— Po pierwsze, błagam, Nivan, nie nazywaj go pojebem, na Cesarza i Stwórcę, bo do tego mu akurat daleko, tak samo jest w twoim przypadku — rzuciła nagle, wywołując u mnie chwilowe skrzywienie na twarzy. Będę nazywał tego idiotę tak, jak mi się żywnie podoba, a podwijająca rękawki paniuśka tego nie zmieni. — Po drugie, ochłoń, oddychaj, zaraz ci coś pęknie, a ja niestety nie jestem lekarzem i małe prawdopodobieństwo, że uratuję ci życie, nawet jeżeli znam doskonale proces resuscytacji krążeniowej czy pierwszą pomoc w wypadku zakrztuszenia. — Fuknąłem poddenerwowany słowami dziewczyny. — A po trzecie, odpowiadając na pytanie, po prostu gadał, że dużo mu o nim pisałeś i i był to ostatnio główny temat waszych rozmów, tyle, nic więcej, więc, do cholery, bo sama zaraz się zdenerwuję, ochłoń troszeńkę, nic się przecież nie dzieje.
Warknąłem, tak całkowicie mimowolnie, bo miałem prawo się denerwować, a usilne uspokajanie mnie jakoś na mało się zdawało. Hindus nie miał prawa paplać na lewo i prawo o tym, co piszę i mówię tylko i wyłącznie do niego. Nie robiłbym tego bez powodu.
— Chcesz wody? Sok? Coś gazowanego? Może ciasteczka? Nivan, robisz się raz czerwony, raz blady, kochany, nie zejdź mi tylko tutaj.
— Nie. — Skrzywiłem się jeszcze bardziej, zakładając ręce na piersi i krzyżując nogi w kostkach. — Czegokolwiek by ci nie powiedział, nie rozpowiadaj tego dalej, błagam cię — mruknąłem, już mniej raźnie. — Nie chcę mieć drugiej osoby na sumieniu, naprawdę — dodałem ciszej, odwracając wzrok, bo Kumar bezpiecznie z tego nie wyjdzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz