Z Przewalskiej zdecydowanie dało się czytać jak z otwartej księgi. Jej zachowania, spojrzenie, tiki nerwowe, to rytmiczne uderzanie palcami o kolano, uciekanie wzrokiem gdzieś hen, hen, daleko stąd.
— Chciałabym, Nivan. Bardzo bym chciała — szepnęła niezwykle słabo, jakby ciało odmawiało posłuszeństwa. — Ale sama nie wiem i ty chyba też o tym wiesz, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. I... potrzebuję czasu. Znaczy, po prostu trochę wolniej, nie pewniej i... no. Wiesz — mruczała monotonnie, najwidoczniej nieco gubiąc się w tym, co mówi. Koniec końców i tak westchnęła ciężko, bo chyba nie wiedziała, jak powinna podejść do tego tematu, jak go ugryźć, co zrobić, żeby nie zapeszyć. — Zanim wszystko będzie ok, chyba minie trochę czasu. Ale zawsze można się za siebie wziąć i trochę to przyspieszyć, prawda?
Uśmiechnąłem się pod nosem, założyłem ręce na piersi i oparłem się tyłkiem o blat, zerkając na dziewczynę nieco przychylniej niż zwykle. Zagubiona blondynka za to dalej utrzymywała swoje strachliwe zachowania.
— Oczywiście, że tak. Zresztą, wszystko zależy tylko i wyłącznie od ciebie, wiesz. Nie zrobiłaś niczego złego, to ja jestem w tej bajce antagonistą i to, czy będzie „Ok”, jest kwestią tylko tego, czy pozwolisz nawróconemu, złemu wilkowi znowu do siebie podejść. Mogę obiecać tylko, że nie dopuszczę się na tobie tego świństwa podobnie i będę walczył o to nasze „Ok”. Reszta powinności leży po twojej stronie, Wanda.
Uśmiech złagodniał, ale nie schodził mi z twarzy.
Bo Przewalska chyba jednak trochę dorosła.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I tym razem nie były to krokodyle łzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I tym razem nie były to krokodyle łzy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 kwietnia 2018
sobota, 28 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [23]
Oj, doskonale znałam to spojrzenie i chyba po prostu poruszyłam nieodpowiednią strunę. Burknęłam coś pod nosem i opuściłam wzrok z ewidentnie widocznym zmieszaniem.
— Wanda — mruknął, westchnął, och, co ja właśnie zrobiłam na cesarza, znowu wszystko sypię, bo nie potrafię dobrze przekazać jednej, cholernej i prostej wiadomości... — Dobrze wiesz, że to ja powinienem o to pytać, a nie ty — szepnął, zamiast krzyknąć, a mnie zamurowało, bo przecież spodziewałam się, że warknie, wydrze się na mnie, a ja stanę się taka malutka, zagubiona i nie będę wiedziała, co począć z całą tą sytuacją, a może po prostu się rozryczę. — Sama odpowiedz na to pytanie. Czy wszystko pomiędzy nami ok? — zapytał, a ja już sama nie wiedziałam, co zrobić.
Podniosłam nieśmiało wzrok, stukając palcami o swoją nogę i westchnęłam ciężko.
— Chciałabym, Nivan. Bardzo bym chciała — mruknęłam, bo słowa ledwo opuściły krtań i jakim cudem tak szybko popsuła się cała przyjemna atmosfera. — Ale sama nie wiem i ty chyba też o tym wiesz, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. I... potrzebuję czasu. Znaczy, po prostu trochę wolniej, nie pewniej i... no. Wiesz — oświadczyłam, po czym westchnęłam ciężko. — Zanim wszystko będzie ok, chyba minie trochę czasu. Ale zawsze można się za siebie wziąć i trochę to przyspieszyć, prawda?
— Wanda — mruknął, westchnął, och, co ja właśnie zrobiłam na cesarza, znowu wszystko sypię, bo nie potrafię dobrze przekazać jednej, cholernej i prostej wiadomości... — Dobrze wiesz, że to ja powinienem o to pytać, a nie ty — szepnął, zamiast krzyknąć, a mnie zamurowało, bo przecież spodziewałam się, że warknie, wydrze się na mnie, a ja stanę się taka malutka, zagubiona i nie będę wiedziała, co począć z całą tą sytuacją, a może po prostu się rozryczę. — Sama odpowiedz na to pytanie. Czy wszystko pomiędzy nami ok? — zapytał, a ja już sama nie wiedziałam, co zrobić.
Podniosłam nieśmiało wzrok, stukając palcami o swoją nogę i westchnęłam ciężko.
— Chciałabym, Nivan. Bardzo bym chciała — mruknęłam, bo słowa ledwo opuściły krtań i jakim cudem tak szybko popsuła się cała przyjemna atmosfera. — Ale sama nie wiem i ty chyba też o tym wiesz, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. I... potrzebuję czasu. Znaczy, po prostu trochę wolniej, nie pewniej i... no. Wiesz — oświadczyłam, po czym westchnęłam ciężko. — Zanim wszystko będzie ok, chyba minie trochę czasu. Ale zawsze można się za siebie wziąć i trochę to przyspieszyć, prawda?
piątek, 27 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [22]
Doskonale zobaczyłem ten wzrok, tę iskrę oburzenia i to niezadowolenie Przewalskiej, gdy ponownie poruszyłem temat naczynia, które dalej kurczowo ściskałem w dłoni.
— Nivan, jeżeli chciałeś soku, wystarczyło poprosić czy się upomnieć, błagam, oddaj tę szklankę — jęknęła przeciągle, wskazując na szklaneczkę, wzdychając ciężko, a ja prychnąłem pod nosem i uśmiechnąłem się z niemałą szyderą. Przepraszam, kubeczek, póki co zostanie u mnie, pani Wando. — I wcale nie jestem dzieckiem. Jestem jakże poważną nastolatką, która już za rok w realnym będzie dorosła, nie pozwalaj sobie, dziadku — rzuciła jeszcze z udawaną powagą, wyższością i dumą, za chwilę znowu chichrając się pod nosem, a ja mogłem ponownie przewrócić oczami, odłożyć szklankę na stół i unieść w lekkim pobłażaniu brwi. — Brakowało mi tego... — Zaczęła żywo gestykulować, co w sumie wystarczyło mi, żeby zrozumieć, o co jej chodziło. To znaczy, tak mi się wydawało. — Wszystko pomiędzy nami ok? A przynajmniej... w miarę? — spytała z wyraźną niepewnością, gapiąc się z nadzieją w moje oczy.
A mnie skręciło w kichach i przyprawiło o chęć zwrócenia posiłku.
— Wanda — westchnąłem ciężko, stając bliżej kobiety, całkiem ignorując szklankę, sok, otoczenie, cokolwiek. — Dobrze wiesz, że to ja powinienem o to pytać, a nie ty — szepnąłem z gulą w gardle, marszcząc brwi i zerkając na nią ze zwykłym strachem, bo to jednak ja byłem tutaj tym czarnym charakterem, prawda? — Sama odpowiedz na to pytanie. Czy wszystko pomiędzy nami ok?
— Nivan, jeżeli chciałeś soku, wystarczyło poprosić czy się upomnieć, błagam, oddaj tę szklankę — jęknęła przeciągle, wskazując na szklaneczkę, wzdychając ciężko, a ja prychnąłem pod nosem i uśmiechnąłem się z niemałą szyderą. Przepraszam, kubeczek, póki co zostanie u mnie, pani Wando. — I wcale nie jestem dzieckiem. Jestem jakże poważną nastolatką, która już za rok w realnym będzie dorosła, nie pozwalaj sobie, dziadku — rzuciła jeszcze z udawaną powagą, wyższością i dumą, za chwilę znowu chichrając się pod nosem, a ja mogłem ponownie przewrócić oczami, odłożyć szklankę na stół i unieść w lekkim pobłażaniu brwi. — Brakowało mi tego... — Zaczęła żywo gestykulować, co w sumie wystarczyło mi, żeby zrozumieć, o co jej chodziło. To znaczy, tak mi się wydawało. — Wszystko pomiędzy nami ok? A przynajmniej... w miarę? — spytała z wyraźną niepewnością, gapiąc się z nadzieją w moje oczy.
A mnie skręciło w kichach i przyprawiło o chęć zwrócenia posiłku.
— Wanda — westchnąłem ciężko, stając bliżej kobiety, całkiem ignorując szklankę, sok, otoczenie, cokolwiek. — Dobrze wiesz, że to ja powinienem o to pytać, a nie ty — szepnąłem z gulą w gardle, marszcząc brwi i zerkając na nią ze zwykłym strachem, bo to jednak ja byłem tutaj tym czarnym charakterem, prawda? — Sama odpowiedz na to pytanie. Czy wszystko pomiędzy nami ok?
I tym razem nie były to krokodyle łzy [21]
Cały czas kręcił głową, śmiejąc się pod nosem, a ja z wielką chęcią mu zawtórowałam, nawet jeżeli cała sytuacja była... dziwna.
— Spokojnie, mowę już mam, obrączki czekają, nawet gołąbki zamówiłem, ryż leci już z chińskich plantacji, grosiki zbieram, odkąd Kumara poznałem, nie masz się o co martwić, jestem przygotowany od A do Z, już nawet garnitur mam wyprasowany i wisi w specjalnym miejscu — stwierdził, parskając jeszcze raz śmiechem, a ja mimowolnie przewróciłam oczami, tak bardzo, że mogło zaboleć. Zastukał palcem o szklankę. Moją szklankę z moim sokiem. Posłałam mu gromiące spojrzenie. — Ach, te dzieci, tak szybko dorastają — mruknął i upił łyk pomarańczowego płynu.
O nie, nie, niech sobie nawet o tym nie myśli. Odchrząknęłam, prostując się dumnie.
— Nivan, jeżeli chciałeś soku, wystarczyło poprosić czy się upomnieć, błagam, oddaj tę szklankę — jęknęłam, wzdychając ciężko. — I wcale nie jestem dzieckiem. Jestem jakże poważną nastolatką, która już za rok w realnym będzie dorosła, nie pozwalaj sobie, dziadku — dodałam, udając próżność i wyższość, ale chwilę później uśmiechnęłam się szeroko i parsknęłam śmiechem. — Brakowało mi tego... — mruknęłam pod nosem, machając rękoma, by nadać sens ostatniemu słowie. — Wszystko pomiędzy nami ok? A przynajmniej... w miarę? — zapytałam cicho, spoglądając w błękitne oczęta.
— Spokojnie, mowę już mam, obrączki czekają, nawet gołąbki zamówiłem, ryż leci już z chińskich plantacji, grosiki zbieram, odkąd Kumara poznałem, nie masz się o co martwić, jestem przygotowany od A do Z, już nawet garnitur mam wyprasowany i wisi w specjalnym miejscu — stwierdził, parskając jeszcze raz śmiechem, a ja mimowolnie przewróciłam oczami, tak bardzo, że mogło zaboleć. Zastukał palcem o szklankę. Moją szklankę z moim sokiem. Posłałam mu gromiące spojrzenie. — Ach, te dzieci, tak szybko dorastają — mruknął i upił łyk pomarańczowego płynu.
O nie, nie, niech sobie nawet o tym nie myśli. Odchrząknęłam, prostując się dumnie.
— Nivan, jeżeli chciałeś soku, wystarczyło poprosić czy się upomnieć, błagam, oddaj tę szklankę — jęknęłam, wzdychając ciężko. — I wcale nie jestem dzieckiem. Jestem jakże poważną nastolatką, która już za rok w realnym będzie dorosła, nie pozwalaj sobie, dziadku — dodałam, udając próżność i wyższość, ale chwilę później uśmiechnęłam się szeroko i parsknęłam śmiechem. — Brakowało mi tego... — mruknęłam pod nosem, machając rękoma, by nadać sens ostatniemu słowie. — Wszystko pomiędzy nami ok? A przynajmniej... w miarę? — zapytałam cicho, spoglądając w błękitne oczęta.
czwartek, 26 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [20]
— Stoi, o muzykę zadbam ty i ja, Yamir nawet tego nie tknie, przypilnujemy tę sprawę — rzuciła, a ja przewróciłem oczami, gdy mrugnęła do mnie porozumiewawczo, bo co innego mogłem zrobić? — Tylko błagam, jakbyś został już drużbą to nie wywieź go nie wiadomo gdzie i jak daleko na wieczór kawalerski — powiedziała z rumieńcem, a ja prychnąłem pod nosem i już miałem rzucić czymś uszczypliwym, ale oszczędziłem sobie zbędnych komentarzy. Zresztą, zrobię taki wieczór, że Kumar ledwo zakoduje, co tam robił i że w ogóle noc nastała. — I pamiętaj o obrączkach — dodała, a ja, ponownie zresztą, parsknąłem. — No i załatw oczywiście jakieś jego cudowne zdjęcia na twoje przemówienie, tak na wszelki wypadek. Może już powinieneś zacząć je pisać? — I chociaż mówiła to wszystko pretensjonalnym, udawanym tonem, to i tak wiedziałem, że gdyby mogli, to oboje by się na siebie rzucili, no sory, przed Nivanem się nie ukryjecie, skarbuśki moje najukochańsze.
— Spokojnie, mowę już mam, obrączki czekają, nawet gołąbki zamówiłem, ryż leci już z chińskich plantacji, grosiki zbieram, odkąd Kumara poznałem, nie masz się o co martwić, jestem przygotowany od A do Z, już nawet garnitur mam wyprasowany i wisi w specjalnym miejscu — parsknąłem śmiechem, stukając palcem wskazującym o szkło. — Ach, te dzieci, tak szybko dorastają — dodałem, ponownie upijając jej soku.
— Spokojnie, mowę już mam, obrączki czekają, nawet gołąbki zamówiłem, ryż leci już z chińskich plantacji, grosiki zbieram, odkąd Kumara poznałem, nie masz się o co martwić, jestem przygotowany od A do Z, już nawet garnitur mam wyprasowany i wisi w specjalnym miejscu — parsknąłem śmiechem, stukając palcem wskazującym o szkło. — Ach, te dzieci, tak szybko dorastają — dodałem, ponownie upijając jej soku.
I tym razem nie były to krokodyle łzy [19]
— Nie, wcale — mruknął z ewidentnym sarkazmem w głosie i, och, niech nawet tylko spróbuje, a przysięgam, ładnie poproszę Renee by go przypilnowała. — Jeszcze. No dobrze, dobrze, zostawię to wam, ale chcę być świadkiem, drużbą, cokolwiek — dodał po chwili, zabierając szklankę z mych dłoni, po czym upił z niej łyk. Spojrzałam na chłopaka z nieskrywanym oburzeniem, ale po chwili wybuchnęłam śmiechem i pokiwałam głową, bo nawet jeśli doszłoby do ślubu to miałam wrażenie, że panna i pan młody nie byliby głównymi gwiazdami wieczoru z Nivanem Oakleyem u swego boku. — I DJ'em, bo jak Yamir wyjedzie z jakimś arabskim rapem, to wywalę stamtąd w podskokach.
Po raz kolejny parsknęłam szczerym śmiechem, po czym uśmiechnęłam się szeroko.
— Stoi, o muzykę zadbam ty i ja, Yamir nawet tego nie tknie, przypilnujemy tę sprawę — stwierdziłam, puszczając mu oczko. — Tylko błagam, jakbyś został już drużbą to nie wywieź go nie wiadomo gdzie i jak daleko na wieczór kawalerski — stwierdziłam, po czym pokręciłam głową, nieznacznie się rumieniąc, bo o czym my gadaliśmy. — I pamiętaj o obrączkach — dodałam naprędce. — No i załatw oczywiście jakieś jego cudowne zdjęcia na twoje przemówienie, tak na wszelki wypadek. Może już powinieneś zacząć je pisać? — mruknęłam z teatralnym poddenerwowaniem, bo przecież zbliżający się ślub był dla mnie tak ogromnym stresem, prawda?
Po raz kolejny parsknęłam szczerym śmiechem, po czym uśmiechnęłam się szeroko.
— Stoi, o muzykę zadbam ty i ja, Yamir nawet tego nie tknie, przypilnujemy tę sprawę — stwierdziłam, puszczając mu oczko. — Tylko błagam, jakbyś został już drużbą to nie wywieź go nie wiadomo gdzie i jak daleko na wieczór kawalerski — stwierdziłam, po czym pokręciłam głową, nieznacznie się rumieniąc, bo o czym my gadaliśmy. — I pamiętaj o obrączkach — dodałam naprędce. — No i załatw oczywiście jakieś jego cudowne zdjęcia na twoje przemówienie, tak na wszelki wypadek. Może już powinieneś zacząć je pisać? — mruknęłam z teatralnym poddenerwowaniem, bo przecież zbliżający się ślub był dla mnie tak ogromnym stresem, prawda?
wtorek, 24 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [18]
Już nie wiem który raz z kolei przewróciłem oczami, gdy nastolatka ponownie obdarzyła mnie nerwowym śmiechem, jakby to, co mówiłem, wcale nie miało miejsca. Ona i Yamir? Psh! Nigdy. Co z tego, że i jedno i drugie uważnie wodziło za sobą wzrokiem, a Yamir potrafił wręcz rzucać się po łóżku, gdy pisał z blondynką.
— No bo tak powiedziałeś... — mruknęła niemrawo, z widoczną niepewnością i taką jej typową ciamajdowatością, bo och losie, Przewalska była niezłą niezdarą w takich kwestiach. — A zresztą no, tak, lubię go i on chyba lubi mnie, ale żeby od razu szkolne gołąbeczki? Nivan... — rzuciła z przeciągnięciem, nieco oburzonym tonem i poprawieniem blond kosmyków, które przecież tak niedawno sam przeczesywałem, obdarowując ją najpiękniejszym uśmiechem, na jaki było mnie stać. Och, losie, czemu byłem aż takim chujem? — Nie przesadzaj, raczej nie planujesz jeszcze naszego ślubu — zaśmiała się, oczywiście, jakby starając się rozluźnić nieco atmosferę, ale wystarczył nieco twardszy wzrok, by zamilkła i spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem. — Nie planujesz, prawda?
— Nie, wcale — mruknąłem ironicznie, ponownie przewracając oczami, ponownie zakładając ręce na piersi i prychając pod nosem. — Jeszcze. No dobrze, dobrze, zostawię to wam, ale chcę być świadkiem, drużbą, cokolwiek — dopowiedziałem, zabierając delikatnie szklankę z dłoni kobiety i upijając łyk. Po chwili mruknąłem z niemałym oświeceniem. — I DJ'em, bo jak Yamir wyjedzie z jakimś arabskim rapem, to wywalę stamtąd w podskokach.
— No bo tak powiedziałeś... — mruknęła niemrawo, z widoczną niepewnością i taką jej typową ciamajdowatością, bo och losie, Przewalska była niezłą niezdarą w takich kwestiach. — A zresztą no, tak, lubię go i on chyba lubi mnie, ale żeby od razu szkolne gołąbeczki? Nivan... — rzuciła z przeciągnięciem, nieco oburzonym tonem i poprawieniem blond kosmyków, które przecież tak niedawno sam przeczesywałem, obdarowując ją najpiękniejszym uśmiechem, na jaki było mnie stać. Och, losie, czemu byłem aż takim chujem? — Nie przesadzaj, raczej nie planujesz jeszcze naszego ślubu — zaśmiała się, oczywiście, jakby starając się rozluźnić nieco atmosferę, ale wystarczył nieco twardszy wzrok, by zamilkła i spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem. — Nie planujesz, prawda?
— Nie, wcale — mruknąłem ironicznie, ponownie przewracając oczami, ponownie zakładając ręce na piersi i prychając pod nosem. — Jeszcze. No dobrze, dobrze, zostawię to wam, ale chcę być świadkiem, drużbą, cokolwiek — dopowiedziałem, zabierając delikatnie szklankę z dłoni kobiety i upijając łyk. Po chwili mruknąłem z niemałym oświeceniem. — I DJ'em, bo jak Yamir wyjedzie z jakimś arabskim rapem, to wywalę stamtąd w podskokach.
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [17]
I parsknął bardzo głośnym śmiechem, i przetarł twarz, i pokręcił głową, a mnie wmurowało, bo przecież co ja takiego, do cholery, niby zrobiłam. Powiedział, co powiedział, ja tylko dyplomatycznie odpowiedziałam, mając na uwadze osobę Yamira Kumara. Tyle.
— Błagam, Wanda, ty tak na poważnie? — zapytał, cały czas chichocząc i cały czas się uśmiechając. Och, a więc źle zrozumiałam. — Przecież żartowałem, bierz go do woli, wręcz ci za to podziękuję — mruknął, na co przewróciłam oczami z rumieńcem nie do ukrycia, bo poruszył zdecydowanie odpowiednią strunę. — On lubi ciebie, ty lubisz jego, nie jestem jakimś katem, żeby rozdzielać nasze szkolne gołąbeczki — oświadczył, a ja uśmiechnęłam się pod nosem i opuściłam wzrok nieco speszona całą tą rozmową. — Jeszcze.
Odpowiedziałam po raz kolejny nerwowym śmiechem, a przy okazji wzięłam łyk soku, zyskując cenne sekundy na przemyślenie swojej kolejnej wypowiedzi, bochyba zdecydowanie musiałam to zrobić.
— No bo tak powiedziałeś... — szepnęłam nieporadnie, spoglądając nieco śmielej w błękitne oczy. Dasz radę, Przewalska. — A zresztą no, tak, lubię go i on chyba lubi mnie, ale żeby od razu szkolne gołąbeczki? Nivan... — oświadczyłam, przeciągając pierwszą samogłoskę w imieniu chłopaka i przeczesałam dłonią włosy, które zsunęły się na moją twarz. — Nie przesadzaj, raczej nie planujesz jeszcze naszego ślubu — stwierdziłam, wybuchając śmiechem, ale później zauważyłam to spojrzenie. — Nie planujesz, prawda?
— Błagam, Wanda, ty tak na poważnie? — zapytał, cały czas chichocząc i cały czas się uśmiechając. Och, a więc źle zrozumiałam. — Przecież żartowałem, bierz go do woli, wręcz ci za to podziękuję — mruknął, na co przewróciłam oczami z rumieńcem nie do ukrycia, bo poruszył zdecydowanie odpowiednią strunę. — On lubi ciebie, ty lubisz jego, nie jestem jakimś katem, żeby rozdzielać nasze szkolne gołąbeczki — oświadczył, a ja uśmiechnęłam się pod nosem i opuściłam wzrok nieco speszona całą tą rozmową. — Jeszcze.
Odpowiedziałam po raz kolejny nerwowym śmiechem, a przy okazji wzięłam łyk soku, zyskując cenne sekundy na przemyślenie swojej kolejnej wypowiedzi, bo
— No bo tak powiedziałeś... — szepnęłam nieporadnie, spoglądając nieco śmielej w błękitne oczy. Dasz radę, Przewalska. — A zresztą no, tak, lubię go i on chyba lubi mnie, ale żeby od razu szkolne gołąbeczki? Nivan... — oświadczyłam, przeciągając pierwszą samogłoskę w imieniu chłopaka i przeczesałam dłonią włosy, które zsunęły się na moją twarz. — Nie przesadzaj, raczej nie planujesz jeszcze naszego ślubu — stwierdziłam, wybuchając śmiechem, ale później zauważyłam to spojrzenie. — Nie planujesz, prawda?
sobota, 21 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [16]
— Nivan — uniosłem brwi, gdy kobieta zaczęła monolog — po pierwsze, niczym go nie ućpałam, nic mu nie dodałam, nic nie zrobiłam, przysięgam. Po drugie, dzielić się człowiekiem? — spytała, a ja przewróciłem oczami, nie dowierzając, że naprawdę wzięła to na poważnie. Przewalska zdecydowanie powinna wyjąć badyl z dupy. — Znaczy, ja mogę, ale błagam, nie zaczynajmy liczyć godzin spędzonych z Yamirem, no proszę cię. Osiemnaście lat ma, dorosły jest w realnym, raczej może już łazić gdzie chce i z kim chce — mruknęła, zaczynając się przy okazji interesować swoimi palcami. — No i nic. No.
Gdy skończyła, parsknąłem głośnym śmiechem, przecierając przy okazji twarz dłonią i kręcąc głową, bo och, cholera, moja mała niewinna owieczka, Matka Teresa z Kalkuty, alfa i omega wszelakich dóbr. Co za grzeczne, naiwne dzieciątko, mimo czasu spędzanego w odosobnieniu, mogłem stwierdzić, że nie zmieniła się ani trochę.
— Błagam, Wanda, ty tak na poważnie? — parsknąłem, grzebiąc palcem w wewnętrznym kąciku oka i dalej chichocząc pod nosem. — Przecież żartowałem, bierz go do woli, wręcz ci za to podziękuję — mruknąłem z rozbawieniem. — On lubi ciebie, ty lubisz jego, nie jestem jakimś katem, żeby rozdzielać nasze szkolne gołąbeczki. Jeszcze.
W końcu Wanda uszczęśliwiała Yamira, a dla tego gnoja chyba niczego innego nie chciałem.
Gdy skończyła, parsknąłem głośnym śmiechem, przecierając przy okazji twarz dłonią i kręcąc głową, bo och, cholera, moja mała niewinna owieczka, Matka Teresa z Kalkuty, alfa i omega wszelakich dóbr. Co za grzeczne, naiwne dzieciątko, mimo czasu spędzanego w odosobnieniu, mogłem stwierdzić, że nie zmieniła się ani trochę.
— Błagam, Wanda, ty tak na poważnie? — parsknąłem, grzebiąc palcem w wewnętrznym kąciku oka i dalej chichocząc pod nosem. — Przecież żartowałem, bierz go do woli, wręcz ci za to podziękuję — mruknąłem z rozbawieniem. — On lubi ciebie, ty lubisz jego, nie jestem jakimś katem, żeby rozdzielać nasze szkolne gołąbeczki. Jeszcze.
W końcu Wanda uszczęśliwiała Yamira, a dla tego gnoja chyba niczego innego nie chciałem.
I tym razem nie były to krokodyle łzy [15]
— Oj kradniesz i to jak perfidnie, a Stwórcy mawiali, nie kradnij, Przewalska. Plus, nawet jakbym go zabrał, to napierdalałby o tobie jak katarynka, ućpałaś go czymś i teraz lata jak jakaś śnięta mucha z wkodowanym „Wanda” we łbie. Taka prawda. No i zresztą co, Wandziula? No, co? — zapytał, pochylając się do przodu z tym szelmowskim uśmieszkiem (ale nie trzydzieści cztery, bynajmniej). Parsknął śmiechem, a ja w odpowiedzi uciekłam wzrokiem, no bo jak to tak, ja przecież nic nie zrobiłam, nic mu nie dawałam, no nie wolno tak. — Proponuję się podzielić, wilk syty i owca cała, inaczej będę musiał mu ukrócić dóbr i zamknąć pod kloszem bez internetu — stwierdził i splótł ręce na klatce piersiowej.
Zerknęłam na niego niepewnie, przetwarzając informacje wszelakie, wszystko, co przed chwilą do mnie dotarło. Przysięgam, czułam się jak osaczone zwierzę, a jeszcze te błękitne oczy wywiercające we mnie dziury na wylot. No błagam.
— Nivan — mruknęłam, jakoś bez przekonania — po pierwsze, niczym go nie ućpałam, nic mu nie dodałam, nic nie zrobiłam, przysięgam. Po drugie, dzielić się człowiekiem? — zapytałam, spoglądając na chłopaka z ewidentnie malującym się na mojej twarzy niezrozumieniem. No bo jak to tak. — Znaczy, ja mogę, ale błagam, nie zaczynajmy liczyć godzin spędzonych z Yamirem, no proszę cię. Osiemnaście lat ma, dorosły jest w realnym, raczej może już łazić gdzie chce i z kim chce — stwierdziłam, po czym szybko opuściłam wzrok i zaczęłam bawić się palcami. — No i nic. No.
Zerknęłam na niego niepewnie, przetwarzając informacje wszelakie, wszystko, co przed chwilą do mnie dotarło. Przysięgam, czułam się jak osaczone zwierzę, a jeszcze te błękitne oczy wywiercające we mnie dziury na wylot. No błagam.
— Nivan — mruknęłam, jakoś bez przekonania — po pierwsze, niczym go nie ućpałam, nic mu nie dodałam, nic nie zrobiłam, przysięgam. Po drugie, dzielić się człowiekiem? — zapytałam, spoglądając na chłopaka z ewidentnie malującym się na mojej twarzy niezrozumieniem. No bo jak to tak. — Znaczy, ja mogę, ale błagam, nie zaczynajmy liczyć godzin spędzonych z Yamirem, no proszę cię. Osiemnaście lat ma, dorosły jest w realnym, raczej może już łazić gdzie chce i z kim chce — stwierdziłam, po czym szybko opuściłam wzrok i zaczęłam bawić się palcami. — No i nic. No.
piątek, 20 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [14]
Nawet, kurwa, ślepy zobaczyłby zakłopotanie, które wtargnęło na twarz dziewczyny i tę jej niepewność, nieporadne założenie włosów za ucho i chrząknięcie, jakby to wszystko wcale nie miało miejsca.
— Wcale go nie kradnę — zaśmiała się nerwowo, a ja przewróciłem oczami. Oczywiście, że kradła. — To ty go zostawiasz, ha! — Uniosłem brwi, gdy palec został wycelowany w moją osobę, niby szczwany uśmiech wtargnął na twarz kobiety. — Mogłeś go sobie zabrać na te swoje wakacje, a nie teraz mnie oskarżać, że to ja kradnę, no. A zresztą, no — tutaj prychnąłem, lecę pędzę zabierać tego parcha na wycieczkę, która przyprawiłaby go o zawał, a mnie o notoryczne napady wkurwu, bo nie byłbym sam na sam z HopeOCzymJaKurwaPierdolę — no właśnie, no.
Tym razem to ja parsknąłem śmiechem, kręcąc głową i nie dowierzając w to, co właśnie widzę i słyszę, bo najwidoczniej zainteresowanie chłopaka było odwzajemnione.
— Oj kradniesz i to jak perfidnie, a Stwórcy mawiali, nie kradnij, Przewalska. Plus, nawet jakbym go zabrał, to napierdalałby o tobie jak katarynka, ućpałaś go czymś i teraz lata jak jakaś śnięta mucha z wkodowanym „Wanda” we łbie. Taka prawda. No i zresztą co, Wandziula? No, co? — Zaśmiałem się głośno. — Proponuję się podzielić, wilk syty i owca cała, inaczej będę musiał mu ukrócić dóbr i zamknąć pod kloszem bez internetu.
Mogą mi zabrać wszystko.
Ale Kumara nie oddam.
— Wcale go nie kradnę — zaśmiała się nerwowo, a ja przewróciłem oczami. Oczywiście, że kradła. — To ty go zostawiasz, ha! — Uniosłem brwi, gdy palec został wycelowany w moją osobę, niby szczwany uśmiech wtargnął na twarz kobiety. — Mogłeś go sobie zabrać na te swoje wakacje, a nie teraz mnie oskarżać, że to ja kradnę, no. A zresztą, no — tutaj prychnąłem, lecę pędzę zabierać tego parcha na wycieczkę, która przyprawiłaby go o zawał, a mnie o notoryczne napady wkurwu, bo nie byłbym sam na sam z HopeOCzymJaKurwaPierdolę — no właśnie, no.
Tym razem to ja parsknąłem śmiechem, kręcąc głową i nie dowierzając w to, co właśnie widzę i słyszę, bo najwidoczniej zainteresowanie chłopaka było odwzajemnione.
— Oj kradniesz i to jak perfidnie, a Stwórcy mawiali, nie kradnij, Przewalska. Plus, nawet jakbym go zabrał, to napierdalałby o tobie jak katarynka, ućpałaś go czymś i teraz lata jak jakaś śnięta mucha z wkodowanym „Wanda” we łbie. Taka prawda. No i zresztą co, Wandziula? No, co? — Zaśmiałem się głośno. — Proponuję się podzielić, wilk syty i owca cała, inaczej będę musiał mu ukrócić dóbr i zamknąć pod kloszem bez internetu.
Mogą mi zabrać wszystko.
Ale Kumara nie oddam.
I tym razem nie były to krokodyle łzy [13]
— Jaką orientacją, nie jestem, kurwa, gejem, a Hopecrafta nawet nie lubię — warknął, a ja chyba wolałam po prostu zostawić to bez komentarza, bo przysięgam, Hopecrafta nienawidził, sądząc po tych jego maślanych oczkach, a jeżeli chciał się kryć (co w ogóle było idiotyzmem w tego typu środowisku), to niestety czy stety szło mu to coraz gorzej. Taka prawda, no cóż, dla mnie Nivan zawsze miał być kochanym Nivanem, który jaki by nie był, to an dobre zaszył się gdzieś w moim sercu. A zresztą, gej czy nie gej, co to za wymyślna ujma na honorze? — A Yamira chyba będę musiał albo ciebie. Zazdrosny się robię, przyjaciela mi kradniesz i to skutecznie — stwierdził z nutą rozśmieszenia w głosie, a mnie wmurowało.
Uciekłam wzrokiem, parsknęłam nerwowym śmiechem i schowałam włosy za ucho, zastanawiając się, czy coś sugerował.
Prawda, że zupełnie nic nie zasugerował?
— Wcale go nie kradnę — stwierdziłam, parskając nerwowym śmiechem. — To ty go zostawiasz, ha! — dodałam zdecydowanie energiczniej i już po raz kolejny wycelowałam w chłopaka swój palec oskarżycielsko. — Mogłeś go sobie zabrać na te swoje wakacje, a nie teraz mnie oskarżać, że to ja kradnę, no. A zresztą, no — przerwałam na chwilkę, bawiąc się swoimi palcami i zastanawiając się, co ja w ogóle chcę powiedzieć (byle nie głupstwo, byle nie głupstwo) — no właśnie, no.
Uciekłam wzrokiem, parsknęłam nerwowym śmiechem i schowałam włosy za ucho, zastanawiając się, czy coś sugerował.
Prawda, że zupełnie nic nie zasugerował?
— Wcale go nie kradnę — stwierdziłam, parskając nerwowym śmiechem. — To ty go zostawiasz, ha! — dodałam zdecydowanie energiczniej i już po raz kolejny wycelowałam w chłopaka swój palec oskarżycielsko. — Mogłeś go sobie zabrać na te swoje wakacje, a nie teraz mnie oskarżać, że to ja kradnę, no. A zresztą, no — przerwałam na chwilkę, bawiąc się swoimi palcami i zastanawiając się, co ja w ogóle chcę powiedzieć (byle nie głupstwo, byle nie głupstwo) — no właśnie, no.
I tym razem nie były to krokodyle łzy [12]
— Nikogo nie będziesz mordować, tym bardziej Yamira, Niv — odparła surowo, a ja skrzywiłem się znacząco. Będę mordował, a jego już w szczególności, zdążył sobie nagrabić przez te osiem lat wystarczająco mocno. — Już pędzę, by rozpowiadać o twoich upodobaniach na całą szkołę, jak myślisz, ile da mi Hera? — Uśmiechnęła się, upijając przy okazji tego walonego soku. To nie tak, że nie ufałem nikomu, ale nie ufałem nikomu, bo niby nic, niby nikt nie zdradzi twoich sekretów, ale potem po całej placówce krążą legendy, że w czwartek pięć miesięcy temu widziano się z nieboszczykiem za biblioteką. — Nivan, kochanie, uspokój się troszkę, może troszkę to boli, ale cały świat się tobą nie interesuje, a już na pewno nie twoją orientacją czy innymi cholerstwami. Nivan to Nivan, nieważne co i kogo lubi, błagam, no. Wyszliśmy już ze średniowiecza, prawda? Ale obiecuję, cicho-sza, nie piskam nawet słówkiem.
— Jaką orientacją, nie jestem, kurwa, gejem, a Hopecrafta nawet nie lubię — warknąłem, zaciskając mocno szczęki i wbijając paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Zresztą, nawet w razie „w” miałem haka w postaci rzekomego romansu, gdzie mogłem spokojnie określić się shipperem „Yandy”, która naprawdę rozwijała się zatrważająco szybko. Wystarczyło spojrzeć na maślane oczęta Kumara, żeby wiedzieć, że te wiadomości to nie są byle przelewki. — A Yamira chyba będę musiał albo ciebie. Zazdrosny się robię, przyjaciela mi kradniesz i to skutecznie — parsknąłem już nieco łagodniej, może po prostu starając się zmienić temat.
— Jaką orientacją, nie jestem, kurwa, gejem, a Hopecrafta nawet nie lubię — warknąłem, zaciskając mocno szczęki i wbijając paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Zresztą, nawet w razie „w” miałem haka w postaci rzekomego romansu, gdzie mogłem spokojnie określić się shipperem „Yandy”, która naprawdę rozwijała się zatrważająco szybko. Wystarczyło spojrzeć na maślane oczęta Kumara, żeby wiedzieć, że te wiadomości to nie są byle przelewki. — A Yamira chyba będę musiał albo ciebie. Zazdrosny się robię, przyjaciela mi kradniesz i to skutecznie — parsknąłem już nieco łagodniej, może po prostu starając się zmienić temat.
I tym razem nie były to krokodyle łzy [11]
Krzywił się, warczał, a mi to cholernie bardzo się to nie podobało, bo przecież nie siedział naprzeciwko swojego wroga numer jeden, a raczej osobę, która mimo tych wszelakich świństw jej wyrządzonych, czekała na chłopaka z otwartymi ramionami i szerokim uśmiechem na twarzy.
No cóż, to był Nivan Oakley.
— Nie — burknął chłodno, a ja przewróciłam oczami, prychając, i tak wyjmując sok pomarańczowy i nalewając go do tych jedynych, czystych szklanek. — Czegokolwiek by ci nie powiedział, nie rozpowiadaj tego dalej, błagam cię — mruknięcie wydobyło się z ust chłopaka, choć zabrzmiało tak słabo, dziecinnie i chłopięco, co zdecydowanie wybiło mnie lekko z rytmu. — Nie chcę mieć drugiej osoby na sumieniu, naprawdę — dodał, a mnie zamurowało.
Odwróciłam się gwałtownie w stronę Oakleya, wcelowując w niego swój palec.
— Nikogo nie będziesz mordować, tym bardziej Yamira, Niv — stwierdziłam chłodno, po czym powróciłam do szklanek, chwilę później jedną wręczając Nivanowi. — Już pędzę, by rozpowiadać o twoich upodobaniach na całą szkołę, jak myślisz, ile da mi Hera? — mruknęłam i uśmiechnęłam się pod nosem, biorąc łyk soku. — Nivan, kochanie, uspokój się troszkę, może troszkę to boli, ale cały świat się tobą nie interesuje, a już na pewno nie twoją orientacją czy innymi cholerstwami. Nivan to Nivan, nieważne co i kogo lubi, błagam, no. Wyszliśmy już ze średniowiecza, prawda? — stwierdziłam, posyłając chłopakowi ciepły uśmiech i usiadłam na taborecie, odchylając się lekko do tyłu. — Ale obiecuję, cicho-sza, nie piskam nawet słówkiem.
No cóż, to był Nivan Oakley.
— Nie — burknął chłodno, a ja przewróciłam oczami, prychając, i tak wyjmując sok pomarańczowy i nalewając go do tych jedynych, czystych szklanek. — Czegokolwiek by ci nie powiedział, nie rozpowiadaj tego dalej, błagam cię — mruknięcie wydobyło się z ust chłopaka, choć zabrzmiało tak słabo, dziecinnie i chłopięco, co zdecydowanie wybiło mnie lekko z rytmu. — Nie chcę mieć drugiej osoby na sumieniu, naprawdę — dodał, a mnie zamurowało.
Odwróciłam się gwałtownie w stronę Oakleya, wcelowując w niego swój palec.
— Nikogo nie będziesz mordować, tym bardziej Yamira, Niv — stwierdziłam chłodno, po czym powróciłam do szklanek, chwilę później jedną wręczając Nivanowi. — Już pędzę, by rozpowiadać o twoich upodobaniach na całą szkołę, jak myślisz, ile da mi Hera? — mruknęłam i uśmiechnęłam się pod nosem, biorąc łyk soku. — Nivan, kochanie, uspokój się troszkę, może troszkę to boli, ale cały świat się tobą nie interesuje, a już na pewno nie twoją orientacją czy innymi cholerstwami. Nivan to Nivan, nieważne co i kogo lubi, błagam, no. Wyszliśmy już ze średniowiecza, prawda? — stwierdziłam, posyłając chłopakowi ciepły uśmiech i usiadłam na taborecie, odchylając się lekko do tyłu. — Ale obiecuję, cicho-sza, nie piskam nawet słówkiem.
wtorek, 17 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [10]
— Po pierwsze, błagam, Nivan, nie nazywaj go pojebem, na Cesarza i Stwórcę, bo do tego mu akurat daleko, tak samo jest w twoim przypadku — rzuciła nagle, wywołując u mnie chwilowe skrzywienie na twarzy. Będę nazywał tego idiotę tak, jak mi się żywnie podoba, a podwijająca rękawki paniuśka tego nie zmieni. — Po drugie, ochłoń, oddychaj, zaraz ci coś pęknie, a ja niestety nie jestem lekarzem i małe prawdopodobieństwo, że uratuję ci życie, nawet jeżeli znam doskonale proces resuscytacji krążeniowej czy pierwszą pomoc w wypadku zakrztuszenia. — Fuknąłem poddenerwowany słowami dziewczyny. — A po trzecie, odpowiadając na pytanie, po prostu gadał, że dużo mu o nim pisałeś i i był to ostatnio główny temat waszych rozmów, tyle, nic więcej, więc, do cholery, bo sama zaraz się zdenerwuję, ochłoń troszeńkę, nic się przecież nie dzieje.
Warknąłem, tak całkowicie mimowolnie, bo miałem prawo się denerwować, a usilne uspokajanie mnie jakoś na mało się zdawało. Hindus nie miał prawa paplać na lewo i prawo o tym, co piszę i mówię tylko i wyłącznie do niego. Nie robiłbym tego bez powodu.
— Chcesz wody? Sok? Coś gazowanego? Może ciasteczka? Nivan, robisz się raz czerwony, raz blady, kochany, nie zejdź mi tylko tutaj.
— Nie. — Skrzywiłem się jeszcze bardziej, zakładając ręce na piersi i krzyżując nogi w kostkach. — Czegokolwiek by ci nie powiedział, nie rozpowiadaj tego dalej, błagam cię — mruknąłem, już mniej raźnie. — Nie chcę mieć drugiej osoby na sumieniu, naprawdę — dodałem ciszej, odwracając wzrok, bo Kumar bezpiecznie z tego nie wyjdzie.
Warknąłem, tak całkowicie mimowolnie, bo miałem prawo się denerwować, a usilne uspokajanie mnie jakoś na mało się zdawało. Hindus nie miał prawa paplać na lewo i prawo o tym, co piszę i mówię tylko i wyłącznie do niego. Nie robiłbym tego bez powodu.
— Chcesz wody? Sok? Coś gazowanego? Może ciasteczka? Nivan, robisz się raz czerwony, raz blady, kochany, nie zejdź mi tylko tutaj.
— Nie. — Skrzywiłem się jeszcze bardziej, zakładając ręce na piersi i krzyżując nogi w kostkach. — Czegokolwiek by ci nie powiedział, nie rozpowiadaj tego dalej, błagam cię — mruknąłem, już mniej raźnie. — Nie chcę mieć drugiej osoby na sumieniu, naprawdę — dodałem ciszej, odwracając wzrok, bo Kumar bezpiecznie z tego nie wyjdzie.
niedziela, 15 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [9]
Skrzywił się, a w błękitnych oczach zauważyłam te iskry złości, powoli budującej się agresji, szykującej się do ostatecznego wybuchu.
Oho, nawet spróbuj, Nivanie Oakley.
— Co ten pojeb ci powiedział? — warknął, łapiąc ze mną kontakt wzrokowy.
Czy to miała być jakaś parodia pojedynku kowbojów na dzikim zachodzie?
— Po pierwsze, błagam, Nivan, nie nazywaj go pojebem, na Cesarza i Stwórcę, bo do tego mu akurat daleko, tak samo jest w twoim przypadku — stwierdziłam i odchrząknęłam, podnosząc się przy tym z taboretu, który odjechał troszeńkę do tyłu. Poprawiłam rękawy fartucha. — Po drugie, ochłoń, oddychaj, zaraz ci coś pęknie, a ja niestety nie jestem lekarzem i małe prawdopodobieństwo, że uratuję ci życie, nawet jeżeli znam doskonale proces resuscytacji krążeniowej czy pierwszą pomoc w wypadku zakrztuszenia — dodałam. — A po trzecie, odpowiadając na pytanie, po prostu gadał, że dużo mu o nim pisałeś i i był to ostatnio główny temat waszych rozmów, tyle, nic więcej, więc, do cholery, bo sama zaraz się zdenerwuję, ochłoń troszeńkę, nic się przecież nie dzieje.
Podeszłam do niego powoli i splotłam ręce na klatce piersiowej, spoglądając na rozzłoszczonego chłopaka.
— Chcesz wody? — zapytałam i na moją twarz powrócił delikatny uśmiech. — Sok? Coś gazowanego? Może ciasteczka? Nivan, robisz się raz czerwony, raz blady, kochany, nie zejdź mi tylko tutaj.
Oho, nawet spróbuj, Nivanie Oakley.
— Co ten pojeb ci powiedział? — warknął, łapiąc ze mną kontakt wzrokowy.
Czy to miała być jakaś parodia pojedynku kowbojów na dzikim zachodzie?
— Po pierwsze, błagam, Nivan, nie nazywaj go pojebem, na Cesarza i Stwórcę, bo do tego mu akurat daleko, tak samo jest w twoim przypadku — stwierdziłam i odchrząknęłam, podnosząc się przy tym z taboretu, który odjechał troszeńkę do tyłu. Poprawiłam rękawy fartucha. — Po drugie, ochłoń, oddychaj, zaraz ci coś pęknie, a ja niestety nie jestem lekarzem i małe prawdopodobieństwo, że uratuję ci życie, nawet jeżeli znam doskonale proces resuscytacji krążeniowej czy pierwszą pomoc w wypadku zakrztuszenia — dodałam. — A po trzecie, odpowiadając na pytanie, po prostu gadał, że dużo mu o nim pisałeś i i był to ostatnio główny temat waszych rozmów, tyle, nic więcej, więc, do cholery, bo sama zaraz się zdenerwuję, ochłoń troszeńkę, nic się przecież nie dzieje.
Podeszłam do niego powoli i splotłam ręce na klatce piersiowej, spoglądając na rozzłoszczonego chłopaka.
— Chcesz wody? — zapytałam i na moją twarz powrócił delikatny uśmiech. — Sok? Coś gazowanego? Może ciasteczka? Nivan, robisz się raz czerwony, raz blady, kochany, nie zejdź mi tylko tutaj.
I tym razem nie były to krokodyle łzy [8]
Kurwa, Matula Teresa z Katapulty dwudziestego pierwszego wieku, losie, co żem uczynił w tym żywocie, że zsyłasz mi na drogę kolejnego anioła? Czy jestem aż tak narwany, że potrzebuję przy sobie dwóch stróżów, aby przypadkiem nie odwalić jakiejś głupoty?
— Raz chyba wystarczy, prawda? — Pokręciłem głową. Zdecydowanie nie starczało, powinienem dostać już ileś razy, za wszystko, co zrobiłem. Powinienem od niej dostać opieprz życia jak od Xaviera. Powinienem zostać opuszczony przez dosłownie wszystkich, może wtedy dotarłoby do mnie, że pewnych rzeczy po prostu nie należy robić.
— To... — Zaciągnęła słowo, jak i włosy, jednak te za ucho i spojrzała na mnie tymi łagodnymi, wciąż pięknymi, zielonymi oczętami. — Co tam u ciebie? Jak ci się układa? Yamir za bardzo nie narzuca się ze swoją fascynacją tobą i Hopecraftem? — spytała, a ja drgnąłem.
Parszywy chuj i zbrodniarz, zdrajca stanu, to zamach, wojna domowa. Złączę łóżka, skurwiel będzie spał na podłodze i odechce mu się gderania o moim życiu, moich sprawach i moich problemach. Ja wiedziałem, od zawsze wiedziałem, że ma długi jęzor, że nie potrafi go utrzymać za zębiskami, no ale kurwa mać, naprawdę? Czy on nie ma żadnego instynktu samozachowawczego?
Zmarkotniałem, na moim czole pojawiła się zmarcha, kącik ust zadrżał w zdenerwowaniu.
— Co ten pojeb ci powiedział? — warknąłem twardo, ściągając brwi i wlepiając w nią rozeźlone spojrzenie.
— Raz chyba wystarczy, prawda? — Pokręciłem głową. Zdecydowanie nie starczało, powinienem dostać już ileś razy, za wszystko, co zrobiłem. Powinienem od niej dostać opieprz życia jak od Xaviera. Powinienem zostać opuszczony przez dosłownie wszystkich, może wtedy dotarłoby do mnie, że pewnych rzeczy po prostu nie należy robić.
— To... — Zaciągnęła słowo, jak i włosy, jednak te za ucho i spojrzała na mnie tymi łagodnymi, wciąż pięknymi, zielonymi oczętami. — Co tam u ciebie? Jak ci się układa? Yamir za bardzo nie narzuca się ze swoją fascynacją tobą i Hopecraftem? — spytała, a ja drgnąłem.
Parszywy chuj i zbrodniarz, zdrajca stanu, to zamach, wojna domowa. Złączę łóżka, skurwiel będzie spał na podłodze i odechce mu się gderania o moim życiu, moich sprawach i moich problemach. Ja wiedziałem, od zawsze wiedziałem, że ma długi jęzor, że nie potrafi go utrzymać za zębiskami, no ale kurwa mać, naprawdę? Czy on nie ma żadnego instynktu samozachowawczego?
Zmarkotniałem, na moim czole pojawiła się zmarcha, kącik ust zadrżał w zdenerwowaniu.
— Co ten pojeb ci powiedział? — warknąłem twardo, ściągając brwi i wlepiając w nią rozeźlone spojrzenie.
I tym razem nie były to krokodyle łzy [7]
— Nie, poddaję się, nawet nie będę próbował — mruknął i prychnął, odchylając się do tyłu, a ja mogłam przysiąc, że zaraz na tym swoim krzesełku miał polecieć do tyłu.
Parsknęłam głośnym śmiechem i pokręciłam głową, opuszczając przy tym wzrok.
— Nie jesteś zła? Nic? Nie chcesz drugi raz mnie uderzyć? Wydrzeć się? Wygarnąć wszystko? — zapytał i wbił we mnie to spojrzenie swoich niebieskich oczu, na co ja przewróciłam moimi.
— Raz chyba wystarczy, prawda? — stwierdziłam, uśmiechając się z niezwykłą lekkością, w ogóle nie mając z tą czynnością problemu.
Miał całkowitą rację. Zazwyczaj normalna osóbka już rzuciłaby mu się do gardła, zaczęła wyzywać od najgorszego z najgorszych, klnąć i ryczeć, bo jak on mógł, tak ciągać, kusić, a następnie zostawić, w dodatku w taki sposób.
A jednak, siedziałam na tym moim małym taboreciku, uśmiechając się jak głupia, bo naprawdę cieszyłam się, że znowu mogę porozmawiać z Nivanem w cywilizowany sposób, spojrzeć w te niebieskie oczy, tym razem już bez galopującego serca i tony najróżniejszych emocji.
— To... — mruknęłam, przekładając włosy za ucho. — Co tam u ciebie? Jak ci się układa? Yamir za bardzo nie narzuca się ze swoją fascynacją tobą i Hopecraftem? — zapytałam i po raz kolejny parsknęłam śmiechem.
Parsknęłam głośnym śmiechem i pokręciłam głową, opuszczając przy tym wzrok.
— Nie jesteś zła? Nic? Nie chcesz drugi raz mnie uderzyć? Wydrzeć się? Wygarnąć wszystko? — zapytał i wbił we mnie to spojrzenie swoich niebieskich oczu, na co ja przewróciłam moimi.
— Raz chyba wystarczy, prawda? — stwierdziłam, uśmiechając się z niezwykłą lekkością, w ogóle nie mając z tą czynnością problemu.
Miał całkowitą rację. Zazwyczaj normalna osóbka już rzuciłaby mu się do gardła, zaczęła wyzywać od najgorszego z najgorszych, klnąć i ryczeć, bo jak on mógł, tak ciągać, kusić, a następnie zostawić, w dodatku w taki sposób.
A jednak, siedziałam na tym moim małym taboreciku, uśmiechając się jak głupia, bo naprawdę cieszyłam się, że znowu mogę porozmawiać z Nivanem w cywilizowany sposób, spojrzeć w te niebieskie oczy, tym razem już bez galopującego serca i tony najróżniejszych emocji.
— To... — mruknęłam, przekładając włosy za ucho. — Co tam u ciebie? Jak ci się układa? Yamir za bardzo nie narzuca się ze swoją fascynacją tobą i Hopecraftem? — zapytałam i po raz kolejny parsknęłam śmiechem.
niedziela, 8 kwietnia 2018
I tym razem nie były to krokodyle łzy [6]
— A kto mnie zrozumie, Niv? — odparła, a mi w głowie zawirowało potężne „nikt”, panno Przewalska, jest pani niespełna rozumu i to już rzecz wszystkim oczywista. — Dlaczego? W sumie chyba sama nie wiem, po prostu taka jestem, tak myślę Nos do góry, pierś do przodu i przed siebie, robię to, co chcę, mówię to, co chcę, a zresztą po co mieć do kogoś jakąś wieczną obrazę? — Zmarszczyłem brwi. — Zwłaszcza do ciebie, Nivan, bądźmy poważni, przecież nie zamordowałeś mi rodziny, jedyne co zrobiłeś to złamałeś serducho głupiutkiej nastolatce, bez przesady, nie rób z siebie wroga publicznego numer jeden — prychnęła dziwnym tonem, założyła ręce na piersi, a ja spojrzałem na nią jak na oszołomkę, którą z pewnością była.
Bo każdy inny, w tym ja, gotów byłby rozszarpać na kawalątki drugą osobę, albo, co gorsza personę, która się z nią spoufala. Już pomińmy fakt, że sam powoli się do tego zapędzam i kombinuję jak tu ukręcić pewnej istocie łba bez zbędnego krzyku.
— Nie, poddaję się, nawet nie będę próbował — mruknąłem, odchylając się tym razem do tyłu i zakładając przy okazji nogę na nogę.
Przewalska wciąż mnie zadziwiała.
— Nie jesteś zła? Nic? Nie chcesz drugi raz mnie uderzyć? Wydrzeć się? Wygranąć wszystko?
W środku cicho liczyłem na taką reakcję. Na wybuch. Na coś, co mną potrząśnie i przywróci do pionu, który dawno został u mnie zachwiany. Podobnie jak porządek mojego świata.
Bo każdy inny, w tym ja, gotów byłby rozszarpać na kawalątki drugą osobę, albo, co gorsza personę, która się z nią spoufala. Już pomińmy fakt, że sam powoli się do tego zapędzam i kombinuję jak tu ukręcić pewnej istocie łba bez zbędnego krzyku.
— Nie, poddaję się, nawet nie będę próbował — mruknąłem, odchylając się tym razem do tyłu i zakładając przy okazji nogę na nogę.
Przewalska wciąż mnie zadziwiała.
— Nie jesteś zła? Nic? Nie chcesz drugi raz mnie uderzyć? Wydrzeć się? Wygranąć wszystko?
W środku cicho liczyłem na taką reakcję. Na wybuch. Na coś, co mną potrząśnie i przywróci do pionu, który dawno został u mnie zachwiany. Podobnie jak porządek mojego świata.
I tym razem nie były to krokodyle łzy [5]
I może się skrzywił, ściągnął brwi, zmarszczył czoło, ale w tym samym momencie na jego twarzy pojawił się uśmiech (nie tak szeroki jak ten mój), niebieskie oczy ponownie zalśniły i cały Nivan jakoś tak... odżył. Spoglądałam na chłopaka, cały czas się uśmiechając, bo to było dobre, zdecydowanie dobre, a on spoglądał na mnie, zdecydowanie zdziwiony, ale chyba też szczęśliwy.
— Chyba nigdy cię nie zrozumiem — rzucił w eter, a mi pozostawało parsknąć śmiechem, bo chyba mało kto mnie rozumiał, jeżeli w ogóle po tym świecie chodziły takie osoby. — Dlaczego? Dlaczego tak łatwo ci to przychodzi? — zapytał, a ja chyba nie miałam wyboru.
Pokręciłam głową, śmiejąc się szczerze i ciesząc się, bo chyba była jeszcze jakaś nadzieja, światełko w tunelu dalej było widoczne. Wzruszyłam ramionami.
— A kto mnie zrozumie, Niv? — mruknęłam, pochylając się jeszcze bardziej do przodu i podjeżdżając do niego na swoim cudownym taboreciku. — Dlaczego? W sumie chyba sama nie wiem, po prostu taka jestem, tak myślę — odpowiedziałam lekko. — Nos do góry, pierś do przodu i przed siebie, robię to, co chcę, mówię to, co chcę, a zresztą po co mieć do kogoś jakąś wieczną obrazę? — stwierdziłam. — Zwłaszcza do ciebie, Nivan, bądźmy poważni, przecież nie zamordowałeś mi rodziny, jedyne co zrobiłeś to złamałeś serducho głupiutkiej nastolatce, bez przesady, nie rób z siebie wroga publicznego numer jeden — prychnęłam, splatając ręce na klatce piersiowej.
— Chyba nigdy cię nie zrozumiem — rzucił w eter, a mi pozostawało parsknąć śmiechem, bo chyba mało kto mnie rozumiał, jeżeli w ogóle po tym świecie chodziły takie osoby. — Dlaczego? Dlaczego tak łatwo ci to przychodzi? — zapytał, a ja chyba nie miałam wyboru.
Pokręciłam głową, śmiejąc się szczerze i ciesząc się, bo chyba była jeszcze jakaś nadzieja, światełko w tunelu dalej było widoczne. Wzruszyłam ramionami.
— A kto mnie zrozumie, Niv? — mruknęłam, pochylając się jeszcze bardziej do przodu i podjeżdżając do niego na swoim cudownym taboreciku. — Dlaczego? W sumie chyba sama nie wiem, po prostu taka jestem, tak myślę — odpowiedziałam lekko. — Nos do góry, pierś do przodu i przed siebie, robię to, co chcę, mówię to, co chcę, a zresztą po co mieć do kogoś jakąś wieczną obrazę? — stwierdziłam. — Zwłaszcza do ciebie, Nivan, bądźmy poważni, przecież nie zamordowałeś mi rodziny, jedyne co zrobiłeś to złamałeś serducho głupiutkiej nastolatce, bez przesady, nie rób z siebie wroga publicznego numer jeden — prychnęłam, splatając ręce na klatce piersiowej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)