Zdecydowanie był mocny i zdecydowanie dawał mocno po płucach. Prawie żem kaszlnął, dlatego zostawało mi tylko rzucenie oburzonego spojrzenia Kumarowi, bo nie miałem zielonego pojęcia, co i jak on tam wpakował i dlaczego tak kopało. Sam jednak po chwili przejął zwijkę i prawie się udusił. Prawie, na moje nieszczęście, a mógł sczeznąć, paść i zdechnąć, życie byłoby prostsze. Nudniejsze, ale prostsze i mniej irytujące.
Nie no, wypluwam te słowa, Yamir, nie odchodź, proszę.
Z rąk do rąk, z ust do ust, naprzemiennie, aż w końcu zdecydowaliśmy się skierować do Przewalskiej, która zaczęła nagle kręcić głową, unosić łapki i stanowczo protestować z uśmiechem na ustach i uniesionymi brwiami.
— Mi wystarczy, naprawdę — odparła, gdy wyciągnąłem blanta w jej stronę. Wzruszyłem więc ramionami, usiadłem na skraju łóżka i przyglądnąłem się Yamirowi, który przyglądał się Wandzi, która przyglądała się mi, który przyglądał się Yamirowi i tak w koło Macieju, wielka trójca zamknięta, okrąg zatoczył koło, a kto umarł, ten nie żyje i alleluja chwalmy pana.
Strzepnąłem odrobinę do popielniczki, oddałem fajkę pokoju Yamirowi, a sam zacząłem zajmować się dokładnie stopami Przewalskiej. A raczej palcami u stóp.
— Ta mała świnka poszła do sklepu, ta mała świnka została w domu, ta mała świnka zjadła kotleta...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śmiech to zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śmiech to zdrowie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 lutego 2018
Śmiech to zdrowie [23]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
— No co ty nie powiesz? — zapytał się, na twarzy mając szeroki uśmiech, a ja go odwzajemniłam, wyciągając szyję do przodu. — Serio, zapraszamy częściej, co trzy głowy to nie dwie, czy jak to tam szło. — Przewróciłam oczami i chyba pomyśleliśmy z Yamirem o tym samym, bo złotooki chłopak parsknął.
— Błyszczysz Oakley, jak najjaśniejsza z gwiazd. Syriusz po prostu — mruknął i sięgnął po pudełko, które jeszcze przed chwilą leżało na podłodze. Podniosła brew i przekręciłam głowę w bok.
— Tylko cieńszego, niż ostatnio, chcemy skręta, nie cygaro — skomentował Nivan, odsuwając się ode mnie i wracając na swoje miejsce.
Obserwowałam uważnie, z brodą opartą na kolanach, jak długie palce zwinnie składają, zwijają, zamykają i upychają, aż w dłoniach Yamira pojawił się tak zwany skręt, rzecz ewidentnie w tamtym momencie dla nich święta i najważniejsza.
— Chodź tu, panie największe płuca — powiedział w końcu, podając Nivowi kawałek bibułki wypełnionej narkotykiem.
A ja siedziałam cichutko z boku i cały czas studiowałam ich dłonie, mały rytuał, przejście skręta z rąk do rąk, z osoby do osoby. Uważnie, koncentrując się na każdym szczególe. Pokręciłam tylko głową i podniosłam dłoń, gdy i w końcu do mnie doszła propozycja "buszka".
— Mi wystarczy, naprawdę — mruknęłam, uśmiechając się.
Oj, grzeczna ze mnie dziewczynka, zdecydowanie i już nie mogłam się doczekać jakiegoś ciekawego komentarza na ten temat.
— Błyszczysz Oakley, jak najjaśniejsza z gwiazd. Syriusz po prostu — mruknął i sięgnął po pudełko, które jeszcze przed chwilą leżało na podłodze. Podniosła brew i przekręciłam głowę w bok.
— Tylko cieńszego, niż ostatnio, chcemy skręta, nie cygaro — skomentował Nivan, odsuwając się ode mnie i wracając na swoje miejsce.
Obserwowałam uważnie, z brodą opartą na kolanach, jak długie palce zwinnie składają, zwijają, zamykają i upychają, aż w dłoniach Yamira pojawił się tak zwany skręt, rzecz ewidentnie w tamtym momencie dla nich święta i najważniejsza.
— Chodź tu, panie największe płuca — powiedział w końcu, podając Nivowi kawałek bibułki wypełnionej narkotykiem.
A ja siedziałam cichutko z boku i cały czas studiowałam ich dłonie, mały rytuał, przejście skręta z rąk do rąk, z osoby do osoby. Uważnie, koncentrując się na każdym szczególe. Pokręciłam tylko głową i podniosłam dłoń, gdy i w końcu do mnie doszła propozycja "buszka".
— Mi wystarczy, naprawdę — mruknęłam, uśmiechając się.
Oj, grzeczna ze mnie dziewczynka, zdecydowanie i już nie mogłam się doczekać jakiegoś ciekawego komentarza na ten temat.
Śmiech to zdrowie [22]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
Mina nastolatki była bezcenna, więc jedyne, co mogłem zrobić, to prychnąć cicho i przewrócić oczami, jak zawsze, w końcu to mój zestaw popisowy. Po chwili jednak pokiwała głową, skuliła się nieco na materacu i podciągnęła nogi pod brodę. Ciche westchnięcie, zerknięcie na okiennice i wysunięcie się złotego pasma na środek twarzy, jak ja za tym tęskniłem.
— Przyjemnie tu u was — oznajmiła nagle, wywołując uśmiech na twarzy naszego drogiego Złocisza i moje prychnięcie pod nosem, ponowne zresztą. Nachyliłem się nad Przewalską, by zagarnąć niesforny kosmyk za jej ucho i upewnić się, że stamtąd nie ucieknie.
— No co ty nie powiesz? — Uśmiechnąłem się na tyle ładnie, na, ile potrafiłem. — Serio, zapraszamy częściej, co trzy głowy to nie dwie, czy jak to tam szło. — Yamir tylko parsknął i pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
— Błyszczysz Oakley, jak najjaśniejsza z gwiazd. Syriusz po prostu — mruknął, sięgając po nasze magiczne pudełko z jeszcze bardziej magiczną zawartością.
— Tylko cieńszego, niż ostatnio, chcemy skręta, nie cygaro — odparłem, obserwując, jak zaczerwienione oczy skanują zwijkę, a zwinne palce próbują pogodzić się z umysłem i doprowadzić jointa do jako takiego stanu używalności.
— Chodź tu, panie największe płuca — rzucił, gdy już uporał się z robotą. W końcu historyczny, oficjalny pierwszy buch zawsze przynależał do mnie.
— Przyjemnie tu u was — oznajmiła nagle, wywołując uśmiech na twarzy naszego drogiego Złocisza i moje prychnięcie pod nosem, ponowne zresztą. Nachyliłem się nad Przewalską, by zagarnąć niesforny kosmyk za jej ucho i upewnić się, że stamtąd nie ucieknie.
— No co ty nie powiesz? — Uśmiechnąłem się na tyle ładnie, na, ile potrafiłem. — Serio, zapraszamy częściej, co trzy głowy to nie dwie, czy jak to tam szło. — Yamir tylko parsknął i pokręcił głową ze zrezygnowaniem.
— Błyszczysz Oakley, jak najjaśniejsza z gwiazd. Syriusz po prostu — mruknął, sięgając po nasze magiczne pudełko z jeszcze bardziej magiczną zawartością.
— Tylko cieńszego, niż ostatnio, chcemy skręta, nie cygaro — odparłem, obserwując, jak zaczerwienione oczy skanują zwijkę, a zwinne palce próbują pogodzić się z umysłem i doprowadzić jointa do jako takiego stanu używalności.
— Chodź tu, panie największe płuca — rzucił, gdy już uporał się z robotą. W końcu historyczny, oficjalny pierwszy buch zawsze przynależał do mnie.
sobota, 17 lutego 2018
Śmiech to zdrowie [21]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
W złotych oczach pojawił się nikły błysk, a uśmiech na twarzy nieznacznie się poszerzył i w sumie to zrobiło mi się ciepło, miło, więc go odwzajemniłam, chowając przy tym to samo, niesforne pasmo co zawsze za ucho, podczas gdy chłopak bawił się materiałem szarej koszulki pomiędzy palcami.
— Ja już ci mówiłem, co sądzę o twoich wizytach, pytaj się Yamira — oświadczył w końcu Nivan, podnosząc się na łokciach, a ja przerzuciłam wzrok gwałtownie na niego. — To jak, Yamuś? Nie masz nic przeciwko? Yamuś nie ma nic przeciwko, jak widać. — Parsknął śmiechem, jego znajomy pokiwał głową i znowu opuścił złote oczy na własną koszulkę. — Popracuję nad nim, spokojnie — szepnął, tym razem już tylko w moją stronę, a mnie dosłownie zamurowało.
Spojrzałam się na niego z wysoko podniesionymi brwiami, jakby do końca nie rozumiejąc, o co chodzi. Pokiwałam tylko głową, nogi podciągnęłam pod brodę, a dłonie splotłam na stopach. Westchnęłam, spoglądając na okno.
— Przyjemnie tu u was — mruknęłam, uśmiechając się nikle, a złote pasma wykorzystały tę chwilę mojej nieuwagi i uciekły zza ucha, co skwitowałam cichym, oburzonym prychnięciem.
No bo jak to tak, nie pozwoliłam w końcu, a teraz to już całkowicie nic nie widzę.
— Ja już ci mówiłem, co sądzę o twoich wizytach, pytaj się Yamira — oświadczył w końcu Nivan, podnosząc się na łokciach, a ja przerzuciłam wzrok gwałtownie na niego. — To jak, Yamuś? Nie masz nic przeciwko? Yamuś nie ma nic przeciwko, jak widać. — Parsknął śmiechem, jego znajomy pokiwał głową i znowu opuścił złote oczy na własną koszulkę. — Popracuję nad nim, spokojnie — szepnął, tym razem już tylko w moją stronę, a mnie dosłownie zamurowało.
Spojrzałam się na niego z wysoko podniesionymi brwiami, jakby do końca nie rozumiejąc, o co chodzi. Pokiwałam tylko głową, nogi podciągnęłam pod brodę, a dłonie splotłam na stopach. Westchnęłam, spoglądając na okno.
— Przyjemnie tu u was — mruknęłam, uśmiechając się nikle, a złote pasma wykorzystały tę chwilę mojej nieuwagi i uciekły zza ucha, co skwitowałam cichym, oburzonym prychnięciem.
No bo jak to tak, nie pozwoliłam w końcu, a teraz to już całkowicie nic nie widzę.
Śmiech to zdrowie [20]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
Ku mojej uciesze dziewczyna rozpuściła długie, złote fale, poczochrała je, poukładała, westchnęła z zadowoleniem i świadomością, że obaj gapimy się na nią, jak na eksponat. Tak, ślepia Yamirka też z uwagą ją lustrowały, a mi pozostawało prychać pod nosem na każdą zmianę w jego mimice wskazującą na to, że dokładnie dobiera swoje reakcje do zachowania naszego gościa. No i kto kogo będzie musiał upomnieć po wszystkim? No i kto z kogo będzie się zbijał w najlepsze? Obaj, ale mniejsza o to.
Ciągle bawił się przeklętym, szarym T-shirtem, poprawiał go, zawijał, ugniatał materiał, podszczypywał krańce. Dużo osób miało tutaj wrodzoną nadpobudliwość i potrzebę notorycznego bawienia się rękami albo przedmiotami w zasięgu dłoni.
— W sumie to chyba muszę częściej przychodzić — rzuciła nagle Przewalska, znowu śmiejąc się melodyjnie, na co mi pozostało uśmiechnięcie się, a mojemu towarzyszowi nagłe zamigotanie ocząt. — Oczywiście jeśli mogę. Mogę, prawda? — dopytała się, zerkając na nas z niepewnością w oczach.
— Ja już ci mówiłem, co sądzę o twoich wizytach, pytaj się Yamira — odparłem, bo przecież doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Wanda zawsze była przeze mnie mile widziana. — To jak, Yamuś? Nie masz nic przeciwko? — Niezidentyfikowany dla reszty społeczeństwa grymas na twarzy Yamira, dla mnie oczywista oczywistość, chleb powszedni, wyjaśnienie każdego dręczącego pytania. — Yamuś nie ma nic przeciwko, jak widać — parsknąłem, a Hindus tylko kiwnął głową, wracając wzrokiem do swoich dłoni. — Popracuję nad nim, spokojnie — mruknąłem ciszej, byle Przewalska mnie usłyszała, bo Złoty Chłopaczyna nie odgrywał aż tak istotnej roli w tym momencie.
Ciągle bawił się przeklętym, szarym T-shirtem, poprawiał go, zawijał, ugniatał materiał, podszczypywał krańce. Dużo osób miało tutaj wrodzoną nadpobudliwość i potrzebę notorycznego bawienia się rękami albo przedmiotami w zasięgu dłoni.
— W sumie to chyba muszę częściej przychodzić — rzuciła nagle Przewalska, znowu śmiejąc się melodyjnie, na co mi pozostało uśmiechnięcie się, a mojemu towarzyszowi nagłe zamigotanie ocząt. — Oczywiście jeśli mogę. Mogę, prawda? — dopytała się, zerkając na nas z niepewnością w oczach.
— Ja już ci mówiłem, co sądzę o twoich wizytach, pytaj się Yamira — odparłem, bo przecież doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Wanda zawsze była przeze mnie mile widziana. — To jak, Yamuś? Nie masz nic przeciwko? — Niezidentyfikowany dla reszty społeczeństwa grymas na twarzy Yamira, dla mnie oczywista oczywistość, chleb powszedni, wyjaśnienie każdego dręczącego pytania. — Yamuś nie ma nic przeciwko, jak widać — parsknąłem, a Hindus tylko kiwnął głową, wracając wzrokiem do swoich dłoni. — Popracuję nad nim, spokojnie — mruknąłem ciszej, byle Przewalska mnie usłyszała, bo Złoty Chłopaczyna nie odgrywał aż tak istotnej roli w tym momencie.
Śmiech to zdrowie [19]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
Jedyne co zrobił to zamruczał, aby następnie zostawić mnie samą, opaść na bok, po sobie pozostawiając czające się gdzieś w brzuchu motyle, ciepłe policzki i głupi uśmieszek wymalowany na mojej twarzy.
— Wanda Anastazja Przewalska moją fanką, słyszałeś, Yamir? — zapytał, parskając śmiechem i spoglądając na swojego kolegę, a ja mu zawtórowałam, po czym podciągnęłam się do pozycji siedzącej.
Rozpuściłam włosy, które momentalnie zaczęły żyć swoim własnym życiem, opadły luźno na ramiona i ponownie zaczęły przyjaźnie otulać i ciążyć.
— Coś mi się obiło o uszy — odpowiedział w końcu Yamir, uśmiechając się tak samo jak my, ładnie, delikatnie i niewinnie.
Głupie dzieci poznające świat, eksperymentujące ze wszystkim na co tylko trafią, w tym innymi ludźmi i własnymi ciałami. No cóż, jeżeli nie teraz, to kiedy.
Westchnęłam i przejechałam dłonią przez złote włosy, chcąc choć troszkę rozczesać kołtuny, które najwidoczniej zrobiły się podczas ściągania gumki. Skakałam wzrokiem, a to na Nivana dalej leżącego na łóżku, a to na Yamira opierającego się ciężko plecami o ścianę i uważnie obserwującego każdy nasz ruch swoimi złotymi oczami.
— W sumie to chyba muszę częściej przychodzić — stwierdziłam, parskając głośnym śmiechem. — Oczywiście jeśli mogę. Mogę, prawda? — dopytałam po chwili i wyprostowałam się gwałtownie, spinając się.
— Wanda Anastazja Przewalska moją fanką, słyszałeś, Yamir? — zapytał, parskając śmiechem i spoglądając na swojego kolegę, a ja mu zawtórowałam, po czym podciągnęłam się do pozycji siedzącej.
Rozpuściłam włosy, które momentalnie zaczęły żyć swoim własnym życiem, opadły luźno na ramiona i ponownie zaczęły przyjaźnie otulać i ciążyć.
— Coś mi się obiło o uszy — odpowiedział w końcu Yamir, uśmiechając się tak samo jak my, ładnie, delikatnie i niewinnie.
Głupie dzieci poznające świat, eksperymentujące ze wszystkim na co tylko trafią, w tym innymi ludźmi i własnymi ciałami. No cóż, jeżeli nie teraz, to kiedy.
Westchnęłam i przejechałam dłonią przez złote włosy, chcąc choć troszkę rozczesać kołtuny, które najwidoczniej zrobiły się podczas ściągania gumki. Skakałam wzrokiem, a to na Nivana dalej leżącego na łóżku, a to na Yamira opierającego się ciężko plecami o ścianę i uważnie obserwującego każdy nasz ruch swoimi złotymi oczami.
— W sumie to chyba muszę częściej przychodzić — stwierdziłam, parskając głośnym śmiechem. — Oczywiście jeśli mogę. Mogę, prawda? — dopytałam po chwili i wyprostowałam się gwałtownie, spinając się.
piątek, 16 lutego 2018
Śmiech to zdrowie [18]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
Nie mówiłem tego nigdy głośno, w myślach owszem, na forum nie, ale Przewalska była piekielnie piękna. Ta kobiecość z nastoletnim, coraz bardziej zanikającym, pierwiastkiem, te zielone oczęta, te złote włosy, byle rozpuszczone. Z chęcią bym się teraz w nich zatopił, ale zamiast tego dostawałem tylko wysoko upięty kucyk, który aktualnie wbijał się w poduszkę i przymknięte oczy, bo widocznie Wanda uwielbiała zabierać mi wszystko, co ubóstwiałem.
W sumie to te wszystkie divy szkoły mogły się chować. Hera, mimo że wyróżniała się z tłumu, to, powiedzmy sobie szczerze, jak dla mnie do najurokliwszych damulek nie należała, coś drażniło mnie w jej twarzy. Zbyt pełne usta? Zbyt drażniące spojrzenie? Możliwe, że to któryś z tych czynników.
No, a Przewalska trafiała idealnie w punkt i chyba nie było osoby, która powiedziałaby, że nie jest ładna. Nie piękna, po prostu ładna.
Bo Przewalska była Przewalską.
— Możliwe że to — odparła, zatrzymała się z ciszą. Wyczekującą z mojej strony ciszą, bo powinna w końcu coś powiedzieć, powinna w końcu dać słowom uciec spomiędzy słodkich ust. — ja? — Niezwykle satysfakcjonująca odpowiedź, trafiająca prosto w mój nerw odpowiadający za zadowolenie i przyjemności.
Jednak w odpowiedzi jedynie zamruczałem i zsunąłem się obok Wandy, bo ręce mnie bolały, bo było mi już ciężko i gorąco.
— Wanda Anastazja Przewalska moją fanką, słyszałeś, Yamir? — Parsknąłem śmiechem, zerkając na rozmarzonego znajomego, którego złote oczy świdrowały to mnie, to blondynkę.
— Coś mi się obiło o uszy. — Uśmiechnął się ładnie.
Złoty chłopiec, powiadam.
W sumie to te wszystkie divy szkoły mogły się chować. Hera, mimo że wyróżniała się z tłumu, to, powiedzmy sobie szczerze, jak dla mnie do najurokliwszych damulek nie należała, coś drażniło mnie w jej twarzy. Zbyt pełne usta? Zbyt drażniące spojrzenie? Możliwe, że to któryś z tych czynników.
No, a Przewalska trafiała idealnie w punkt i chyba nie było osoby, która powiedziałaby, że nie jest ładna. Nie piękna, po prostu ładna.
Bo Przewalska była Przewalską.
— Możliwe że to — odparła, zatrzymała się z ciszą. Wyczekującą z mojej strony ciszą, bo powinna w końcu coś powiedzieć, powinna w końcu dać słowom uciec spomiędzy słodkich ust. — ja? — Niezwykle satysfakcjonująca odpowiedź, trafiająca prosto w mój nerw odpowiadający za zadowolenie i przyjemności.
Jednak w odpowiedzi jedynie zamruczałem i zsunąłem się obok Wandy, bo ręce mnie bolały, bo było mi już ciężko i gorąco.
— Wanda Anastazja Przewalska moją fanką, słyszałeś, Yamir? — Parsknąłem śmiechem, zerkając na rozmarzonego znajomego, którego złote oczy świdrowały to mnie, to blondynkę.
— Coś mi się obiło o uszy. — Uśmiechnął się ładnie.
Złoty chłopiec, powiadam.
Śmiech to zdrowie [17]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
Jego palce zacisnęły się na skórze, a kolejny dreszcz, tym razem mocniejszy przeszedł przez ciało. Robił się ze mnie bałagan, ja to wiedziałam, on też to wiedział, a pewnie wiedział to i Yamir, który cały czas śmiał się pod nosem, jakby zapomniał, że jeszcze chwilę temu chciał udusić niebieskowłosego, który odsunął głowę i spoglądał na mnie z cudownym, szelmowskim uśmiechem numer trzydzieści dwa.
— Mam fankę? Tego jeszcze nie grali. Zdradzisz mi kto to taki, bo nie mam absolutnie zielonego pojęcia o kogo może chodzić — mruknął z chrypką w głosie, a ja zadrżałam jeszcze raz, a później po raz kolejny, bo obniżył głowę, ustami musnął szyję, a to było takie krótkie, dlaczego wszystko trwało tak krótko, ja nawet nie zdążyłam odchylić głowy do tyłu, by po prostu się poddać.
Jak zając, który już dawno poddał się pod zębami wilka. Westchnęłam cicho, zamykając oczy, a czubek kucyka wbijający się w materac nawet tak bardzo mi nie przeszkadzał.
— Możliwe że to — przerwałam na chwilę, chcąc zbudować jakiekolwiek napięcie, choć przecież oboje wiedzieliśmy, kto to jest, a on po prostu chciał to usłyszeć z moich ust i w sumie łechtało to troszkę ego, w dziwny sposób, ale łechtało — ja? — Uśmiechnęłam się i leniwie podniosłam jedną powiekę.
— Mam fankę? Tego jeszcze nie grali. Zdradzisz mi kto to taki, bo nie mam absolutnie zielonego pojęcia o kogo może chodzić — mruknął z chrypką w głosie, a ja zadrżałam jeszcze raz, a później po raz kolejny, bo obniżył głowę, ustami musnął szyję, a to było takie krótkie, dlaczego wszystko trwało tak krótko, ja nawet nie zdążyłam odchylić głowy do tyłu, by po prostu się poddać.
Jak zając, który już dawno poddał się pod zębami wilka. Westchnęłam cicho, zamykając oczy, a czubek kucyka wbijający się w materac nawet tak bardzo mi nie przeszkadzał.
— Możliwe że to — przerwałam na chwilę, chcąc zbudować jakiekolwiek napięcie, choć przecież oboje wiedzieliśmy, kto to jest, a on po prostu chciał to usłyszeć z moich ust i w sumie łechtało to troszkę ego, w dziwny sposób, ale łechtało — ja? — Uśmiechnęłam się i leniwie podniosłam jedną powiekę.
Śmiech to zdrowie [16]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
— Lubisz to słowo. — Uniosłem brew. — Pizda w sensie. Ale no dobrze, nie masz czego być zazdrosnym, masz tylko jedną fankę cały czas latającą za tobą, a nie ich rzeszę. — W tym momencie obie poszybowały wysoko, prawie zahaczając o linię włosów, dziewczyna się zaśmiała, dłoń zjechała, a wszystko było już tak absolutnie poza jakimikolwiek normami. Moralność została zrzucona na drugi plan, granice w relacji się zatarły, a my, mimo wspomagania marihuaną, które w sumie lawirowało gdzieś w okolicach zera, traciliśmy już jakiekolwiek hamulce.
Bezczelny uśmiech zawirował na mojej twarzy, Wanda tylko podzieliła mój grymas, a Yamir pewnie się przyglądał, dalej chichocząc pod nosem. Nie robiło mu to już większej różnicy, nie pierwszy i nie ostatni raz widuje takie rzeczy, no i chwała mu za to, że reaguje na to niezwykle neutralnie, wręcz dynda mu to pomiędzy nogami.
Dłoń zacisnęła się gdzieś w połowie uda, odsunąłem głowę, zerkając na nią z góry. Z udawanym zdziwieniem, szelmowskim uśmiechem i mętlikiem w oczach. Dudniło.
— Mam fankę? Tego jeszcze nie grali. Zdradzisz mi kto to taki, bo nie mam absolutnie zielonego pojęcia o kogo może chodzić — chrypliwy szept zamknięty w przestrzeni między nami, nieschodzący z ust grymas i bliskość ciała. Nachyliłem się, złożyłem krótki, delikatny pocałunek, na szyi, tam, gdzie jeszcze dosłownie przed chwilą drażniłem skórę oddechem.
Co się do cholery jasnej działo?
Bezczelny uśmiech zawirował na mojej twarzy, Wanda tylko podzieliła mój grymas, a Yamir pewnie się przyglądał, dalej chichocząc pod nosem. Nie robiło mu to już większej różnicy, nie pierwszy i nie ostatni raz widuje takie rzeczy, no i chwała mu za to, że reaguje na to niezwykle neutralnie, wręcz dynda mu to pomiędzy nogami.
Dłoń zacisnęła się gdzieś w połowie uda, odsunąłem głowę, zerkając na nią z góry. Z udawanym zdziwieniem, szelmowskim uśmiechem i mętlikiem w oczach. Dudniło.
— Mam fankę? Tego jeszcze nie grali. Zdradzisz mi kto to taki, bo nie mam absolutnie zielonego pojęcia o kogo może chodzić — chrypliwy szept zamknięty w przestrzeni między nami, nieschodzący z ust grymas i bliskość ciała. Nachyliłem się, złożyłem krótki, delikatny pocałunek, na szyi, tam, gdzie jeszcze dosłownie przed chwilą drażniłem skórę oddechem.
Co się do cholery jasnej działo?
Śmiech to zdrowie [15]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
— Sprawdź, czy na dole też jest lapis lazuli. — Tyle śmiechu, tyle zabawy i prychający na wszystkie komentarze złotego chłopaka Nivan. Uśmiechnęłam się pod nosem, śmiejąc się cicho z niewybrednego komentarza chłopaka. No cóż, atmosfera udzieliła się wszystkim w pokoju.
— A co do Hopecrafta — spojrzał na mnie błękitnymi oczami i w sumie zgubiłam się jeszcze bardziej, uśmiechając się marzycielsko — zawsze i wszędzie, nie wiedziałaś? No tylko spójrz na te włosy, na ten wąs — powiedział, a mi pozostało pokiwać głową, bo w sumie się z nim zgadzałam, co do zarostu oczywiście. Sama mu radziłam, jeszcze doskonale to pamiętam. Uderzenie o ścianę też. Uprzedzając pytania, tak, bolało, miałam guza na głowie przez kilka dni po tamtej sytuacji.
I wtedy jego dłoń znalazła się na moim udzie, na miejscu, które w sumie dotykałam tylko ja, tylko moje palce muskały tam skórę, a teraz i te jego delikatnie jadące wzdłuż nogi. Zadrżałam, ale nie uciekłam, wręcz przybliżyłam udo do ręki.
Tak, nasze zabawy zdecydowanie przekroczyły dawne granice, a jego oddech na szyi był tak monotonny, tak denerwujący, a przy tym tak go potrzebowałam, chciałam, żeby usta znajdowały się blisko, żeby nie uciekał, bo było ciepło, choć wróć, ciepło było chwilę temu, teraz było gorąco i nawet nie zauważyłam, kiedy na moje policzki wypłynął delikatny rumieniec.
— Taka pizda, że mógłby robić za model 3D waginy w gabinetach ginekologów — powiedział.
— Lubisz to słowo — zauważyłam. — Pizda w sensie. Ale no dobrze, nie masz czego być zazdrosnym, masz tylko jedną fankę cały czas latającą za tobą, a nie ich rzeszę. — Uśmiechnęłam się, parskając śmiechem, a dłoń pojechała jeszcze niżej.
Oborze, co ja robiłam.
I biedny Yamir, który musiał być tego wszystkiego świadkiem.
A Renee mnie zabije, przysięgam.
I Foma.
A jak Foma, to i Dexter.
— A co do Hopecrafta — spojrzał na mnie błękitnymi oczami i w sumie zgubiłam się jeszcze bardziej, uśmiechając się marzycielsko — zawsze i wszędzie, nie wiedziałaś? No tylko spójrz na te włosy, na ten wąs — powiedział, a mi pozostało pokiwać głową, bo w sumie się z nim zgadzałam, co do zarostu oczywiście. Sama mu radziłam, jeszcze doskonale to pamiętam. Uderzenie o ścianę też. Uprzedzając pytania, tak, bolało, miałam guza na głowie przez kilka dni po tamtej sytuacji.
I wtedy jego dłoń znalazła się na moim udzie, na miejscu, które w sumie dotykałam tylko ja, tylko moje palce muskały tam skórę, a teraz i te jego delikatnie jadące wzdłuż nogi. Zadrżałam, ale nie uciekłam, wręcz przybliżyłam udo do ręki.
Tak, nasze zabawy zdecydowanie przekroczyły dawne granice, a jego oddech na szyi był tak monotonny, tak denerwujący, a przy tym tak go potrzebowałam, chciałam, żeby usta znajdowały się blisko, żeby nie uciekał, bo było ciepło, choć wróć, ciepło było chwilę temu, teraz było gorąco i nawet nie zauważyłam, kiedy na moje policzki wypłynął delikatny rumieniec.
— Taka pizda, że mógłby robić za model 3D waginy w gabinetach ginekologów — powiedział.
— Lubisz to słowo — zauważyłam. — Pizda w sensie. Ale no dobrze, nie masz czego być zazdrosnym, masz tylko jedną fankę cały czas latającą za tobą, a nie ich rzeszę. — Uśmiechnęłam się, parskając śmiechem, a dłoń pojechała jeszcze niżej.
Oborze, co ja robiłam.
I biedny Yamir, który musiał być tego wszystkiego świadkiem.
A Renee mnie zabije, przysięgam.
I Foma.
A jak Foma, to i Dexter.
Śmiech to zdrowie [14]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
— Ktoś jest zazdrosny o Hopecrafta, że o nim wspomina? — spytała ze śmiechem, a ja mogłem przysiąc, że nie tylko oczy mam już czerwone, bo w sumie to Hopecraft był dość newralgicznym punktem. Szczególnie w takich momentach. Dłoń we włosach, standard, ja wiem, że moje kudły są miękkie, cudne i wspaniałe, ale bez przesady. Druga na plecach, niebezpiecznie blisko pośladków. Kto mi podmienił Przewalską na wakacje i czy ktoś może zrobić coś z Yamirem, bo jego odgłosy umierającego osła doprowadzały mnie już powoli do szału. — No dobrze, niech ci będzie, lepszego nie widziałam, zadowolony? — szepnęła mi na ucho, na co zostało mi tylko mruknąć, udzielając tym samej aprobującej jej słowa odpowiedzi. — Chyba naprawdę komuś testosteron skacze. Czekam aż wyrośnie ci najprawdziwsza broda. Też będzie niebieska? — Zmarszczyłem brwi i fuknąłem cicho, muskając nosem szyję dziewczyny. Pachniała perfumami, drogimi, jak to na nastolatkę jej typu przystało.
— Sprawdź, czy na dole też jest lapis lazuli — parsknął Yamir, na co zostało mi tylko zjechanie go wzrokiem i mimowolne zaśmianie się, bo całą ta sytuacja była bardziej niż dziwna, czy głupkowata. Zostało mi tylko zignorować niewybredny komentarz i zarzucić własnym.
— A co do Hopecrafta — wróciłem wzrokiem do dziewczyny — zawsze i wszędzie, nie wiedziałaś? No tylko spójrz na te włosy, na ten wąs. — Ułożyłem dłoń na udzie Wandy, śmiało przejechałem po skórze, dalej bezczelnie drażniąc oddechem jej szyję. — Taka pizda, że mógłby robić za model 3D waginy w gabinetach ginekologów.
— Sprawdź, czy na dole też jest lapis lazuli — parsknął Yamir, na co zostało mi tylko zjechanie go wzrokiem i mimowolne zaśmianie się, bo całą ta sytuacja była bardziej niż dziwna, czy głupkowata. Zostało mi tylko zignorować niewybredny komentarz i zarzucić własnym.
— A co do Hopecrafta — wróciłem wzrokiem do dziewczyny — zawsze i wszędzie, nie wiedziałaś? No tylko spójrz na te włosy, na ten wąs. — Ułożyłem dłoń na udzie Wandy, śmiało przejechałem po skórze, dalej bezczelnie drażniąc oddechem jej szyję. — Taka pizda, że mógłby robić za model 3D waginy w gabinetach ginekologów.
Śmiech to zdrowie [13]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
Głośny śmiech Yamira oraz jeden ruch ze strony Nivana, a ja znalazłam się pod nim, praktycznie bezbronna i całkowicie odsłonięta. Uśmiechnęłam się, szybko falując rzęsami.
— Naprawdę, zdaję sobie sprawę z faktu, że jestem tak androgeniczny, że nawet największemu heterykowi staje na mój widok, ale prawiczy zarost? Mylić mnie z Hopecraftem po takiej dawce marysi? Wandziu, słaby z ciebie zawodnik — mruknął, a jego twarz znalazła się jeszcze bliżej mojej szyi, jak pysk wilka, który gotowy był do rozszarpania tętnic swojej ofiary. A mi pozostały motyle w brzuchu, ekscytacja gdzieś z tyłu głowy, taka prymitywna, ale cichy śmiech opuścił moje usta. — A tyłek mam zajebisty.
— Ktoś jest zazdrosny o Hopecrafta, że o nim wspomina? — zapytałam, pokazując zęby w uśmiechu, a dłoń wplatając w błękitne włosy. Druga za to pojechała na jego plecy, niebezpiecznie blisko pośladków, ale z dozą niepewności i uwagi. Na spokojnie. — No dobrze, niech ci będzie, lepszego nie widziałam, zadowolony? — szepnęłam, a przez ciało przeszedł mały dreszcz, dreszczyk.
Zaśmiałam się jeszcze raz, bo w sumie to kompletnie zapomniałam o Yamirze, który cały czas miał na nas doskonały widok i ewidentnie z tego korzystał, nie spuszczając nas z oczu.
— Chyba naprawdę komuś testosteron skacze. Czekam aż wyrośnie ci najprawdziwsza broda. Też będzie niebieska? — Głupi komentarz, głupim komentarzem, ale jeszcze raz, na dobitkę, parsknęłam śmiechem.
Ta atmosfera zdecydowanie działała na mnie... ciekawie.
— Naprawdę, zdaję sobie sprawę z faktu, że jestem tak androgeniczny, że nawet największemu heterykowi staje na mój widok, ale prawiczy zarost? Mylić mnie z Hopecraftem po takiej dawce marysi? Wandziu, słaby z ciebie zawodnik — mruknął, a jego twarz znalazła się jeszcze bliżej mojej szyi, jak pysk wilka, który gotowy był do rozszarpania tętnic swojej ofiary. A mi pozostały motyle w brzuchu, ekscytacja gdzieś z tyłu głowy, taka prymitywna, ale cichy śmiech opuścił moje usta. — A tyłek mam zajebisty.
— Ktoś jest zazdrosny o Hopecrafta, że o nim wspomina? — zapytałam, pokazując zęby w uśmiechu, a dłoń wplatając w błękitne włosy. Druga za to pojechała na jego plecy, niebezpiecznie blisko pośladków, ale z dozą niepewności i uwagi. Na spokojnie. — No dobrze, niech ci będzie, lepszego nie widziałam, zadowolony? — szepnęłam, a przez ciało przeszedł mały dreszcz, dreszczyk.
Zaśmiałam się jeszcze raz, bo w sumie to kompletnie zapomniałam o Yamirze, który cały czas miał na nas doskonały widok i ewidentnie z tego korzystał, nie spuszczając nas z oczu.
— Chyba naprawdę komuś testosteron skacze. Czekam aż wyrośnie ci najprawdziwsza broda. Też będzie niebieska? — Głupi komentarz, głupim komentarzem, ale jeszcze raz, na dobitkę, parsknęłam śmiechem.
Ta atmosfera zdecydowanie działała na mnie... ciekawie.
Śmiech to zdrowie [12]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
Dziewczyna parsknęła śmiechem, na co zostało mi tylko wydąć wargi i bąknąć pod nosem, bo wszechświat w składzie Wanda i Yamir widocznie byli przeciw mnie.
— W sumie to słyszałam tylko o zwiększeniu się ilości estrogenów u kobiet po zażyciu marihuany, u mężczyzn jest raczej odwrotnie, ale... — Zmarszczyłem brwi, gdy dziewczyna nade mną zawisła. Kuszące mrugnięcie, parszywy uśmieszek i ten blond kosmyk, który zawsze uciekał z kitki. — Kto wie, może Nivan jest kobietą, w końcu proszę państwa, te rzęsy, te oczy, ta szczęka, ten nosek — dodała, bez skrupułów gładząc moją twarz, na co zostało mi tylko fuknąć oburzony i udawać, że wcale nie słyszę parsknięć z drugiej strony pokoju. — Gdyby nie ten prawiczy zarost i cała twoja budowa, to można by powiedzieć, że niezła z ciebie laska — mruknięcie. W sumie to miała racje, ale musiałem udawać, że jestem aktualnie najmężniejszym z mężnych w pokoju, a testosteron wręcz wylewa mi się z gaci. Bo co, takie chucherko jak Kumar miało mieć w sobie więcej pierwiastku Marsa, niż ja? Co to, to nie. Uśmiechnęła się szeroko, nachylając się blisko. Zbyt blisko. — A tyłek też masz dobry — wyszeptała na ucho, niezmiernie łechcąc moje ego, ale za chwilę parsknęła głośnym śmiechem.
Oj nie, nie mam zamiaru lecieć w kulki. Szczególnie że tam na drugim łóżku siedzi, a raczej zwija się w konwulsjach spowodowanych śmiechem i niedotlenieniem mózgu Yamir. Hindus bawił się w najlepsze, ryczał jak osioł i starał się nie spaść z wyrka.
Jeden szybki ruch. Nawet nie musiał być silny, dziewczyna była lekka i po chwili znalazła się pode mną, otoczona ramionami, zamknięta w małej klatce, z jednej strony zblokowana materacem, z drugiej moją piersią, z kolejnych rękami.
— Naprawdę, zdaję sobie sprawę z faktu, że jestem tak androgeniczny, że nawet największemu heterykowi staje na mój widok, ale prawiczy zarost? Mylić mnie z Hopecraftem po takiej dawce marysi? Wandziu, słaby z ciebie zawodnik. — Uśmiechnąłem się, przytulając twarz do jej policzka i chuchając agresywnie w szyję. Gorący oddech przy uchu. — A tyłek mam zajebisty.
— W sumie to słyszałam tylko o zwiększeniu się ilości estrogenów u kobiet po zażyciu marihuany, u mężczyzn jest raczej odwrotnie, ale... — Zmarszczyłem brwi, gdy dziewczyna nade mną zawisła. Kuszące mrugnięcie, parszywy uśmieszek i ten blond kosmyk, który zawsze uciekał z kitki. — Kto wie, może Nivan jest kobietą, w końcu proszę państwa, te rzęsy, te oczy, ta szczęka, ten nosek — dodała, bez skrupułów gładząc moją twarz, na co zostało mi tylko fuknąć oburzony i udawać, że wcale nie słyszę parsknięć z drugiej strony pokoju. — Gdyby nie ten prawiczy zarost i cała twoja budowa, to można by powiedzieć, że niezła z ciebie laska — mruknięcie. W sumie to miała racje, ale musiałem udawać, że jestem aktualnie najmężniejszym z mężnych w pokoju, a testosteron wręcz wylewa mi się z gaci. Bo co, takie chucherko jak Kumar miało mieć w sobie więcej pierwiastku Marsa, niż ja? Co to, to nie. Uśmiechnęła się szeroko, nachylając się blisko. Zbyt blisko. — A tyłek też masz dobry — wyszeptała na ucho, niezmiernie łechcąc moje ego, ale za chwilę parsknęła głośnym śmiechem.
Oj nie, nie mam zamiaru lecieć w kulki. Szczególnie że tam na drugim łóżku siedzi, a raczej zwija się w konwulsjach spowodowanych śmiechem i niedotlenieniem mózgu Yamir. Hindus bawił się w najlepsze, ryczał jak osioł i starał się nie spaść z wyrka.
Jeden szybki ruch. Nawet nie musiał być silny, dziewczyna była lekka i po chwili znalazła się pode mną, otoczona ramionami, zamknięta w małej klatce, z jednej strony zblokowana materacem, z drugiej moją piersią, z kolejnych rękami.
— Naprawdę, zdaję sobie sprawę z faktu, że jestem tak androgeniczny, że nawet największemu heterykowi staje na mój widok, ale prawiczy zarost? Mylić mnie z Hopecraftem po takiej dawce marysi? Wandziu, słaby z ciebie zawodnik. — Uśmiechnąłem się, przytulając twarz do jej policzka i chuchając agresywnie w szyję. Gorący oddech przy uchu. — A tyłek mam zajebisty.
Śmiech to zdrowie [11]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
Nivan przetarł twarz, aby następnie wybuchnąć śmiechem, a po nim wybuchnął również Yamir, ale ten jego był zdecydowanie głośniejszy i weselszy. Uśmiechnęłam się szeroko, sama parskając, gdy zobaczyłam ich reakcję.
— Nie, nie wiemy, Wanda, nie w takim stanie — stwierdził w końcu Nivan, wskazując na swojego znajomego.
No tak, czerwone oczy, czego ja mogłam się spodziewać, przecież aktualnie byli pod dosyć wpływem marihuany.
— Wiecie, że popęd seksualny Oakleya zwiększa się po bace i gdy jest gorąco?
— Oh zamknij pizdę.
Typowe przekomarzanie się powróciło, a ja jeszcze raz parsknęłam śmiechem, tym razem głośniejszym, bo komentarz był zdecydowanie trafny, a kontynuowanie tematu kusiło.
Bardzo kusiło.
— W sumie to słyszałam tylko o zwiększeniu się ilości estrogenów u kobiet po zażyciu marihuany, u mężczyzn jest raczej odwrotnie, ale... — stwierdziłam, podnosząc się lekko, chcąc po chwili pochylić się nad Nivanem z błyskiem w oku. — Kto wie, może Nivan jest kobietą, w końcu proszę państwa, te rzęsy, te oczy, ta szczęka, ten nosek — westchnęłam, przejeżdżając dłonią po twarzy chłopaka. — Gdyby nie ten prawiczy zarost i cała twoja budowa, to można by powiedzieć, że niezła z ciebie laska — mruknęłam, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. Nachyliłam się jeszcze bardziej. — A tyłek też masz dobry — szepnęłam mu do ucha, by następnie wybuchnąć głośnym śmiechem.
— Nie, nie wiemy, Wanda, nie w takim stanie — stwierdził w końcu Nivan, wskazując na swojego znajomego.
No tak, czerwone oczy, czego ja mogłam się spodziewać, przecież aktualnie byli pod dosyć wpływem marihuany.
— Wiecie, że popęd seksualny Oakleya zwiększa się po bace i gdy jest gorąco?
— Oh zamknij pizdę.
Typowe przekomarzanie się powróciło, a ja jeszcze raz parsknęłam śmiechem, tym razem głośniejszym, bo komentarz był zdecydowanie trafny, a kontynuowanie tematu kusiło.
Bardzo kusiło.
— W sumie to słyszałam tylko o zwiększeniu się ilości estrogenów u kobiet po zażyciu marihuany, u mężczyzn jest raczej odwrotnie, ale... — stwierdziłam, podnosząc się lekko, chcąc po chwili pochylić się nad Nivanem z błyskiem w oku. — Kto wie, może Nivan jest kobietą, w końcu proszę państwa, te rzęsy, te oczy, ta szczęka, ten nosek — westchnęłam, przejeżdżając dłonią po twarzy chłopaka. — Gdyby nie ten prawiczy zarost i cała twoja budowa, to można by powiedzieć, że niezła z ciebie laska — mruknęłam, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. Nachyliłam się jeszcze bardziej. — A tyłek też masz dobry — szepnęłam mu do ucha, by następnie wybuchnąć głośnym śmiechem.
Śmiech to zdrowie [10]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
Cisza na morzu...
Cisza na planie...
Kto się odezwie...
Dostanie w banię.
Raz. Dwa. Trzy.
— Wiecie, że toksyczność szczwołu zwiększa się po deszczu i gdy jest zimno? — Pierdolnęło nagle, niespodziewanie, z ust nastolatki, która leżała obok mnie. Napięta atmosfera zeszła wręcz natychmiastowo, Yamir, gdyby miał i mógł, to położyłby uszy po sobie, ale zostało mu tylko uniesienie wysoko brwi i zaprezentowanie miny mówiącej głośne „Łał, serio?”.
Przetarłem twarz i parsknąłem nagłym śmiechem, bo cholera, palnąć coś takiego w takiej sytuacji mogła tylko i wyłącznie Przewalska, taka prawda. Ciekawostki o roślinkach były jej konikiem i nikt ani nic nie mogło temu zaprzeczyć, a jak próbował, to szybko zostawał zasypywany pierdylionem informacji, nie tylko o zielarstwie, ale i względnej medycynie, którą interesowała się dziewczyna.
Jakim miodem na serce było usłyszenie również śmiechu Yamira, który widocznie się ode mnie zaraził i teraz opierał się plecami o ścianę, poruszając miarowo ramionami i poprawiając koszulkę na brzuchu. Aż mu trwała falowała.
— Nie, nie wiemy, Wanda, nie w takim stanie — odparłem, wskazując na Kumara, którego oczy były czerwone i to wcale nie od łez przywołanych przez nagły śmiech.
— Wiecie, że popęd seksualny Oakleya zwiększa się po bace i gdy jest gorąco? — Parsknął Hindus, rzucając mi bezczelne spojrzenie.
— Oh zamknij pizdę.
Cisza na planie...
Kto się odezwie...
Dostanie w banię.
Raz. Dwa. Trzy.
— Wiecie, że toksyczność szczwołu zwiększa się po deszczu i gdy jest zimno? — Pierdolnęło nagle, niespodziewanie, z ust nastolatki, która leżała obok mnie. Napięta atmosfera zeszła wręcz natychmiastowo, Yamir, gdyby miał i mógł, to położyłby uszy po sobie, ale zostało mu tylko uniesienie wysoko brwi i zaprezentowanie miny mówiącej głośne „Łał, serio?”.
Przetarłem twarz i parsknąłem nagłym śmiechem, bo cholera, palnąć coś takiego w takiej sytuacji mogła tylko i wyłącznie Przewalska, taka prawda. Ciekawostki o roślinkach były jej konikiem i nikt ani nic nie mogło temu zaprzeczyć, a jak próbował, to szybko zostawał zasypywany pierdylionem informacji, nie tylko o zielarstwie, ale i względnej medycynie, którą interesowała się dziewczyna.
Jakim miodem na serce było usłyszenie również śmiechu Yamira, który widocznie się ode mnie zaraził i teraz opierał się plecami o ścianę, poruszając miarowo ramionami i poprawiając koszulkę na brzuchu. Aż mu trwała falowała.
— Nie, nie wiemy, Wanda, nie w takim stanie — odparłem, wskazując na Kumara, którego oczy były czerwone i to wcale nie od łez przywołanych przez nagły śmiech.
— Wiecie, że popęd seksualny Oakleya zwiększa się po bace i gdy jest gorąco? — Parsknął Hindus, rzucając mi bezczelne spojrzenie.
— Oh zamknij pizdę.
Śmiech to zdrowie [9]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
I w sumie chciałam, żeby tamta chwila powtarzała się w koło, cały czas. Wiecznie. Bez zobowiązań, bez żadnych szczególnych myśli i bez oceniania, po prostu usta na ustach, bez emocji, bez martwienia się, tym co będzie. Oh, jakie to wszystko piękne i kolorowe, bajkowo-cudowne, odurzające. Słodkie jak dojrzałe czereśnie. Szybkie jak sezon na nie.
Chłopak dopalił skręta, aby (oczywiście już po zgaszeniu go w popielniczce) następnie runąć na łóżko do tyłu i z siłą, która wyrzuciła mnie do góry. W sumie to nie wiedziałam, że byłam aż taka lekka. Po raz kolejny parsknęłam śmiechem, troszkę bardziej się rozluźniając i przekrzywiając głowę w bok.
— Zazdrosny? — rzucił nagle w kierunku Yamira, a mnie kompletnie zamurowało, palce jednej dłoni zacisnęły się na pościeli. Oh.
— Płonę istną zielenią, niczym szczwół plamisty, Nivciu. — Zdanie, które dostał w odpowiedzi, a moje palce zacisnęły się na pościeli, tak jak poprzednio, tym razem druga dłoń do kolekcji.
I w sumie Nivowi chwilę zajęło, aby przypomnieć sobie szczwół był. A ja nawet nie musiałam myśleć, bo roślina była znana mi doskonale, wręcz wyryta w pamięci, tak jak wszelkie tkanki budujące organizmy zielone. W końcu dosyć długo z nią... pracowałam. Spojrzałam na Yamira, uśmiechając się, chcąc rzucić jakąś ciekawostką o nim, ale w sumie to zrezygnowałam, bo nie wydawało mi się, żeby gadanie o tym, że szczwał jest najbardziej trujący z rodziny selerowatych było interesujące. Westchnęłam i również runęłam do tyłu.
Cała ta sytuacja była... dziwna.
— Wiecie, że toksyczność szczwołu zwiększa się po deszczu i gdy jest zimno?
Nie, nie mogłam się powstrzymać.
Chłopak dopalił skręta, aby (oczywiście już po zgaszeniu go w popielniczce) następnie runąć na łóżko do tyłu i z siłą, która wyrzuciła mnie do góry. W sumie to nie wiedziałam, że byłam aż taka lekka. Po raz kolejny parsknęłam śmiechem, troszkę bardziej się rozluźniając i przekrzywiając głowę w bok.
— Zazdrosny? — rzucił nagle w kierunku Yamira, a mnie kompletnie zamurowało, palce jednej dłoni zacisnęły się na pościeli. Oh.
— Płonę istną zielenią, niczym szczwół plamisty, Nivciu. — Zdanie, które dostał w odpowiedzi, a moje palce zacisnęły się na pościeli, tak jak poprzednio, tym razem druga dłoń do kolekcji.
I w sumie Nivowi chwilę zajęło, aby przypomnieć sobie szczwół był. A ja nawet nie musiałam myśleć, bo roślina była znana mi doskonale, wręcz wyryta w pamięci, tak jak wszelkie tkanki budujące organizmy zielone. W końcu dosyć długo z nią... pracowałam. Spojrzałam na Yamira, uśmiechając się, chcąc rzucić jakąś ciekawostką o nim, ale w sumie to zrezygnowałam, bo nie wydawało mi się, żeby gadanie o tym, że szczwał jest najbardziej trujący z rodziny selerowatych było interesujące. Westchnęłam i również runęłam do tyłu.
Cała ta sytuacja była... dziwna.
— Wiecie, że toksyczność szczwołu zwiększa się po deszczu i gdy jest zimno?
Nie, nie mogłam się powstrzymać.
Śmiech to zdrowie [8]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
Miała słodkie usta. Tępe w dotyku, prawdopodobnie przez nałożoną szminkę. Miękkie, pełne, delikatne. Nie potrzeba było zbyt wiele czasu by zapoznać się z fakturą, charakterystyką, wszystkim, czym można było opisać te wargi spomiędzy których uciekało tyle miłych słów, obelg, wyzwisk, jak i zwinnych szpilek, które z precyzją co do milimetra wbijały się w doskonale obrane punkty na ciele, jak i w psychice.
Była chłodna. Zimna jak największa istniejąca bryła lodu. Bez uczucia, bez pragnienia, bez odrzucenia. Jakby kto podstawił mi marionetkę upodobnioną do Przewalskiej.
Podobał mi się ten stan rzeczy. Ten brak zobowiązania. Ten mróz, czarna dziura, która przede mną sterczała. Nie odpowiadała. Nie reagowała.
Lubiłem to chyba z powodu natury pustelnika. Bo przecież łatwiej było złapać kogoś na rogu ulicy, w klubie, czy nawet w publicznym kiblu, zaliczyć coś szybkiego i zapomnieć, a w środku dalej rozkoszować się dobrymi, bardzo dobrymi chwilami rozpusty i istnego bałaganu moralnego.
Oboje wiedzieliśmy, że nic to nie znaczy. Przynajmniej miałem taką nadzieję.
Rzuciłem okiem na Yamira. Jego mina mówiła wszystko, wyrażała każdą możliwą emocję, a oczy wręcz szalały. Wiedział o absolutnie wszystkim, znał mnie na wylot, znał moje relacje, znał innych. Teraz tylko karcił mnie wzrokiem, jednak wiedziałem, że gdy Wanda opuści pomieszczenie, będzie gotów nawet poprzestawiać mi nos, chociaż mało kiedy używa przemocy.
Zaśmiała się tylko, gdy wreszcie się od niej odsunąłem, zerknęła w moje oczy, wypuściła dym z delikatnym uśmiechem na ustach. Kaszlnęła. Oczywista oczywistość.
Dopaliłem skręta i zgniotłem go w popielniczce. Yamir nie kwapił się, żeby zrobić kolejnego ze znanych nam wszystkim względów, mi się nie chciało, a Wanda pewno nie umiała, dlatego tylko runąłem jak długi na łóżko, blondynkę przez to podrzuciło, a Hindus dalej lustrował mnie oburzonym wzrokiem.
I wiedziałem, że gdy palnę cokolwiek, to nie tyle, że przywitam się z losem Lorda Voldemorta, a pożegnam się z życiem.
— Zazdrosny? — rzuciłem z uśmiechem na twarzy, a złote oczęta błysnęły groźnie.
— Płonę istną zielenią, niczym szczwół plamisty, Nivciu. — Uśmiechnął się. Źle. Bardzo źle, bardzo niepokojąco, groźnie. Wręcz psychopatycznie.
Krótkie przeszukanie informacji, podstawowe przypominajki o roślinie...
Oh.
Była chłodna. Zimna jak największa istniejąca bryła lodu. Bez uczucia, bez pragnienia, bez odrzucenia. Jakby kto podstawił mi marionetkę upodobnioną do Przewalskiej.
Podobał mi się ten stan rzeczy. Ten brak zobowiązania. Ten mróz, czarna dziura, która przede mną sterczała. Nie odpowiadała. Nie reagowała.
Lubiłem to chyba z powodu natury pustelnika. Bo przecież łatwiej było złapać kogoś na rogu ulicy, w klubie, czy nawet w publicznym kiblu, zaliczyć coś szybkiego i zapomnieć, a w środku dalej rozkoszować się dobrymi, bardzo dobrymi chwilami rozpusty i istnego bałaganu moralnego.
Oboje wiedzieliśmy, że nic to nie znaczy. Przynajmniej miałem taką nadzieję.
Rzuciłem okiem na Yamira. Jego mina mówiła wszystko, wyrażała każdą możliwą emocję, a oczy wręcz szalały. Wiedział o absolutnie wszystkim, znał mnie na wylot, znał moje relacje, znał innych. Teraz tylko karcił mnie wzrokiem, jednak wiedziałem, że gdy Wanda opuści pomieszczenie, będzie gotów nawet poprzestawiać mi nos, chociaż mało kiedy używa przemocy.
Zaśmiała się tylko, gdy wreszcie się od niej odsunąłem, zerknęła w moje oczy, wypuściła dym z delikatnym uśmiechem na ustach. Kaszlnęła. Oczywista oczywistość.
Dopaliłem skręta i zgniotłem go w popielniczce. Yamir nie kwapił się, żeby zrobić kolejnego ze znanych nam wszystkim względów, mi się nie chciało, a Wanda pewno nie umiała, dlatego tylko runąłem jak długi na łóżko, blondynkę przez to podrzuciło, a Hindus dalej lustrował mnie oburzonym wzrokiem.
I wiedziałem, że gdy palnę cokolwiek, to nie tyle, że przywitam się z losem Lorda Voldemorta, a pożegnam się z życiem.
— Zazdrosny? — rzuciłem z uśmiechem na twarzy, a złote oczęta błysnęły groźnie.
— Płonę istną zielenią, niczym szczwół plamisty, Nivciu. — Uśmiechnął się. Źle. Bardzo źle, bardzo niepokojąco, groźnie. Wręcz psychopatycznie.
Krótkie przeszukanie informacji, podstawowe przypominajki o roślinie...
Oh.
Śmiech to zdrowie [7]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
Jeżeli tak to się w ogóle dało określić, to właśnie przeżyłam swój pierwszy pocałunek. Ten magiczny, romantyczny, zawsze tak pięknie opisywany pierwszy pocałunek. Z Nivanem Oakleyem i skrętem w jego dłoni. W jego pokoju, na jego łóżku, z uważnie obserwującym nas Yamirem. I w sumie to nie wiedziałam co z tym fantem zrobić, bo pozostało mi chyba siedzenie jak zaczarowana, bez ruchu, dalej w tym samym miejscu, może trochę spanikowana. Bo właśnie tego się bałam, baliśmy się oboje, że cała piękna otoczka, misternie układany przez nas zamek z kart runie, rozpadnie się i będziemy tłumaczyć się przed sobą ze wszystkich tych naszych małych decyzji, gestów, a na sam koniec zostaniemy z marnym "przecież to nigdy nic nie znaczyło".
I w sumie to była prawda.
Ten "pocałunek" nie znaczył nic, choć po cichu miałam nadzieję, że było wręcz odwrotnie, magicznie, z jakąś ukrytą czułością czy słodkim jak letnie owoce, nastoletnim zauroczeniem. Ale rzeczywistości zmienić nie mogłam. Najzwyczajniejsze dotknięcie cudzych warg swoimi, przekazanie dymu drugiej osoby i odsunięcie się. Chłód.
Może dlatego uśmiechnęłam się po prostu, parskając śmiechem i spoglądając mu w oczy, gdy dym wyleciał już spomiędzy moich ust, po czym odkaszlnęłam kilka razy, nie robiąc nic więcej, bo świadomość, że złote oczy Yamira obserwują każdy ruch naszej dwójki dalej znajdowała się w mojej głowie.
Opuściłam powieki i uśmiechnęłam się, a myśli w głowie cały czas galopowały jak szalone.
Auć. Chyba właśnie wszystko się rozleciało, a mnie czekała długa noc.
I w sumie to była prawda.
Ten "pocałunek" nie znaczył nic, choć po cichu miałam nadzieję, że było wręcz odwrotnie, magicznie, z jakąś ukrytą czułością czy słodkim jak letnie owoce, nastoletnim zauroczeniem. Ale rzeczywistości zmienić nie mogłam. Najzwyczajniejsze dotknięcie cudzych warg swoimi, przekazanie dymu drugiej osoby i odsunięcie się. Chłód.
Może dlatego uśmiechnęłam się po prostu, parskając śmiechem i spoglądając mu w oczy, gdy dym wyleciał już spomiędzy moich ust, po czym odkaszlnęłam kilka razy, nie robiąc nic więcej, bo świadomość, że złote oczy Yamira obserwują każdy ruch naszej dwójki dalej znajdowała się w mojej głowie.
Opuściłam powieki i uśmiechnęłam się, a myśli w głowie cały czas galopowały jak szalone.
Auć. Chyba właśnie wszystko się rozleciało, a mnie czekała długa noc.
Śmiech to zdrowie [6]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Śmiech to zdrowie
Śmiała się cicho na moje słowa, przymykała zielone oczęta, wydymała krwistoczerwone usta. Tak pięknie, jak tylko mogła, a raczej jak miała w zwyczaju i zawsze jej się to udawało. Kontrast cudownie bił po oczach, ale nie drażnił, wręcz przeciwnie, przykuwał uwagę i sprawiał, że miało się ochoty opuścić wzroku z twarzy dziewczyny.
Uniosła wyregulowaną brew, zachowaną w idealnym dla norm społecznych kształcie, spojrzała na mnie ździebko zdziwiona.
— Nie, naprawdę, wszystko jest dobrze, nie ma czym się przejmować — odparła, opierając głowę na moim ramieniu i nie zdejmując z buzi uroczego uśmiechu. Zadrżałem mimowolnie, spiąłem się i wręcz mogłem poczuć niezadowolony wzrok Yamira, który zdążył usiąść na drugim łóżku i przyglądał nam się z niemałym oburzeniem. Ścisnęło mnie gdzieś w środku, bo cholera jasna, trzymałem w ramionach odprężoną, piękną dziewczynę, z którą byłem cholernie blisko. Za blisko.
— Buszka? — Zerknęła na mnie, tym razem ściągając brwi, przyklejając do czoła bruzdę i zamykając wszystko w małej otoczce niepewności.
— Buszka. Dla rozluźnienia. — Mina dziewczyny się nie zmieniała, co upewniło mnie w przekonaniu, że nie wie, o co mi chodzi. — Nie wiesz co to buszek, prawda? — prychnąłem cicho, trącając wierzchem palca jej bok. — Joint, skręt, dym, kumasz teraz? — Uśmiechnąłem się, bo Yamir jak na zawołanie oddał mi bakę.
Zaciągnąłem się. Długo, spokojnie, głęboko, byle schwytać jak najwięcej, byle jak najmniej się zmarnowało. Wzrok Yamira mówił jedno, zrób coś, a cię zamorduję na miejscu. Ledwo widocznie kręcił głową, ściągał brwi, żałował faktu, że oddał mi zwijkę.
Lecz zanim którekolwiek zdążyło jakkolwiek zareagować, objąłem dziewczynę śmielej i bez wahania zetknąłem swoje usta z jej, bo pocałunkiem nazwać tego nie można było, rozchyliłem wargi i wręcz wpompowałem w nią opary, milej ujmując "Podałem jej dym".
Będę żałować.
Uniosła wyregulowaną brew, zachowaną w idealnym dla norm społecznych kształcie, spojrzała na mnie ździebko zdziwiona.
— Nie, naprawdę, wszystko jest dobrze, nie ma czym się przejmować — odparła, opierając głowę na moim ramieniu i nie zdejmując z buzi uroczego uśmiechu. Zadrżałem mimowolnie, spiąłem się i wręcz mogłem poczuć niezadowolony wzrok Yamira, który zdążył usiąść na drugim łóżku i przyglądał nam się z niemałym oburzeniem. Ścisnęło mnie gdzieś w środku, bo cholera jasna, trzymałem w ramionach odprężoną, piękną dziewczynę, z którą byłem cholernie blisko. Za blisko.
— Buszka? — Zerknęła na mnie, tym razem ściągając brwi, przyklejając do czoła bruzdę i zamykając wszystko w małej otoczce niepewności.
— Buszka. Dla rozluźnienia. — Mina dziewczyny się nie zmieniała, co upewniło mnie w przekonaniu, że nie wie, o co mi chodzi. — Nie wiesz co to buszek, prawda? — prychnąłem cicho, trącając wierzchem palca jej bok. — Joint, skręt, dym, kumasz teraz? — Uśmiechnąłem się, bo Yamir jak na zawołanie oddał mi bakę.
Zaciągnąłem się. Długo, spokojnie, głęboko, byle schwytać jak najwięcej, byle jak najmniej się zmarnowało. Wzrok Yamira mówił jedno, zrób coś, a cię zamorduję na miejscu. Ledwo widocznie kręcił głową, ściągał brwi, żałował faktu, że oddał mi zwijkę.
Lecz zanim którekolwiek zdążyło jakkolwiek zareagować, objąłem dziewczynę śmielej i bez wahania zetknąłem swoje usta z jej, bo pocałunkiem nazwać tego nie można było, rozchyliłem wargi i wręcz wpompowałem w nią opary, milej ujmując "Podałem jej dym".
Będę żałować.
Śmiech to zdrowie [5]
Etykiety:
Śmiech to zdrowie,
Wanda Anastazja Przewalska
Tak bardzo typowe przekomarzanie się między sobą, które ja mogłam tylko obserwować z nikłym uśmiechem na ustach, bo w sumie te niektóre dogryzki były zabawne. Naprawdę, przysięgam. Zwieńczone to zostało szerszym otwarciem okna (stwórcy dzięki), które może w jakiś sposób pomogło, choć troszeczkę, na zbierający się w pokoju dym.
— Coś się stało? — mruknął Nivan, siadając za mną, a ja spięłam się jeszcze bardziej.
Bo w sumie nie spodziewałam się tego typu pytania, nie w tym momencie, nie przy Yamirze, nie w zadymionym narkotykowym dymem pokoju, od którego jakimś cudem jeszcze nie zrobiło mi się niedobrze.
— To jak? — zapytał po raz drugi, pochylając się do przodu, by wystawić swoją głowę znad mojego ramienia i spojrzeć na mnie błękitnymi oczami. — Coś nie tak? Coś ze mną? Coś z nim? Zawsze możemy go wyrzucić. — Parsknęłam cichym śmiechem w odpowiedzi.
Krótkie "jestem tu" i ponowne parsknięcie śmiechem ode mnie.
— Źle się czujesz? Ktoś ci coś zrobił? Złamane serduszko? Buszka?
Podniosłam brew, w sumie nawet nie wiedząc, co do końca znaczy ostatnie słowo wypowiedziane przez Niva.
— Nie, naprawdę, wszystko jest dobrze, nie ma czym się przejmować — odpowiedziałam, uśmiechając się i rozluźniając się, po czym odchyliłam się do tyłu, by oprzeć głowę na ramieniu chłopaka. Jest dobrze. Zmrużyłam oczy i ściągnęłam brwi. — Buszka?
— Coś się stało? — mruknął Nivan, siadając za mną, a ja spięłam się jeszcze bardziej.
Bo w sumie nie spodziewałam się tego typu pytania, nie w tym momencie, nie przy Yamirze, nie w zadymionym narkotykowym dymem pokoju, od którego jakimś cudem jeszcze nie zrobiło mi się niedobrze.
— To jak? — zapytał po raz drugi, pochylając się do przodu, by wystawić swoją głowę znad mojego ramienia i spojrzeć na mnie błękitnymi oczami. — Coś nie tak? Coś ze mną? Coś z nim? Zawsze możemy go wyrzucić. — Parsknęłam cichym śmiechem w odpowiedzi.
Krótkie "jestem tu" i ponowne parsknięcie śmiechem ode mnie.
— Źle się czujesz? Ktoś ci coś zrobił? Złamane serduszko? Buszka?
Podniosłam brew, w sumie nawet nie wiedząc, co do końca znaczy ostatnie słowo wypowiedziane przez Niva.
— Nie, naprawdę, wszystko jest dobrze, nie ma czym się przejmować — odpowiedziałam, uśmiechając się i rozluźniając się, po czym odchyliłam się do tyłu, by oprzeć głowę na ramieniu chłopaka. Jest dobrze. Zmrużyłam oczy i ściągnęłam brwi. — Buszka?
Subskrybuj:
Posty (Atom)