sobota, 17 lutego 2018

Śmiech to zdrowie [20]

Ku mojej uciesze dziewczyna rozpuściła długie, złote fale, poczochrała je, poukładała, westchnęła z zadowoleniem i świadomością, że obaj gapimy się na nią, jak na eksponat. Tak, ślepia Yamirka też z uwagą ją lustrowały, a mi pozostawało prychać pod nosem na każdą zmianę w jego mimice wskazującą na to, że dokładnie dobiera swoje reakcje do zachowania naszego gościa. No i kto kogo będzie musiał upomnieć po wszystkim? No i kto z kogo będzie się zbijał w najlepsze? Obaj, ale mniejsza o to.
Ciągle bawił się przeklętym, szarym T-shirtem, poprawiał go, zawijał, ugniatał materiał, podszczypywał krańce. Dużo osób miało tutaj wrodzoną nadpobudliwość i potrzebę notorycznego bawienia się rękami albo przedmiotami w zasięgu dłoni.
— W sumie to chyba muszę częściej przychodzić — rzuciła nagle Przewalska, znowu śmiejąc się melodyjnie, na co mi pozostało uśmiechnięcie się, a mojemu towarzyszowi nagłe zamigotanie ocząt. — Oczywiście jeśli mogę. Mogę, prawda? — dopytała się, zerkając na nas z niepewnością w oczach.
— Ja już ci mówiłem, co sądzę o twoich wizytach, pytaj się Yamira — odparłem, bo przecież doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Wanda zawsze była przeze mnie mile widziana. — To jak, Yamuś? Nie masz nic przeciwko? — Niezidentyfikowany dla reszty społeczeństwa grymas na twarzy Yamira, dla mnie oczywista oczywistość, chleb powszedni, wyjaśnienie każdego dręczącego pytania. — Yamuś nie ma nic przeciwko, jak widać — parsknąłem, a Hindus tylko kiwnął głową, wracając wzrokiem do swoich dłoni. — Popracuję nad nim, spokojnie — mruknąłem ciszej, byle Przewalska mnie usłyszała, bo Złoty Chłopaczyna nie odgrywał aż tak istotnej roli w tym momencie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis