Kurwa, Matula Teresa z Katapulty dwudziestego pierwszego wieku, losie, co żem uczynił w tym żywocie, że zsyłasz mi na drogę kolejnego anioła? Czy jestem aż tak narwany, że potrzebuję przy sobie dwóch stróżów, aby przypadkiem nie odwalić jakiejś głupoty?
— Raz chyba wystarczy, prawda? — Pokręciłem głową. Zdecydowanie nie starczało, powinienem dostać już ileś razy, za wszystko, co zrobiłem. Powinienem od niej dostać opieprz życia jak od Xaviera. Powinienem zostać opuszczony przez dosłownie wszystkich, może wtedy dotarłoby do mnie, że pewnych rzeczy po prostu nie należy robić.
— To... — Zaciągnęła słowo, jak i włosy, jednak te za ucho i spojrzała na mnie tymi łagodnymi, wciąż pięknymi, zielonymi oczętami. — Co tam u ciebie? Jak ci się układa? Yamir za bardzo nie narzuca się ze swoją fascynacją tobą i Hopecraftem? — spytała, a ja drgnąłem.
Parszywy chuj i zbrodniarz, zdrajca stanu, to zamach, wojna domowa. Złączę łóżka, skurwiel będzie spał na podłodze i odechce mu się gderania o moim życiu, moich sprawach i moich problemach. Ja wiedziałem, od zawsze wiedziałem, że ma długi jęzor, że nie potrafi go utrzymać za zębiskami, no ale kurwa mać, naprawdę? Czy on nie ma żadnego instynktu samozachowawczego?
Zmarkotniałem, na moim czole pojawiła się zmarcha, kącik ust zadrżał w zdenerwowaniu.
— Co ten pojeb ci powiedział? — warknąłem twardo, ściągając brwi i wlepiając w nią rozeźlone spojrzenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz