Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foma Dymitr Przewalski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foma Dymitr Przewalski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 sierpnia 2018

Pożegnanie: Foma

Wakacje minęły zdecydowanie za szybko, a on dalej do końca nie wiedział, czy podejmuje dobrą decyzję. A może jednak gdzieś z tyłu umysłu zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie taki staż będzie sposobem na rozwój, rozpoczęciem jakiejś nowej przygody i nawet jeżeli było to dla niego jedną z najlepszych rzeczy, które dotąd go spotkały, to nadal nie był pewny.
Bo przecież spędził w tej szkole dobre kilka lat swojego życia, dokładnie sześć, poznał tylu ludzi, którzy zajęli jakieś specjalne miejsce w jego może i dosyć dużym sercu. I w końcu dziwnie było opuszczać to wszystko, zostawiać w jakiś sposób, nawet jeżeli najprawdopodobniej chciał tu kiedyś zajrzeć, wrócić i może spotkać kolejne ciekawe przypadki.
Ale nad tym mógł aktualnie tylko rozmarzać, bo przecież decyzja została podjęta.
I choć rzeczy już dawno zostały spakowane, a wszystkie papiery zaniesione do sekretariatu, to pojawił się na rozpoczęciu roku. Bo chciał ostatni raz spojrzeć na te wszystkie budynki, zajrzeć do dawnego pokoju i na wszelki wypadek upewnić się, że wszystko zabrał, choć robił to już cztery razy.
No i pożegnać, a to chyba było najcięższe. Posłał ostatnie uśmiechy, uściskał ich wszystkich i poklepał dwa razy po plecach. Zmierzwił blond włosy siostry, życząc jej powodzenia, bo w końcu ona teraz musiała godnie reprezentować ich rodzinę na uczelni (co prawda, to prawda, raczej nie miało jej to iść najlepiej, ale przecież mu też nie szło, więc najważniejsze, aby dobrze się bawiła). Oczywiście, że hamował łzy, oczywiście, że kilka uciekło, nawet jeżeli mieli się jeszcze spotkać.
Bo mieli prawda?
Foma Dymitr Przewalski westchnął, spoglądając za siebie na tych wszystkich przyjaciół, których teraz miał zostawić. Nadszedł ten czas. Zarzucił skórzaną torbę na moje ramię i ciągnąc za sobą walizkę, ruszył po raz ostatni w kierunku bramy akademii. Szybko poprawił już niekrzywe okulary, jak zawsze zjeżdżające z nosa, i po drodze zaczął sprawdzać, czy aby na pewno wszystko, co powinien mieć przy sobie, znajdowało się w skórzanej torbie.
Tym razem było tam wszystko.
Wypuścił głośno powietrze z płuc i bez oglądania się za siebie, bo wtedy na pewno by został, zamknął jakiś rozdział w swoim niedługim życiu.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Praca po godzinach [3]

Brakowało mi tego uśmiechu. Długich nóg. Błękitnych oczu otoczonych gęstwiną ciemnych rzęs. Tych gęstych blond włosów, w których po chwili utonąłem, gdy tylko przyciągnęła mnie do siebie. Tego całego ciepła, bo tym właśnie cała emanowała, rodzinnym ciepłem, spokojną ostoją, nawet jeżeli gdzieś w jej głowie siedziały zupełnie odmienne rzeczy.
Tęskniłem.
— Dobrze, że jesteś — oświadczyła cicho, ciepłym szeptem muskając moje ucho, a następnie prowadząc do sofy i delikatnym pchnięciem sugerując, abym usiadł, co zrobiłem z wielką chęcią. — Dexter na szale nudy i braku inspiracji wyrywa sobie włosy z głosy, przerzucając się na inne dziedziny nauki. James wyjeżdża z Nivanem, na jakieś leczące czary-mary, rezygnuje z funkcji przewodniczącego. Miracles zostaje nowym prezesem tej obory. Wkurwiam się z matką o prawa do opieki nad moją młodszą siostrą. Mińsk zatrudnić ma w końcu psychologa u nas. Mamy znowu porządny remont mieć zrobiony. Amadeusz jest super. Nadal nie mam psa. Duch wciąż straszy. — Dużo informacji na raz, ale czego się spodziewać, w końcu nie było mnie... kilka miesięcy? Szybko minęło. — A co u ciebie, Foma? — zapytała, mrużąc oczy, a ja przez chwilę poczułem się jak otoczona przez drapieżniki sarna.
Odchrząknąłem, opuszczając wzrok i poklepałem dłońmi swoje uda, zastanawiając się, od czego zacząć.
— Jest... świetnie — stwierdziłem, może i z lekkim zdziwieniem, bo przecież chyba nigdy tak nie powiedziałem. Jakby to świetnie znajdowało się tylko w moich sennych marzeniach, było nieuchwytnym cudem. — Serio, jest dobrze. Odpocząłem, wróciłem do tańca, chociaż bardziej hobbystycznie, pływam, znowu robię zdjęcia, gram na klarnecie... Jakby znowu mam chęci, energię — oświadczyłem, uśmiechając się szeroko, przy okazji pokazując swoje zęby i przenosząc wzrok na kobietę. — I... — zatrzymałem się na chwilę, przygryzając policzek, bo to chyba była najgorsza informacja z najlepszych, przynajmniej dla otaczających mnie osób — dostałem propozycję stażu. Przy wykopaliskach. I chciałbym ją przyjąć, co wiąże się najpewniej z tym, że to mój — odchrząknąłem nerwowo — ostatni semestr.

niedziela, 8 lipca 2018

Praca po godzinach [1]

No i się stało.
Wróciłem, Foma Dymitr Przewalski w swojej własnej osobie, tak, ten okularnik z poskręcanymi oprawkami, blizną na nosie i niby dumnym, ładnym, a jednak kulawym krokiem. Dziwnie było otworzyć powoli drzwi do pokoju samorządu, modląc się, by nikogo tam nie ujrzeć, bo przecież wszystko chciałem pozałatwiać po cichu, spędzić te ostatnie kilka miesięcy z moimi znajomymi w świętym spokoju, jeszcze trochę się pouśmiechać, a potem uciec w siną dal, nawet jeżeli właśnie była jakaś dziwna, nocna godzina, a moimi przyjaciele smacznie chrapali sobie pod kołdrami. Pozostawało mi westchnąć cicho, posłać im smutnawe uśmiechy i zamknąć za sobą drzwi, gdy wychodziłem powoli, a następnie poczuć nieprzyjemną gorycz gdzieś w gardle,
Bo nie, nie miałem zamiaru uczęszczać na uczelnię przez kolejną klasę. Może i ten jeden cały semestr przesiedziany w domu dał mi do myślenia, może i stwierdziłem, że nadszedł czas na zakończenie jakiegoś tam rozdziału, ostatnie uściśnięcie ręki z niektórymi osobami, poklepanie po plecach i... tyle?
Aż robiło się melancholijnie i nieprzyjemnie.
Zbiegłem szybko po schodach, dalej w głowie utrzymując myśl, że nie chciałbym spotkać teraz mojej siostry, która pewnie od razu podniosłaby raban na całą szkołę. A teraz zdecydowanie wolałem po prostu zapukać do tego pieprzonego sekretariatu, by spojrzeć tą naprawdę dobrą i tak bardzo kochaną blondynkę o długich nogach, za którą troszkę się stęskniłem.
— Proszę? — oświadczyła, gdy ja zdążyłem już uchylić drzwi, a następnie odwróciła w moim kierunku głowę. Raczej niezbyt świadomo, prawdopodobnie dokumenty wyssały z niej całą życiodajną energię. — Mińska nie ma, jeżeli coś do niego, to dyrektor jest u siebie w mieszkaniu.
Odchrząknąłem, wchodząc w głąb pomieszczenia.
— Hej — mruknąłem, uśmiechając się słabo i rozkładając ręce. — To... Co tam u was, hm?

czwartek, 24 maja 2018

Zaślepiony [X]

— Bo najwyraźniej potrzebowaliśmy mocnego wstrząsu, żeby nauczyć się ze sobą rozmawiać — odparł w końcu, powoli zbliżając się do mnie, a ja w odpowiedzi pokiwałem smętnie głową. Chciałbym powiedzieć, że było to w sumie zabawne, ale nie wiem, czy ten epitet pasowałby do tej całej, raczej przykrej sytuacji. No cóż, życie prawda? Chłopak usiadł obok mnie i przyciągnął moje ciało do siebie, po raz ten ostatni, tym razem już naprawdę, a ja wypuściłem głośno powietrze z płuc, bo, och, dlaczego to tak wszystko musiało wyglądać. — Miej dobre życie, Foma — stwierdził i podsumował chyba wszystko, co mieliśmy sobie do przekazania.
— Ty też — odpowiedziałem szybko i wyjątkowo miękko, bo słowa opuściły krtań z wyjątkową lekkością i łatwością. Westchnąłem ciężko, delikatnie odpychając Dextera, i ta czynność już nie była taka łatwa, co poprzednia. Bo w pewnym sensie było to jakieś pożegnanie, prawda? A ludzi, z którymi spędzało się cztery lata prawie codziennie, raczej trudno pożegnać i zostawić. — No. Będzie dobrze, przeżyjemy. Miejmy nadzieję.
Parsknąłem głośnym, może trochę beznadziejnym śmiechem, ale śmiechem, bo naprawdę byłem zadowolony, że wszystko przebiegło w dosyć gładki sposób, a ja wcale nie ryczałem. Może jednak było to dla nas lepsze rozwiązanie?
I och, chociaż dla mnie życie w przyszłości chyba miało już się ostatecznie uśmiechnąć, a los pomóc przy niektórych sprawach, to chyba nie miało się tak ułożyć dla wszystkich, w tym pewnej bliskiej mi osóbki.
Ale o tym dopiero miałem przekonać się po moim powrocie.

niedziela, 20 maja 2018

Zaślepiony [8]

— Okey — stwierdził, uśmiechając się bardzo słabo, ale to bardzo i przysięgam, nigdy nie widziałem go w takim stanie. I może tylko przez chwilę chciałem to wszystko rzucić w cholerę, cofnąć czas za pomocą jakiegoś przybłąkanego espera i wycałować go, póki mogłem to robić, nie przejmując nie niczym innym.
No cóż, niektóre rzeczy jednak należały do niemożliwych.
— Spróbuję. Miłego życia, Foma, zasługujesz na nie. Sensownego chłopaka, który będzie umiał rozmawiać — mruknął, poszerzając uśmiech na twarzy, a ja pokręciłem głową, bo przecież przez te cztery lata nauczyłem się już czytać z tych zielonych, naprawdę kochanych oczu.
Westchnąłem, nerwowo rozglądając się na boki i włożyłem dłonie w kieszenie.
— Wierzyłeś kiedykolwiek w to cholerne przeznaczenie? — zapytałem i odwróciłem się na pięcie, chcąc podejść do łóżka i choć trochę wyrównać pogniecioną wcześniej przeze mnie pościel. Wyprostowałem się, spoglądając na chłopaka, który dalej stał jak kołek w środku pokoju, przez ramię. — Bo jeżeli mam być szczery, to ja nie. W sensie wszyscy lubią powtarzać, jak to ludzie nie są dla siebie przeznaczeni, a później wychodzi to, co wychodzi i no — oświadczyłem. — Albo po prostu przeznaczenie jest kurwą, sądząc po mojej uszkodzonej nodze, bo chyba chodzi o to, żebym nie miał, co ze sobą począć w życiu — dodałem szybko i parsknąłem beznadziejnym śmiechem. Usiadłem na łóżko i zgarbiłem się, chowając twarz w dłoniach.
Za dużo, zdecydowanie za dużo emocji, a ja zaczynałem paplać jak szaleniec.
— Powiedz mi, jak to jest, że nasza ostatnia tego typu rozmowa prawdopodobnie będzie tą najlepszą.

sobota, 19 maja 2018

Zaślepiony [6]

— Okey — odparł, po prostu akceptując moją decyzję. 
I w sumie to cieszyłem się, że nie komentował. Że nie próbował przekonywać. Po prostu. Zgodził się ze mną. A to nawet radowało, bo oznaczało, że chyba decyzja, choć raczej ciężka i cholernie emocjonalna, to była dobra. 
Okaże się w przyszłości, prawda?
Bo przecież wiedziałem, że już były plany. Że w kieszeni od spodni nosił małe pudełeczko z pierścionkiem, który w końcu miał wylądować na moim palcu. 
I przysięgam, na tę myśl oddech znowu grzązł w płucach, a słowa nie mogły przejść przez krtań, bo naprawdę było dobrze, nieidealnie, ale po prostu dobrze i to nam wystarczało, choć czteroletni związek zdecydowanie nie powinien tak wyglądać. 
Niby się uwolniliśmy, a niby zrzuciliśmy na siebie jeszcze większy ciężar. 
— Jesteś cudownym człowiekiem, Foma — mruknął, bez krzty emocji na twarzy i wyciągnął w moim kierunku dłoń. 
Kto by pomyślał, że tak szybko się odetnie. 
Podszedłem do czarnowłosego i po prostu po raz ostatni, choć bardzo tego nie chciałem, przyciągnąłem go do siebie, schowałem twarz w zgłębieniu szyi, bo wiedziałem, że będę tęsknić i chyba zawsze już miałem tak robić. 
Tak jak robiłem to za innymi ludźmi, z którymi w końcu nasza droga się rozeszła. 
Włożyłem zwinnie dłoń do kieszeni spodni chłopaka, wyciągając prędko pudełeczko, a przy okazji odsuwając się od niego. Podrzuciłem je kilka razy w dłoni, oczywiście chcąc je otworzyć, choć nie powinienem. Wyciągnąłem rękę w kierunku Dextera, podając mu opakowanie. 
— Wykorzystaj to na kogoś wartego zachodu, błagam. 
I wcale nie płakałem. 
Może troszkę, ale te czerwone oczy zdecydowanie mogły zwieść.

piątek, 18 maja 2018

Zaślepiony [4]

— Pijani szczęściem, Foma — odpowiedział, ba, warknął, a ja przewróciłem oczami, odwracając się w jego kierunku z niezbyt zachwyconą miną. 
Jeżeli szczęściem, to chyba jeszcze gorzej. 
— Nie umiem rozmawiać — oświadczył, jakbym nigdy nie zauważył, jakby nigdy nie było przez to problemów, jakby ta sytuacja nigdy nie wynikła właśnie z braku tej umiejętności — ale jeżeli chcesz...— Westchnął, przerywając na chwilę, bo chyba sam nie wiedział, co dalej powiedzieć. — Poczekam. Ile będzie trzeba. Może jeszcze nam się udać — oświadczył, w końcu przerywając ciszę, aby zapadła następna, jeszcze gorsza. 
Bo chyba oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że już się nam nie uda i nie ma mieć sensu nadziei, jak bardzo byśmy do siebie nie ciągnęli. 
— Wrócisz? — zapytał i znowu opuściłem wzrok, bo nie chciałem, nie miałem zamiaru wracać, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że takie uciekanie przed nim też sensu nie miało. — Znaczy, weź tyle czasu dla siebie, ile potrzebujesz. Odpoczynek ci się przyda po ciężkim roku pracy w samorządzie. Jestem pewien, że Mińsk ma jakąś wersję urlopu dziekańskiego, Heather coś wspominała. Potrzebujesz pomocy z pakowaniem się? Rozmawiałeś z Wandą? — rozgadywał się, paplał i skąd ja znałem ten stan, raczej wiedziałem, że to po prostu ta jego drobna reakcja obronna, odcięcie się, planowanie i kalkulowanie dalej. 
Westchnąłem ciężko, po raz jeden z ostatnich spoglądając z czułością w te zielone oczy.
Bo naprawdę kochałem go w ten nasz dziwny, nieporadny sposób. 
— Nie wiem — mruknąłem, uśmiechając się poprzez łzy. — Możliwe, nie przeczę, możliwe też, że się gdzieś przeniosę, może na Latający. Okaże się, gdy nadejdzie odpowiedni czas — stwierdziłem i nerwowo przeczesałem włosy dłonią, po czym odepchnąłem się drugą od biurka i podszedłem do niego. — Nie, poradzę sobie, i tak nie mam za dużo rzeczy, więc nie musisz mi pomagać. I tak, już wie.

środa, 16 maja 2018

Zaślepiony [2]

— Okey — odparł krótko, szybko i sucho, a ja jeszcze raz zadrżałem, bo w duchu nie na taką odpowiedź czekałem.
Sam nie wiem do końca, co wtedy chciałem usłyszeć, bo przecież decyzja była już podjęta wcześniej, prawda?
Postawił jeden krok, a ja zerknąłem na niego zza pleców kątem oka i sam nie mogłem uwierzyć, że to był ten sam Dexter, którego znałem. Bo widziałem niepewność, te drobne zawahania i może przerażenie w tych charakterystycznych, kalkulujących oczach. Bo może mu jednak zależało.
— To wszystko bujdy — mruknął powoli, jakbym tego nie wiedział. — Nie sypiam z Walshem, z Heat tym bardziej, o Jamesie nie wspominając, ale... — zrobił chwilową pauzę i przełknął ślinę — to nie o to chodzi, prawda? — zapytał.
Za spokojnie, za mechanicznie, z tym smutnym uśmiechem i chyba się poddał.
Dexter Davon się poddał.
Pokręciłem głową w odpowiedzi, bo nie artykuły były tylko drobnym motylem, który poruszył swoimi skrzydłami, wprawiając powietrze w ruch i wywołując burzę, huragan i tornado, psując wszystko, co na drodze. Westchnąłem i wyprostowałem się.
— Czy to wszystko miało kiedykolwiek sens — wydukałem, raczej stwierdzenie niż pytanie, a jeżeli już, to retoryczne, bo nigdy nie chciałem usłyszeć na nie odpowiedzi. — Jak bardzo się pospieszyliśmy, Dexter. Jak bardzo byliśmy pijani, że to wszystko jakoś zadziałało i się utrzymywało.
Do czasu.

wtorek, 15 maja 2018

Zaślepiony [0]

Spoglądałem na Dextera, a on spoglądał na mnie.
Możliwe, że drżałem, jakbym miał jakiegoś Parkinsona, ale chuj mnie wtedy to obchodziło, bo gubienie się w zielonych oczach przestało być już dla mnie taką przyjemnością, co kiedyś.
Gdzie my się znaleźliśmy i do czego to wszystko nas sprowadziło.
Zacisnąłem dłonie w pięści, ostatecznie poddałem się i uciekłem wzrokiem, bo przecież łzy już wcześniej zaczęły spływać po policzkach, ale teraz, dopiero gdy stanęliśmy twarzą w twarz, zaczęły tak bardzo boleć, ślady, które zostawiły na skórze po prostu uwierały, piekły i raczej nie miały zamiaru przestać.
Westchnąłem głośniej, otwierając usta, chcąc coś powiedzieć, zapytać się, wytłumaczyć, ale skończyło się tylko na zaciśnięciu jeszcze mocniej szczęki i zazgrzytania zębami. Podniosłem dłoń do brody.
Powinienem się ogolić, czy wyczyścić okulary, a może i wystarczyłoby uczesanie włosów. Pewnie wyglądałem jak siedem nieszczęść. Zaczęła się czkawka, a ja warknąłem już ostatecznie.
On nadal stał i oglądał, jak się rozpadam.
Zamknąłem oczy, podszedłem do biurka, bo przez chwilę zrobiło mi się niedobrze i słabo, i po prostu chciałem się o cokolwiek oprzeć.
Spojrzałem w drewno, dalej zbytnio nie dowierzając.
— Chcę wrócić do domu.
Jedna, zdecydowanie krótka wypowiedź, która w końcu wydobyła się z moich ust, niby nic nie zdradzająca, a jednak mówiąca zdecydowanie za dużo.

sobota, 12 maja 2018

Wanda, nawet nie próbuj [4]

Doskonale znałem to spojrzenie. Pełne trwogi i przerażenia, bo Wanda Anastazja Przewalska zawsze była rozumnym dzieckiem i doskonale łapała szczegóły.
Może nawet lepiej ode mnie, sądząc po ostatnim anonimowym artykule w naszej szkolnej gazetce, do której panna Ivens wstawiała wszystko, byleby zebrać te swoje kolejne pieprzone ruble, jakby miała ich za mało. Bo przecież nie zauważyłem tych drobnych oczywistości, które gdzieś krążyły w moim umyśle od pewnego czasu.
Zacisnąłem dłoń w pięść, otworzyłem usta, by ryknąć, ale zamiast z tego z krtani wydobył się marny, przerażony i śmiechu warty jęk, bo przecież doskonale znałem to uczucie, już kiedyś tego doświadczyłem, ale tak samo doskonale wiedziałem, że to wszystko musi być cholernym, kurewskim i idiotycznym kłamstwem, żartem jakiegoś świetnego rodzaju, idiotyzmem wymyślonym na poczekaniu.
Byłem słaby, pierwszym ogniwem w łańcuchu pokarmowym, marnym, godnym tylko wykorzystywania, jak się okazało.
Ale przecież to wszystko były kłamstwa.
Jęknąłem po raz drugi, głośniej, z większym żalem. Sam nie wiem, czy do niego, czy do siebie, bo w sumie mogłem po prostu nie być idiotą, prawda?
Łzy w końcu musiały polecieć, klatka piersiowa ponownie bolała, uciskała, a ja nie mogłem wziąć oddechu, dopóki wątłe ramiona nie przyciągnęły mnie do siebie, a smukłe palce nie wsunęły się pomiędzy włosy. Otworzyłem usta, chcąc cokolwiek powiedzieć, wydać jakikolwiek dźwięk, byleby nie kolejny jęk, bo byłem słaby, tak bardzo słaby, a przecież każdy mu to powtarzał.
— Nic nie mów, Foma, nic nie mów — szepnęła słodko do mojego ucha, blond włosy muskały moją twarz, gdy kołysała się ze mną w zwolnionym tempie. — Wszystko będzie dobrze, kochanie.
— Znudziłem mu się, Wanda — stwierdziłem, pomiędzy czkawką spowodowaną moim nędznym płaczem. — Znudziłem i tyle.

środa, 9 maja 2018

Uciekając przed deszczem [3]

— Cichosza o czym? Nie wiem, co masz na myśli — odparła radośnie, a ja mogłem tylko westchnąć głośno, przewrócić oczami i wziąć kubek od dziewczyny, który następnie równie szybko jej podałem, bo w końcu nie chciałem, by mnie ktoś przyłapał, prawda?
Podziękowała mi, włożyła nos, powąchała kilka razy, pochuchała następnie, a po tym wzięła zdecydowanie porządnego łyka boskiej cieczy, która nawet mi od czasu do czasu smakowała.
— Jest naprawdę dobra, Dexter ma jednak szczęście — oświadczyła, posyłając mi ciepły uśmiech i zawijając pasemko brązowych włosów za ucho, a ja cały zesztywniałem, słysząc drugą część jej wypowiedzi.
Tak. Zdecydowanie mieliśmy szczęście.
I to wcale nie chodzi o to, że nagle zapadła pomiędzy nami jakaś cisza, zupełny brak tematów, po prostu spoglądanie na swoje twarze, bo i seks się w końcu musiał znudzić, przynajmniej mi, gdy powoli zaczynałem czuć się niekomfortowo, a zamiast tego pojawiły się wszelakie wątpliwości, czy to wszystko, to aby na pewno jest dobry pomysł, działa poprawnie i wygląda, tak jak powinno. Czy nie działaliśmy za szybko, czy może aby na pewno nie jest to po prostu głupiutkie zauroczenie, które wspomogliśmy odrobiną alkoholu. Bo może oboje szukaliśmy trochę czułości, ciepłych uśmiechów i spojrzeń pełnych pożądania, ale na tym się to kończyło. Bo mógłby na mnie spoglądać jak na najlepsze na świecie ciastko, ale miałem wrażenie, że nic pomiędzy nami nie było.
Westchnąłem ciężko, odchrząknąłem i odwzajemniłem uśmiech.
Już dawno nie grałem.
— Tak, zdecydowanie oboje mamy szczęście — stwierdziłem, parskając głośnym, jakże szczerym i udanym śmiechem.
Bo wszystko było ok.

niedziela, 6 maja 2018

Uciekając przed deszczem [1]

Udało się, było nawet ciepło. Nawet. Jeżeli miałbym obstawiać pewnie coś powyżej dziesięciu stopni, co w ostatnim czasie było wyjątkową okazją i cudem, by wyściubać swój nos spomiędzy książek, wyjść na dwór i troszkę pochodzić, pospacerować.
Ale nie ja, nie Foma Przewalski, który w tamtym czasie wolał siedzieć nad przepisami od swojej cudownej matki. Wybrałem jedno ciasto, tartę, a do tego wszystkiego jeszcze czekoladę dla Davona, bo raz na jakiś czas mogłem mu przecież na to pozwolić, w końcu jeszcze nie przytył.
Jeszcze i chyba.
A nagle obok mnie znalazła się pewna dziewczynka, tak, Sofia Taule w swojej własnej osobie, z kubeczkiem w dłoni. Zgromiłem ją wzrokiem, bo chyba robiła sobie ze mnie żarty, nawet jeżeli Dexter nie mógłby zjeść całego garnuszka rozpuszczonej słodyczy (a i tu bym polemizował, bo słodyczy pożerał dużo i szybko).
— Cześć — powiedziała, a ja zerknąłem na nią kątem oka, dalej wprawiając łyżkę w ruch. — Robisz czekoladę? — zapytała i podstawiła mi pod nos kubeczek.
Westchnąłem, po czym posłałem jej przepraszający uśmiech.
— Tak, dla Dextera, raz na jakiś czas może, a ja nie wiem, czy mogę się podzielić — stwierdziłem, parskając głośnym śmiechem. — Ale tyci, tyci mogę ci coś skubnąć. Tylko cichosza, ustalone?

piątek, 4 maja 2018

Wanda, nawet nie próbuj [2]

Jeszcze chwila, a miałem wrażenie, że dziewczyna zaraz bezpardonowo po prostu zostanie wypchnięta przeze mnie z mojego pokoju, w którym zdecydowanie czuła się zbyt pewnie i za dobrze. Podniosłem się z łóżka, również prostując się dumnie (tak samo jak ona) i prawdopodobnie osoba, która obserwowałaby całe zajście z boku, stwierdziłaby, że na przeciwko siebie stoi ta sama osoba, po prostu z dwóch różnych światów.
Och, w sumie to bym się nie zdziwił.
— Więc czego tu, kurwa, szukasz? — warknąłem, zdecydowanie poirytowany całą tą jej postawą, tymi rękoma skrzyżowanymi na klatce piersiowej, dumą i tym okropnym błysku w jej oku. — Oj tak Wanda, już pędzę, aby puścić ciebie samą w barze, bez nikogo, kto przynajmniej ma jakiekolwiek doświadczenie, bo po co, wolę przecież, żebyś zostawiła gdzieś swojego jakże wytwornego drinka, a jakiś zboczeniec dodał ci GHB, w sumie, dlaczego by nie. — Ta rozmowa szła w coraz gorszym kierunku i chyba oboje to wyczuwaliśmy, a ja westchnąłem ciężko, bo chyba nie miałem zbyt dużego wyboru. A może i miałem, ale w pewnym stopniu rozumiałem desperację Wandy. — Niech ktoś da ci spróbować alkoholu tutaj, na bezpiecznym terenie, gdzie masz w pewnym stopniu pewność, że nie znajdziesz się w wannie bez jednej nerki. Możesz się upić, możesz wymiotować, byleby w zaufanym towarzystwie, które nie zostawi ciebie na lodzie i nie będzie robić sobie niewiadomo jakich jaj. Wypróbuj na początku swoją głowę i tolerancję, później możesz gadać o wyjściach do klubu. Stoi?

środa, 2 maja 2018

Wanda, nawet nie próbuj [0]

Nastoletni bunt Wandy Przewalskiej zdecydowanie przybył z dosyć dużym opóźnieniem.
Ale przybył.
Z podwojoną, może potrojoną siłą.
I przysięgam, miałem już dosyć.
— Nie, Wanda, do cholery, nie pójdziesz ze mną, Dexterem i Jamesem na jednego, nosz — warknąłem, podnosząc się z łóżka i piorunując dziewczynę chłodnym spojrzeniem. — Po pierwsze, jesteś moją siostrą, kto normalny zabiera młodszą siostrę na libacje alkoholowe... — Dziewczyna już otwierała usta, by dodać swoje kilka rubli, ale zdążyłem podnieść palec, syknąć i wyprostować się trochę bardziej. — Po drugie, to nic fajnego rzygać i budzić się rano z bólem głowy. — I co z tego, że wszyscy jak pili, tak piją. — A mogę się założyć, że ciebie będzie boleć jeszcze bardziej ode mnie. Po trzecie, do cholery, trzeba było organizować się szybciej dzieciaku, a nie teraz jęczeć, że masz osiemnaście lat, panno dorosła, a ja w wieku szesnastu wróciłem do domu porządnie schlany, błagam. Nie ja wybieram ci towarzystwo, na przyszłość orientuj się trochę szybciej, dobra rada od starszego brata, zaufaj — dokończyłem, po czym westchnąłem ciężko i postawiłem stopy w kolorowych skarpetkach na podłodze. — Ah, no i na koniec, ja przepraszam bardzo, ale czy ty chcesz złamać prawo? Córka ministra? Od kiedy jesteś taka niegrzeczna, co?
Oj, doskonale znałem te iskry w zielonych oczach, tak podobnych do moich, ba, wręcz identycznych, więc po prostu posłałem dziewczynie fałszywie ciepły uśmiech.

sobota, 28 kwietnia 2018

Dlaczego by trochę nie pobiegać? [16]

Och, przysięgam, doskonale znałem to cholerne spojrzenie. Tę podniesioną brew, iskierki złości i zmartwienia w oczach i powagę, pieprzoną powagę, która do mojej siostry tak po prostu... nie pasowała. No. Zerknąłem kątem oka na Nivana Oakleya, który, dedukując po wyrazie twarzy, bawił się świetnie.
— Io, io, mamy pacjenta, proszę zrobić miejsce — oświadczył, parskając głośnym śmiechem.
Błagam, Oakley, nie chcesz tego robić, nie ten dzień, nie ta godzina i miejsce też nie to. Po prostu nie.
Blondynka zmrużyła oczy, zlustrowała mnie wzrokiem i westchnęła ciężko, a ja odwróciłem swoje spojrzenie w bok, dosyć zmieszany.
— Znowu ćwiczyłeś bez rozgrzewki i stabilizatora? — syknęła, choć doskonale wiedziałem, że już zaczynała się martwić, panikować i złościć, bo jej starszy braciszek zdecydowanie do inteligentnych nie należał. — Powiedz tylko, że coś ci strzeliło w tej nodze, a przysięgam, więcej z łóżka nie wstaniesz.
— Kurwa, Wanda, ile razy mam ci powtarzać, że w stabilizatorze wystarczająco się już namęczyłem, błagam no — warknąłem, prostując się i prężąc, choć większość swojego ciężaru opierałem na biednym, bogu ducha winnego Oakleyu. — Nic mi nie strzeliło, po prostu boli.
— Właź kaleko, siadaj na łóżku i po prostu się nie odzywaj — mruknęła, ustępując nam miejsca, byśmy spokojnie mogli przecisnąć się przez wejście.
Chwilę później siedziałem na łóżku.
— Foma, jak inteligentny jesteś, to nigdy się nie nauczysz, prawda? Nie wystarczyło ci raz, do cholery? — zapytała, podchodząc do saszetki i wyciągając z niej swoją maść rozgrzewającą.
— Nie, Wanda, kurwa, najwidoczniej nie wystarczyło — syknąłem, bo powoli przestawał podobać się mi ten ton, zdejmując buta i skarpetkę, po czym podwinąłem nogawkę.

piątek, 27 kwietnia 2018

Dlaczego by trochę nie pobiegać? [14]

O nie, tylko nie to spojrzenie. Co zrobiłem źle, nosz kurwa?
— Pozwoliłam ci wstać? — zapytała chłodno i splotła ręce na klatce piersiowej. Pokręciłem głową i opuściłem wzrok, jak zbity pies. — Nivan, pomóż mu, błagam, bo znowu mu zaraz coś strzeli, albo mi.
— Aj, aj, kapitanie — oświadczył, uśmiechając się, a ja podniosłem moje ramię, bo chyba nie miałem zbyt dużego wyboru. Bez gadania, bez narzekania, w końcu mi pomogła.
— I nie reaguj mi oburzeniem na stabilizator. — Prychnąłem oburzony, bo zdecydowanie wystarczająco się w nim nałaziłem, by teraz z niego nie korzystać (i co z tego, że miała rację). — Mogłeś sobie mieć operacje, leczenia i rehabilitację, bo daję sobie głowę uciąć, że bez tego się nie obeszło, ale nie biega się, nie ćwiczy bez stabilizatora, skarbie moje, zrobisz sobie tylko większą krzywdę, jak tak dalej będziesz funkcjonował. I nie odwdzięczaj się, synku, idę z kagankiem na pomoc pokrzywdzonym, bla, bla, bla. Co najwyżej kiedyś tam się upomnę w razie „w”. A teraz zmykać, mam gościa.
— Ale obcięłaś pazurki? — rzucił Nivan, na co dziewczyna po raz ostatni zgromiła go wzrokiem, a ja mogłem się tylko zastanawiać, kim ten gość mógł być.
Wyszliśmy z pokoju, ostatecznie zamykając drzwi do pomieszczenia
— To jak, kurs na wasz pokój? — zapytał chłopak, a ja przewróciłem oczami.
— Możesz podrzucić mnie do Wandy, pewnie ma jakąś maść rozgrzewającą czy coś  — stwierdziłem szybko, spoglądając na niego kątem oka. — Poprawka, na pewno jakąś ma. Zawsze ma — dodałem, parskając śmiechem.

środa, 25 kwietnia 2018

Dlaczego by trochę nie pobiegać? [12]

Pokiwała głową, podciągnęła nogawkę i spojrzała uważnie na moją nogę, a ja przełknąłem nerwowo ślinę.
— Mów, jak zaboli — oświadczyła i, o nie, dlaczego niby kurwa ma boleć, przecież ona ją tylko obejrzy, prawda> — Zmywasz i ścierasz potem — rzuciła jeszcze do niebieskowłosego, który już zdążył rozsiąść się na krześle.
I nagle chwyciła, a ja syknąłem, bo przecież powinna była uprzedzić, prawda? Troszkę pobolało, troszkę pociągało, nie było źle, zawsze może być przecież gorzej.
— Jak bardzo bym nie chciała powiedzieć, że coś pierdolnęło i to ostro, zrobić za bohatera narodów i tak dalej i tak dalej, to ja tutaj nic nie czuję. Obaj jesteście w chuj lekkomyślni, kochanieńcy. Gdzie rozgrzewka? Gdzie stabilizator? — zapytała i spojrzała na mnie, a ja mogłem tylko uciec wzrokiem, bo przecież ile można nosić pieprzony stabilizator, nosz kurwa, kilka miesięcy chyba wystarcza. — A ty, idioto, miałeś się nawadniać, a nie moczyć w deszczu. Jak nie będziecie chorzy, to aż wam przyklaszczę. Maścidła rozgrzewające, noga w stabilizatorek i leki przeciwbólowe, a Niva pijemy dzisiaj cztery litry, a nie dwa, za płacz i za bieganie. Nie patrz tak na mnie, jesteś nieodpowiedzialny, to teraz masz. Maść tygrysia, czy jak ona miała i możesz jeszcze łyknąć wywar z czarnutki, Foma. — Skinąłem posłusznie głową, a kobieta odwróciła się i podeszła do chłopaka.. — Też mógłbyś wreszcie przestać zachowywać się jak jakiś furiat, przecież wiesz, że nie wyjdzie ci to na dobre, Oakley.
Odpłynąłem na chwilę, bo raczej nie powinienem przysłuchiwać się ich rozmowie, szybko stwierdzając, że należała ona raczej do prywatnych.
— Możesz skoczyć jeszcze do pielęgniarza albo do tej dziewczyny z czwartego roku, taka brunetka, no pewnie wiesz, która, ona się lepiej zna na takich przypadkach, ja jestem od ran ciętych, pamiętam, jak raz musiałam przyszyć Gabe'owi palca, bo grał w tę zjebaną wyliczankę z nożem — Renee stwierdziła nagle, spoglądając na mnie i wyrywając z tej dosyć płytkiej zadumy. Odchrząknąłem i wyprostowałem się gwałtownie.
— Do pielęgniarza wolę w ogóle nie zaglądać, wiem, o kogo ci chodzi, pogadam, popytam, może coś poradzi — odpowiedziałem. — I naprawdę, stabilizator? — jęknąłem głośno i przeciągle, bo niezbyt mi się to uśmiechało.
Spotkało mnie jedynie chłodne spojrzenie zielono-żółtych oczu czarownicy, więc mogłem tylko westchnąć głośno, pokręcić głową i wstać powoli z łóżka.
— A więc jak się odwdzięczyć, bo jednak boli trochę mniej? — zapytałem, przechodząc do sedna.

sobota, 21 kwietnia 2018

Dlaczego by trochę nie pobiegać? [10]

No i dotarliśmy. Chłopak zapukał, dziewczyna otworzyła drzwi, a mnie zamurowało, bo ja się pytam, w jakim towarzystwie kręciła się Wanda i czy naprawdę udało się jej tam wpasować. Tej głupiutkiej, malutkiej dziewczynce, która miała jeszcze dziesię... siedemnaście lat, kurwa. Kiedy ona tak wyrosła?
— Nie, Niva, nie dam wam się bzykać w moim pokoju — oświadczyła Renne i, och, błagam, ja sobie naprawdę poradzę sam, nasmaruję nogę maścią tygrysią i w końcu przejdzie samo.
Prawda?
Weszliśmy przez drzwi, mijając przy tym opierającą się o framugę drzwi czarownicę, a niebieskowłosy machnął ręką na łóżko, co chyba miało zasugerować mi, żebym usiadł, a więc zrobiłem to posłusznie, bez gadania, bo i po co. Spojrzałem niepewnie na dwójkę ludzi, nie do końća wiedząc, co dalej ze sobą począć.
— Poszliśmy biegać i coś mu strzeliło w nodze. Mówił, że kiedyś tam zerwał ścięgno, więc wiesz — rzucił Oakley do dziewczyny, która uważnie lustrowała mnie swoimi żółtymi oczami. A może one były zielone?
— Słuchaj, to, że cię raz z chlamydiozy wyleczyłam, nie robi ze mnie świętego Kosma — oświadczyła, a mnie już po raz kolejny wmurowało. Chlamydioza? Czy to to, o czym myś... —  Dobrze, dobrze, już lecę, kochasiu. — Podeszła do mnie. — Zachowujesz się ostatnio, jakby ci kołek w dupę wepchnęli, albo od dawna tego nie zrobili. To która nóżka?
— Lewa — odpowiedziałem szybko i krótko, bo chyba nie chciała słyszeć biografi całego mojego życia. — Przy kostce. No.
Opuściłem wzrok, zaczynając bawić się swoimi palcami.

środa, 18 kwietnia 2018

Dlaczego by trochę nie pobiegać? [8]

Westchnął, mruknął coś pod nosem i odsunął swoje dłonie od mojej skóry, obciągając przy tym nogawkę spodni. Podniósł się, spoglądając na mnie kątem oka i wyciągnął swoją dłoń, którą z wielką chęcią chwyciłem.
— Chodź, kaleko, pójdziemy do pie... Renee — oświadczył i skrzywił się przez chwilę, a ja chyba mogłem doskonale wydedukować, że raczej nie przepadał za mężczyzną, który jedyne co zrobił, to pewnie przekupił swoich profesorów na medycynie (jakim cudem?), jakimś cudem ukończył staże i inne tego typu rzeczy, a następnie został marnym pielęgniarzem w placówce edukacyjnej. No cóż.
Chyba mało kto za nim przepadał.
Podniosłem się do góry, ledwo obciążając nogę, bo jednak dalej pulsowała okropnym bólem.
Ale przecież nic nie zerwałem, prawda?
— A więc prowadź — oświadczyłem, posyłając mu słaby uśmiech.
Bo oczywiście, że moja siostra opowiadała mi już o wiedźmie z żółtymi oczami i zielonymi końcówkami włosów (a przynajmniej tak mi się wydawało). Ale raczej byłem słabym przedstawicielem samorządu, bo moja wiedza kończyła się chyba tylko na tym. No cóż, co zrobię, jak nic nie zrobię, życie jest ciężkie, a ja właśnie rozwaliłem sobie pieprzoną nogę, bo przecież Przewalski i nierobienie sobie krzywdy raczej w parze nie szło, więc trzeba było zrobić sobie cokolwiek. Obić nos, skręcić kostkę, jakąkolwiek rzecz, byleby cierpieć, jakbym został zesłany przez Stwórcę.
No chyba kurwa nie.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Dlaczego by trochę nie pobiegać? [6]

I w ogóle nie czekając na nic czy nikogo, po prostu podciągnął nogawkę moich spodni do góry, od razu zaczynając przyglądać się nodze. I dzięki boże, nic chyba się nie przemieściło, chyba nic nie złamałem, chyba nic nie puściło i chyba było dobrze. A jednak ciągnęło, bolało i w ogóle mogłem się tylko strasznie krzywić i jęczeć, bo niby stopy nie obciążałem.
— Miałeś coś kiedyś? — zapytał i po prostu przycisnął swoją dłoń do mojej skóry, a ja przysięgam, nagle coś zaczęło grzać i cholera, to było przyjemne, bardzo przyjemne. A więc chłop od żywiołów, szybko zgadując.
Pozostawało modlić się w myślach, że mnie nie poparzy.
— Zerwane ścięgno, raz nie do końca rozgrzana noga na treningu, o jeden skok za dużo, a może po prostu postawienie źle nogi schodząc po schodach, chociaż to ostatnie mało prawdopodobne — odpowiedziałem szybko, przyglądając się dłoniom Nivana. — I zjebanie całej kariery, ale to taka tam. Ciekawostka raczej — dodałem  cicho, opuszczając jeszcze bardziej wzrok i krzywiąc się, gdy poruszyłem palcami u stopy. — Mogę ruszać, tyle dobrego, jednak aż tak źle nie jest. Ale boli. Jak cholera, przysięgam. Może po prostu coś z kostką, kto wie? — zarzuciłem potokiem nerwowych słów, bo cholera.
Byłem bardzo zdenerwowany.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis