piątek, 16 lutego 2018

Śmiech to zdrowie [9]

I w sumie chciałam, żeby tamta chwila powtarzała się w koło, cały czas. Wiecznie. Bez zobowiązań, bez żadnych szczególnych myśli i bez oceniania, po prostu usta na ustach, bez emocji, bez martwienia się, tym co będzie. Oh, jakie to wszystko piękne i kolorowe, bajkowo-cudowne, odurzające. Słodkie jak dojrzałe czereśnie. Szybkie jak sezon na nie.
Chłopak dopalił skręta, aby (oczywiście już po zgaszeniu go w popielniczce) następnie runąć na łóżko do tyłu i z siłą, która wyrzuciła mnie do góry. W sumie to nie wiedziałam, że byłam aż taka lekka. Po raz kolejny parsknęłam śmiechem, troszkę bardziej się rozluźniając i przekrzywiając głowę w bok.
— Zazdrosny? — rzucił nagle w kierunku Yamira, a mnie kompletnie zamurowało, palce jednej dłoni zacisnęły się na pościeli. Oh.
— Płonę istną zielenią, niczym szczwół plamisty, Nivciu. — Zdanie, które dostał w odpowiedzi, a moje palce zacisnęły się na pościeli, tak jak poprzednio, tym razem druga dłoń do kolekcji.
I w sumie Nivowi chwilę zajęło, aby przypomnieć sobie szczwół był. A ja nawet nie musiałam myśleć, bo roślina była znana mi doskonale, wręcz wyryta w pamięci, tak jak wszelkie tkanki budujące organizmy zielone. W końcu dosyć długo z nią... pracowałam. Spojrzałam na Yamira, uśmiechając się, chcąc rzucić jakąś ciekawostką o nim, ale w sumie to zrezygnowałam, bo nie wydawało mi się, żeby gadanie o tym, że szczwał jest najbardziej trujący z rodziny selerowatych było interesujące. Westchnęłam i również runęłam do tyłu.
Cała ta sytuacja była... dziwna.
— Wiecie, że toksyczność szczwołu zwiększa się po deszczu i gdy jest zimno?
Nie, nie mogłam się powstrzymać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis