Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezwładnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezwładnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Bezwładnie [X]

Oparł swoje czoło o moje i zamknął oczy, a ja uśmiechnęłam się, ponownie zaczynając przeczesywać jego niebieskie włosy. Już po raz kolejny tego dnia między nami zapadła cisza, ciężka i gorzka, bo oboje chyba wiedzieliśmy, jak wygląda nasza sytuacja, co nam wolno, a czego już nie. I szkoda, bo chyba i ja, i on chcieliśmy coś z tym zmienić, zrobić.
— Zjeść nie zjesz, ale już mnie pochłonęłaś — mruknął cicho, a ja pokiwałam głową delikatnie i nieznacznie, ale odpowiedzi mu nie dałam.
Bo przecież oczywistą oczywistością było, że ja też zostałam pochłonięta, że on zabrał mnie ze sobą, nasza dwójka już znajdowała się pod taflą wody, odcięta od jakiegokolwiek dostępu do tak potrzebnego powietrza, kto wie, może dotykaliśmy już dna stopami i nawet nie było szans, żeby ponownie wypłynąć, bo woda dostała się do płuc, dusząc mnie tak samo jak Nivana.
Westchnęłam i chyba w tamtym momencie powstrzymywałam już łzy, hamowałam kompletne rozpadnięcie się na kawałki, bo ta bliskość krzywdziła, a w tym samym momencie leczyła ze wszystkiego, co złe.
— Niv? — szepnęłam, bo chciałam upewnić się, że jeszcze tu jest i nie uciekł ode mnie, nie zniknął, ani nie rozpłynął się w powietrzu, choć pod palcami dalej czułam jego włosy. — Ty chyba też mnie pochłonąłeś.

sobota, 20 stycznia 2018

Bezwładnie [19]

Błogie poczucie bliskości drugiej osoby przepełnione cichymi oddechami, gładzeniem karku i włosów. Wtulaniem kobiecej twarzy w zgięcie przy szyi i napawanie się zapachem jej włosów. Cudownie było trzymać ją w swoich ramionach, tak swobodną, tak lekką, tak eteryczną i spokojną.
— Niv, jesteś strasznie sztywny... — Wiem, zawsze taki jestem, nawet gdy nie chcę, mięśnie spinają się same, jakby w stanie wiecznej gotowości. Bo w sumie to zaraz obok żaru czułem strach. Wieczny strach. — Spokojnie, przecież ciebie nie zjem — mruknęła, kręcąc kółka na mojej szyi, próbując cokolwiek zrobić ze skostniałym karkiem. Dla jej zwykłej satysfakcji próbowałem przekonać mięśnie do puszczenia i dania sobie spokoju, chociaż ten jeden, jedyny raz.
A potem wszystko było tak prędkie, łatwe, a jednocześnie skomplikowane i nierealne. Bo nachyliła się i musnęła ustami mój polik.
Już niczego nie rozumiałem i chyba nawet nie chciałem rozumieć, a oddanie się chwili było tym, czego potrzebowałem najbardziej. I ile bym dał za możliwość zatrzymania czasu w tym momencie. By stała tak przylepiona na wieki wieków.
Oparłem swoje czoło o to jej i przymknąłem powieki, gdy już się ode mnie odsunęła. Nawet wbijająca się w boczki balustrada nie sprawiała takiego wielkiego problemu, jak na początku, jakby nagle rozpłynęła się w przestrzeni.
I wszystko było dobrze, chociaż oboje nie mogliśmy pozwolić sobie na nic więcej. I chyba oboje doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę. I chyba oboje cierpieliśmy z tego powodu.
— Zjeść nie zjesz, ale już mnie pochłonęłaś. — Utopiłaś, zagarnęłaś, ukradłaś, podebrałaś, zamknęłaś w swoim żelaznym uścisku.
Matko, bardzo zgrzeszyłem. Mową, myślą, uczynkiem i zaniedbaniem.

Bezwładnie [18]

Przyciągnął mnie do siebie, a mi nie pozostało nic innego do zrobienia, niż schowanie się w ramionach i rozpłynięcie się, jak czekolada na słońcu. Schowałam twarz w zagłębieniu pomiędzy szyją a ramieniem chłopaka, zamykając oczy, a swoje dłonie zajęłam przeczesywaniem ciemnoniebieskich, miękkich włosów. Skupiłam się na oddechu, rozmyślając o tej całej sytuacji i naszej relacji. I jakoś nie chciałam o niej myśleć. Bo nic z tego dobrego wyjść nie mogło, czułam to w całym ciele, ale pozostawała nam nasza mała gierka, udawanie, że wszystko jest i będzie ok. Dwójka nieszczęśliwych aktorów.
— Niv, jesteś strasznie sztywny... — mruknęłam, nie oczekując żadnej odpowiedzi od chłopaka, ot co, najzwyczajniejsze stwierdzenie faktu — Spokojnie, przecież ciebie nie zjem — dodałam po chwili, parskając cicho śmiechem i uśmiechając się.
Zjechałam dłońmi na jego szyję, kark, po czym zaczęłam zataczać dłońmi małe kółeczka na skórze, od której biło ciepło, tak przyjemne dla mnie, bo czubki palców ewidentnie cierpiały, nawet jeżeli na dworze było powyżej piętnastu stopni, a słońce cudownie świeciło. Po prostu, taka przypadłość. Mruknęłam, czując dłonią jak choć troszkę się rozluźnia lub stara się to zrobić. I cały czas, z uśmiechem oczywiście, odsunęłam się troszkę, by spojrzeć na jego twarz i zobaczyć ukochane, tak ukochane błękitne oczy. Przybliżyłam się, by dać chłopakowi całusa w policzek.
Bo tylko na to było mnie stać.

piątek, 19 stycznia 2018

Bezwładnie [17]

— Dla mnie jesteś bezcenny, a te słowa to tylko czubek góry lodowej.  I nie próbuj mi wmówić, że jest inaczej — wymruczała, wbijając swoje ślepka w te moje, uśmiechając się błogo i dalej gładząc policzek dłonią, przykrytą przez większą, męską.
I wszystko było tak spokojne, tak delikatne, tak wspaniałe, że aż nierealne i niemożliwe. Jak w książkach, serialach, filmach, których naoglądałem się zdecydowanie zbyt dużo i zbyt często, przez co wybujała wyobraźnia robiła swoje, a zawody życiowe spotykały mnie codziennie.
Gdy dotarł do mnie sens słów dziewczyny, żywnie miałem ochotę się rozpłakać, paść na kolana i naprzemiennie przepraszać i dziękować, bo robiłem zbyt dużo złego, nawet w tej chwili, a jednak ktoś dostrzegł we mnie jakąś pozytywną cechę.
A gdy druga ręka zaginęła w moich włosach, nie stać mnie było na nic innego poza zagarnięciem do siebie drobnego ciała i przytuleniem go mocno. Przyciśnięciem do piersi i oparciem policzka o jej skroń. Nie odpowiedziałem, nie wykłócałem się, nie starałem się czegokolwiek udowodnić. Nawet nie mruknąłem, jedynie wsłuchiwałem się w oddech dziewczyny, w każdą oznakę życia, jaką tylko dawała.
I kląłem w myślach, plułem na siebie, kopałem leżącego w trzewia.
Bo droga Wando Anastazjo Przewalska, powiem ci coś, co może wyrwać z twej piersi ostatnie tchnienia nadziei i zabić beztroskie myśli.
Tak właściwie, to nie znałaś mnie wcale.

Bezwładnie [16]

Oh, stwórco najświętszy, co my robimy. Co on robi ze mną, co ja robię z nim, jak bardzo wpadliśmy, czy już odcięto nam dostęp do życiodajnego powietrza, którego pod wodą nie znajdziemy?
— Bo się zarumienię, zakopię po uszy i nie wyjdę stamtąd po kres moich dni — mruknął, przykładając swoją dłoń do mojej, zdecydowanie mniejszej od tej jego. Delikatnie, nic nie wymuszając, a ja dalej czułam się bezpiecznie, uśmiechałam się, było ciepło i bezpiecznie. — Nie jestem wart tych słów, Wandziu, nieważne jak bardzo bym tego chciał i nie próbuj mi wmówić, że jest inaczej — powiedział cicho, a ja uśmiechnęłam, przybliżyłam się jeszcze bardziej, prawie zlatując z barierki, ale znalazłam swoje oparcie na nim.
— Dla mnie jesteś bezcenny, a te słowa to tylko czubek góry lodowej — szepnęłam, spoglądając cały czas w błękitne oczy, które cały czas uważnie mnie studiowały, z czułością czy zachwytem, sama nie wiem. Po prostu robiły to uważnie, z dbałością o szczegóły. — I nie próbuj mi wmówić, że jest inaczej — dodałam po chwili, parskając śmiechem.
Dwa spokojne oddechy, dwa tętna, wszystko w tamtym momencie było połączone, synteza, współpraca. Opuściłam powieki, rozpływając się w błogiej ciszy, która była wtedy tak przyjemna, kojąca, otulała jak ciepły koc. I można by trwać w niej wiecznie. Moja druga dłoń wplotła się we włosy chłopaka.
To w końcu tylko takie nasze gierki, prawda?

czwartek, 18 stycznia 2018

Bezwładnie [15]

Kochałem ten pojedynczy, złośliwy kosmyk, który zawsze znajdował drogę, aby zwiać zza ucha i znaleźć się na twarzy dziewczyny. Kochałem tą delikatną, letnią dłoń, która śmiało przecierała mój policzek, znając życie lekko drapiący, bo przez chwilę się nie goliłem, bo czasu nie było, bo siły nie miałem. Kochałem ten radosny uśmiech, który pięknie tańczył na jej twarzy, pochłaniał, zagarniał, przyciągał charyzmą.
— Za Nivana Oakleya, jedynego w swojej osobie, nieprzewidywalnego, ukochanego, cudownego i szalonego niebieskookiego chłopca — szeptała, a ja, jak zawsze, gdy to robiła, czułem przechodzące falami dreszcze. Od czubka głowy, przez kark, kręgosłup, miejsce między łopatkami, boczki, aż do miejsca, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. — I to wszystko z magicznym naj, bo dla mnie na to zasługujesz. — Śmiech. Strasznie dużo się ostatnio śmialiśmy, uśmiechaliśmy, mruczeliśmy, dotykaliśmy się. I o bogowie, oby takie chwile nastawały częściej i trwały wiecznie, bo naprawę, są warte zachodu i oddania odrobiny czasu ze swojej klepsydry.
— Bo się zarumienię, zakopię po uszy i nie wyjdę stamtąd po kres moich dni. — Ująłem jej dłoń i przycisnąłem mocniej do mojego polika, jakbym chciał, żeby dwie struktury złączyły się w jedną, tętniącą tym samym rytmem. — Nie jestem wart tych słów, Wandziu, nieważne jak bardzo bym tego chciał i nie próbuj mi wmówić, że jest inaczej.
Nie tyle, że słów, co jej.
Jej nie byłem wart.

Bezwładnie [14]

— Zawsze, Wando Przewalska, zatańczę z tobą przy każdej możliwej okazji. Popłynę z tobą wszędzie i nie mam zamiaru oczekiwać za to zapłaty, za kogo ty mnie uważasz? — zapytał z jeszcze ładniejszym uśmiechem na twarzy, a ja się rozpłynęłam, bo mogłam go tylko odwzajemnić. I zrobiłam to. Z ogromną przyjemnością, bo jak to tak nie odwzajemnić takiego ładnego uśmiechu? Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd!
Przysunął się, jeszcze bliżej, a ja poczułam jego spokojny oddech na mojej twarzy. I błękitne oczy stały się głębsze, cieplejsze, jeszcze bardziej kuszące. I po raz tysięczny jakiś zagubiony kosmyk spadł na moją twarz. Zjechałam dłonią z brwi chłopaka na jego policzek, teraz bez żadnego przymusu, bez szoku, wszystko z moją kontrolą, bo jej potrzebowałam, bo w każdej chwili miałam możliwość ucieczki, zrezygnowania z tego wszystkiego, ale jakoś nie chciałam tego robić.
— Za Nivana Oakleya, jedynego w swojej osobie, nieprzewidywalnego, ukochanego, cudownego i szalonego niebieskookiego chłopca — odpowiedziałam szeptem, rozwiewając słowami ciszę, która przez chwilę pomiędzy nami zapadła. — I to wszystko z magicznym naj, bo dla mnie na to zasługujesz — dodałam po chwili, parskając śmiechem, cały czas dotykając policzka i cały czas spoglądając w te oczy, które od samego początku mnie wciągnęły w morską toń.
I chyba mogłam w niej zatonąć, bo woda była nawet kusząca.

Bezwładnie [13]

— Już rok? Kiedy niby? — Przysunęła się odrobinę, uśmiechając się błogo, rozmywając w przestrzeni. — Doskonale pamiętam, chciałeś zaimponować, a tu się nie udało, trafiłeś na pannę znającą język doskonale. — Niezwykle upokarzające, jednakże ja chciałem jedynie zaprosić do tańca, nie prowadzić skomplikowanej konwersacji w języku Napoleona. Dłoń wylądowała na mojej twarzy, palce przejechały delikatnie po brwi, w miejscu, które doskonale pamiętałem, bo trwała na nim blizna, pamiątka jednej z bójek, gdy jeszcze chciało mi się strzępić nerwy na takie pierdoły, a ego miałem zdecydowanie zbyt duże i samo hasło „kapiszon” wzbudzał u mnie ataki agresji. — Nivanie Oakley, czy uczyniłbyś mi tę przyjemność i zatańczyłbyś ze mną kiedyś, przy następnej okazji, jeszcze ten jeden raz? I nie chciałabym, żeby to był ostatni. Ładnie proszę. Bardzo ładnie. I może dostaniesz coś w zamian, co ty na to? — Drgnąłem, bo jakby dziewczyna czytała mi w myślach, autentycznie. I nie wiedziałem, czy powinienem to zlać, czy zacząć się bać o własne dupsko, bo myśli często miałem nieczyste, wręcz zbereźne.
— Zawsze, Wando Przewalska, zatańczę z tobą przy każdej możliwej okazji. Popłynę z tobą wszędzie i nie mam zamiaru oczekiwać za to zapłaty, za kogo ty mnie uważasz? — Przysunąłem się delikatnie, bo tęskniłem za drobnym ciałem, które porządnie wyprzytulałem jedynie raz, na krótkiej nocy filmowej. Jednakże wiedziałem, że podejmowanie decyzji o ruchach nie należy do mnie, bo to dziewczyna ciągała za sznurki i zezwalała.
Inaczej bym nie potrafił.

Bezwładnie [12]

Odblokowałam się. Stach schowałam gdzieś z tyłu umysłu, udawałam, że zapomniałam. Odetchnęłam, uśmiechając się. Udając, że się uśmiecham.
— Wiesz, że to już prawie rok? — zapytał, spoglądając przed siebie, prawie zagubiony tak jak ja. — Rok od niefortunnego madame — powiedział, uśmiechając się, a ja ten ładny uśmiech odwzajemniłam, bo pamiętałam tak doskonale, to szczęście gdzieś w czające się w trzewiach, ciepło rozchodzące się po ciele wraz z muzyką.
Tak, zdecydowanie, bardzo chętnie zatańczyłabym z nim jeszcze raz, bo choć może wtedy troszkę narzekałam, to prowadził bardzo dobrze, na stopach mi nie stawał, a poruszał się w rytmie. Uśmiechnęłam się.
— Już rok? Kiedy niby? — zapytałam sennie, przysuwając się troszkę bliżej do chłopaka, bo zrobiło się zimniej, jakiś wiatr zawiał, a przy nim zawsze było ciepło, przyjemnie i w miarę bezpiecznie. A przynajmniej ja się tak czułam. — Doskonale pamiętam, chciałeś zaimponować, a tu się nie udało, trafiłeś na pannę znającą język doskonale — powiedziałam, parskając śmiechem i pochylając się, by dotknąć blizny przechodzącej przez jego brew. — Nivanie Oakley, czy uczyniłbyś mi tę przyjemność i zatańczyłbyś ze mną kiedyś, przy następnej okazji, jeszcze ten jeden raz? — mruknęłam. — I nie chciałabym, żeby to był ostatni. Ładnie proszę. Bardzo ładnie. I może dostaniesz coś w zamian, co ty na to?
Bo cudownie było płynąć z osobą, którą się uwielbiało.

Bezwładnie [11]

Pobladła nagle, cała, łącznie z oczami. Blask zniknął razem ze świadomością, odpłynęła gdzieś, zatonęła w ciele. Wszyscy ostatnimi czasy uciekają, zostawiają innych, wirują gdzieś w eterze. Dziwny czas. Naprawdę dziwny czas, dziwne zachowania, dziwne zdarzenia.
Gorzki uśmiech zatańczył na moich ustach, bo chyba postąpiłem źle. Wręcz okrutnie, beznadziejne, obrzydliwie. Paskudnie. Wróć, nie chyba, ale na pewno i to z wielu względów, wielu czynników, wielu rzeczy.
A później będę tego żałował, chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę, z czym to wszystko się wiąże. Jednakże było mi tak trudno z tego wypełznąć. W przytulnym miejscu z dziewczyną było tak wygodnie, że nie chciało mi się szukać innej przestrzeni na ziemi, w której również mogłem się ukryć, zanurzyć i zniknąć razem z niektórymi informacjami.
— Ja ciebie też, Niv — odpowiedziała po chrząknięciu, cicho, z czymś, co delikatnie mnie zaniepokoiło. Chociaż wyglądała normalnie. Tak najzwyczajniej w świecie.
Coś zgrzytało bardzo mocno.
Ja zgrzytałem, tak w sumie.
I mimo że chciałem coś odpowiedzieć, uśmiechnąć się, zrobić cokolwiek, zostało mi tylko odsunięcie dłoni od twarzy, ściśnięcie jej w rękach i milczenie. Bo powietrze znowu zrobiło się ciężkie, bo coś kuło mnie w klatce piersiowej, drażniło, odbierało oddech. Jak bardzo zgrzeszyłem?
Cisza.
— Wiesz, że to już prawie rok? — Pytanie puszczone w eter, porwane przez wiatr, po chwili zaginęło gdzieś w tłumie. — Rok od niefortunnego madame. — Uśmiechnąłem się.
Zatańczyłbym z panią jeszcze raz, ostatni raz, nim skończy się ten bal.

Bezwładnie [10]

— Dziękuję? — mruknął niepewnie, nawet nie próbując ukryć swojego rozbawionego i cudownego uśmiechu na twarzy. Zarumieniłam się jeszcze bardziej, próbując ukryć twarz w złotych włosach. — Powinienem teraz ugrać tego przefantastycznego amanta, który występuje w każdym filmie i odpowiedzieć czymś podobnym, prawda? — zapytał, śmiejąc się, po czym ścisnął mnie za dłoń, zabierając ją jeszcze bardziej dla siebie. — Uwielbiam cię, Wandziu — stwierdził, podnosząc moją rękę do swojego policzka, uśmiechając się, a błękitne oczy błyszczały, tak ładnie błyszczały i chyba wpadłam, dlaczego, nie, nie, wcale nie utonęłam bezpowrotnie, wcale się nie dusiłam i wcale nie łapałam łapczywie powietrza, a woda nie wlewała mi się do płuc, chociaż to wszystko było fantazją, bo ja po prostu zamarłam, nie wiedząc, co powiedzieć, jak zareagować i pociągnąć to wszystko dalej.
I gdyby nie Niv trzymający mnie za dłoń i wcale nie oddalający jej od swojej skóry, to pewnie poleciałabym do tyłu. I gdyby nie on, to teraz nie wpatrywałabym się w niego jak obrazek, nigdy bym nie utonęła i wszystko byłoby ok. Przysięgam, w tamtym momencie prawie się rozpłakałam, a przynajmniej tak czułam, bo podobno moja twarz nie zdradzała żadnej emocji. Nawet najmniejszej. Jak rzeźba z kamienia.
Odchrząknęłam w końcu.
— Ja ciebie też, Niv. — Więcej powiedzieć nie mogłam.
Nie potrafiłam.

środa, 17 stycznia 2018

Bezwładnie [9]

— Nam pozostaje się delektować spokojem i ciszą. — I znowu ten dziewczęcy, cichy śmiech, wręcz chichot. W tym momencie była tak eteryczna, tak nieobecna, iż odnosiłem wrażenie, że jeszcze chwila i rozpłynie mi się w dłoni, zniknie i więcej nie wróci, a mi zostanie wrócić samotnie do uczelni. Dalej gładziła moją dłoń kciukiem, dalej wlepiała oczy gdzieś daleko, w rzecz, której dostrzec nie byłem w stanie, bo możliwe, iż siedziała tylko i wyłącznie w głowie mojej towarzyszki.
— Masz ciepłe dłonie. — Uśmiechnąłem się sam do siebie, słysząc to, co mówi. Możliwe, że nieświadomie, bo za chwilę chrząknęła i kątem oka dostrzec można było, że spuszcza delikatnie głowę, a jej policzki oblewa rumieniec. Piękny kolor. Wspaniale kontrastował z jej oczami, które mimo tego, że w tym momencie były lekko przymknięte, dalej przykuwały wzrok i wręcz krzyczały, jak to zielone nie są.
Ludzie dzielą się na tych, którzy komplementów nie mówią, bo nie, na tych, którzy rzucają na boki nawet tymi najbardziej obscenicznymi i na Wandę Przewalską, która po nawet najmniejszym [można to było w ogóle nazwać komplementem?] rumieni się, jakby co najmniej kogoś całowała przez dobre kilka minut.
— Dziękuję? — zamruczałem niepewnie, nie ukrywając uśmiechu, którego powstrzymać się po prostu nie dało. — Powinienem teraz ugrać tego przefantastycznego amanta, który występuje w każdym filmie i odpowiedzieć czymś podobnym, prawda? — Zaśmiałem się, ściskając przy okazji dłoń dziewczyny. — Uwielbiam cię, Wandziu. — Przytuliłem wierzch jej ręki do swojego policzka, nie licząc się z konsekwencjami, jakie mogło to za sobą pociągnąć.

Bezwładnie [8]

— Mało osób to przyłazi. Z jednej strony to dziwne, z drugiej wychodzi to na bardzo duży plus — zaczął, ale próba się nie powiodła, zostało nam tylko milczenie, cieszenie się śpiewem ptaków i szumem jakiegokolwiek wiatru.
Usiadłam na barierce altanki, nie puszczając jego dłoni oczywiście, i spojrzałam w błękitne oczy, które aktualnie studiowały uważnie całe otoczenie, zaliczając w to mnie. Uśmiechnęłam się sennie, zamrugałam kilka razy i westchnęłam.
— Nam pozostaje się delektować spokojem i ciszą — mruknęłam, parskając śmiechem i uciekając wzrokiem w bok, spoglądając na jakiegoś zagubionego ptaka, który obserwował nas z gałęzi najbliższego nam drzewa.
W końcu było mi ciepło, w końcu miałam spokój potrzebny do uporządkowania wszelkich rzeczy w głowie, poukładania ich na półkach, bo ostatnio niektóre zaczęły spadać z hukiem. I tak cały czas porządkowałam wszystko, rozmyślając, rysując kółka na skórze niebieskookiego chłopaka, czy stukając palcem wskazującym o drewno altanki.
— Masz ciepłe dłonie. — Myśl wymsknęła mi się przypadkiem, od razu przywracając do rzeczywistości i stawiając do pionu, w dodatku zostawiając szok, że pozwoliłam sobie na taki komentarz.
Odchrząknęłam nerwowo, opuszczając wzrok. I wcale się nie zarumieniłam. Może tylko troszeńkę, ale tyci tyci, nic a nic. Ponownie zapadła cisza. Tym razem troszkę bardziej nerwowa.

wtorek, 16 stycznia 2018

Bezwładnie [7]

Zaśmiała się gorzko, na co mi pozostało jedynie ściągnąć brwi w pełnym niezrozumienia geście, bo spodziewałem się każdej reakcji, lecz nie tej.
— Wszyscy się gubimy — odparła, szybko wybijając mnie ze stanu lekkiej niepewności do kanionu dezorientacji i wiecznych pytań, na które odpowiedzi nie było dane mi poznać.
Odnosiłem wrażenie, że im więcej czasu spędzam w tej szkole, im więcej ludzi poznaję, im więcej się dowiaduję, tym mniej wiem. Pytania, wieczne pytania, brak odzewu, brak dłoni, która by cię przez to wszystko poprowadziła.
Atlancka Wyższa Uczelnia była najlepszym wyborem, jaki mogłem podjąć, a jednocześnie największym błędem mojego życia, bo wyjścia z tutejszych spisków, anomalii i układów już chyba nie było. Raz wdepnąłeś w to bagno i niestety, ale nie zostanie ci nic innego jak tonięcie w nim, bez możliwości ucieczki, odcięcia się.
Musiałbym chyba całkowicie zmienić swoje dane osobowe i wyemigrować z matką do innego uniwersum.
Bo nawet gdy nie słyszałeś albo słyszałeś urywkami, bo nawet gdy byłeś we wszystkim zielony, to wiedziałeś trochę zbyt wiele. Zbyt wiele o Hopecrafcie, którego znać nie trzeba było, żeby wiedzieć, że coś jest z nim nie tak. Zbyt wiele o politykach, rodzicach dzieciaków stąd, którzy mają swoje za uszami. Zbyt wiele o miejscach, których nie znasz.
— Tak, zdecydowanie tu urokliwie. I cicho — dodała prędko, przywracając mnie do pionu.
— Mało osób to przyłazi. Z jednej strony to dziwne, z drugiej wychodzi to na bardzo duży plus. — Beznadziejna próba zagajenia tematu, w którą ani ja, ani dziewczyna nie wierzyła. Zostawało milczenie i masowanie palcami dłoni dziewczyny, mając nadzieję, że jakkolwiek uratuje się tę, jakże nieudaną scenę.

Bezwładnie [6]

— Żałuję, że tak rzadko tu bywam — mruknął, opierając się o balustradę altanki i spoglądając na mnie. Dalej trzymaliśmy się za dłoń. Dobrze. Ja nie odwzajemniłam spojrzenia, patrząc gdzieś przed siebie, szukając odpowiedzi. — Urokliwie tu. — Nie odpowiedziałam.
Nawet nie zwróciłam uwagi na to, jak mocno ściskałam jego dłoń. Jak łapczywie łapałam oddech. Jaka byłam rozedrgana, roztrzęsiona i zagubiona. Nie wiedziałam, co działo się wokół mnie. Nie wiedziała, co działo się ze mną i to chyba było najgorsze, bo przecież zawsze miałam jakąś kontrolę, nawet nikłą, ale kontrolę. A teraz po prostu gdzieś zniknęłam.
Zabawne. Jak nie ja.
— Wando. — Moje imię padło z ust niebieskookiego chłopca i się rozpłynęłam, a przy tym wybudziłam, bo wszystko, co mówił, brzmiało tak jakoś dziwnie ładnie, a to w dodatku było coś mojego. — Wando, co się dzieje? Ogólnie, nie tylko z tobą — zapytał, a ja parsknęłam beznadziejnym śmiechem.
Wszystko i nic, dorastamy i rośniemy, oddychamy i nasze serca biją, zaczynamy rozumieć trochę więcej lub trochę mniej i...
— Wszyscy się gubimy — dokończyłam swoją myśl na głos, ponownie odpływając gdzieś daleko wzrokiem. — Tak, zdecydowanie tu urokliwie. I cicho.
Uśmiechnęłam się sennie. Dalej trzymał mnie za dłoń. Miał ciepłe palce. Przyjemne.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Bezwładnie [5]

Już dobrze mi znane, podwójne stuknięcie obcasem, które znaczyć mogło dosłownie wszystko i było odpowiedzią na każde moje pytanie. Tym razem twierdząca. Pochwyciła moją dłoń i bez zbędnych ceregieli, zaczęła ciągać mnie przez tłumy nastolatków. Przepychanka, walka o, chociaż odrobinę przestrzeni, gęsta atmosfera i niepokój bijący od dziewczyny sprawiał, że sytuacja stała się ździebko napięta i nieprzyjemna.
— W końcu — wyszeptała, gdy znaleźliśmy się poza budynkiem, stukając palcem o moją dłoń i biorąc głęboki, upragniony oddech. Haust świeżego powietrza. Przynajmniej było odrobinę lepiej, nieco luźniej, spokojniej.
Splotłem ciaśniej nasze dłonie, zacisnąłem swoją delikatnie i posłałem dziewczynie pokrzepiający uśmiech, bo przecież wszystko będzie dobrze. Prędzej, czy później, ale będzie.
Musi być.
— Żałuję, że tak rzadko tu bywam — mruknąłem, opierając się tyłkiem o balustradę altanki. Do tej pory nie puściłem ręki dziewczyny, ba, kurczowo ją ściskałem. — Urokliwie tu. — Nie otrzymałem odpowiedzi na pytanie, Wanda odpłynęła gdzieś daleko, łapiąc agresywnie powietrze w płuca. Coś wisiało, jakiś topór z uporem maniaka groził wszystkim spadkiem na kark, zwieńczone szybką, ale jakże bolesną śmiercią. Jak nie fizyczną, to mentalną.
Dziwne lata się zbliżają, ba, już nastały. Coś się dzieje, a ja znajduję się w złym miejscu, w złym czasie, ze złym podejściem i podświadomość mi mówiła, że też nie wyjdę z tego wszystkiego cało, a nadchodząca wielkimi krokami egzekucja dotknie nas wszystkich, bez wyjątku.
— Wando — mruknąłem poważnie, wybudzając ją z krótkiego transu, w którym się zatopiła. — Wando, co się dzieje? Ogólnie, nie tylko z tobą.

niedziela, 14 stycznia 2018

Bezwładnie [4]

Odgarnął jakiś zagubiony kosmyk z mojej twarzy, a ja parsknęłam beznadziejnym śmiechem. Zawsze tak robił.
— Nie. Chyba nie, wyjątkowo — odpowiedział, mrucząc i pogładził mój policzek. Miał ciepłe palce. I delikatne. — Jest dobrze, ogólnie rzecz ujmując — stwierdził, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, a ja wyboru nie miałam i mogłam go tylko odwzajemnić. — Chcesz się przejść? Spacer do altanki, ładna pogoda, świeże powietrze. Dobrze ci zrobi. — Odsunął się trochę ode mnie, a ja w odpowiedzi pokiwałam głową, uciekając wzrokiem. Zdecydowanie dobrze mi to zrobi, w końcu świeże powietrze zawsze pomaga, czyż to nie jest świętą prawdą?
I z uśmiechem na twarzy stuknęłam dwa razy obcasem, po czym złapałam go za dłoń i zaczęłam ciągnąć w kierunku wyjścia, bo na korytarzu było duszno, ludzie na siebie wpadali i w ogóle nie uważali, tłoczno, zdecydowanie za tłoczno, bez powietrza, które przecież było nam potrzebne do życia. Zbyt gwałtownie, a ja potrzebowałam spokoju, musiałam uporządkować rzeczy w głowie, bo choć nie miałam takiego bałaganu jak mój biedny brat, to jednak coś się z półek sypnęło, a wkładanie odpowiednich myśli na miejsce zawsze trwało. I potrzebowało świeżego powietrza.
Właśnie dlatego wzięłam tak głęboki oddech, gdy tylko wyszliśmy przed budynek.
— W końcu — mruknęłam, zamykając oczy i uśmiechając się. Nieświadomie zastukałam kilka razy palcem o dłoń niebieskowłosego.

sobota, 13 stycznia 2018

Bezwładnie [3]

— Wszystko i nic. — Wtuliła się we mnie z cichym westchnięciem na ustach, luźnymi ramionami i dziwnym ciężarem na duszy, który o dziwo był wyczuwalny nawet dla mnie. — Sama nie wiem, może po prostu gorszy dzień, każdemu się zdarza, prawda? — Schowała twarz w mojej piersi, mruczała coś niezrozumiale, a mi zostało ją objąć i zacząć pocierać delikatnie plecy dziewczyny. Przytuliłem policzek do jej skroni, nie zaprzestając przejeżdżania dłońmi po ciele nastolatki, która z minuty na minutę rozpływała się coraz bardziej, a ja odnosiłem paskudne wrażenie, że zaczynam trzymać ducha, który, tak czy siak zniknie i nigdy nie wróci w moje objęcia, zostawiając mnie i to wszystko na pastwę losu.
Komplikowało się. Absolutnie każdy aspekt mojego życia się komplikował, zaczynając na tym, że ojciec postanowił się odezwać, przez świadomość potrzeby wykonania kolejnych badań, kończąc na Wandzi, która znajdowała się w jeszcze większej kropce niż ja, nawet mówić o tym nie musiała, to się po prostu czuło.
— A co tam u ciebie? Też zostałeś złapany przez dziwną melancholię, która unosi się dla niektórych w powietrzu? — Spoglądnęliśmy na siebie. Ja ze ściągniętymi brwiami, ona z bardzo widocznym smutkiem w oczach, z pewnego rodzaju zrezygnowaniem.
Odgarnąłem pojedynczy kosmyk z jej twarzy, bo zawieruszył się tak, jak zawsze, zresztą. Stukała palcami o moje ramię.
— Nie. Chyba nie, wyjątkowo. — Ugładziłem kciukiem policzek dziewczyny, bledszy niż zwykle, chociaż ostatnio z jej zdrowiem raczej wszystko było dobrze. — Jest dobrze, ogólnie rzecz ujmując. — Uśmiechnąłem się delikatnie. — Chcesz się przejść? Spacer do altanki, ładna pogoda, świeże powietrze. Dobrze ci zrobi.

Bezwładnie [2]

Chwycił mnie za ramię, pociągnął w swoim kierunku. Niv. Który był równie zmarnowany, co ja.
— A cóż to za mina, maluśka? — Pytanie z uniesioną brwią, lewąm charakterystyczną miną, a mi pozostawało westchnąć, rozpłynąć się i wpaść prosto w ramiona chroniące w jakiś dziwny sposób przed złem.
Oj, zdecydowanie było nie tak.
— Wszystko i nic — mruknęłam w odpowiedzi, podnosząc głowę wraz ze swoim, zagubionym i troszkę smutnawym dziś, wzrokiem. — Sama nie wiem, może po prostu gorszy dzień, każdemu się zdarza, prawda? — zapytałam, ponownie chowając się w ramionach. — Chyba jestem zmęczona, a do końca semestru tak daleko, chciałabym już wrócić do domu, wiesz, Niv? Troszkę odpocząć... — mruknęłam, pewnie niezrozumiale dla niebieskowłosego chłopaka, ale może to i lepiej. W końcu z niektórymi rzeczami powinnam sobie radzić sama. Tak lepiej, a przecież samodzielność jest cnotą, czyż nie?  Bo w pewnym momencie może nikogo nie być...
I jakoś zbytnio nie obchodziły mnie ciekawskie oczy na szkolnym korytarzu. I wszelkie szepty, plotki, to wszystko. Po prostu. Zastukałam trzy razy wskazującym palcem o jego bark, próbując za daleko nie odpłynąć.
— A co tam u ciebie? Też zostałeś złapany przez dziwną melancholię, która unosi się dla niektórych w powietrzu? — zapytałam, spoglądając na twarz Nivana Oakleya, który wpatrywał się we mnie z ciekawością, ale może i zaniepokojeniem. Sama nie wiem.

czwartek, 11 stycznia 2018

Bezwładnie [1]

Słyszałem szepty, dużo szeptów, o mnie, o Hopecrafcie, o nas. Gromiłem wzrokiem każdego, kto, chociażby odważył się otworzyć usta i powiedzieć cokolwiek na mój widok. Nie mieli prawa. Nie mogli. Nie powinni.
Wszystko wymykało się spod kontroli. Wszystko wymykało mi się przez palce, uciekało, a ja miałem wrażenie, że jeszcze chwila i wyżyję się na kimś jak Davon, albo zacznę grozić ludziom nożami, jak ten pierdolony kocur, który śmiał zbliżyć się do Wandy. Opowiadała kiedyś o perypetiach związanych ze skurwysynem. Wyrwę ogon, powieszę go na nim za jajca, uwalę nogi u samej dupie i wepchnę w nią tak głęboko, aż mu gówno mor...
Zwolnij, kowboju, bo twój rączy rumak jeszcze chwila i cię z grzbietu zrzuci.
W sumie to gdy reszta uciekała się do książek, ja bardziej skupiałem się na sobie, bo nerwy związane ze szkołą, to ostatnia rzecz, której mi brakuje do szczęścia. Perkusja, worek treningowy, laptop i okazjonalne wyprawy do pewnego klubu.
Nie ukrywam, wracałem spizgany.
Czasem z przestawionym nosem.
Ale ogólnie rzecz biorąc, było spoko.
Wróciłem do starych nawyków i znowu byłem smutnym, egdy chłopakiem z parapetu, którego mp3 coraz częściej się buntuje i powoli przestaje grać, a znaleźć czasu, żeby ocalić wszelkie kawałki, jakoś nie mogłem. Tak więc stąpałem po cienkiej linii.
Dokładnie tak, jak Przewalska, która szurała stopami po parkiecie, kierowana krawędziami kafelków wyłożonych na podłodze.
— A cóż to za mina, maluśka? — Uniosłem delikatnie brew, gdy udało mi się w miarę szybko znaleźć na torze kroczenia dziewczyny, schylić i pochwycić ją za ramię.
Zdecydowanie coś było nie tak.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis