niedziela, 15 kwietnia 2018

I tym razem nie były to krokodyle łzy [9]

Skrzywił się, a w błękitnych oczach zauważyłam te iskry złości, powoli budującej się agresji, szykującej się do ostatecznego wybuchu.
Oho, nawet spróbuj, Nivanie Oakley.
— Co ten pojeb ci powiedział? — warknął, łapiąc ze mną kontakt wzrokowy.
Czy to miała być jakaś parodia pojedynku kowbojów na dzikim zachodzie?
— Po pierwsze, błagam, Nivan, nie nazywaj go pojebem, na Cesarza i Stwórcę, bo do tego mu akurat daleko, tak samo jest w twoim przypadku — stwierdziłam i odchrząknęłam, podnosząc się przy tym z taboretu, który odjechał troszeńkę do tyłu. Poprawiłam rękawy fartucha. — Po drugie, ochłoń, oddychaj, zaraz ci coś pęknie, a ja niestety nie jestem lekarzem i małe prawdopodobieństwo, że uratuję ci życie, nawet jeżeli znam doskonale proces resuscytacji krążeniowej czy pierwszą pomoc w wypadku zakrztuszenia — dodałam. — A po trzecie, odpowiadając na pytanie, po prostu gadał, że dużo mu o nim pisałeś i i był to ostatnio główny temat waszych rozmów, tyle, nic więcej, więc, do cholery, bo sama zaraz się zdenerwuję, ochłoń troszeńkę, nic się przecież nie dzieje.
Podeszłam do niego powoli i splotłam ręce na klatce piersiowej, spoglądając na rozzłoszczonego chłopaka.
— Chcesz wody? — zapytałam i na moją twarz powrócił delikatny uśmiech. — Sok? Coś gazowanego? Może ciasteczka? Nivan, robisz się raz czerwony, raz blady, kochany, nie zejdź mi tylko tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis