ciekawie.
— Nivan Oakley, cała przyjemność po mojej stronie — mruknąłem beznamiętnie, wzdychając cicho i licząc na to, że może na tym skończy się sam zaczątek tej błazenady i chłopak finalnie się zgodzi na udzielenie pomocy. Może.
Więc chodź, pomaluj mój świat [3]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
— No nie wiem, domyśl się — parsknął, zmarszczył czoło i zaśmiał się pod nosem. — Potrzebuję odświeżenia tych kłaków, a sam nie umiem tego ogarnąć. Co ty na to?
Westchnąłem głęboko, mrużąc na chwilę oczy. Chłopaczyna wyglądał na równie społeczną flądrę i parszywego, cwanego gada co ja. Przeszły mnie ciarki, a mięśnie na chwilę się wspięły, by po chwili znowu swobodnie opaść. Albo zdobędę godnego mojej uwagi sojusznika, albo naprawdę cudownego wroga, z którym będziemy co rusz rzucać sobie kłody pod nogi. Choć ja grałem [prawie] czysto i brzydziłem się uciekania do jakichkolwiek paskudnych sztuczek i ułatwiania sobie za bardzo życia.
— Niech no się zastanowię… — dotknąłem dłonią podbródka, udając zamyślenie niczym jakiś antyczny filozof. — Zgodzę się, jednak najpierw podasz mi swoją godność — no bo przecież trzeba wiedzieć, o kim zacząć zbierać informacje.
Zanim doczekałem się odpowiedzi, zdążyłem kilka razy jeszcze go obejrzeć. Sylwetkę miał tęższą od mojej, chociaż swojej nie miałem nic do zarzucenia. Idealna, wypracowana przez lata ćwiczenia tańców towarzyskich. Jeden z lepszych okresów mojego życia. Oczy, błękitne, jak ocean w nieco wietrzny, burzliwy dzień patrzyły przenikliwie na wszystko i wszystkich. Mogłem jedynie domyślać się, co wyniknie z tej relacji. Jednak byłem pewien, jak nigdy w życiu, że nic dobrego. Wręcz czekałem aż nadejdzie moment, kiedy będziemy skakać sobie do gardeł jak wściekłe psy. Interesujące, doprawdy interesujące.
Westchnąłem głęboko, mrużąc na chwilę oczy. Chłopaczyna wyglądał na równie społeczną flądrę i parszywego, cwanego gada co ja. Przeszły mnie ciarki, a mięśnie na chwilę się wspięły, by po chwili znowu swobodnie opaść. Albo zdobędę godnego mojej uwagi sojusznika, albo naprawdę cudownego wroga, z którym będziemy co rusz rzucać sobie kłody pod nogi. Choć ja grałem [prawie] czysto i brzydziłem się uciekania do jakichkolwiek paskudnych sztuczek i ułatwiania sobie za bardzo życia.
— Niech no się zastanowię… — dotknąłem dłonią podbródka, udając zamyślenie niczym jakiś antyczny filozof. — Zgodzę się, jednak najpierw podasz mi swoją godność — no bo przecież trzeba wiedzieć, o kim zacząć zbierać informacje.
Zanim doczekałem się odpowiedzi, zdążyłem kilka razy jeszcze go obejrzeć. Sylwetkę miał tęższą od mojej, chociaż swojej nie miałem nic do zarzucenia. Idealna, wypracowana przez lata ćwiczenia tańców towarzyskich. Jeden z lepszych okresów mojego życia. Oczy, błękitne, jak ocean w nieco wietrzny, burzliwy dzień patrzyły przenikliwie na wszystko i wszystkich. Mogłem jedynie domyślać się, co wyniknie z tej relacji. Jednak byłem pewien, jak nigdy w życiu, że nic dobrego. Wręcz czekałem aż nadejdzie moment, kiedy będziemy skakać sobie do gardeł jak wściekłe psy. Interesujące, doprawdy interesujące.
czwartek, 1 marca 2018
Więc chodź, pomaluj mój świat [2]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Znudzone, czerwone spojrzenie, ciekawskie oczęta, denka od słoików, wszystko zaakcentowane malującym się na twarzy, kpiącym uśmieszkiem. Siadło na niezwykle intrygującego osobnika, musiałem przyznać to głośno, albo przynajmniej na papierze. Różowe włosy jakoś nieszczególnie pasowały mi do całokształtu chłopaka, bo wręcz jebał takim typowym chujem, szczwanym listem, dupkiem.
Przeleciał mnie wzrokiem kilka razy, nie trzeba było być Sherlockiem, żeby to stwierdzić. Te oczy zbyt mocno przykuwały do siebie uwagę, zbyt mocno wybijały się na twarzy chłopaka, zbyt agresywnie atakowały inne osoby i przypominały o swoim istnieniu. Ciekawe. Zresztą jak cała jego osoba.
— A bo co? — Założył ręce na piersi, obdarowując mnie najbardziej parszywym uśmiechem, jaki przyszło mi zobaczyć w historii i musiałem przyznać, sami swoi ostatnio w tej szkole.
Chłopak puszył się, zachowywał się jak pan i władca i do tego rozsiewał wokół siebie niepokojącą aurę i prawdopodobnie każdy normalny powiedziałby, że nasze spotkanie może być mieszanką wybuchową, ale w sumie to nie miałem kogo innego złapać w tym momencie.
— No nie wiem, domyśl się — parsknąłem, marszcząc czoło, ściągając brwi i śmiejąc się pod nosem, bo absolutnie trafił swój na swego i oboje wylądujemy w wielkiej karuzeli idiotyzmu, chcąc być tacy hop do przodu. — Potrzebuję odświeżenia tych kłaków, a sam nie umiem tego ogarnąć. Co ty na to?
Przeleciał mnie wzrokiem kilka razy, nie trzeba było być Sherlockiem, żeby to stwierdzić. Te oczy zbyt mocno przykuwały do siebie uwagę, zbyt mocno wybijały się na twarzy chłopaka, zbyt agresywnie atakowały inne osoby i przypominały o swoim istnieniu. Ciekawe. Zresztą jak cała jego osoba.
— A bo co? — Założył ręce na piersi, obdarowując mnie najbardziej parszywym uśmiechem, jaki przyszło mi zobaczyć w historii i musiałem przyznać, sami swoi ostatnio w tej szkole.
Chłopak puszył się, zachowywał się jak pan i władca i do tego rozsiewał wokół siebie niepokojącą aurę i prawdopodobnie każdy normalny powiedziałby, że nasze spotkanie może być mieszanką wybuchową, ale w sumie to nie miałem kogo innego złapać w tym momencie.
— No nie wiem, domyśl się — parsknąłem, marszcząc czoło, ściągając brwi i śmiejąc się pod nosem, bo absolutnie trafił swój na swego i oboje wylądujemy w wielkiej karuzeli idiotyzmu, chcąc być tacy hop do przodu. — Potrzebuję odświeżenia tych kłaków, a sam nie umiem tego ogarnąć. Co ty na to?
Więc chodź, pomaluj mój świat [1]
Etykiety:
Joshua Miller,
Więc chodź (pomaluj mój świat)
Nowa szkoła, nowi, zapewne jeszcze bardziej doprowadzający do szału ludzie. Ah, cudownie wręcz! Przemierzając korytarze, obserwowałem ludzi, od razu ich szufladkując. Nikt. Nikt. Nikt. Brak potencjalnych sojuszników lub wrogów, same beznadziejne osobowości, słabeusze. Prychnąłem zirytowany pod nosem i wcale tego nie ukrywając. Na dodatek spora część tych płotek bezczelnie się na mnie gapiła, jakby dostała pozwolenie tylko dlatego, że wtryniam się w trakcie roku. Też mi coś. Gdy tylko ktoś trafił na mój zabijająco znudzony wzrok, jak poparzony odwracał głowę. Niemiłosiernie mnie ten fakt cieszył. Uśmiechnąłem się pod nosem. Wizerunek trzeba wyrabiać sobie samym spojrzeniem. Ręce utkwiły mi w kieszeniach. Nie było tam ani jednego paprocha czy zmiętolonego papierka, którym mógłbym zająć dłonie. Naganna dbałość o nienaganną schludność. Drobniejsze osobniki, strachliwe myszy, jak na zawołanie schodziły mi z drogi. Czy aż tak bardzo dało się wyczuć, że nie zawahałbym się którejś z tych miernot nadepnąć? Najwyraźniej tak. Po dobrych kilku minutach zacząłem się już nudzić. Dosłownie po sekundzie zastanawiania się, czy jest tutaj ktoś godny uwagi, z niebios nadeszło moje zbawienie.
— Potrafisz farbować włosy? — Wysoki, z marną podróbą różu i paskudnymi odrostami chłopak przeszkodził mój obchód, tarasując drogę ramieniem i przy okazji szczerząc się jak do sera.
Szybka analiza. Wygląd niezbyt przyjemny, ucho z ubytkiem i krzywo rozcięta brew. Idealny.
— A bo co? — założyłem dłonie na piersi i zadzierając głowę trochę do góry, uśmiechnąłem się szeroko.
— Potrafisz farbować włosy? — Wysoki, z marną podróbą różu i paskudnymi odrostami chłopak przeszkodził mój obchód, tarasując drogę ramieniem i przy okazji szczerząc się jak do sera.
Szybka analiza. Wygląd niezbyt przyjemny, ucho z ubytkiem i krzywo rozcięta brew. Idealny.
— A bo co? — założyłem dłonie na piersi i zadzierając głowę trochę do góry, uśmiechnąłem się szeroko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)