Spojrzałem na niego z widocznym w oczach, a może i całym wyrazie twarzy, wyczekiwaniem, bo przyznam szczerze, odpowiedź na moje pytanie zaczęła mmie nurtować i otrzymanie jej stało się na ten moment sprawą kluczową.
Musnął palcem mój nos, nachylił się nade mną z tym swoim uśmieszkiem, a mi chyba żołądek wywaliło na lewą stronę.
— Ja też myślałem, że jeszcze mnie czymś zaskoczysz, a Black Devilsy do niespodzianek zdecydowanie nie należą — mruknął, a ja delikatnie się skrzywiłem. Potrzebowałem odpowiedzi. Tu i teraz, a nie mozolnego droczenia się z moją osobą. — Co pomyślałem? Że w sumie to jesteś niezłą dupą — rzucił, ba, wybuchnął wraz ze śmiechem, a ja lekko się skrzywiłem, odwracając spojrzenie od mężczyzny, który definitywnie mnie zawstydził. Bardziej swoim zachowaniem, aniżeli słowami, do tych byłem przyzwyczajony. — Spokojnie, nie tylko to, przysięgam. Że wyglądasz na trochę innego od wszystkich i takie sprawiasz wrażenie. Że jesteś przekonany o swoje wartości, a przynajmniej tak sądziłem, po tej nodze założonej na drugą i praktycznym zajęciu całej ławki. Że masz ładne oczy. Że mnie irytujesz, ale cholernie kusisz. I że zaraz rzucimy się ku sobie, nie do końca wiem, czy aby rozerwać tętnice, czy ubrania — kontynuował ze śmiechem, słabszym, nieco bledszym, ale dalej melodyjnym, a ja po cichu przyznałem mu rację.. — I że możliwe, że ciebie polubię — wymruczał i skusił się na gest, przez który delikatnie drgnąłem, bo czułe [pewnie tylko mi się tak wydawało] objęcie ramionami nie było czymś, czego spodziewałbym się z jego strony. — A ty co myślałeś, gdy usiadł obok ciebie piękny, niebieskooki mężczyzna? Tak, wiem, uwielbiasz mnie.
Dźgnąłem go palcem w brzuch, krzywiąc się delikatnie, bo do tych skromnych Walsh zdecydowanie nie należał, ale zaraz po haniebnym czynie, parsknąłem cichym śmiechem, kręcąc głową.
— Co za jebany palant zasłania mi słoneczko? — zacytowałem myśl, a raczej starałem się to zrobić, wspominając znienawidzony cień, który padł wtedy na moją buźkę. — Zacząłem zastanawiać się, dlaczego do cholery jasnej siadasz obok mnie, skoro pięć metrów dalej jest wolna ławka, miałem ochotę w coś przypierdolić i szczerze mówiąc, to najchętniej w ciebie. Wydawałeś się intrygującym skurwysynem, ale skurwysynem i głównie dlatego nie za bardzo chciałem się z tobą gmatwać, bo miałem wtedy i tak już za dużo problemów na głowie i jakiś atrakcyjny dupek, który myślał sobie, że może ot, tak przysiąść sobie obok mnie do kolekcji raczej nie był mi potrzebny. No i może też trochę chciałem zruchać ci to chude dupsko albo urwać łeb razem z płucami. Nie mogłem się zdecydować, co bardziej.
Delikatnie rzecz ujmując, resztę jeszcze dość długiego dnia zlaliśmy ciepłym moczem. Leżąc, wypalając fajkę po fajce, dochodząc do wyniku jednej paczki na spółę. Mrucząc pod nosem kolejne pytania i odpowiedzi, szepcząc może raz na jakiś czas cieplejsze słowo, gdzieś tam na ucho, zamykając je szczelnie między naszą dwójką, zakopując głęboko w głowie każdą chwilę. Przynajmniej ja starałem się jak najdokładniej zapamiętać jego gesty, słowa, tempr głosu, sposób bycia i tę lepszą, milszą w odbiorze część Adama, twarz uchyloną możliwe, że tylko dla mnie na te kilka godzin. Czuły uśmiech, delikatny dotyk, palec leniwie wodzący po kręgosłupie, barku, czy mostku.
Chłonąłem wiedzę o nim jak pierdolona gąbka, dręczony myślami, jadem i żółcią, która zaczęła zalegać na żołądku, wołając o jego opróżnienie z dotychczasowej zawartości, którą w pewnej części był też Walsh. Jego pot, ślina, martwy naskórek, po tym, jak dokładnie obcałowywałem ciało, po tym, jak uważnie wodziłem po nim językiem, starając się nawet tym mięśniem zapamiętać jak najwięcej kształtów jego ciała.
Z każdą sekundą coraz gorzej, coraz ciężej, dotyk zaczynał palić, uśmiech powoli stawał się grymasem zniesmaczenia moją osobą, a głowa zaczynała boleć gnębiona milionem myśli na sekundę, które przebiegały przez nią dziko, łupiąc o mózg, hałasując niemiłosiernie. Jebany maraton pseudo sportowców, którzy na domiar złego byli grubi i potykali się o drugi krok, mrocząc mi oczy migreną.
Ale śmiałem się, ale dosięgałem do jego ucha wypowiadać słodkie tajemnice. Gładziłem dłonią jego tors, delikatnie go podgrzewając. Muskałem nosem klatkę piersiową, wspinałem się na niego leniwie, byle nie wzbudzać podejrzeń. Całowałem czule mostek, za chwilę przyklejając do niego ucho i policzek, chcąc ostatni raz posłuchać bicia jego serca. Rytmicznego, melodyjnego, jak on, zresztą. Pewnie wygrywało ten jeden z jego ulubionych utworów.
Walsh był tak piekielnie chaotyczny, ale przecież od chaosu wszystko się zaczynało, a i chaos należał do rzeczy nad wyraz harmonijnych.
Był moją małą symfonią.
Gdy zasnął znużony całą dotychczasową konwersacją nie miałem zamiaru ryczeć. To znaczy miałem, ale nie chciałem do tego dopuścić, odnosząc nieodzowne wrażenie, że łzy zdołają wypalić na moich policzkach długie, wieczne smugi, które na dłużej niż wieczność przypominałyby mi o tym, że już nigdy nie usłyszę jego głosu. Nigdy nie dotknę pewnej siebie, idealnej buźki i nigdy nie przejadę palcem po ciele.
Czy byłem zakochany?
Nie. Przynajmniej tak myślę. Bliżej było mi do zauroczenia. Ślepego wpatrywania się w niego, jak w obrazek, jak w dzieło samego Stwórcy.
Chyba nigdy go nie kochałem. Kochałem poczucie żądzy, które do niego tliłem.
Nawet nie wiedziałem, czy umiem kochać kogoś w ten sposób, bo jak dotąd jedyną miłość, jaką byłem w stanie stwierdzić, była miłość dziecka do matki, czy miłość braterska, która niespodziewanie zrodziła się w pewnym momencie do Yamira. Miłość, którą tak szybko pomyliłem z prawdziwym uczuciem, gdy w rzeczywistości nie chciałem go całować, czy mieć dla siebie, czego dowiedziałem się dopiero po czynie. Zdecydowanie złote usteczka były dla mnie puste, dopóki nie płynęły z nich słowa, dotyczące nawet jebanej herbaty. Musiał po prostu mówić. Być. Ich dotyk nie wzbudzał dreszczyku. Wręcz przeciwnie. Rozdrażnił mnie niemożliwie, wzbudził nienawiść do samego siebie. Przyprawił o chęć zwymiotowania.
Nie spałem, co raczej nie było nowością już dla nikogo. Zamiast tego lampiłem się beznamiętnie w sufit, myśląc, co mam do cholery jasnej zrobić. Jak postąpić. Obudzenie go, przyznanie się i wyjście nie wchodziło w rachubę. Zatrzymałby mnie, a ja skuszony propozycją jeszcze jednego pocałunku, zostałbym i nie mógłbym już odejść.
Zostawić coś? Pocałować go? Wyczekać do ostatniego momentu i dać mu się obudzić, dotykając ciepłej jeszcze pościeli? Napisać coś na świstku? Brzmiało najrozsądniej. Wytłumaczenie. Przeprosiny. Łaknienie mordu w słowach, byle uznał mnie za furiata i nie tęsknił. Ba i tak nie będzie. Może chciałem wyjaśnić całą tę sytuację przed sobą samym?
Gładziłem kciukiem jego dłoń, którą dalej mnie obejmował. Wsłuchiwałem się w jego oddech.
Miałem dzisiaj odnieść ostatnie papiery i się wydelegować. Że musiałem akurat na niego trafić.
Zresztą, znajdą je i sami to rozgarną.
Adam, spotkaliśmy się po raz pierwszy i ostatni.
Jak nie on, to ja.
Pięknie.
Spojrzałem na zegarek. Czwarta rano.
Za dwie godziny wyjazd.
Jeszcze pięć minut, było tak wygodnie. Tak dobrze. Tak komfortowo i ciepło.
Już Nivan, już. Nie rozleniwiaj się.
Bokserki, spodnie, koszulka, skarpetki. Buty, jebane sznurowadła. Wcisnąłem stopy na siłę, tenisówki i tak były już rozluźnione do granic możliwości. Telefon. Zapalniczkę i pudełko niech sobie zatrzyma. Cokolwiek.
Papiery jebać, same się doniosą, nie chciałem już szeleścić. Koszula z plamą po kawie. Powinna się doprać.
Okulary są. Brudne, tłuste, z plamami po nocy, ale były. Byle widzieć.
Przykryłem go, bo inaczej wychłodzi się i obudzi. Niech dośpi do końca, niech wypocznie.
Stojąc przy drzwiach spojrzałem ostatni raz na ten cały burdel. Na pełne wspomnień pobojowisko, a na koniec na śpiącego królewicza, który rozdziawił japę i chrapnął. Uśmiechnąłem się pod nosem. Pięknyś, Adam, pięknyś nawet w tym wydaniu.
Otworzyłem drzwi i już bez oglądania się za siebie wyszedłem. Przymknąłem wrota do jaskini lwa, wzdychając cicho, a za chwilę przecierając już nieco tłuste włosy i przeklinając.
Cholerni faceci.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niby nic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niby nic. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 31 lipca 2018
poniedziałek, 30 lipca 2018
Niby nic [79]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
— Wiedziałem, ale myślałem, że mnie czymś jeszcze zaskoczysz — mruknął, oblizując wargę, na co tylko podniosłem prawą brew, bo to zdecydowanie był ładny gest i ruch, ba, wręcz kuszący. Co prawda jako odpowiedzi na jego słowa mogłem tylko użyć cichego prychnięcia, bo przecież mogłem go jeszcze czymś zaskoczyć. Po prostu nie tym. — Black Devilsy, różowe konkretniej — odpowiedział. — Co pomyślałeś, kiedy pierwszy raz mnie spotkałeś? — Och, takiego pytania może i się nie spodziewałem, może i było trochę bardziej interesujące.
Nachyliłem się nad chłopakiem, podnosząc swoją dłoń i muskając palcem jego nos.
— Ja też myślałem, że jeszcze mnie czymś zaskoczysz, a Black Devilsy do niespodzianek zdecydowanie nie należą — stwierdziłem, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. — Co pomyślałem? Że w sumie to jesteś niezłą dupą — oświadczyłem, po czym wybuchnąłem śmiechem. Sam co prawda, no cóż, co ja poradzę, moje poczucie humoru należało do bardzo wyszukanych rzeczy. — Spokojnie, nie tylko to, przysięgam. Że wyglądasz na trochę innego od wszystkich i takie sprawiasz wrażenie. Że jesteś przekonany o swoje wartości, a przynajmniej tak sądziłem, po tej nodze założonej na drugą i praktycznym zajęciu całej ławki. Że masz ładne oczy. Że mnie irytujesz, ale cholernie kusisz. I że zaraz rzucimy się ku sobie, nie do końca wiem, czy aby rozerwać tętnice, czy ubrania — mruknąłem, ponownie parskając śmiechem. Trochę cichszym i spokojniejszym, może i mniej pewnym. — I że możliwe, że ciebie polubię — podsumowałem w końcu, ostatecznie obejmując chłopaka swoimi ramionami i zamykając oczy. — A ty co myślałeś, gdy usiadł obok ciebie piękny, niebieskooki mężczyzna? Tak, wiem, uwielbiasz mnie.
Nachyliłem się nad chłopakiem, podnosząc swoją dłoń i muskając palcem jego nos.
— Ja też myślałem, że jeszcze mnie czymś zaskoczysz, a Black Devilsy do niespodzianek zdecydowanie nie należą — stwierdziłem, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. — Co pomyślałem? Że w sumie to jesteś niezłą dupą — oświadczyłem, po czym wybuchnąłem śmiechem. Sam co prawda, no cóż, co ja poradzę, moje poczucie humoru należało do bardzo wyszukanych rzeczy. — Spokojnie, nie tylko to, przysięgam. Że wyglądasz na trochę innego od wszystkich i takie sprawiasz wrażenie. Że jesteś przekonany o swoje wartości, a przynajmniej tak sądziłem, po tej nodze założonej na drugą i praktycznym zajęciu całej ławki. Że masz ładne oczy. Że mnie irytujesz, ale cholernie kusisz. I że zaraz rzucimy się ku sobie, nie do końca wiem, czy aby rozerwać tętnice, czy ubrania — mruknąłem, ponownie parskając śmiechem. Trochę cichszym i spokojniejszym, może i mniej pewnym. — I że możliwe, że ciebie polubię — podsumowałem w końcu, ostatecznie obejmując chłopaka swoimi ramionami i zamykając oczy. — A ty co myślałeś, gdy usiadł obok ciebie piękny, niebieskooki mężczyzna? Tak, wiem, uwielbiasz mnie.
Niby nic [78]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Westchnął jakby absolutnie zdemotywowany moim pytaniem. Zmarszczyłem brwi, zerkając na niego z dołu, bo nie wszystko było aż tak oczywiste, Walsh, naprawdę. Nie znam cię.
Och.
Jak beznadziejnie to brzmi.
Jednakże rzeczywistość była nadzwyczaj brutalna i wredna, nie znałem Walsha, nie wiedziałem o nim absolutnie nic, nie licząc tego, że lubi tartę cytrynową, ma pieprzyk na dupie, którego on sam nie uznaje, ale ja wiem, że tam jest, nie umie tańczyć, że jebie na kilometr lasem, nikt do końca nie wie czemu.
Nie znałem go ani trochę, a bez oporów dałem mu dupy. Może właśnie dlatego to zrobiłem. Komuś, o kim nie wiedziało się nic, było o wiele łatwiej.
— Przewalski, myślałem, że wszyscy to wiedzą — odparł mruczącym głosem, zjeżdżając dłonią na moją klatkę piersiową. Czyli jednak, już myślałem, że czymś mnie zaskoczy. — A twoja historia wcale nie była taka długa. I głupią też bym jej nie nazwał, ot co, miłość może i tak, ale samo wydarzenie nie. Ulubione papierosy?
— Wiedziałem, ale myślałem, że mnie czymś jeszcze zaskoczysz. — Oblizałem szybko dolną, już zbyt mocno spierzchniętą wargę. — Black Devilsy, różowe konkretniej. — Przetarłem leniwie lewe oko, burcząc coś jeszcze pod nosem, ale sam nawet nie za bardzo miałem pojęcia, co to konkretnie było. — Co pomyślałeś, kiedy pierwszy raz mnie spotkałeś?
Och.
Jak beznadziejnie to brzmi.
Jednakże rzeczywistość była nadzwyczaj brutalna i wredna, nie znałem Walsha, nie wiedziałem o nim absolutnie nic, nie licząc tego, że lubi tartę cytrynową, ma pieprzyk na dupie, którego on sam nie uznaje, ale ja wiem, że tam jest, nie umie tańczyć, że jebie na kilometr lasem, nikt do końca nie wie czemu.
Nie znałem go ani trochę, a bez oporów dałem mu dupy. Może właśnie dlatego to zrobiłem. Komuś, o kim nie wiedziało się nic, było o wiele łatwiej.
— Przewalski, myślałem, że wszyscy to wiedzą — odparł mruczącym głosem, zjeżdżając dłonią na moją klatkę piersiową. Czyli jednak, już myślałem, że czymś mnie zaskoczy. — A twoja historia wcale nie była taka długa. I głupią też bym jej nie nazwał, ot co, miłość może i tak, ale samo wydarzenie nie. Ulubione papierosy?
— Wiedziałem, ale myślałem, że mnie czymś jeszcze zaskoczysz. — Oblizałem szybko dolną, już zbyt mocno spierzchniętą wargę. — Black Devilsy, różowe konkretniej. — Przetarłem leniwie lewe oko, burcząc coś jeszcze pod nosem, ale sam nawet nie za bardzo miałem pojęcia, co to konkretnie było. — Co pomyślałeś, kiedy pierwszy raz mnie spotkałeś?
niedziela, 29 lipca 2018
Niby nic [77]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
No i spłonął dziewiczym rumieńcem, przyznaję, może i tego trochę się spodziewałem, może i nie, ale ten czerwony na polikach i uszach na pewno dodawał mu uroku. Burknął coś pod nosem, a ja parsknąłem śmiechem, ponownie chowając twarz w niebieskiej czuprynie.
— To głupia i długa historia — parsknął. Oj, Oakley, od takich słów zaczynają się właśnie te interesujące (lub wręcz przeciwnie) i wcale niedłużące się (lub ponownie, wręcz przeciwnie) opowieści. — Pierwsza nieodwzajemniona miłostka tliła się jak to Missisipi, do jedynego i niepowtarzalnego Kumara. Odwzajemnionej jeszcze nie zaliczyłem — wypowiedział wszystko na jednym wydechu, stukając nerwowo palcami o mój brzuch, no a ja musiałem to mu przyznać, byłem zaskoczony. Zaintrygowany może? Bo przecież mieszkał z Kumarem w jednym pokoju, ba, raczej spokojnie można było go nazwać najlepszym przyjacielem Oakleya, więc sytuacja musiała być poważna. Ale najwidoczniej została również rozwiązana w bardzo dobry sposób, sądząc po ich aktualnej, raczej dobrej, relacji. — A twoja?
Westchnąłem cicho, może trochę w szoku, że nadal nie znał odpowiedzi.
— Przewalski, myślałem, że wszyscy to wiedzą — wymruczałem leniwie, a lewa dłoń jakoś sama spłynęła na mostek chłopaka. — A twoja historia wcale nie była taka długa. I głupią też bym jej nie nazwał, ot co, miłość może i tak, ale samo wydarzenie nie — podsumowałem, otwierając jedno oko, choć w naszej aktualnej pozycji nie dawało mi to doskonałego widoku na jego twarz. — Ulubione papierosy?
— To głupia i długa historia — parsknął. Oj, Oakley, od takich słów zaczynają się właśnie te interesujące (lub wręcz przeciwnie) i wcale niedłużące się (lub ponownie, wręcz przeciwnie) opowieści. — Pierwsza nieodwzajemniona miłostka tliła się jak to Missisipi, do jedynego i niepowtarzalnego Kumara. Odwzajemnionej jeszcze nie zaliczyłem — wypowiedział wszystko na jednym wydechu, stukając nerwowo palcami o mój brzuch, no a ja musiałem to mu przyznać, byłem zaskoczony. Zaintrygowany może? Bo przecież mieszkał z Kumarem w jednym pokoju, ba, raczej spokojnie można było go nazwać najlepszym przyjacielem Oakleya, więc sytuacja musiała być poważna. Ale najwidoczniej została również rozwiązana w bardzo dobry sposób, sądząc po ich aktualnej, raczej dobrej, relacji. — A twoja?
Westchnąłem cicho, może trochę w szoku, że nadal nie znał odpowiedzi.
— Przewalski, myślałem, że wszyscy to wiedzą — wymruczałem leniwie, a lewa dłoń jakoś sama spłynęła na mostek chłopaka. — A twoja historia wcale nie była taka długa. I głupią też bym jej nie nazwał, ot co, miłość może i tak, ale samo wydarzenie nie — podsumowałem, otwierając jedno oko, choć w naszej aktualnej pozycji nie dawało mi to doskonałego widoku na jego twarz. — Ulubione papierosy?
Niby nic [76]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Mruknąłem z przyjemnością, gdy twarz mężczyzny znalazła się w moich włosach, gdy zebrał się na kolejne czułości i po prostu znalazł się jeszcze bliżej mnie, chyba nawet bardziej w tym psychicznym, niż fizycznym znaczeniu. Uśmiechnąłem się, wyciągnąłem wolną dłoń gdzieś wyżej, byle dosięgnąć kosmyków na jego karku i zacząć je delikatnie masować, pieścić, pielęgnować. Nie zważając na to, w jak pokracznej pozycji się znaleźliśmy.
— Na jakiejś imprezie, chyba piętnaście lat miałem, pijany w sztok, uchlany do granic wytrzymałości mojego organizmu, o pocałunku dowiedziałem się od znajomego następnego dnia, gdy znaleźli mnie na drzewie w ogródku, więc nie, nie opowiem ci gorących szczegółów — odparł z nieporadnym uśmiechem, odsuwając się ode mnie i drapiąc po głowie, na co parsknąłem cicho, bo och, tak, raczej nikt się nie spodziewał. — Z jakąś dziewczyną, chyba Anja miała na imię, jeżeli ciebie to interesuje. A taki oficjalny pierwszy pocałunek, który chciałbym, żeby był moim pierwszym to chyba z Tadeuszem, jak miałem szesnaście. To był fajny związek, w sumie ciekawe, co tam u niego, bo rozstawaliśmy się jako przyjaciele. No i jeszcze jest Przewalski, ale to już zupełnie inna historia. Twoja pierwsza miłość?
Na koniec skinąłem głową, ale słysząc pytanie zalałem się konkretnym rumieńcem, bo tak, to musiało paść. To jedno, jedyne zdanie.
Burknąłem pod nosem, coś niezrozumiałego dla niego, a oczywistego dla mnie.
— To głupia i długa historia — parsknąłem z niezwykłym zawstydzeniem, przypominając sobie każdy, nawet najmniejszy ruch tego drugiego, który w tamtym okresie przyprawiał mnie o wzwód i zdecydowanie byłem zbyt świadom samego siebie. — Pierwsza nieodwzajemniona miłostka tliła się jak to Missisipi, do jedynego i niepowtarzalnego Kumara. Odwzajemnionej jeszcze nie zaliczyłem. — Zastukałem palcami o brzuch mężczyzny. — A twoja?
— Na jakiejś imprezie, chyba piętnaście lat miałem, pijany w sztok, uchlany do granic wytrzymałości mojego organizmu, o pocałunku dowiedziałem się od znajomego następnego dnia, gdy znaleźli mnie na drzewie w ogródku, więc nie, nie opowiem ci gorących szczegółów — odparł z nieporadnym uśmiechem, odsuwając się ode mnie i drapiąc po głowie, na co parsknąłem cicho, bo och, tak, raczej nikt się nie spodziewał. — Z jakąś dziewczyną, chyba Anja miała na imię, jeżeli ciebie to interesuje. A taki oficjalny pierwszy pocałunek, który chciałbym, żeby był moim pierwszym to chyba z Tadeuszem, jak miałem szesnaście. To był fajny związek, w sumie ciekawe, co tam u niego, bo rozstawaliśmy się jako przyjaciele. No i jeszcze jest Przewalski, ale to już zupełnie inna historia. Twoja pierwsza miłość?
Na koniec skinąłem głową, ale słysząc pytanie zalałem się konkretnym rumieńcem, bo tak, to musiało paść. To jedno, jedyne zdanie.
Burknąłem pod nosem, coś niezrozumiałego dla niego, a oczywistego dla mnie.
— To głupia i długa historia — parsknąłem z niezwykłym zawstydzeniem, przypominając sobie każdy, nawet najmniejszy ruch tego drugiego, który w tamtym okresie przyprawiał mnie o wzwód i zdecydowanie byłem zbyt świadom samego siebie. — Pierwsza nieodwzajemniona miłostka tliła się jak to Missisipi, do jedynego i niepowtarzalnego Kumara. Odwzajemnionej jeszcze nie zaliczyłem. — Zastukałem palcami o brzuch mężczyzny. — A twoja?
Niby nic [75]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
— Powiem ci, że taką złotą jesień widziałem raz w życiu i warto było — mruknął, bardzo ładnie i nisko, a i może nawet sam drgnąłem na ten dźwięk. Kto nas tam wie, najważniejsze, że było to bardzo przyjemne.
Ostatecznie schowałem twarz we włosach chłopaka, praktycznie się rozpływając, bo przecież one były takie miękkie, gęste i w dodatku delikatnie łaskotały skórę, ale nie we wredny, nieprzyjemny i wyzywający sposób, by tylko rozjuszyć ofiarę, tak jak lubiły robić to dłonie Oakleya.
I to nie tak, że to drugie w sumie też nawet lubiłem na ten swój własny, pokraczny sposób.
— Ósmy lutego — odpowiedział na moje pytanie, a ja od razu zakodowałem, a przynajmniej spróbowałem zakodować tę informację w głowie. I co z tego, że prawdopodobnie nigdy miała mi się nie przydać. Lepiej wiedzieć więcej, niż mniej, bo co jak się okaże, że jednak zapomniałem o jego urodzinach i nie mam żadnego prezentu? — Pierwszy pocałunek? — zapytał, parskając śmiechem, a ja mu zawtórowałem i pokręciłem głową, przy okazji unosząc delikatnie twarz, bo nikt z nas raczej nie chciał, by niebieskie włosy wylądowały w moich ustach.
— Na jakiejś imprezie, chyba piętnaście lat miałem, pijany w sztok, uchlany do granic wytrzymałości mojego organizmu, o pocałunku dowiedziałem się od znajomego następnego dnia, gdy znaleźli mnie na drzewie w ogródku, więc nie, nie opowiem ci gorących szczegółów — oświadczyłem, uśmiechając się dosyć nieporadnie i drapiąc się po głowie. — Z jakąś dziewczyną, chyba Anja miała na imię, jeżeli ciebie to interesuje. A taki oficjalny pierwszy pocałunek, który chciałbym, żeby był moim pierwszym to chyba z Tadeuszem, jak miałem szesnaście. To był fajny związek, w sumie ciekawe, co tam u niego, bo rozstawaliśmy się jako przyjaciele — mruknąłem, mrużąc oczy na krótszą chwilę. — No i jeszcze jest Przewalski, ale to już zupełnie inna historia. Twoja pierwsza miłość?
Ostatecznie schowałem twarz we włosach chłopaka, praktycznie się rozpływając, bo przecież one były takie miękkie, gęste i w dodatku delikatnie łaskotały skórę, ale nie we wredny, nieprzyjemny i wyzywający sposób, by tylko rozjuszyć ofiarę, tak jak lubiły robić to dłonie Oakleya.
— Ósmy lutego — odpowiedział na moje pytanie, a ja od razu zakodowałem, a przynajmniej spróbowałem zakodować tę informację w głowie. I co z tego, że prawdopodobnie nigdy miała mi się nie przydać. Lepiej wiedzieć więcej, niż mniej, bo co jak się okaże, że jednak zapomniałem o jego urodzinach i nie mam żadnego prezentu? — Pierwszy pocałunek? — zapytał, parskając śmiechem, a ja mu zawtórowałem i pokręciłem głową, przy okazji unosząc delikatnie twarz, bo nikt z nas raczej nie chciał, by niebieskie włosy wylądowały w moich ustach.
— Na jakiejś imprezie, chyba piętnaście lat miałem, pijany w sztok, uchlany do granic wytrzymałości mojego organizmu, o pocałunku dowiedziałem się od znajomego następnego dnia, gdy znaleźli mnie na drzewie w ogródku, więc nie, nie opowiem ci gorących szczegółów — oświadczyłem, uśmiechając się dosyć nieporadnie i drapiąc się po głowie. — Z jakąś dziewczyną, chyba Anja miała na imię, jeżeli ciebie to interesuje. A taki oficjalny pierwszy pocałunek, który chciałbym, żeby był moim pierwszym to chyba z Tadeuszem, jak miałem szesnaście. To był fajny związek, w sumie ciekawe, co tam u niego, bo rozstawaliśmy się jako przyjaciele — mruknąłem, mrużąc oczy na krótszą chwilę. — No i jeszcze jest Przewalski, ale to już zupełnie inna historia. Twoja pierwsza miłość?
Niby nic [74]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Nie sądziłem, że pytanie o zwykłą, ulubioną porę roku wzbudzi aż tak negatywną reakcję, ale warczenie, jak u rozjuszonego kundelka zdecydowanie było tego warte, dlatego tylko parsknąłem śmiechem, czekając cierpliwie, aż udzieli oczekiwanej przeze mnie odpowiedzi, bo nie miałem zamiaru odpuszczać mojego celu.
— Uwielbiam złotą jesień, ale jako że taka nie istnieje, bo zawsze jest mokro, leje i w dodatku robi się to okropne błoto, to zdecydowanie wiosna — odparł twardo, poprawiając się nieco, przez co sam musiałem poprawić się razem z nim, bo podciągając się do góry, zsunął mnie w dół.A ja dalej chciałem słuchać jego pulsu. Musiałem jednak przyznać mu rację, jesień zazwyczaj była paskudna. — Twoje urodziny? — spytał, chuchając prosto w moją głowę, na co delikatnie się skrzywiłem, bo włosy nieprzyjemnie się przy tym odginały.
— Powiem ci, że taką złotą jesień widziałem raz w życiu i warto było — mruknąłem nisko. Chciałem jeszcze rzucić czymś w stylu, że co, Walsh, nie wiesz, kiedy mam urodziny? Ta zniewaga krwi wymaga! Ale za chwilę spytałby się, w takim razie kiedy ja mam urodziny, a mnie porządnie by zatkało, bo nie miałem zielonego pojęcia i już go mieć nie chciałem. W końcu, po co mi ta informacja, tylko po to, żeby później samotnie celebrować? — Ósmy lutego — odparłem beznamiętnie, przypominając sobie, że cholera, jestem stary. — Pierwszy pocałunek? — parsknąłem głośno, decydując się na zejście na bardziej pobłażliwe tematy.
— Uwielbiam złotą jesień, ale jako że taka nie istnieje, bo zawsze jest mokro, leje i w dodatku robi się to okropne błoto, to zdecydowanie wiosna — odparł twardo, poprawiając się nieco, przez co sam musiałem poprawić się razem z nim, bo podciągając się do góry, zsunął mnie w dół.
— Powiem ci, że taką złotą jesień widziałem raz w życiu i warto było — mruknąłem nisko. Chciałem jeszcze rzucić czymś w stylu, że co, Walsh, nie wiesz, kiedy mam urodziny? Ta zniewaga krwi wymaga! Ale za chwilę spytałby się, w takim razie kiedy ja mam urodziny, a mnie porządnie by zatkało, bo nie miałem zielonego pojęcia i już go mieć nie chciałem. W końcu, po co mi ta informacja, tylko po to, żeby później samotnie celebrować? — Ósmy lutego — odparłem beznamiętnie, przypominając sobie, że cholera, jestem stary. — Pierwszy pocałunek? — parsknąłem głośno, decydując się na zejście na bardziej pobłażliwe tematy.
sobota, 28 lipca 2018
Niby nic [73]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
Parsknął wyjątkowo melodyjnym jak na siebie śmiechem, a ja odpowiedziałem mu tym samym, bo dlaczego by nie? Uścisnąłem trochę mocniej palce chłopaka, upewniając się, że jeszcze nigdzie nie uciekł.
— Chyba nie mam albo nigdy się nad tym nie zastanawiałem, jak mam być szczery — odpowiedział cicho, na co przewróciłem oczami i prychnąłem, bo przecież tak nie wolno. Trzeba było odpowiedzieć na pytanie, tak? — Nie wiem. Koale? Buldogi francuskie? Shiba Inu? Lori. O borze, lori są urocze. Nie lubię wybierać, wszystkie są cudowne. A może sowy? Uwielbiam sowy — szepnął, krzywiąc się niemiłosiernie, jakbym torturował go tym jakże okropnym pytaniem. Teraz przynajmniej byliśmy kwita. — Która pora roku?
Westchnąłem cicho, odchylając głowę do tyłu i warcząc z udawanym oburzeniem, bo te pytania naprawdę zaczynały robić się cholernie trudne.
— Uwielbiam złotą jesień, ale jako że taka nie istnieje, bo zawsze jest mokro, leje i w dodatku robi się to okropne błoto, to zdecydowanie wiosna — oświadczyłem stanowczo, podciągając się przy okazji trochę do góry. — Twoje urodziny? — zapytałem i pochyliłem się troszeczkę nad nim, chuchając w niebieskie włosy i uśmiechając się, gdy tylko się poruszyły.
Nie było wcale tak późno, a ja już odchodziłem od zmysłów, daj Stwórco, żebym do końca tej rozmowy nie stał się małpką, która śmieje się z osoby poruszającej palcem i mówiącej "arr".
A to była naprawdę możliwe.
— Chyba nie mam albo nigdy się nad tym nie zastanawiałem, jak mam być szczery — odpowiedział cicho, na co przewróciłem oczami i prychnąłem, bo przecież tak nie wolno. Trzeba było odpowiedzieć na pytanie, tak? — Nie wiem. Koale? Buldogi francuskie? Shiba Inu? Lori. O borze, lori są urocze. Nie lubię wybierać, wszystkie są cudowne. A może sowy? Uwielbiam sowy — szepnął, krzywiąc się niemiłosiernie, jakbym torturował go tym jakże okropnym pytaniem. Teraz przynajmniej byliśmy kwita. — Która pora roku?
Westchnąłem cicho, odchylając głowę do tyłu i warcząc z udawanym oburzeniem, bo te pytania naprawdę zaczynały robić się cholernie trudne.
— Uwielbiam złotą jesień, ale jako że taka nie istnieje, bo zawsze jest mokro, leje i w dodatku robi się to okropne błoto, to zdecydowanie wiosna — oświadczyłem stanowczo, podciągając się przy okazji trochę do góry. — Twoje urodziny? — zapytałem i pochyliłem się troszeczkę nad nim, chuchając w niebieskie włosy i uśmiechając się, gdy tylko się poruszyły.
Nie było wcale tak późno, a ja już odchodziłem od zmysłów, daj Stwórco, żebym do końca tej rozmowy nie stał się małpką, która śmieje się z osoby poruszającej palcem i mówiącej "arr".
A to była naprawdę możliwe.
Niby nic [72]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Ten wzrok mówiący wyraźnie, że ciebie Oakley, chyba coś popierdoliło, jeśli każesz mi robić takie rzeczy, o czym ty w ogóle gadasz i dlaczego robisz mi krzywdę, zadając takie pytania, co? No powiedz mi, czego jesteś taką paskudą.
A ja tylko uśmiechałem się delikatnie, oczekując odpowiedzi i naprawdę wiedziałem, że na jednej, jedynej piosence się nie skończy, ale koniecznie chciałem, chociaż na chwilę zatruć mu to paskudne dupsko, a żeby go coś w pośladek ukłuło i piekielnie zabolało. Cierp, cierp, sam zacząłeś tę popieprzoną gierkę.
— Tylko jedna? — spytał, marszcząc czoło i zdecydowanie mocno się namyślając. — Chyba Everybody Wants to Rule... Nie, czekaj, poprawka. Stayin’ Alive Bee Geesów. Albo nie. Mogę podać dwie? Oczywiście, że mogę. September od Earth, Wind and Fire, Mister Blue Sky i I Just Died In Your Arms. Tak, wiem, że to były trzy, Oakley, ale nie zabronisz mi — odparł, skończył z uśmiechem na buźce, a ja przewróciłem oczami i odetchnąłem z ulgą, bo nie znałem ani jednego utworu, który wymienił.
Nie będzie okazji, żeby zatruwał mi nimi życie.
A mimo wszystko zapamiętałem większość tytułów, żeby w razie czego po prostu zrobić składankę „A.W”, zgrać ją na płycie i wrzucić w jakimś pudełku na dno kartonu, a któregoś pięknego dnia, za dwadzieścia lat go otworzyć, całkiem zapominając o skrywanym przez niego skarbie i odsłuchać wszystkiego plując sobie w twarz w lustrze, zalewając się łzami i tak dalej. Brzmi zajebiście normikowo, ale chyba potrzebowałem mieć pewnik na dłuższą metę, który tylko utwierdzi mnie w przekonaniu, że tak, Nivan, spierdoliłeś sobie życie po całości, skarbie.
— Kolejne nic nieznaczące pytanie, ulubione zwierzę?
Parsknąłem śmiechem, marszcząc brwi i kręcąc kciukiem kółka na jego dłoni.
Chciałem już odpowiedzieć „Żyrafa Gienio”, ale z prędkością światła zaniechałem tego czynu.
— Chyba nie mam albo nigdy się nad tym nie zastanawiałem, jak mam być szczery — mruknąłem. — Nie wiem. Koale? Buldogi francuskie? Shiba Inu? Lori. O borze, lori są urocze. Nie lubię wybierać, wszystkie są cudowne. A może sowy? Uwielbiam sowy — szeptałem, wodząc wzrokiem po suficie i co chwila się krzywiąc, bo naprawdę, jak tu uznać jednego za ulubionego? — Która pora roku?
A ja tylko uśmiechałem się delikatnie, oczekując odpowiedzi i naprawdę wiedziałem, że na jednej, jedynej piosence się nie skończy, ale koniecznie chciałem, chociaż na chwilę zatruć mu to paskudne dupsko, a żeby go coś w pośladek ukłuło i piekielnie zabolało. Cierp, cierp, sam zacząłeś tę popieprzoną gierkę.
— Tylko jedna? — spytał, marszcząc czoło i zdecydowanie mocno się namyślając. — Chyba Everybody Wants to Rule... Nie, czekaj, poprawka. Stayin’ Alive Bee Geesów. Albo nie. Mogę podać dwie? Oczywiście, że mogę. September od Earth, Wind and Fire, Mister Blue Sky i I Just Died In Your Arms. Tak, wiem, że to były trzy, Oakley, ale nie zabronisz mi — odparł, skończył z uśmiechem na buźce, a ja przewróciłem oczami i odetchnąłem z ulgą, bo nie znałem ani jednego utworu, który wymienił.
Nie będzie okazji, żeby zatruwał mi nimi życie.
A mimo wszystko zapamiętałem większość tytułów, żeby w razie czego po prostu zrobić składankę „A.W”, zgrać ją na płycie i wrzucić w jakimś pudełku na dno kartonu, a któregoś pięknego dnia, za dwadzieścia lat go otworzyć, całkiem zapominając o skrywanym przez niego skarbie i odsłuchać wszystkiego plując sobie w twarz w lustrze, zalewając się łzami i tak dalej. Brzmi zajebiście normikowo, ale chyba potrzebowałem mieć pewnik na dłuższą metę, który tylko utwierdzi mnie w przekonaniu, że tak, Nivan, spierdoliłeś sobie życie po całości, skarbie.
— Kolejne nic nieznaczące pytanie, ulubione zwierzę?
Parsknąłem śmiechem, marszcząc brwi i kręcąc kciukiem kółka na jego dłoni.
Chciałem już odpowiedzieć „Żyrafa Gienio”, ale z prędkością światła zaniechałem tego czynu.
— Chyba nie mam albo nigdy się nad tym nie zastanawiałem, jak mam być szczery — mruknąłem. — Nie wiem. Koale? Buldogi francuskie? Shiba Inu? Lori. O borze, lori są urocze. Nie lubię wybierać, wszystkie są cudowne. A może sowy? Uwielbiam sowy — szeptałem, wodząc wzrokiem po suficie i co chwila się krzywiąc, bo naprawdę, jak tu uznać jednego za ulubionego? — Która pora roku?
Niby nic [71]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
I złapał mnie za dłoń, ba, prawie zmiażdżył moje dosyć szczupłe palce, a ja skrzywiłem się ponownie, bo co to za wredna menda była, tak atakować, a teraz jeszcze się bronić. Przecież tak nie wolno, prawda?
— A istnieją cynamonowe? Jak są cynamonowe, to pewnie cynamonowe — wymruczał, na co parsknąłem śmiechem i pokiwałem głową, bo przecież i takie by się znalazły. W końcu podobno nawet trzydzieści smaków by się znalazło. Albo trzydzieści jeden, sam już nie pamiętam, co matka mi za bzdury do głowy wbijała w dzieciństwie.
Westchnąłem z ulgą, gdy ostatecznie puścił moje palce wolno, a następnie zaplótł je ze swoimi. Drobny gest, a naprawdę cieszył swoją delikatnością, jakimkolwiek przemyconym uczuciem. Bo przecież coś się za nim znajdowało, prawda?
W ogóle cała nasza relacja opierała się właśnie na takich małych czułościach, dotyku drugiej osoby. I mi to chyba pasowało. Żadnych przysiąg, żadnych obietnic czy słodkich słówek, a ciepła skóra tego drugiego, delikatne palce z uwagą muskające każdy centymetr kwadratowy naszych ciał. Tak, zdecydowanie to lubiłem.
— A jak nie cynamonowe, to czekoladowe. Albo cytrynowe. Nie wiem, za dużo i za smacznie — jęknął, a ja ponownie parsknąłem śmiechem. — Ukochana piosenka?
Zerknąłem na chłopaka z przerażeniem, bo przecież jakim cudem miałem podać mu tytuł tylko jednej piosenki.
— Tylko jedna? — zapytałem z nadzieją w głosie, choć odpowiedź była oczywista. Zmarszczyłem czoło, zastanawiając się dłuższą chwilę. — Chyba Everybody Wants to Rule... Nie, czekaj, poprawka. Stayin’ Alive Bee Geesów. Albo nie. Mogę podać dwie? Oczywiście, że mogę. September od Earth, Wind and Fire, Mister Blue Sky i I Just Died In Your Arms. Tak, wiem, że to były trzy, Oakley, ale nie zabronisz mi — podsumowałem z szerokim i dumnym uśmiechem na twarzy. — Kolejne nic nieznaczące pytanie, ulubione zwierzę?
— A istnieją cynamonowe? Jak są cynamonowe, to pewnie cynamonowe — wymruczał, na co parsknąłem śmiechem i pokiwałem głową, bo przecież i takie by się znalazły. W końcu podobno nawet trzydzieści smaków by się znalazło. Albo trzydzieści jeden, sam już nie pamiętam, co matka mi za bzdury do głowy wbijała w dzieciństwie.
Westchnąłem z ulgą, gdy ostatecznie puścił moje palce wolno, a następnie zaplótł je ze swoimi. Drobny gest, a naprawdę cieszył swoją delikatnością, jakimkolwiek przemyconym uczuciem. Bo przecież coś się za nim znajdowało, prawda?
W ogóle cała nasza relacja opierała się właśnie na takich małych czułościach, dotyku drugiej osoby. I mi to chyba pasowało. Żadnych przysiąg, żadnych obietnic czy słodkich słówek, a ciepła skóra tego drugiego, delikatne palce z uwagą muskające każdy centymetr kwadratowy naszych ciał. Tak, zdecydowanie to lubiłem.
— A jak nie cynamonowe, to czekoladowe. Albo cytrynowe. Nie wiem, za dużo i za smacznie — jęknął, a ja ponownie parsknąłem śmiechem. — Ukochana piosenka?
Zerknąłem na chłopaka z przerażeniem, bo przecież jakim cudem miałem podać mu tytuł tylko jednej piosenki.
— Tylko jedna? — zapytałem z nadzieją w głosie, choć odpowiedź była oczywista. Zmarszczyłem czoło, zastanawiając się dłuższą chwilę. — Chyba Everybody Wants to Rule... Nie, czekaj, poprawka. Stayin’ Alive Bee Geesów. Albo nie. Mogę podać dwie? Oczywiście, że mogę. September od Earth, Wind and Fire, Mister Blue Sky i I Just Died In Your Arms. Tak, wiem, że to były trzy, Oakley, ale nie zabronisz mi — podsumowałem z szerokim i dumnym uśmiechem na twarzy. — Kolejne nic nieznaczące pytanie, ulubione zwierzę?
piątek, 27 lipca 2018
Niby nic [70]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Uciekł szybko od mojej dłoni, marszcząc się nadzwyczaj wyraźnie i nawet sycząc, jak rasowy kot, któremu ktoś właśnie naruszył strefę osobistą, a ja tylko parsknąłem śmiechem, widząc całą jego reakcję, małe przedstawienie, które postanowił mi odstawić tuż przed oczami.
— Modry — odparł w końcu i spojrzał na mnie niechętnie, w równym nastroju i grymasie wracając na swoje miejsce, dalej wciąż przyglądając się dokładnie moim ruchom. Boisz się, że cię zaatakuję, Walsh? Plus bardzo ładny kolor. Bardzo. — Twój ulubiony smak lodów? — zapytał za chwilę, nie czekając dłużej, przecież była jego kolejka i on musiał zrobić wszystko tak szybko, jak tylko się da. Czy naprawdę aż tak bardzo nienawidził czekać?
Musnął palcami moją szyję, odwdzięczył się w ten sam sposób, a ja tylko zaśmiałem się cicho, zamykając szczupłe dłonie pomiędzy policzkiem, a ramieniem. Nie wolno, nie wolno, oddam zmiażdżeniem tej ciekawskiej łapki, Adam.
— A istnieją cynamonowe? Jak są cynamonowe, to pewnie cynamonowe — mruknąłem, sięgając do zaciskanej dłoni i delikatnie puszczając ją, byle móc spleść swoje palce z tymi jego, w dość pokracznej pozycji, ale jednak. — A jak nie cynamonowe, to czekoladowe. Albo cytrynowe. Nie wiem, za dużo i za smacznie — jęknąłem, udając zrezygnowanie całą tą sytuacją, a raczej pytaniem. — Ukochana piosenka?
— Modry — odparł w końcu i spojrzał na mnie niechętnie, w równym nastroju i grymasie wracając na swoje miejsce, dalej wciąż przyglądając się dokładnie moim ruchom. Boisz się, że cię zaatakuję, Walsh? Plus bardzo ładny kolor. Bardzo. — Twój ulubiony smak lodów? — zapytał za chwilę, nie czekając dłużej, przecież była jego kolejka i on musiał zrobić wszystko tak szybko, jak tylko się da. Czy naprawdę aż tak bardzo nienawidził czekać?
Musnął palcami moją szyję, odwdzięczył się w ten sam sposób, a ja tylko zaśmiałem się cicho, zamykając szczupłe dłonie pomiędzy policzkiem, a ramieniem. Nie wolno, nie wolno, oddam zmiażdżeniem tej ciekawskiej łapki, Adam.
— A istnieją cynamonowe? Jak są cynamonowe, to pewnie cynamonowe — mruknąłem, sięgając do zaciskanej dłoni i delikatnie puszczając ją, byle móc spleść swoje palce z tymi jego, w dość pokracznej pozycji, ale jednak. — A jak nie cynamonowe, to czekoladowe. Albo cytrynowe. Nie wiem, za dużo i za smacznie — jęknąłem, udając zrezygnowanie całą tą sytuacją, a raczej pytaniem. — Ukochana piosenka?
Niby nic [69]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
Uśmiechał się, zamykał oczy, a do tego wszystkiego brakowało mi tylko niskiego mruczenia, wyciągania się pod moją dłonią oraz delikatnego drżenia, jak u najprawdziwszego kota. Tak samo jak on, już ostatecznie zgniotłem swojego papierosa, rozstając się z nim dosyć niechętnie.
— Na moje szczęście nie — szepnął, podczas gdy ja dalej stukałem palcami o wyjątkowo ciepłą skórę. — Czy powinienem teraz spytać, a ty? Prawdopodobnie tak, prawda? — zapytał, na co od razu parsknąłem śmiechem i pokiwałem głową. Opuszki przeszły trochę wyżej, na żuchwę chłopaka. — Jaki jest twój ulubiony kolor? — dodał jeszcze i odchylił głowę, jakby skuszony moim ruchem dłoni.
Przeliczyłem się jednak, bo chwilę później wyciągnął swoją, a palcami przejechał po mojej szczęce, a jeszcze wcześniej, jakby zupełnym przypadkiem, choć znałem ten błysk w oku, zahaczył o szyję, przez co od razu uciekłem lekko w bok i syknąłem, nieznacznie krzywiąc się.
Nieładnie, Oakley.
— Modry — mruknąłem krótko, ostatecznie wracając na swoje miejsce, wolno i niezbyt ufnie, bo w końcu w każdej chwili mógł mnie zaatakować, prawda? — Twój ulubiony smak lodów? — odbiłem szybko piłeczkę, przy okazji, tak samo przypadkowo jak on, zahaczając palcami o jego szyję.
Bo przecież nie mogłem być dłużny, co to, to nie.
— Na moje szczęście nie — szepnął, podczas gdy ja dalej stukałem palcami o wyjątkowo ciepłą skórę. — Czy powinienem teraz spytać, a ty? Prawdopodobnie tak, prawda? — zapytał, na co od razu parsknąłem śmiechem i pokiwałem głową. Opuszki przeszły trochę wyżej, na żuchwę chłopaka. — Jaki jest twój ulubiony kolor? — dodał jeszcze i odchylił głowę, jakby skuszony moim ruchem dłoni.
Przeliczyłem się jednak, bo chwilę później wyciągnął swoją, a palcami przejechał po mojej szczęce, a jeszcze wcześniej, jakby zupełnym przypadkiem, choć znałem ten błysk w oku, zahaczył o szyję, przez co od razu uciekłem lekko w bok i syknąłem, nieznacznie krzywiąc się.
Nieładnie, Oakley.
— Modry — mruknąłem krótko, ostatecznie wracając na swoje miejsce, wolno i niezbyt ufnie, bo w końcu w każdej chwili mógł mnie zaatakować, prawda? — Twój ulubiony smak lodów? — odbiłem szybko piłeczkę, przy okazji, tak samo przypadkowo jak on, zahaczając palcami o jego szyję.
Bo przecież nie mogłem być dłużny, co to, to nie.
Niby nic [68]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Miałem ochotę parsknąć cichym śmiechem, gdy zobaczyłem, jak bardzo napina brzuch, jak bardzo ucieka, gdy mocniej wydmuchałem powietrze nosem. Zrobiłbym to, gdyby nie fakt, że groziłoby upuszczeniem popiołu na jego skórę, a jednocześnie poparzenie go. Dlatego strzepnąłem już resztkę do prowizorycznej popielniczki, zgniotłem kiepa i objąłem go, teraz już wolnym, ramieniem przez tors.
Uśmiechałem się, czując palce, które tak uważnie studiowały skórę, leniwie przesuwały się po ciele, kreśliły wzory, rysowały nikomu nieznane znaki, które prawdopodobnie nie miały żadnego znaczenia, ważne, że były naprawdę przyjemne w odczuciu.
— Masz jakoś na drugie imię? — spytał w pewnym momencie, dalej wodząc dłońmi po moich plecach, gdy ja tylko przymykałem powieki i uśmiechałem się, czując naprawdę przyjemne mrowienie w okolicach, które poddawały się jego dotykowi.
— Na moje szczęście nie — odparłem cicho. Zastukał kilka razy palcem o moją skórę, bo chyba obaj nie mieliśmy co robić z dłońmi. — Czy powinienem teraz spytać, a ty? Prawdopodobnie tak, prawda? — mruknąłem, stwierdzając, że rzeczywiście, czasem, a nawet dość często, w relacjach międzyludzkich byłem beznadziejny. — Jaki jest twój ulubiony kolor? — spytałem w odpowiedzi, odchylając delikatnie głowę i zerkając na jego podbródek, który za chwilę musnąłem palcami. Nawet udało mi się zahaczyć o szyję, delikatnie ją musnąć, licząc na to, że mężczyzna zareaguje na łaskotki.
Uśmiechałem się, czując palce, które tak uważnie studiowały skórę, leniwie przesuwały się po ciele, kreśliły wzory, rysowały nikomu nieznane znaki, które prawdopodobnie nie miały żadnego znaczenia, ważne, że były naprawdę przyjemne w odczuciu.
— Masz jakoś na drugie imię? — spytał w pewnym momencie, dalej wodząc dłońmi po moich plecach, gdy ja tylko przymykałem powieki i uśmiechałem się, czując naprawdę przyjemne mrowienie w okolicach, które poddawały się jego dotykowi.
— Na moje szczęście nie — odparłem cicho. Zastukał kilka razy palcem o moją skórę, bo chyba obaj nie mieliśmy co robić z dłońmi. — Czy powinienem teraz spytać, a ty? Prawdopodobnie tak, prawda? — mruknąłem, stwierdzając, że rzeczywiście, czasem, a nawet dość często, w relacjach międzyludzkich byłem beznadziejny. — Jaki jest twój ulubiony kolor? — spytałem w odpowiedzi, odchylając delikatnie głowę i zerkając na jego podbródek, który za chwilę musnąłem palcami. Nawet udało mi się zahaczyć o szyję, delikatnie ją musnąć, licząc na to, że mężczyzna zareaguje na łaskotki.
Niby nic [67]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
I zadrżał, spiął się, ba, przez chwilę miałem wrażenie, że ucieknie spod mojej dłoni jak struś pędziwiatr i już nigdy więcej nie będzie mi dane spojrzeć w te cudowne niebieskie oczy czy przejechać palcem po żuchwie chłopaka.
Och, w sumie to tak bardzo się nie myliłem.
— Przy następnej schadzce — mruknął, a następnie już całkowicie się schował, wtulił w moją klatkę piersiową.
Łaskotał ciepłym i równym oddechem, na co od razu wciągnąłem brzuch, przy okazji krzywiąc się niemiłosiernie, bo to było cholernie przyjemne i pociągające, wręcz uzależniające, ale w tym samym momencie miałem już dosyć, chciałem uciec, by móc zaczerpnąć oddechu i zgromić go wzrokiem, bo jak mógł ważyć się mnie połaskotać strumieniem powietrza świadczącym o tym, że dalej jeszcze jakoś dycha na tym marnym świecie. Przygryzłem policzek od środka i wyjąłem papierosa z ust, by strząchnąć go do naszej improwizowanej zapalniczki.
— Masz jakoś na drugie imię? — zapytałem cicho, przejeżdżając przez jego włosy swoimi palcami, a następnie schodząc troszkę niżej, muskając szyję, ramię, łopatkę i kręgosłup, rozkoszując się tym naprawdę pięknym organizmem w całej swojej okazałości.
Stuknąłem kilka razy o skórę chłopaka, delikatnie oczywiście, i odetchnąłem głośno, zamykając oczy.
Oakley, dlaczego musiałeś wszystko spierdolić, nawet jeżeli obaj wiedzieliśmy, że to właśnie w tym jesteśmy najlepsi.
Och, w sumie to tak bardzo się nie myliłem.
— Przy następnej schadzce — mruknął, a następnie już całkowicie się schował, wtulił w moją klatkę piersiową.
Łaskotał ciepłym i równym oddechem, na co od razu wciągnąłem brzuch, przy okazji krzywiąc się niemiłosiernie, bo to było cholernie przyjemne i pociągające, wręcz uzależniające, ale w tym samym momencie miałem już dosyć, chciałem uciec, by móc zaczerpnąć oddechu i zgromić go wzrokiem, bo jak mógł ważyć się mnie połaskotać strumieniem powietrza świadczącym o tym, że dalej jeszcze jakoś dycha na tym marnym świecie. Przygryzłem policzek od środka i wyjąłem papierosa z ust, by strząchnąć go do naszej improwizowanej zapalniczki.
— Masz jakoś na drugie imię? — zapytałem cicho, przejeżdżając przez jego włosy swoimi palcami, a następnie schodząc troszkę niżej, muskając szyję, ramię, łopatkę i kręgosłup, rozkoszując się tym naprawdę pięknym organizmem w całej swojej okazałości.
Stuknąłem kilka razy o skórę chłopaka, delikatnie oczywiście, i odetchnąłem głośno, zamykając oczy.
Oakley, dlaczego musiałeś wszystko spierdolić, nawet jeżeli obaj wiedzieliśmy, że to właśnie w tym jesteśmy najlepsi.
czwartek, 26 lipca 2018
Niby nic [66]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Nie zostałem jedynym, który chwalił się swoimi zdolnościami i tym, co zdążył się nauczyć w tym marnym żywocie, chociaż nie wiem, czy był to szczególny powód do dumy. Raczej ukazywał głównie negatywne cechy, ale kto by na to patrzył, ważne, że wychodziło niezwykle efektywnie i ciekawie, prawda? Prawda.
Zresztą aktualnie w pokoju pełnym świństwa była to chyba najzdrowsza część. Legitnie, nie mogłem tutaj znaleźć niczego, co nie byłoby popierdolone. To łóżko. Nasza relacja. Dopiero co skończony seks odbity spermą i potem na prześcieradle. Fajki między wargami, pedalska zapalniczka, dwójka dorosłych facetów, którzy mielili się między sobą jak papużki nierozłączki, licząc tylko na jak najszerszy dostęp do drugiego ciała, popielniczka z opakowania, kółka z dymu i komar, który krążył niebezpiecznie blisko moich genitalii, ale jakoś nieszczególnie chciało mi się go zabijać. Płacz będzie potem.
— Mi też tak dobrze, więcej wcale nie potrzebuję — mruknął tylko, a ja uśmiechnąłem się, czując, jak klatka piersiowa wibruje wraz z wydaniem z siebie niskiego dźwięku. — Może jeszcze wino by się przydało, ale to zawsze mogę załatwić przy następnej schadzce — skwitował jeszcze, zakopując się w poduszkach, a ja po prostu się spiąłem.
Drgnąłem, podobnie jak jakaś tam część w środku mnie, niebezpiecznie mocno, prawie że pękając.
Zaciągnąłem się mocniej. Nie myśl, Oakley i czemu tu jest tylko, kurwa, tytoń?
— Przy następnej schadzce — odburknąłem tylko, ponownie i jeszcze mocniej przylegając do jego piersi.
Przy następnej.
Tak bardzo przepraszam, Adam.
Zresztą aktualnie w pokoju pełnym świństwa była to chyba najzdrowsza część. Legitnie, nie mogłem tutaj znaleźć niczego, co nie byłoby popierdolone. To łóżko. Nasza relacja. Dopiero co skończony seks odbity spermą i potem na prześcieradle. Fajki między wargami, pedalska zapalniczka, dwójka dorosłych facetów, którzy mielili się między sobą jak papużki nierozłączki, licząc tylko na jak najszerszy dostęp do drugiego ciała, popielniczka z opakowania, kółka z dymu i komar, który krążył niebezpiecznie blisko moich genitalii, ale jakoś nieszczególnie chciało mi się go zabijać. Płacz będzie potem.
— Mi też tak dobrze, więcej wcale nie potrzebuję — mruknął tylko, a ja uśmiechnąłem się, czując, jak klatka piersiowa wibruje wraz z wydaniem z siebie niskiego dźwięku. — Może jeszcze wino by się przydało, ale to zawsze mogę załatwić przy następnej schadzce — skwitował jeszcze, zakopując się w poduszkach, a ja po prostu się spiąłem.
Drgnąłem, podobnie jak jakaś tam część w środku mnie, niebezpiecznie mocno, prawie że pękając.
Zaciągnąłem się mocniej. Nie myśl, Oakley i czemu tu jest tylko, kurwa, tytoń?
— Przy następnej schadzce — odburknąłem tylko, ponownie i jeszcze mocniej przylegając do jego piersi.
Przy następnej.
Niby nic [65]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
No i się popisał, bo oczywiście, że musiał to zrobić, strzelić ogniem z tego swojego kciuka i dzięki Stwórcy, że przy okazji nie spalił sobie noska czy brwi, bo nie byłem najlepszą osobą do przeprowadzania pierwszej pomocy.
Przysięgam, brakowało mi u niego tylko dymu wylatującego z nosa oraz kilku łusek gdzieniegdzie. Skrzydła bym odpuścił, w końcu tylko z nimi problemy, jak już doświadczyłem u niektórych Ikarów.
Chłopak powiercił się jeszcze chwilę, przy okazjo wbijając mi się w żebro, na co znacznie się skrzywiłem, bo, kurwa, to przyjemne nie było. Ostatecznie chyba ułożył się całkiem wygodnie i miałem wrażenie, że jeszcze chwila, a zupełnie rozpłynie się po mnie jak czekolada na słońcu.
— Powiem ci, Walsh, tak mi dobrze, tak leniwie, tak wygodnie — wymruczał, wypuszczając dym z ust (ha, teraz to już nawet z nozdrzy nie potrzebuję) i strzepując papierosa do opakowania.
Zrobiłem dokładnie to samo, a przy okazji, korzystając z tego, że jesteśmy w zamkniętym pomieszczeniu, więc wiatru w nim nie ma, wypuściłem kilka kółek z dymu. Bo w końcu nie tylko on mógł w tym pokoju się popisywać.
— Mi też tak dobrze, więcej wcale nie potrzebuję — stwierdziłem. — Może jeszcze wino by się przydało, ale to zawsze mogę załatwić przy następnej schadzce — dodałem, odchylając się do tyłu i chowając głowę w miękkiej poduszce, zakopując się i wzdychając głośno, bo serio było przyjemnie.
Przysięgam, brakowało mi u niego tylko dymu wylatującego z nosa oraz kilku łusek gdzieniegdzie. Skrzydła bym odpuścił, w końcu tylko z nimi problemy, jak już doświadczyłem u niektórych Ikarów.
Chłopak powiercił się jeszcze chwilę, przy okazjo wbijając mi się w żebro, na co znacznie się skrzywiłem, bo, kurwa, to przyjemne nie było. Ostatecznie chyba ułożył się całkiem wygodnie i miałem wrażenie, że jeszcze chwila, a zupełnie rozpłynie się po mnie jak czekolada na słońcu.
— Powiem ci, Walsh, tak mi dobrze, tak leniwie, tak wygodnie — wymruczał, wypuszczając dym z ust (ha, teraz to już nawet z nozdrzy nie potrzebuję) i strzepując papierosa do opakowania.
Zrobiłem dokładnie to samo, a przy okazji, korzystając z tego, że jesteśmy w zamkniętym pomieszczeniu, więc wiatru w nim nie ma, wypuściłem kilka kółek z dymu. Bo w końcu nie tylko on mógł w tym pokoju się popisywać.
— Mi też tak dobrze, więcej wcale nie potrzebuję — stwierdziłem. — Może jeszcze wino by się przydało, ale to zawsze mogę załatwić przy następnej schadzce — dodałem, odchylając się do tyłu i chowając głowę w miękkiej poduszce, zakopując się i wzdychając głośno, bo serio było przyjemnie.
Niby nic [64]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Nawet przesunął mości pańskie dupsko, robiąc mi miejsce, gdy wracałem. Łaskaw się znalazł. Prychnąłem pod nosem, uznając, że po udostępnianiu mu przez jakiś tam czas mojej świątyni, należałoby się ciut więcej, niż dwa centymetry na materacu, ale zdecydowałem się już nie robić z igły widły, bo znając Walsha i mnie, to za dobrze by się to wszystko nie skończyło.
— Przydałaby się zapalniczka, nie sądzisz? — spytał, na co wzruszyłem ramionami, a później sam zaczął grzebać po szufladach, byle znaleźć różową, niezwykle pedalską zapalniczkę, która zajebiście mi się podobała. Sam w tym czasie miętoliłem papierosa w ustach, układając prawą dłoń pod głowę. Sam zapalił, a później podał ją mi.
Jedyne, co zrobiłem, to dokładne oglądnięcie jej z góry do dołu, przewrócenie kilka razy w dłoni i przejechanie po niej palcem. Nie interesowała mnie aż tak bardzo, jak resztę społeczeństwa, chociaż przyznam ładnie, była naprawdę zakurwajebistą zapalniczką.
Oddałem ją szybko, po czym, oczywiście, musiałem zaszpanować, pstryknąć palcami i puścić płomień z kciuka, którym szybko zapaliłem swojego szluga.
Zamruczałem leniwie, obsuwając się przy okazji w dół i przeciągając w najlepsze.
— Powiem ci, Walsh, tak mi dobrze, tak leniwie, tak wygodnie — jęknąłem, strzepując papierosa do pustego opakowania po fajkach i za chwilę ponownie się zaciągając.
— Przydałaby się zapalniczka, nie sądzisz? — spytał, na co wzruszyłem ramionami, a później sam zaczął grzebać po szufladach, byle znaleźć różową, niezwykle pedalską zapalniczkę, która zajebiście mi się podobała. Sam w tym czasie miętoliłem papierosa w ustach, układając prawą dłoń pod głowę. Sam zapalił, a później podał ją mi.
Jedyne, co zrobiłem, to dokładne oglądnięcie jej z góry do dołu, przewrócenie kilka razy w dłoni i przejechanie po niej palcem. Nie interesowała mnie aż tak bardzo, jak resztę społeczeństwa, chociaż przyznam ładnie, była naprawdę zakurwajebistą zapalniczką.
Oddałem ją szybko, po czym, oczywiście, musiałem zaszpanować, pstryknąć palcami i puścić płomień z kciuka, którym szybko zapaliłem swojego szluga.
Zamruczałem leniwie, obsuwając się przy okazji w dół i przeciągając w najlepsze.
— Powiem ci, Walsh, tak mi dobrze, tak leniwie, tak wygodnie — jęknąłem, strzepując papierosa do pustego opakowania po fajkach i za chwilę ponownie się zaciągając.
Niby nic [63]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
Leżeliśmy. Wtuleni w siebie, z wyjątkowo spokojnymi oddechami i tętnem, w wyjątkowej ciszy i spokoju. I to wszystko wcale nie przeszkadzało, ba, wręcz cieszyło duszę, bo może z tym drugim napaleńcem obaj mogliśmy o dziwo jakoś wytrzymać.
Chłopak podniósł się nagle, przez co na mojej twarzy pojawiło się niezrozumienie, które chwilę później zastąpione zostało radością i uradowaniem, gdy ten zaczął grzebać w kieszeniach swoich spodni, by wyjąć z nich magiczną paczuszkę, a następnie z nią do mnie powrócić, bo, tak, papierosy były jakimś planem, a nawet i idealnym. Uśmiechnąłem się, odbierając swoją część oraz przesuwając się trochę, by zrobić mu więcej miejsca na materacu, choć tego za dużo nie było. Trzeba sobie jakoś radzić i tyle, prawda?
Włożyłem papierosa do ust, po odpowiednio krótkiej chwili orientując się, że czegoś mi jeszcze brakuje.
— Przydałaby się zapalniczka, nie sądzisz? — mruknąłem (co musiało brzmieć ciekawie, mając na uwadze papierosa zwisającego z moich ust), spoglądając na chłopaka, a następnie przewróciłem się, przy okazji prawie zsuwając się z łóżka, by sięgnąć do nocnej szafeczki skrywającej zdecydowanie rzeczy potrzebne, jak i te trochę mniej, ale podczas apokalipsy znalazłyby zastosowanie.
Wyjąłem tę naprawdę kochaną, różową i pedalską, ale pasującą mi do oczu, jak to ktoś niezbyt inteligentny kiedyś skomentował, zapalniczkę, a następnie szybko podpaliłem papierosa oraz podałem ją dalej, prosto w ręce Nivana. Zaciągnąłem się z uśmiechem na ustach.
To mi pasowało.
Chłopak podniósł się nagle, przez co na mojej twarzy pojawiło się niezrozumienie, które chwilę później zastąpione zostało radością i uradowaniem, gdy ten zaczął grzebać w kieszeniach swoich spodni, by wyjąć z nich magiczną paczuszkę, a następnie z nią do mnie powrócić, bo, tak, papierosy były jakimś planem, a nawet i idealnym. Uśmiechnąłem się, odbierając swoją część oraz przesuwając się trochę, by zrobić mu więcej miejsca na materacu, choć tego za dużo nie było. Trzeba sobie jakoś radzić i tyle, prawda?
Włożyłem papierosa do ust, po odpowiednio krótkiej chwili orientując się, że czegoś mi jeszcze brakuje.
— Przydałaby się zapalniczka, nie sądzisz? — mruknąłem (co musiało brzmieć ciekawie, mając na uwadze papierosa zwisającego z moich ust), spoglądając na chłopaka, a następnie przewróciłem się, przy okazji prawie zsuwając się z łóżka, by sięgnąć do nocnej szafeczki skrywającej zdecydowanie rzeczy potrzebne, jak i te trochę mniej, ale podczas apokalipsy znalazłyby zastosowanie.
Wyjąłem tę naprawdę kochaną, różową i pedalską, ale pasującą mi do oczu, jak to ktoś niezbyt inteligentny kiedyś skomentował, zapalniczkę, a następnie szybko podpaliłem papierosa oraz podałem ją dalej, prosto w ręce Nivana. Zaciągnąłem się z uśmiechem na ustach.
To mi pasowało.
Niby nic [62]
Etykiety:
Niby nic,
Nivan Oakley
Może stękałem i jęczałem zdecydowanie zbyt głośno i zbyt często. Może nieco przesadzałem z gięciem się pod nim i zaciskaniem palców na pościeli, gdy wykonał jeden, mocniejszy niż reszta, ruch. Może śmiałem się ze zbytnim rozmachem, gdy popełniliśmy jakąś gafę, czy cokolwiek.
Ale było po prostu dobrze i chciałem mu pokazać, że tak się czuję.
Ba, było zajebiście, ale aż tak bardzo ego temu karaluchowi podnosić nie chciałem, bo wiem, jak źle mogło się to dla nas obu skończyć. Pan puszę się jak paw przy najmniejszym komplemencie. Hasło „najlepszy seks w moim życiu” albo „jeden z najlepszych” mogłoby uderzyć mu do głowy jak sodówa i tyle ze względnie znośnego Walsha.
A po wszystkim po prostu leżeliśmy, wygrzewając się w najlepsze przy drugim ciele. Mruczałem coś pod nosem, podszczypując przy okazji bok mężczyzny, gdy uwalałem głowę na jego klatce piersiowej, starając się jak najskuteczniej przylgnąć do jego organizmu. Z chęcią zrobiłbym odstęp, przerwę, odsunąłbym się, ale jednoosobowe łóżko skutecznie to uniemożliwiało, zmuszając nas do kłębienia się w jednym miejscu.
A potem nagle się od niego oderwałem, byle usiąść na brzegu wyrka i za chwilę ruszyć w stronę swoich spodni, buszować po kieszeniach, odgarniając przy okazji mokre kosmyki, które przykleiły się do czoła i namiętnie wpadały mi do oczu.
Wyciągnąłem w jego stronę paczkę fajek, gdy sam już się poczęstowałem i wróciłem na stare miejsce.
Ale było po prostu dobrze i chciałem mu pokazać, że tak się czuję.
Ba, było zajebiście, ale aż tak bardzo ego temu karaluchowi podnosić nie chciałem, bo wiem, jak źle mogło się to dla nas obu skończyć. Pan puszę się jak paw przy najmniejszym komplemencie. Hasło „najlepszy seks w moim życiu” albo „jeden z najlepszych” mogłoby uderzyć mu do głowy jak sodówa i tyle ze względnie znośnego Walsha.
A po wszystkim po prostu leżeliśmy, wygrzewając się w najlepsze przy drugim ciele. Mruczałem coś pod nosem, podszczypując przy okazji bok mężczyzny, gdy uwalałem głowę na jego klatce piersiowej, starając się jak najskuteczniej przylgnąć do jego organizmu. Z chęcią zrobiłbym odstęp, przerwę, odsunąłbym się, ale jednoosobowe łóżko skutecznie to uniemożliwiało, zmuszając nas do kłębienia się w jednym miejscu.
A potem nagle się od niego oderwałem, byle usiąść na brzegu wyrka i za chwilę ruszyć w stronę swoich spodni, buszować po kieszeniach, odgarniając przy okazji mokre kosmyki, które przykleiły się do czoła i namiętnie wpadały mi do oczu.
Wyciągnąłem w jego stronę paczkę fajek, gdy sam już się poczęstowałem i wróciłem na stare miejsce.
Niby nic [61]
Etykiety:
Adam Walsh,
Niby nic
Schował swoją twarz w mojej klatce piersiowej, która nadal unosiła się w dosyć nierównym, gwałtownym tempie. Parsknąłem cichym śmiechem, wplatając palce w te niebieskie włosy idealnie podkreślające jego osobę.
— Aktualnie nie chcę żadnej pałeczki, nie licząc twojej, jasne? — mruknął, a ja wręcz zadrżałem, gdy palec chłopaka zaczął kreślić ósemki na moich żebrach.
Westchnąłem cicho, podnosząc się na łokciu, a drugą ręką ciągnąc go delikatnie za brodę, by mieć jeszcze lepszy widok na cały ten bałagan, który obaj zrobiliśmy.
— Jasne jak słońce, Oakley — oświadczyłem, uśmiechnąłem się i powoli zrzuciłem chłopaka z siebie, by chwilę później ponownie go przygnieść, jeszcze raz się nim zająć, tym razem już tak, jak powinienem był zrobić od samego początku.
Bez zbędnego przedłużania i kuszenia, choć dalej z dozą niepewności, bo, cholera, zbyt często robiłem coś nie tak, a zwłaszcza teraz wolałem po prostu nic nie spierdolić.
I trzeba przyznać, tym razem mi się udało, ba, można wręcz przyznać, że poszło nam doskonale, skromnie twierdząc, ten seks mogłem nazwać jednym z lepszych, które dano mi było przeżyć, nawet jeżeli czasem był nieco nieporadny, fajtłapowaty czy nawet zabawny i tak dalej, reszty przymiotników pozwolę sobie oszczędzić, cieszmy się po prostu, że przy okazji z łóżka nie spadliśmy, chociaż i do tego kilka razy było blisko.
— Aktualnie nie chcę żadnej pałeczki, nie licząc twojej, jasne? — mruknął, a ja wręcz zadrżałem, gdy palec chłopaka zaczął kreślić ósemki na moich żebrach.
Westchnąłem cicho, podnosząc się na łokciu, a drugą ręką ciągnąc go delikatnie za brodę, by mieć jeszcze lepszy widok na cały ten bałagan, który obaj zrobiliśmy.
— Jasne jak słońce, Oakley — oświadczyłem, uśmiechnąłem się i powoli zrzuciłem chłopaka z siebie, by chwilę później ponownie go przygnieść, jeszcze raz się nim zająć, tym razem już tak, jak powinienem był zrobić od samego początku.
Bez zbędnego przedłużania i kuszenia, choć dalej z dozą niepewności, bo, cholera, zbyt często robiłem coś nie tak, a zwłaszcza teraz wolałem po prostu nic nie spierdolić.
I trzeba przyznać, tym razem mi się udało, ba, można wręcz przyznać, że poszło nam doskonale, skromnie twierdząc, ten seks mogłem nazwać jednym z lepszych, które dano mi było przeżyć, nawet jeżeli czasem był nieco nieporadny, fajtłapowaty czy nawet zabawny i tak dalej, reszty przymiotników pozwolę sobie oszczędzić, cieszmy się po prostu, że przy okazji z łóżka nie spadliśmy, chociaż i do tego kilka razy było blisko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)