Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami! [X]

— Tak, poznasz moich rodziców, nawet dziadka, no i Eana, bo mi narzeka nad uchem, że to niesprawiedliwe, iż jako jedyny cię nie zna. Może Arny, Elfie i Re też się uda, ale nie wiem, czy będą miały czas skoczyć do Azylu. — Ilość imion nieco mnie zaskoczyła, chociaż znając życie i Eternumów, to ich rodzina jest o wiele większa niż pięć, czy tam sześć imion na krzyż. Tak, z pewnością. — Co ważniejsze, poznasz dzieciaki tego tutaj casanovy oraz kota, wyjątkowo paskudnego, ale kochanego kota, którego zwiemy Gremlinem. No i Kiki... Oh, po prostu nastaw się na dużo poznawania ludzi, nieludzi — dodała po chwili, śmiejąc się radośnie, przekrzywiając głowę i znowu uciekając myślami, bo to była jej cecha charakterystyczna i szkoda było ją wyciągać z tego cudownego, wyimaginowanego świata myśli i marzeń dziennych.
Nastawiłem się, doskonale już się nastawiłem, ba, rok temu, jak ją poznałem, bo poznając Pel, nie poznajesz tylko szalonej blondynki, a również całą ją familię w pakiecie, bo nie dało się inaczej, a to wszystko tak pięknie się łączyło, przeplatało, dopełniało. Człowiek mógł tylko mruczeć, widząc rodzinkę i zachowania, nawet w malutkich dawkach, jakim była wizyta Mordechaja, Vici i Radii, którzy narobili mi niezłego smaka na całą tę zabawę.
No i Dropsik, ale jemu było bliżej do okrutnego królika wyjętego z filmu udającego horror, chociaż wzrokiem, przyznam, zabijał.
— Jestem gotowy, Pelciu. Ba, wręcz się nie mogę doczekać.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami! [24]

Rozpromieniłam się na dźwięk jego śmiechu oraz energicznego przytaknięcia głową, ogółem cały się rozświetlił, a jego następne słowa sprawiały, że uśmiechałam się szerzej, zaś w klatce piersiowej rozprzestrzeniało się ciepło, które odstraszało zimno z mojego ciała. Przyjemnie było nie marznąć.
— Zawsze, Pel, zawsze, z wielką chęcią, z radością. Boże, to będzie najlepsza rzecz pod słońcem. Herbata, kwiaty, dzień i noc z tobą. Twoja rodzinka, jak on miał, Floks Mordechaj, tak? Vicia, Radia. Poznam twoich rodziców? O mój Boże, poznam twoich rodziców. O losie, raduję się jak dziecko, przepraszam. — Tym razem ja się zaśmiałam i pokręciłam głową, starając się nadążyć za chłopakiem.
— Nie przepraszaj, w sumie to urocze — powiedziałam, spoglądając na niego z rozbawieniem i zanim kontynuowałam, upiłam łyk herbaty. — Tak, poznasz moich rodziców, nawet dziadka, no i Eana, bo mi narzeka nad uchem, że to niesprawiedliwe, iż jako jedyny cię nie zna. Może Arny, Elfie i Re też się uda, ale nie wiem, czy będą miały czas skoczyć do Azylu —  wymruczałam, recytując tylko sobie znane imiona oraz przezwiska, a ciepły, rozmarzony uśmiech nie chciał zejść z moich ust.
—  Co ważniejsze —  przerwałam, spoglądając na kręcącego się w klatce Dropsika, który znieruchomiał pod moim spojrzeniem. —  Poznasz dzieciaki tego tutaj casanovy oraz kota, wyjątkowo paskudnego, ale kochanego kota, którego zwiemy Gremlinem. No i Kiki... Oh, po prostu nastaw się na dużo poznawania ludzi, nieludzi — roześmiałam się, przechylając głowę, ciesząc się perspektywą udanych wakacji w towarzystwie Hortensji. Wszystko zapowiadało się po prostu wspaniale i ciekawie.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami! [23]

Herbata gotowa, miody dodane, miody schowane, uśmiech zagościł na twarzach. Ucztę czas zacząć, nektar uszczknąć, zapomnieć się w pysznym naparze, który swoją drogą spożywałem w ilościach zatrważających, odkąd poznałem dziewczynę. Nie dziwiłbym się, jakby się okazało, że płynie już w naszych żyłach, zamiast tej pospolitej krwi.
— I tak cię nimi nafaszeruję, pamiętaj. — Przyciskała uroczo kubek do ust, uśmiechała się, widać po oczach. Zginała kolana, targała się do ciepła, jej głowa pracowała, a ja jedynie leniwie poruszałem ogonem, który uznał, że przeczesywanie tak dobre znanego terenu w poszukiwaniu co ciekawszych niuansów, będzie bardzo dobrym pomysłem. Tak więc szurał po materiałach, miotał się delikatnie, wspinał się po kolanach jak wąż i byłem bardziej niż pewien, że jeszcze chwila i całkowicie stracę nad nim kontrolę. — W sumie... To niedługo koniec roku... A razem z nim nadchodzą wakacje i meh... Zaproszenie do mnie jest nadal aktualnie, wiesz? — Początkowo nieśmiały ton zakończony został stuknięciem o kubek i niemrawym ściągnięciem brwi, jakby była bardzo niepewna swojego pytania.
Zaśmiałem się odrobinę za głośno i zacząłem kiwać energicznie głową, bo była to najlepsza propozycja pod słońcem. Bo według prawa mojego kraju, byłem wtedy już legalny, bo mogłem robić, co chcę, a ojciec mógł mnie w sandała pocałować.
— Zawsze, Pel, zawsze, z wielką chęcią, z radością. Boże, to będzie najlepsza rzecz pod słońcem. Herbata, kwiaty, dzień i noc z tobą. Twoja rodzinka, jak on miał, Floks Mordechaj, tak? Vicia, Radia. Poznam twoich rodziców? O mój Boże, poznam twoich rodziców. O losie, raduję się jak dziecko, przepraszam. — Przysunąłem kubek do ust, starając się nie wypuścić całej herbaty nosem.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami! [22]

— Oh, Pelagonijo, jeślibyś rzeczywiście mnie znała, nie zadawałabyś pytań, na które odpowiedź jest jasna, prosta i oczywista.  Oczywiście, że malinowy, reszta kiedy indziej, nie ufam im, źle im się denka błyszczą — odpowiedział, a ja parsknęłam śmiechem, kręcąc głową, po czym otworzyłam malinowy, zgarniając dodatkowo jeszcze lawendowy, a resztę schowałam. Herbata była gotowa, więc wcisnęłam mu jeden kubek, a sama zajęłam się swoim, rozkoszując się zapachem i słodziłam obficie miodem malinowym, zostawiając drugi słoiczek z bardziej kwiatowym zapachu na tą drugą mieszankę.
— I tak cię nimi nafaszeruję, pamiętaj — powiedziałam, szczerząc się szeroko i upiłam łyk napoju bogów. Ugięłam lekko nogi w kolanach, garnąc do ciepła bijącego z naczynia i się zamyśliłam, wpatrując się w Aurelka z enigmatycznym uśmieszkiem. Rozplanowywałam w swojej głowie wypowiedzi, na wszelki wypadek argumenty i gdzieś tam w duszy dopingowało mnie alter ego oraz kuzyni, zwłaszcza Ean, który narzekał i jęczał mi nad uchem.
— W sumie... To niedługo koniec roku... — zaczęłam niepewnie, mieszając łyżeczką w herbacie, żeby choć trochę rozładować swoje nerwy. — A razem z nim nadchodzą wakacje i meh... Zaproszenie do mnie jest nadal aktualnie, wiesz? — dokończyłam, stukając palcem o kubek. Przypomniał mi się początek roku, gdy powiedział, że może nie wrócić. Poza tym chciałam spędzić te wakacje bardziej wesoło, żeby mama nie była smutna, że spałam w szopie, zamiast we własnym pokoju, żeby kuzyni nie chodzili wokół mnie na paluszkach, żeby dziadek nie musiał się martwić, że znowu przesadzę z Różami. Chciałam po prostu zostać z nim troszeczkę dłużej.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [21]

Nie minęła chwila, a w moich dłoniach wylądowały dwie, dość ciężkie, nie powiem, reklamówki. Uśmiechnąłem się na ten gest, bo naprawdę nie chciałem, żeby kruszyna targała te przeklęte siaty i nadwyrężała ramiona. Nie, żebym wątpił w jej umiejętności, ale po prostu głupio się czułem ze świadomością, że ta targa trzy słoje, a ja tyle, co nic.
— Tylko dzisiaj — powiedziała szybko, odwzajemniając mój uśmiech i po chwili znowu radośnie kicała tuż koło mnie.
Cieszyłem się, że dziwna faza melancholii i smutku przeminęła z wiatrem, a my mieliśmy okazję na nowo zaznajomić się z optymistycznymi wersjami samych siebie. Bo jednak nic nie radowało tak bardzo, jak śmiech na buźce ten szurniętej blondyny. Ukochanej, szurniętej blondyny.
Misja godna Agenta 007 zakończyła się powodzeniem, a my siedzieliśmy w pokoju Pelagoniji, szykując się do herbatkowania i wszystko na nowo było tak, jak dawniej i jak powinno być. Radośnie, beztrosko i z końską dawką młodości, rześkości, życia.
— Który pierwszy? Malinowy, wrzosowy, lipowy, wielokwiatowy, akacjowy, lawendowy czy słonecznikowy? Przyrzekam, że wszystkie są dobre i się żadnym nie otrujesz! — Dłoń wylądowała na jej piersi, powaga zagościła na twarzy, a mimo wszystko dalej radośnie się śmiała. Ja tymczasem dalej byłem nieco wcięty, bo dla mnie miód to miód i nie wiedziałem, że są jakieś odmiany. No słodkie, złociste i lejące się, no wszystko podobne. Najwyraźniej grubo się myliłem.
— Oh, Pelagonijo, jeślibyś rzeczywiście mnie znała, nie zadawałabyś pytań, na które odpowiedź jest jasna, prosta i oczywista — odparłem z udawanym oburzeniem. — Oczywiście, że malinowy, reszta kiedy indziej, nie ufam im, źle im się denka błyszczą — prychnąłem, przy okazji śmiejąc się delikatnie.

sobota, 20 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami [20]

— Ale wiesz, jakby co, to zawsze mogę coś przejąć, wystarczająco się już dzisiaj wymęczyłaś, no... — Rzuciłam rozbawione spojrzenie Aurelionowi, a kąciki moich ust oraz moje serce nagle drgnęły. Przez jedną, krótką sekundę w Hortensji zamajaczył obraz Marviego. Potknęłam się o własne nogi wybita z rytmu, ale się nie wywróciłam, a moje palce jakoś niepewnie zaciskały się na siatkach, które trzymałam, jakbym wcale nie powinna była ich trzymać. Poczułam się taka tyciusieńka, znacznie mniejsza niż zwykle.
Wyprostowałam się, uśmiechnęłam się nieśmiało, wziąwszy głębszy wdech i wyciągnęłam dwie reklamówki w stronę chłopaka, jedną zostawiając sobie.
— Tylko dzisiaj — wymamrotałam, poszerzając uśmiech i wróciłam do podskoków, acz nieco mniej energicznych niż wcześniej.
Zaraz ta iluzja, wspomnienie zostało odpędzone w zakamarki umysłu przez inną bardziej absorbującą, jaką było przemycanie miodu na czwarte piętro, potykanie się, śmianie i unikanie nauczycieli na korytarzach. Rozłożyliśmy się z zakupami na podłodze, herbata [najpierw mięta, czarna porzeczka i malina] się parzyła, po czym dałam Aurelionowi jedną z dwóch łyżeczek.
— Który pierwszy? Malinowy, wrzosowy, lipowy, wielokwiatowy, akacjowy, lawendowy czy słonecznikowy? — spytałam ze śmiechem w głosie, widząc jego skonfundowaną minę. — Przyrzekam, że wszystkie są dobre i się żadnym nie otrujesz! — dodałam teatralnie poważnym tonem, kładąc dłoń na sercu, chociaż zdradzały mnie oczy, które prawdopodobnie się śmiały, czego nie mogłam zrobić ja.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [19]

— Dość brutalne, ale prawdopodobnie większość mu tego życzy z powodu zakazu cukru. I nie martw się, nakupujemy i przemycimy tyle rodzajów miodu, że nadrobisz. To przy okazji spróbujesz każdego. — Pokiwałem głową. Mińsk zasługiwał na karę, bo kto znęca się nad biednymi, bogu ducha winnymi uczniami, przez fakt, że samemu się rozpasło i rozlazło jak ostatnia cholera? Parszywiec.
— Na pewno ci nie pomóc? — spytałem, gdy dziewczyna z uporem maniaka targała ze sobą siaty z zakupami. Za każdym razem, gdy proponowałem pomoc, nawet najmniejszą, ta patrzyła na mnie, jakbym jej co najmniej Dropsika zabił.
— Na pewno, jestem silną, samodzielną dziewczynką — odparła z udawanym oburzeniem i poprawiła reklamówkę, którą ściskała blisko piersi. Przewróciłem oczami. Dalej zastanawiałem się, skąd w niej tyle zapału, energii i zaparcia w tym, co robi. Przecież jeszcze przed chwilą sapała mi nad uchem i wyglądała tak, jakby mi miała za chwilę zejść na zawał.
Niby miałem ją odnieść jak księżniczkę, ale prędzej to ona odniosłaby mnie, zrobiła herbatkę i ogarnęła szybciej, niż Yev zdążyłby się przewrócić o nowe tenisówki, których nie zawiązał.
— Jak uważasz — odparłem, wzruszając ramionami i wlepiając spojrzenie w kicającą z boku na bok sylwetkę, rozbujaną, ciągle wspominającą zabawy na rynku. — Ale wiesz, jakby co, to zawsze mogę coś przejąć, wystarczająco się już dzisiaj wymęczyłaś, no...

piątek, 19 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [18]

Natychmiastowo poszerzyłam uśmiech, gdy chwycił za moje dłonie i podniósł się z ławki, po czym zacisnęłam palce.
— Miód powiadasz? Dawno nie jadłem, jak mam być szczery. W sumie to co się dziwić. Mińskiego powinni za to za jajca powiesić na najwyższej gałęzi tego drzewska w lesie, serio. Najlepiej w kaftanie bezpieczeństwa i kneblem w ustach, żeby przypadkiem czego nie odwalił. No. — Parsknęłam śmiechem, kręcąc głową i puściłam jedną rękę Aureliona, nadal trzymając go za drugą, ciągnąc go lekko w stronę sklepu.
— Dość brutalne, ale prawdopodobnie większość mu tego życzy z powodu zakazu cukru — skomentowałam, a do mojego tonu wemknęły się nuty rozbawienia. — I nie martw się, nakupujemy i przemycimy tyle rodzajów miodu, że nadrobisz. To przy okazji spróbujesz każdego — dodałam, chichocząc. Lawendowy, malinowy, wrzosowy, wielokwiatowy, lipowy, akacjowy i może słonecznikowy, skoro dzisiaj zachowywaliśmy jak jakieś promyczki, kaczuszki i ogółem dużo żółtego dzisiaj było. Po jednym słoiczku, żeby za bardzo nie szaleć, no i karma dla Walliego, bo dla Dropsika zawsze brałam zapas na cały rok z domu i podczas przerw. Smoków, niestety, nie hodowaliśmy.
— Na pewno ci nie pomóc? — Przewróciłam oczami i przytuliłam siatkę do piersi, jakby miał mi ją zaraz zabrać.  Może zakupy do najlżejszych nie należały, ale dychałam i szłam. Może się chwiałam, ale dychałam i szłam.
— Na pewno, jestem silną, samodzielną dziewczynką — powiedziałam, wydymając wargi niby obrażona, ale zdradzał mnie kręcący się w kąciku ust uśmiech, który nie chciał mnie zostawić.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [17]

Stanęła przede mną, oczy zawisły na wysokości moich. Leniwy uśmiech rozpromienił buźkę dziewczyny, a mi zostało tylko mruknąć z przyjemności, bo to przynosiła możliwość spoglądania na Pel w takiej krasie. Nic nią nie chwiało, nic nie zaburzało jej równowagi, a Amigo dumnie oplatał jej biodra, przywierając do niej jak dziecko do matki, którą dopiero co odnalazło.
— Ja na to, że z chęcią cię naherbatkuję, tylko musimy jeszcze kupić miód po drodze, Hortensjo — mruknęła, dalej wyciągając przed siebie drobne rączki, machając delikatnie palcami i zachęcając mnie do podniesienia rozpasłego dupska. Jej mina mówiła sama za siebie i oboje byliśmy chyba bardziej niż pewni, że za żadne skarby świata nie będzie w stanie mnie do siebie pociągnąć, bo fizycznie nie było to możliwe.
— Miód powiadasz? — odparłem, łapiąc ją za drobne dłonie i uniosłem się z ławki, która o dziwo zrobiła się bardzo wygodna w ciągu kilku ostatnich minut. Może to dlatego, że byłem już nieco zmęczony? Gdy już stanąłem, wyciągnąłem się w górę, poprzeciągałem, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem i nawet ogon prostując jak drut. — Dawno nie jadłem, jak mam być szczery. W sumie to co się dziwić. Mińskiego powinni za to za jajca powiesić na najwyższej gałęzi tego drzewska w lesie, serio. Najlepiej w kaftanie bezpieczeństwa i kneblem w ustach, żeby przypadkiem czego nie odwalił. No.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [16]

Zadarłam głowę, spoglądając na twarz Aurelka i zmrużyłam oczy z lekkim uśmiechem. Jakoś nie umiałam uwierzyć, że to były tylko niecałe dwa lata. Dziwne dwa lata.
— Spróbuję obu, co ty na to? — Machnęłam jedną nogą i kiwnęłam radośnie głową, notując w głowie, że trzeba jeszcze zajść po miód, najlepiej kilka słoików, a potem przemycić do uczelni. Bo złoty płyn będzie lepszy niż białe kryształki. W głowie już wyliczałam jakiego rodzaju miód [cóż, pewnie na jednym się nie skończy] kupić, poprawiając kwiaty, które tylko cudem utrzymały się w roztrzepanych włosach, po czym wstałam powoli ze swojego miejsca na równe nogi i stanęłam przed Hortensją, wyciągając ręce, unosząc nieco wyżej kąciki ust. Czułam się zdecydowanie lepiej, już nie łapałam łapczywie wdechów i nie miałam wrażenia, że upadnę z kolejnym krokiem.
— Ja na to, że z chęcią cię naherbatkuję, tylko musimy jeszcze kupić miód po drodze, Hortensjo — powiedziałam, kołysząc się na boki oraz nadal trzymając ręce przed sobą, jakbym chciała pomóc mu wstać. Patrząc na to, że Aurelek swoje ważył, mierzył i ogółem byłam zbyt słaba, żeby jakkolwiek go podnieść, to jedyne, co mogłabym zrobić, to bezsilne pociągnięcie chłopaka. Ewentualnie Amigo by go pociągnął, ale nie byłam pewna, czy nawet Szaliczek podołałby temu zadaniu. Cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz, kiedy memu "ukrytemu" towarzyszowi się coś nie uda.

środa, 17 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [15]

Chwila zastanowienia, wybicie krótkiego, nieskomplikowanego rytmu o deski ławeczki i ten ładny, rozmarzony uśmiech malujący się na jej twarzy. Wiedziałem, że trybiki działają jej na najwyższych obrotach, wszystko klika, a za chwilę z jej uszu poleci para od nadmiaru przetworzonych informacji.
— Co powiesz na miętę, czarną porzeczkę, malinę? — odpowiedziała finalnie, chociaż wiedziałem, że na tym się nie skończy, jej głowa dalej turkocze, a pod białą kopułą włosów rozgrywa się istna bitwa, bo co lepiej mu doradzić? Do tego dalej bujała gdzieś tam, daleko, daleko ode mnie, gdzie nie miałem szansy jej dosięgnąć. — Ewentualnie lawenda, pomarańcza i melisa. Do obydwu dużo miodu, bo dobre, ale cały cukier dzisiaj uzbierany natychmiast spadnie — roześmiała się dźwięcznie, rozruszała delikatnie rękę i poprawiła się w miejscu. Oparłem się o ławkę i założyłem ręce na piersi. Nawet zjeżdżając z siedzenia do połowy tyłka, byłem w stanie patrzeć na Jaśminka z góry, co ostatnimi czasy odnajdywałem bardzo denerwujące, bo jednak miło było być tym niskim chłopakiem z pierwszej klasy, który śmiga i przemyka się pomiędzy innymi, zupełnie jak każdy. Tymczasem dobiłem całych dwustu dwudziestu trzech centymetrów i jedyną osobą, która mogła mnie przerosnąć, był ten pierdolnięty typo z rocznika Pel. Ten od Fomy, no.
— Spróbuję obu, co ty na to? — Uśmiechnąłem się delikatnie, zakładając nogę na nogę, bo dziewczyna dalej odpoczywała, chociaż opcja z odniesieniem przecież dalej była aktualna.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami! [14]

Dobry Boże, jak ja bym chciała być dzieckiem.
Odgoniłam od siebie tą myśl, tą jedną, nieszczęsną, niby niewinną myśl, krótkie życzenie, które mogłoby szybko obrócić całe szczęście w pył. Skupiłam się szybko na dotyku Aurelka, wtulając głowę w jego dłoń i zamruczałam cicho, czekając na jego odpowiedź. Chciałam dzień bez smutku, bez ciężkich słów i uczuć, które ciągnęły mnie na dół tego przeklętego padołu łez.
Chciałam się po prostu trzymać tej dłoni, która nie pozwalała tym wszystkim złym wspomnieniom mnie pochłonąć.
— Chyba zdam się na twój gust, specjalistko, wiesz, że ja lewy jestem w tych sprawach.  Byle nie czarna, jakoś mi nie smakuje, wolę zieloną. — Zamrugałam parokrotnie oraz uśmiechnęłam się szerzej, kiwając powoli głową, po czym już wędrowałam wśród chmur, błądząc wzrokiem po niebie i wybierałam herbatę, jednak nadal jakaś część mnie zostawała przy Hortensji, zamiast bujać w obłokach. Postukałam palcami o ławkę, zastanawiając się, jaka będzie najlepszym wyborem? Czarna porzeczka? Lawenda? Mięta? Może wszystko na raz? Może coś innego?
— Co powiesz na miętę, czarną porzeczkę, malinę? — spytałam nieco nieobecnym głosem, wracając powoli na ziemię i spojrzałam na niego, powoli się podnosząc. — Ewentualnie lawenda, pomarańcza i melisa. Do obydwu dużo miodu, bo dobre, ale cały cukier dzisiaj uzbierany natychmiast spadnie — dodałam rozbawiona i poruszyłam ramieniem, czując się odrętwiała.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [13]

— Poplosę. Ale to za pięć minut, Hortensjo. Tu jest mi bardzo wygodnie. — Miałem ochotę przewracać oczami w nieskończoność, aż wyjdą mi z orbit i zaczną szybować gdzieś tam w okolicach Jupitera, jako Niezidentyfikowane Obiekty Latające Patrzące. Opuściła dłonie i zachichotała dziecinnie. Nie, to niemożliwe, żeby ta dziewuszka miała już dwadzieścia wiosen, po prostu nie było takiej opcji, przecież wyglądała i zachowywała się na porządne, no, nieco zawyżone, pięć. — A tak, co do tej herbaty, to na jaką masz ochotę? — Zerknęła na mnie z ledwo widocznym uśmieszkiem.
Ugładziłem jej włosy, poklepałem po głowie, znowu rozczochrałem i znowu umiziałem. No i tak w koło Macieju, zastanawiając się nad tym, który napar powinienem dzisiaj wybrać. Z jednej strony z chęcią wybrałbym coś, co znam, z drugiej oddałbym się czystej fantazji, losując pierwszą lepszą paczuszkę. Mogłem również spytać się mojej małej ekspertki i to chyba było najlepszą i najbezpieczniejszą opcją. O ile nie wpadnie na pomysł otrucia mnie jakimś dziwnym zielskiem...
— Chyba zdam się na twój gust, specjalistko, wiesz, że ja lewy jestem w tych sprawach — odparłem szczerze, nie spuszczając wzroku z białej główki mojej towarzyszki. Wypieki na policzkach powoli schodziły, a ona sama spokojniej oddychała. — Byle nie czarna, jakoś mi nie smakuje, wolę zieloną — dodałem prędko, zanim zdążyła coś odpowiedzieć.

środa, 10 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [12]

Nagle poczułam się niezwykle ciężka i zmęczona, kiedy emocje do końca opadły, zostawiając po sobie delikatne iskierki szczęścia.
— Wiesz, zawsze możemy to jeszcze nadrobić. — Przewróciłam się na plecy i spojrzałam na Aurelka, poszerzając uśmiech. Taaak, herbata. Kochana herbatka. Kochana, ciepła herbatka. Chociaż w tym przypadku raczej mrożona by się przydała. — No i rozumiem, że mam królewnę do uczelni odnieść? — spytał, na co parsknęłam śmiechem i zmrużyłam oczy, gdy poczochrał mnie po włosach. Zamruczałam cicho i wyciągnęłam powolnie ręce do góry w kierunku Hortensji, przybierając dziecięcy ton.
— Poplosę — powiedziałam, sepleniąc i przekrzywiłam głowę, powstrzymując chichot, który starał się wydostać z moich trzewi, ale nadal go trzymałam w środku, pozwalając sobie jedynie na delikatny uśmiech. Opuściłam dłonie, a ich zderzeniu z ławką towarzyszył cichy plask i wzięłam głęboki wdech. — Ale to za pięć minut, Hortensjo. Tu jest mi bardzo wygodnie — dodałam tonem dziecka, które nie chciało się obudzić i iść do szkoły, w końcu parskając śmiechem, żeby rozbawienie gromadzące się w mojej klatce piersiowej, choć odrobinę uszło.
— A tak, co do tej herbaty, to na jaką masz ochotę? — spytałam, wracając do swojego normalnego głosu i uniosłam wyżej kąciki ust, jakbym nie była zdecydowana, czy pozostawić nieznaczny uśmiech, czy się zaśmiać, czy jednak uśmiechnąć się tak szeroko, by rozbolały mnie policzki. Tyle szczęścia, tyle sposobów, żeby je wyrazić, tyle mojego niezdecydowania, który wybrać.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [11]

Kręciłem jedynie głową, gdy widziałem dziewczynę, która w dalszym ciągu pląsała i nie zapowiadało się na to, by prędko skończyła. Zdążyłem wypalić dobre trzy papierosy, dojeść ciastko i ochłonąć po energicznej zabawie z dzieciakami.
Tysiące tańców, tysiące myśli na minutę, ciągle zmieniający się rytm, nowe piosenki, nowe melodie. Nawet dzieci już odpadały i uciekały do rodziców, a kwiatuszek dalej harcował na parkietach, mimo że zdawało się, że mi tam zaraz na zawał zejdzie i tyle będzie z tego wszystkiego.
Jednakże koniec końców wszyscy przeżyli, nikt nie zasłabł, a Pelcia opadła obok mnie z sapnięciem, koszulką, którą można było dosłownie wycisnąć i zdecydowanym podniesionym poziomem hormonów szczęścia, bo wręcz z niej kipiało i wylewało się razem z potem.
— Jestem zmachana, jutro pewnie będę umierać i właściwie nigdzie mnie stąd nie ruszysz, bo pewnie runę na ziemię, ale niczego nie żałuję. Chciałabym, żeby tak było częściej — mruczała, purczała, zwijała się w kuleczkę i odzyskiwała oddech, który zaczynał jej się powoli uspokajać. — I patrz! Nasze pierwsze spotkanie bez herbaty. — Uśmiechnęła się. Miała rację. Zazwyczaj schodziliśmy się do jej pokoju, by upić odrobinę napoju bogów i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. W sumie to dzisiejsza akcja o wiele bardziej mi się podobała, poruszaliśmy się, spaliliśmy zjedzone kalorie i nabiliśmy sobie tyle endorfin, że nam przez kolejny tydzień wystarczy.
— Wiesz, zawsze możemy to jeszcze nadrobić — odparłem, również szeroko się uśmiechając. — No i rozumiem, że mam królewnę do uczelni odnieść? — zaśmiałem się delikatnie, czochrając dziewczynę po głowie i roztrzepując wilgotne włosy. Szybciej wyschną.

wtorek, 9 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami! [10]

Nie wiedziałam, ile minęło minut, godzin, ogółem czasu, ale tańczyłam dalej z dzieciakami, które ośmielone same rzucały propozycjami, co powinniśmy zatańczyć. Chyba nigdy nie czułam się tak przytomna, jednocześnie mając wrażenie, że mnie właściwie tam nie było. I naprawdę miałam gdzieś, że mi nie wypadało, że co to było za zachowanie i co ja właściwie na Cesarza wyprawiałam.  Tego dnia miałam ochotę po prostu się śmiać, śpiewać i tańczyć do cholernej śmierci.
Naszym ostatnim tańcem była macarena i musiałam niestety pożegnać się z dziećmi, które serdecznie wyściskałam, obiecałam powtórkę kiedyś i ogółem było marudzenie, że jeszcze tylko kilka chwil. Też nie chciałam kończyć, ale gdy tylko skończyliśmy i wszystkie pociechy odeszły, odczułam skutki długotrwałego skakania, obrotów i ogółem tańcowania. Moja kondycja leżała. 
Padłam obok Aurelka na ławkę, dosłownie rozkładając się na niej i łapczywie brałam hausty powietrza, przymykając oczy. Pociłam się, było gorąco, ale nadal na moich ustach majaczył uśmiech, który nie chciał nigdzie iść.
— Jestem zmachana, jutro pewnie będę umierać i właściwie nigdzie mnie stąd nie ruszysz, bo pewnie runę na ziemię, ale niczego nie żałuję — powiedziałam, śmiejąc się i zwinęłam się w kłębek, gdy odzyskałam oddech. — Chciałabym, żeby tak było częściej — wymruczałam, czując, jak się uspokajam, emocje już się wyciszały, chociaż nadal gdzieś tam buzowało szczęście i jakoś nie miałam ochoty się smucić.
— I patrz! Nasze pierwsze spotkanie bez herbaty — dodałam rozbawiona. Bo właściwie zawsze piliśmy herbatę.

sobota, 6 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [9]

Pelagonija kwakała, skakała, wywijała biodrami i ignorowała cały świat, zamykając się w swoim, gdzie grała muzyka, trwały tańce hulańce, a ona sama na swojej głowie nie miała tak właściwie żadnych zmartwień. Cudowny widok, jakby przyszło mi patrzeć na beztroskie dziecko, a nie prawie dorosłą kobietę, jaką była. Chociaż tak właściwie to tylko z zewnątrz, bo w środku dalej odzywało się w niej echo przeszłości i czasów sprzed dobrych kilkunastu lat.
— Kwa! Przepraszam... Znaczy się, ee... Kwa! — Przewróciłem oczami, słysząc, że dziewczyna rzeczywiście wczuła się w rolę, zaraz po tym, jak wpadła na mnie niczym rozpędzona kaczuszka, robiąc mi tyle krzywdy, co niewinny króliczek, który przypadkiem wpakował mi się w łydkę.
Głośne sapnięcia, agresywne łapanie oddechu, bo powiem szczerze, wyszedłem z kondycji, a taniec był bardzo, ale to bardzo wyczerpujący.
Pelcia również ciężko oddychała, ale nie traciła wigoru i za chwilę znowu chciała iść w balety.
— Taniec znany jako sjesta — parsknąłem śmiechem, łapiąc większy haust powietrza, bo miałem wrażenie, że jeszcze chwila i złapię niedotlenienie mózgu. Rozbrykana dziewczyna potrafiła powalić nawet bizona ze swoją wszechogarniającą, rozbrajającą energią, także, gdy ja siedziałem w spokoju na ławce, ta dalej tańcowała z dzieciakami, tym razem jednak Woogie Boogie. Pokręciłem głową z czystym rozbawieniem. Borze, jakie to jeszcze dziecinne, a jakie wspaniałe.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami! [8]

Muzyka poleciała, a ja powstrzymałam mimowolne kołysanie się do piosenki z dzieciństwa i rozpoczęłam nasz mały taniec. Rączki. Machnięcie ramionami. Skręt bioder i kucnięcie. Klask, a potem podskok. I jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Słyszałam po klaśnięciu, że coraz więcej osób dołącza, głównie roześmiane dzieci, a ja śmiałam się razem z nimi i zaczęłam śpiewać na cały głos, ignorując fakt, że z ledwością łapałam powietrze do płuc i chciało mi się chichotać, śmiać, uśmiechnąć się szerzej, choć moja twarz nie mogła się bardziej rozciągnąć.
Fakt, że byliśmy prawdopodobnie najstarszymi osobami w gronie kaczuszek, jakoś mnie nie zrażał. I że uczniowie z AWU najpewniej nas widzą. Poważni studenci. Poważni studenci? Że kto? Że ja? Poważna? Coś chyba, państwu, się pomyliło albo coś po drodze się schrzaniło. Najpewniej to drugie. Zachichotałam, przyspieszając ruchy wraz z muzyką i pierwsze osoby zaczęły upadać, nie potrafiąc nadążyć i śmiejąc się, a potem próbowały na nowo dotrzymać tempa. Sama się potykałam o własne nogi, ale dalej śpiewałam, wytrwale tańczyłam i kwakałam przy klasku, tłumiąc głośny wybuch śmiechu.
— Kwa! — krzyknęłam, klaszcząc i wyskakując jak najwyżej, muzyka ucichła, a ja zaczęłam się chichrać, gdy źle wylądowałam i z plączącymi się nogami wpadłam na Aurelka. — Przepraszam... Znaczy się, ee... Kwa! — parsknęłam rozbawiona, starając się stanąć na równych nogach i rozejrzałam się po zebranym towarzystwie.
— To jaki teraz taniec? — Czy miałam dość? Absolutnie nie, nawet jeśli byłam zmachana i mój organizm błagał o chwilę przerwy, ja byłam zbyt szczęśliwa, żeby przerwać.

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami. [7]

Taniec, o który mógłbym błagać w nieskończoność i odstawiać go jeszcze dłużej, dobiegł końca szybciej, niż mogłem się tego spodziewać. Na moje szczęście ostatnia część również trafiła mi się z Pelcią, która była nieco zmachana, podobnież jak ja, ale jeszcze bardziej uchachana i rozbiegana we wszystkie kierunki. Skoczne kroki, radość na twarzy i smutki zagrzebane gdzieś tam daleko, gdzie nie przyciągały niczyjej uwagi. Było dobrze. Było cudownie. Było najlepiej.
Przytuliła mnie, wręcz się na mnie wieszając, bo nie dało się inaczej ze względu na różnicę wzrostu. Śmiała się głośno, jakby miała zaraz wypluć płuca z całego tego optymistycznego zastrzyku energii. Podskakiwała, radowała się, zupełnie jak dziecko, którym chyba tak właściwie jeszcze była, mimo swojego wieku.
— A teraz moi mili, kaczuchy! — krzyknęła, uśmiechając się do mnie, zachęcając ludzi spojrzeniami i zaczynając popisowy taniec każdego mieszkańca każdego uniwersum. Kaczuszki, kaczuszki każdy zna, kaczuszki każdy kocha, kaczuszki powinny zostać narodowym pląsem, bo cholera, kto nie tańczył nigdy kaczuszek, ten nie miał dzieciństwa i nie zaprzeczajcie.
Muzyka zabrzmiała, dziewczyna jako wodzirej tutejszej imprezy, na którą zdążyła się już zebrać cała okoliczna gawiedź, poczęła kłapanie rączkami, machanie ramionami i skręcanie bioder z kucnięciem. Klaśnięcia. Kolejna tura. Więcej klaśnięć. No i znowu, do usrania.
Również się dołączyłem, chichrając jak nienormalny, spoglądając na mojego Jaśmina, który rzeczywiście przypominał w pełni rozkwitnięty kwiat.
Pięknego Jaśmina. Bo szczęśliwego Jaśmina.

piątek, 5 stycznia 2018

Od dziś jesteśmy kaczkami. Tfu! Znaczy się promyczkami! [6]

Nie umiałam powstrzymać chichotu czy szerokiego uśmiechu, gdy dreptałam za Aurelkiem na środek placu, niemalże podskakując. Czułam się troszeczkę, jakbym mogła latać, jakbym mogła wszystko. Wymieniłam z nim porozumiewawcze spojrzenia i w odpowiednim momencie zaczęliśmy nasz taniec. Nie widziałam dezaprobaty na twarzach innych, nie widziałam ich wzroku mówiącego, że powinniśmy natychmiast przestać albo zniknąć. Po prostu śmiałam się, tańcząc skocznym krokiem obok Hortensji, resztkami świadomości rejestrując, że dołączyło do nas parę innych osób, głównie dzieci. Mój śmiech narastał z każdą chwilą, krokiem, obrotem oraz zmianą. Nie tylko ja się śmiałam. Wokół rozbrzmiewała żywa muzyka, stłumione chichoty oraz okrzyki radości, bądź rozbawienia, gdy ktoś się potknął, ale nikomu to nie przeszkadzało. Osoba się zbierała szybko i tańczyliśmy dalej, nieco niezdarnie, nieco nieporadnie, ale pełni radości i szczęścia.

Nawet nie wiedziałam, kiedy ponownie się znalazłam przy Hortensji, kiedy został wykonany ostatni obrót, kiedy się zatrzymałam, łapiąc łapczywie wdech cała czerwona na twarzy, ale szeroko uśmiechnięta, a muzyka ucichła, rozległy się śmiechy oraz oklaski. Wybuchłam śmiechem, szybko przytulając Aureliona, po czym odsunęłam się od niego i wyrzuciłam ręce w górę, podskakując.

— A teraz moi mili, kaczuchy! — krzyknęłam, otrzymując pełne niedowierzania spojrzenia, parsknięcia śmiechem i uśmiechy. Spojrzałam kątem oka na Hortensje, posyłając mu ciepły uśmiech i zachichotałam pod nosem, gdzieś słysząc w tle pierwsze dźwięki muzyki. Dzisiaj śniłam na jawie.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis