Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strach na wróble. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strach na wróble. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 lutego 2018

Strach na wróble [X]

W sumie to kiedyś przydałoby się tu posprzątać. Wspomnienia do kilku nocy wstecz, jakieś niedojedzone resztki, czy skarpety robiące za zakładki nie były czymś szczególnie cieszącym oko, ale jeśli mam być szczery, to razem z Kumarem w tym chaosie odnajdowaliśmy się wręcz idealnie.
Chwała, żeśmy trafili w momencie, gdy Hindus w całkowitej ciszy i spokoju, którą był w stanie rozsiewać na kilometry sześcienne, prawdopodobnie szukał inspiracji, albo naturalnej henny po taniości, a nie leżał rozłogiem, mając przy okazji włączone na cały regulator trapy, którymi lubił męczyć uszy wszystkich dookoła.
— Yamir, prawda? — rzucił towarzysz, który najwidoczniej zdążył się już zaaklimatyzować. Pudelek spojrzał na niego tym nieco rozmarzonym, złocistym wzrokiem i tylko kiwnął w moją stronę, gdy uniosłem rękę w geście przywitania. Przyrzekam, gdybyśmy mogli, zaczęlibyśmy wzruszać ramionami z minami „Nie, naprawdę nie wiem, co on tu robi”. — Strach Na Wróble wspominał, że posiadasz dobra materialne o wartości niezmierzonej w hektolitrach szczęścia... — Uniosłem brwi na słowa chłopaka. Strach Na Wróble? Tego jeszcze nie grali. Yamir tylko parsknął pod nosem, a ja już wiedziałem, że szczególnie spodobała mu się nowa szpila. — Ile, czego, za co? — powiedział, zbliżając się do chodzącego metalu szlachetnego. W tym momencie Kumarowi odpowiednia zapadka przeskoczyła, po czym przeleciał go wzrokiem od stóp do głów, by już za chwilę posłać mi pełne oburzenia spojrzenie.
— Nivan, mieliśmy się już w to nie bawić — mruknął oschle, dalej nie spuszczając ze mnie wyjątkowo chłodnych, nawet jak na złoto, oczu.
— Nie narzekaj, trochę wpadnie ci do kieszeni i tyle, co za problem. — Założyłem ręce na piersi, by spotkać się z chwilowym zacięciem płyty, agresywną pracą trybików w głowie chłopaka, widokiem analizy wszystkich możliwych wyjść z tej sytuacji i obliczania prawdopodobieństwa niewypału. Westchnął cicho.
— A czego ci potrzeba?

Strach na wróble [16]

— Yamir, złoty chłopaczyna, zaprawdę. Dosłownie i w przenośni, a co do poznania, powiedzmy, że zetknąłem się z tym osobnikiem na jednej z wycieczek między krajoświatami — odparł, otwierając drzwi. Skinąłem ze zrozumieniem głową, wchodząc do środka, doskonale wiedząc, że usłyszałem pewnie skróconą i niekoniecznie zgodną z prawdą wersję, ale hej. Podobnie przedstawiłbym moją relację ze światłością mojego życia. Dziwność, złotość i jednocześnie nic specjalnego pod względem historii. Doszliśmy plątaniną korytarzy, najprawdopodobniej do pokoju chłopaka, żeby już po chwili zagłębić się w ewidentnie męskie królestwo. Co więcej można powiedzieć? Bokserki zwisały z lampy, skarpetki leżały swobodnie na komodzie, a szafa pewnie była pełna wszystkiego oprócz elementów ubioru. Śmierdziało, jakby coś tu zdechło i znajdowało się już w późnej fazie rozkładu, ale strzelałem, że całość stanowiła woń zwietrzałych fajek i mieszanina środków odurzających.
Chociaż wolałem nieco większy porządek, to chyba właśnie trafiłem do raju.
— Yamir, prawda? — odchrząknąłem, spoglądając na siedzącego na łóżku chłopaka. — Strach Na Wróble wspominał, że posiadasz dobra materialne o wartości niezmierzonej w hektolitrach szczęścia... — Dobra, skończ pierdolić, James, bo już ci się ponownie łapy zaczynają trząść. — Ile, czego, za co? — rzuciłem, robiąc krok do przodu, żeby nie stać w miejscu, bo już i tak byłem zbyt podminowany, znudzony, rozproszony. 

wtorek, 20 lutego 2018

Strach na wróble [15]

— Prowadź. — Przewróciłem oczami na jego niezbyt żywy i zachęcający do prowadzenia dalszej rozmowy ton. Szybkie kroki z nowym towarzyszem nabierały tempa z każdą kolejną chwilą, jakbyśmy obaj piekielni się bali, że ktoś przyłapie nas na gorącym uczynku, albo coś w tym stylu, chociaż byliśmy chyba jedynymi świadomymi celu naszej podróży osobami na kampusie. — To kim jest ten Zielarz, skąd się znacie? — dodał po chwili, już przyjemniejszym dla ucha głosem, nieco mniej opryskliwym i posiadającym wyrzuty do większości świata. Parsknąłem cicho. Skąd znałem Yamira? Długa historia, naprawdę nie chce mi się zagłębiać dobre osiem lat w tył i wspominać głupoty dziesięcioletnich gówniarzy pragnących zbawić świat ze swoim kijkiem i zerową wiedzą o rzeczywistości, która w sumie dalej ginęła gdzieś za kotarą wyimaginowanego świata dzieci.
Czasem nawet brało mnie na wspominki tych beztroskich lat.
Czasem.
— Yamir, złoty chłopaczyna, zaprawdę. Dosłownie i w przenośni, a co do poznania, powiedzmy, że zetknąłem się z tym osobnikiem na jednej z wycieczek między krajoświatami — odparłem, otwierając wrota szkoły przed kopniętym fanem vernylu i pewnie też innych środków odurzających, sam natomiast wpełzłem, dopiero gdy ten przekroczył ten przeklęty próg, bo powiedzmy sobie szczerze, szkoła normalna nie była i będę powtarzać to do usranej śmierci. Przynajmniej będzie o czym gadać na spotkaniach rodzinnych, nie ma co.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Strach na wróble [14]

— Vernyl? — Skrzywiłem się widocznie, widząc jak się na mnie gapi. Vernyl był czymś dobrym. Uspokajającym, stosowano go nawet czasem w ciężkich przypadkach jako właśnie środek uspokajający, uśmierzający ból, nic nie działało tak dobrze. Vernyl pozwalał zapomnieć, oddalić się od własnych emocji, historii, tego całego gówna ze świata, który cię otaczał, że miałeś ochotę się powiesić. Aktualnie nawet nie byłem pewien, czy potrafiłem myśleć logicznie bez vernylu. Ta jasność umysłu, te subtelne powiązania między konkretnymi elementami, które dały się zauważyć jedynie prawdziwie bezstronnej osobie. Nawet już po małej dawce zaczynałeś czuć się widzem, a nie twórcą czy uczestnikiem pewnych wydarzeń.
Pod pewnymi względami vernyl był jedynym sposobem, żeby widzieć prawdę. Rzeczywistość taką, jaką jest. 
— Sam nie mam z nim kontaktu, ale mój towarzysz coś od niego kitra, możemy do niego skoczyć i dopytasz się o to i owo. — Skinąłem ze zrozumieniem głową.
— Prowadź — mruknąłem mało zachęcająco, ale szybkim krokiem zmierzaliśmy w stronę prawdopodobnie mojego nowego dilera. Sam Stracharz raczej wyglądał na zdziwionego, ale jego mina wyraźnie sugerowała, że doskonale znam narkotyk. Nawet lepiej, zawsze buchanie w grupie rozluźniało umysł, nerw. — To kim jest ten Zielarz, skąd się znacie? — rzuciłem, bardziej, żeby zepchać niekomfortową ciszę na boczny tor. 

Strach na wróble [13]

Kto by się spodziewał, blondyneczka była absolutnie wybita z rytmu, mrugała jak nienormalnie i zastanawiała się, gdzie tak w sumie się znalazła i jak się znalazła. Zdecydowanie nie było z nim dobrze, zdecydowanie zataczał dziwne orbity we własnym umyśle i zdecydowanie był pod wpływem, pytanie tylko czego? Nosiło go, no i nawet namolne ukrywanie rączek po kieszeniach nie przeszkadzało w doglądaniu się delikatnego drgania. Paralitycy sami w tej szkole albo ćpuny, albo fanki z IQ godnym głazu.
— Jakieś szanse, że znasz tego gościa od jointów i że będzie miał przy sobie vernyl? — spytał nagle, całkowicie wgniatając mnie w fotel, przyprawiając o zmarszczenie brwi i stężoną dawkę niepewności wymieszaną z niepokojem.
Vernyl?
Jakieś super hiper niesamowite to nie było, niebezpieczne owszem, ale i tak.
Vernyl?
V e r n y l?
— Vernyl? — spytałem, gapiąc się na niego jak sroka w gnat. Nie, że nie słyszałem, czy coś, ale zdecydowanie już od dawna nie spotkałem się z kimś, kto gustowałby w tym prochu. Nawet od bardzo dawna, bo kontakt się już urwał i nawet z imion ich nie pamiętałem. Westchnąłem tylko ciężko. Z kim ja się zadałem. — Sam nie mam z nim kontaktu, ale mój towarzysz coś od niego kitra, możemy do niego skoczyć i dopytasz się o to i owo — dodałem, przecierając twarz. Wtyki Złocisza z dnia na dzień zadziwiały mnie coraz bardziej, bądźmy szczerzy.

niedziela, 18 lutego 2018

Strach na wróble [12]

Prychnięcie, śmiech, wzruszenie ramionami. Dokładnie w tej kolejności, ale cóż mogłem poradzić, ta szkoła produkowała widocznie masowy element przestępczopodobny, którego jedynym celem życiowym było trafić najpierw do więzienia, a dopiero po orzeczeniu sądu o niepoczytalności do wariatkowa. Każdy ma inne priorytety w końcu, jedni zdobywają światy, inni tyłki koleżanek z rocznika. Każdemu jego porno. 
— Ze świerku, a te akcje to nawet nie ta dużo, znając życie, z dnia na dzień będzie coraz ciekawiej, więc nie bój żaby, jeszcze się rozkręcimy. — A nie mówiłem? Niby zawsze lepiej niż jodła, ale gościu od samego początku wyglądał na nienormalnego, swój w końcu zawsze swego pozna. 
— Ta dam, jesteśmy — rzucił, prezentując mi jeden z kampusowych budynków. Zamrugałem, próbując sobie przypomnieć, gdzie wylądowaliśmy, bo szybkie oprowadzanie nie wystarczyło, żebym jeszcze wszystko dokładnie spamiętał. W dodatku ręce zaczynały mi się powoli trząść w kieszeniach, a skoro znajdował się tu gościu od baki, to równie dobrze powinien mieć trochę moich ulubionych ziółek na zbyciu. Miałem nadzieję, bo inaczej cały budynek rozsadzę. 
— Jakieś szanse, że znasz tego gościa od jointów i że będzie miał przy sobie vernyl? — rzuciłem, bo ostatecznie Stracharz nie wyglądał na kapusia, a zawsze lepiej jarało się w grupie. 

sobota, 17 lutego 2018

Strach na wróble [11]

— A ty się z jakiej choinki urwałeś? Tutaj pedofilia, tam dragi, tu ktoś kogoś pierdoli bez certolenia się, Dia już obskoczyła mi mój akademika, twierdząc, że tutejsze dziwy wykończyły nawet bibliotekarza. — Wyrównał ze mną krok, a na jego słowa mogłem zareagować jedynie cichym prychnięciem, śmiechem i wzruszeniem ramionami.
— Ze świerku, a te akcje to nawet nie ta dużo, znając życie, z dnia na dzień będzie coraz ciekawiej, więc nie bój żaby, jeszcze się rozkręcimy — odparłem, zawijając kabel od słuchawki na palcu, bawiąc się samym głośniczkiem i starając się dostosować tempo do chłopaka, którego kroki dość ociężałe i smętne nie pozwalały na szybszy spacerek. Sam za to prychał, fukał, rozglądał się, dalej będąc w stadium wyglądania, jakby dopiero co się porządnie spizgał, co w sumie nie jest aż tak bardzo nieprawdopodobne, w końcu kto o zdrowych, trzeźwych zmysłach gubi się w lasku tuż przy szkole, rzuca telefonami i fikołkuje jak na olimpiadzie? No, w sumie to nikt, no, chyba że Miracles jest jakimś wyjątkiem od reguły i trzeba będzie się przyzwyczaić do nowych realiów. — Ta dam, jesteśmy — dodałem, prezentując budynek, gdy zdążyliśmy już wypełznąć spomiędzy drzew, runa leśnego i całego tego świństwa. W sumie to trudno go nie wyczaić, ale jak kto woli.

piątek, 16 lutego 2018

Strach na wróble [10]

— Nauczyciel sztuk artystycznych, ale bardziej znamy go jako tutejszego ćpuna i nieuleczalnego alkoholika, pana swojej meliny, jaką jest jego klasa. Żyć nie umierać. — Zmrużyłem oczy, zastanawiając się, gdzie już zasłyszałem to nazwisko. Przy wprowadzaniu raczej nie padło, ale gdzieś z tyłu głowy czaiło się ciche przypomnienie, że, hej, już raz czy dwa wystąpiło, ktoś na coś zwrócił uwagę, ale co to było? Sam opis mężczyzny brzmiał niezbyt zachęcająco, ale otwierał nowe drogi łatwego zdobywania alkoholi, dragów i wszystkiego tego rodzaju, więc byłem nawet całkiem zadowolony z pogawędki z dupkowatym strachem na wróble. 
— Podobno też pedofil i ma romans z uczennicą, ale kto ich tam wie, ta szkoła schodzi na psy, dyrcio też podobno jakiegoś gówniarza zdążył już obskoczyć. — Prychnąłem coś niezrozumiałego pod nosem, kolekcjonując informacje, może się przydadzą na potem.
— A ty się z jakiej choinki urwałeś? — spytałem chłopaka, przyśpieszając nieco, żeby za nim nadążyć. — Tutaj pedofilia, tam dragi, tu ktoś kogoś pierdoli bez certolenia się, Dia już obskoczyła mi mój akademika, twierdząc, że tutejsze dziwy wykończyły nawet bibliotekarza. — Plotki ploteczkami, ale historie o strasznym duchu biblioteki brzmiały ciekawie, choć wyglądało na to, że każdy kolejny rocznik przepuszczał prawdziwą wersję przez coraz większe sitko i do kolejnej generacji dochodziły tylko ogniskowe historie rozhulanej młodzieży w stanie skrajnego upojenia. 

środa, 14 lutego 2018

Strach na wróble [9]

Chłopak kodował, marszczył brwi i starał się przemielić ofiarowane mu informacje.
— Mińsk to ten spasiony dyrcio, którego celem życiowym jest zamiana własnej krwi w wino? — spytał, na co odparłem pokiwaniem głową, licząc na to, że zwróci na gest uwagę i nie będę musiał tego potwierdzać słownie. Dalej zachowywał się dziwnie, momentami trochę bardziej, innym razem trochę mniej, ale jednak ciągle, a teraz, gdy schował szybko rozedrgane ręce do kieszeni, to tylko mnie w tym upewnił. — Przewalski, to jakiś Foma, którego ogarniała Heather, tak? — Wzruszyłem ramionami, bo te tajemnice szkolne nie były już mi znane. — A Remus to co to za typ w ogóle jest? — spytał, mocno akcentując zdanie fuknięciem i wbiciem we mnie spojrzenia, które gdy skupiło się na człowieku, przebijało go na wylot.
— Nauczyciel sztuk artystycznych, ale bardziej znamy go jako tutejszego ćpuna i nieuleczalnego alkoholika, pana swojej meliny, jaką jest jego klasa. Żyć nie umierać. — Westchnąłem cicho, przecierając kark. — Podobno też pedofil i ma romans z uczennicą, ale kto ich tam wie, ta szkoła schodzi na psy, dyrcio też podobno jakiegoś gówniarza zdążył już obskoczyć — dodałem, skręcając przy okazji, bo ździebko zaczynaliśmy zbaczać z poprawnego kursu, który doprowadzić miał nas do placówki. No i wiedziałem, że mam trochę za długi jęzor przy tym jegomościu, ale coś mi podświadomie mówiło, że z tego wszystkiego może wyjść dość ciekawa afera.

wtorek, 13 lutego 2018

Strach na wróble [8]

Co mogłem powiedzieć, nosić mnie zaczynało jak cholera, a rozwalenie telefonu powoli zaczynało doskwierać. Na dobrą sprawę nie pamiętałem nawet własnego numeru, cudzego tym bardziej, a Sky mnie zabije, jeżeli nie będę do niej pisał co jakiś czas i zdawał relację z tego, co się tutaj odjaniepawla na tym zadupiu, krańcu świata, zwał jak zwał. 
— Najszybciej pójdzie w mieście, ale jak nie chce ci się za bardzo dupy trząchać, to zapraszam do Przewalskiego, zawsze ma jakieś szlugi na zapas. Alkohol najlepiej podwalić od Mińska albo Remusa, a po zielsko, to podobno pojawił się u nas w tym roku jakiś szczególny fan baki, polecam powęszyć. — Bardzo dużo imion, bardzo dużo informacji, z których tylko jedno w miarę sensownie kojarzyłem. Chwila, chwila, coś mi tam w głowie przez opary vernylu powoli zaczynało świtać.
— Mińsk to ten spasiony dyrcio, którego celem życiowym jest zamiana własnej krwi w wino? — spytałem dla upewnienia się, czy na pewno nie myliłem aktualnie osób, bo mój umysł nadal nie do końca pracował prawidłowo. Za mało, za dużo, za zimno, za ciepło. Wszystko na raz. Wsadziłem ręce do kieszeni spodni, żeby nie drgały mi nerwowo na widoku. — Przewalski, to jakiś Foma, którego ogarniała Heather, tak? — Głupia gówniara, też jakby składniej nie mogła mówić, kogo ona tu zna, kogo ona tu nie zna. — A Remus to co to za typ w ogóle jest? 

czwartek, 8 lutego 2018

Strach na wróble [7]

Chłopak był dość odkorowany, delikatnie rzecz ujmując. Oczy mu latały, dość szybko, dość nieskładnie, orbitowały w zabójczym tempie i zastanawiałem się, jakim cudem mięśnie mu nadążają. Do tego wszystkiego, co chwila się zatrzymywał, mówił w sposób nietypowy i poruszał się jak paralityk. Zacząłem poważnie zastanawiać się nad tym, czy jest chory psychicznie, naćpany, czy może po prostu jedyny w swoim rodzaju, jak to czasami trzeba określić osoby na kampusie. Tak zdecydowanie, niektóre persony można było opisać mianem „specjalnej troski”. Nie tylko ze względów na ich stan mentalny, ale i fizyczny, jak Yev, który dalej nie zainwestował w folię bąbelkową i dalej włóczył się niemrawo po terenach szkoły, modląc się, żeby go tym razem co nie potrąciło.
— Hej, ostatnie pytanie i obiecuję odwdzięczyć się paczką fajek, ale gdzie tu można skołować towar? Fajki? Cokolwiek? — James nagle wybił mnie z toku myślowego i ponownie zwrócił na siebie moją uwagę. Kroczył kawałek za mną, co chwila przystając i coraz bardziej się oddalając, chociaż teraz starał się zrównać ze mną tempo i wysokość, na której się znajdowaliśmy.
— Najszybciej pójdzie w mieście, ale jak nie chce ci się za bardzo dupy trząchać, to zapraszam do Przewalskiego, zawsze ma jakieś szlugi na zapas. Alkohol najlepiej podwalić od Mińska albo Remusa, a po zielsko, to podobno pojawił się u nas w tym roku jakiś szczególny fan baki, polecam powęszyć.

Strach na wróble [6]

Chłopak, bo jednak chłopak, nie do końca jeszcze wyrósł, żebym był w stanie nazwać go mężczyzną. Może nawet należał do osób młodszych ode mnie, kto go tam wie. Czasem przez podróże międzywymiarowe czy pochodne, magiczne niedogodności nie wiedziałem już, w jakich czasach się znajduje, o obecnej dacie czy roku nawet nie wspominając.
W każdym razie wzruszył ramionami, jego niebieskie włosy załomotały pod wpływem wiatru, który rozruszał przy okazji wszystkie gałęzie okolicznych drzew, płosząc kilka ptaków i powodując nieprzyjemne skrzeczenia. Udałem, że wcale po plecach nie przebiegły mi ciarki, nie wzdrygnąłem się, wcale, co to, to nie. 
No, może jednak nie czułem się za bardzo komfortowo, nieco nadal przyćpany, może nawet będąc na zjeździe, w obcym miejscu, na nieznanym terytorium i w dodatku z nieco przerażającym kolegą, od pierwszej znajomości.
— Chodź — mruknął tylko nieskładnie, w sumie to nawet na milczka takiego wyglądał. Anarchista, wyznawca Szatana albo kto go tam wie? Podążyłem za nim, starając się nadążyć, choć nieco zostawałem w tyle, gapiąc się na przypadkowe rzeczy. Cało to miejsce, cały kampus wyglądał dziwacznie, zbitek najróżniejszych stylów architektonicznych, wciąż resztki wiszącej w powietrzu magii budowlanej. I sama atmosfera grozy. 
Swoją drogą, zaczynało mi się kończyć paliwo.
— Hej, ostatnie pytanie i obiecuję odwdzięczyć się paczką fajek — zacząłem, bo w sumie Oakley był raczej zorientowany w temacie — ale gdzie tu można skołować towar? Fajki? Cokolwiek? — spytałem z nadzieją. 

poniedziałek, 5 lutego 2018

Strach na wróble [5]

Zdawało się, że świadomość rozgwizdania swojej komórki w drobny mak dotarła do niego dopiero w momencie, gdy go o to zapytałem. No cóż i tak bywa, a w emocjach ludzie lubują się w zapominaniu, szczególnie o zdrowym rozsądku.
— Teraz już tak — odparł cicho, dalej wpatrując się w resztki swojego sprzętu i marszcząc delikatnie czoło, odwrócił wzrok na drzewo, o które huknął telefonem. — Chyba potrzebuję się napić — szepnięcie, najwyraźniej do samego siebie, bo byłem już mu raczej zbędny i obojętny. Otrzepanie kolan i żwawe ruszenie przed siebie, gdy coś jednak jakąś niewidzialną siłą zatrzymało w niezbyt imponującej odległości ode mnie. Mruknął, stęknął, jęknął, cokolwiek. — Którędy się wraca? — spytał w końcu, finalnie wbijając we mnie chłodne, zielone spojrzenie.
Wzruszyłem ramionami, w końcu i tak sam miałem się zbierać do akademika. Nabiegałem się? Nabiegałem. Nawdychałem pierdolonego smogu świeżego powietrza? Nawdychałem. Poruszałem się w końcu i nie gniłem jak ostatni śmieć przed komputerem? Poruszałem. Brawo ja. Już wyczerpałem roczny limit.
— Chodź — mruknąłem tylko, już nawet nie wciskając słuchawek do uszu, a jedynie odwracając się na pięcie i kierując w stronę absolutnie odbijającą od tej dobranej przez blondyna. Już nawet zignorowałem sam fakt, że znając życie, chciał tylko instrukcję, jak dotrzeć do szkoły, a nie prywatną niańkę do odprowadzania. Srał pies.

Strach na wróble [4]

— Oakley, dwójeczka. — Skinąłem głową, zapamiętując sobie nazwisko chłopaka, dopasowując w miare jego charakterystyczne cechy do tworzonego w mojej głowie profilu i upewniłem się, że dwukrotnie zanotuję rocznik. Nie żebym był podejrzliwy (ale byłem), to miałem wrażenie, że za panem Oakley`em krok w krok chodzą kłopoty, o ile nawet nie śmierć sama w sobie. Tego rodzaju jednostki lepiej znać zawczasu, zaopatrzyć się w arsenał potencjalnych obietnic, starych przysług i tym podobnych. Na wszelki wypadek oczywiście, kto by się tam spodziewał, że relacja zapoczątkowana od straszenia w lesie może wyjść gdzieś dalej, ale wyczuwałem tutaj potencjał na partnera w zbrodni. A to już coś. 
— Nie szkoda ci było telefoniku? — Zerknąłem na resztki urządzenia, które walały się gdzieś tam po trawie. Rozleciała się? Kiedy, jak, gdzie? Trzask pękniętego ekranu słyszałem raczej na pewno, ale dopiero teraz zauważyłem, że jeżeli z ziemi błyska o mnie fragment obudowy, to raczej rzuciłem mocniej niż zamierzałem. Auć.
— Teraz już tak — stwierdziłem, wpatrując się w drzewo, na którym chwilę temu wyładowałem swoją złość. — Chyba potrzebuję się napić — mruknąłem w końcu do siebie, otrzepując piasek z kolan. Miałem już machnąć nieznajomemu (no, teraz już znajomemu) na pożegnanie ręką, ale zorientowałem się, że nie znam drogi. — Uhm... Którędy się wraca? — spytałem cicho, przenosząc wzrok na Oakley`a. 

czwartek, 1 lutego 2018

Strach na wróble [3]

Naburmuszony chłopak fukał jak rasowy kocur, puszył się i zerkał na mnie spod byka. Dostrzec można było, że wciąż lawiruje myślami gdzieś w innym świecie, z dala od obecnej sytuacji. Hiperwentylował, zachowywał się bardziej niż dziwnie, a mi tylko zostało zadawać sobie pytanie, skąd biorą się takie jednostki.
— Błogosławieni zresztą głośni, którzy nie pozwalają nowym ludziom zawału dostać, amen. Miracles, drugi rocznik? Trzeci? Pierwszak? — Nagle zmienił temat rozmowy, niby się rozpogodził, niby ogarnął, ale nieprzyjemny dreszcz dalej latał to w górę, to w dół mojego kręgosłupa. Źle mu się z oczu patrzy, to pewne.
— Oakley, dwójeczka. — Pytanie w drugą stronę było raczej zbędne, nówka nieśmigana, no, chyba że postanowił się tu zwalić na czwarty rok, jak ten niepokojący jegomość, który łypał okiem na nasze szkolne gołąbeczki. Coś wisiało w powietrzu, coś ciężkiego i bardzo śmierdzącego. Bodło nawet osoby trzecie, które mało co miały wspólnego z sytuacją tej trójki.
Ogólnie rzecz biorąc, nad szkołą wisiała potężna siekiera, która prędzej, czy później musiała w końcu spaść i rozpiździć wszystko w drobny mak. Wręcz się o nią modliłem, bo ilość zamieszania i głębokość bagna, w które każdy zdążył się wkopać, sięgała nosa, a do tego capiła starym dziadem i fekaliami, delikatnie mówiąc.
— Nie szkoda ci było telefoniku? — Zerknąłem na drzewo, o które chwilkę temu blondyn postanowił rozbić komórkę, siadając wielce oburzony na cały wszechświat.

Strach na wróble [2]

— Mógłbym zadać ci to samo pytanie. — Szybka wymiana spojrzeń między nim a drzewem, czyli jedyną rzeczą w okolicy, która nadawała na podobnych falach i najwyraźniej na w miarę kompatybilnym poziomie IQ. To się leczy, przysięgam, to się jakoś leczy, a jak tylko dobiorę się w końcu dzięki Herze do tych dziwnych, szkolnych teczek z danymi uczniów, w końcu będę mógł się poczuć dobrze, bezpiecznie i kontrola nad sytuacją wróci do właściwej osoby.
Nie lubiłem lądować w nowym miejscu, bez żadnego ogaru, a doskonale zdawałem sobie sprawę, że resztki sproszkowanego vernylu wciąż siedzą mi w organizmie, więc pewnie pierdolę od rzeczy i wcale nie panikuję, wcale nie zaczynam się hiperwentylować, wcale. 
Czasami sobie uświadamiałem dlaczego kiepski towar ssał. 
— Hej, hej, hej, to nie ja się podejrzanie szlajam po lasach i dźgam napotkanych ludzi słomą, nikt nie nauczył, że się do obcych nie podchodzi? — wymamrotałem w końcu, wciąż naburmuszony, że wystraszyłem się kogoś tak... przeciętnego. Gdzie masz swój honor, Miracles, drugi tydzień wywalili cię z Carvind i już miękniesz. 
Aż zaczynałem tęsknić do ichnich metod wychowawczych, a to było wyraźną wskazówką, że należało zmienić temat i skierować myśli na nowe tory. 
— Błogosławieni zresztą głośni, którzy nie pozwalają nowym ludziom zawału dostać, amen. Miracles, drugi rocznik? Trzeci? Pierwszak? — zagaiłem.

Strach na wróble [1]

Za dużo w zbyt krótkim czasie, za mocno, zbyt nagle. Przecież ja tutaj wykituję, jak tak dalej pójdzie. Kutas mamci się wprowadził, jak mi bachora sprawią, to nie ręczę za siebie, krew będzie tryskać dłużej, niż temu przyszło ustrzelić gola, przysięgam. Zawaliłem skrypt zaporę czy co to tam wie i tęczowe karniaki na twarzy ojca Dextera na oficjalnej pięknie świecą, ale w sumie to mogą mnie wyhaczyć szybciej niż zeszłoroczny przekręt z napisem "Hollyweed" w filmowej stolicy.
Zostało mi nic innego jak wcisnąć w uszy słuchograje, odpalić coś i wybrać się na jogging, bo nawet w pokoju nie miałem spokoju przez upierdliwą Przewalską, klejącą się jak rzep do psiego ogona i ciągle domagającą się czyjejś uwagi, najczęściej mojej.
Czy to, co z nią robiłem, było dopuszczalne?
Cytując Hamleta, akt piąty, scenę pierwszą, wers 425: Nie.
No, ale co, było, póki co pięknie, cudownie i pachnąco, no to, co miałem robić, jak nie brnąć w to bagno popsikane metrami sześciennymi Ambi Pur?
Zdecydowanie miałem przesrane, o czym my mówimy.
No, może nie tak jak nietypowy jegomość, najwyraźniej nowy, który wyginał się na wszystkie strony świata, szukając swoją nieszczęsną komórką, najpewniej, sygnału.
Że tu? Że sygnał? Że myślisz?
Kijem przez szmatę bym tego nie dotknął, szczególnie że uwalił się dupskiem przy ulubionym drzewku okolicznej sfory. Wytargałem samograje z uszu i łapiąc pierwsze lepsze chabazie, podbiłem do młodzieńca, szturchając go agresywnie w kark. Skok tygrysa, kozioł pandy, panika wymalowana na twarzy.
— O ja pierdolę, co ty wyprawiasz?! — Uniosłem brwi, uśmiechając się na słowa chłopaka, który spoglądał na mnie jak na skończonego wariata, którym w sumie byłem.
Było coś niepokojącego. Nieprzyjemny dreszcz i strzykanie w kolanie upewniło mnie, cholera, skończę w grobie, nie ma bata, jak nie teraz, to za jakiś czas, zobaczycie.
— Mógłbym zadać ci to samo pytanie. — Zerknąłem na rozbity telefon, potem na furiata, potem na niesławne drzewko i z powrotem na furiata. Wyrzuciłem uschnięte trawy i założyłem ręce na piersi.

Strach na wróble [0]

Ja pierdolę, kurwa czyjaś mać, ten świat nawet nie zasługiwał, żebym obrzucał go spojrzeniem, które wyraźnie mówiło, że tym razem nawet moja matka sięgnęła granic absurdu, do których nie dotarła żadna z moich sióstr. A to już był, na Livernell, wyczyn. 
Świat się walił, la la la, świat się walił la la la, a ja zaraz kogoś zapierdolę, jeżeli się nie dowiem, dlaczego nigdzie nie ma zasięgu. Potrzebowałem coś sprawdzić, skontaktować się, zadbać o zaplanowane wcześniej przedsięwzięcie, upewnić się, że ślad po kilku trupach nie zostanie znaleziony na wieki wieków amen, ale nie byłem w stanie tego zrobić, zastanawiając się, jakim prawem kreski w telefonie komórkowym wyraźnie pokazują brak sieci. 
Mów mi jeszcze, ja już zadbam, aby się zemścić na wszystkim w promieniu czterdziestu kilometrów, jeżeli ktokolwiek w ogóle pomyśli o powiązanie mnie z tym drobnym, miłym, wcale nie niebezpiecznym wypadkiem na Haiti dwóch zagranicznych premierów... 
Warknąłem z irytacją, rzucając telefonem o drzewo i rozglądając się wokoło. Dobra, mogłem być tu dopiero kilka godzin, a już zdążyłem zgubić się w lesie, zasięg wołał o litość, a wszystkie okoliczne cienie wyglądały jak postać Stracha Na Wróble (Tego Stracha Na Wróble, z Tego horroru, którego nie powinienem oglądać, ale oczywiście nie miałem, co wczoraj robić i ja nie mam rady, potrzymaj mi piwo i nawet jeżeli lubowałem się w widoku rozwleczonych na kilometrach kwadratowych zakrwawionych elementów ciała, to wolałem, gdy nie były to moje własne).
Przytul mnie ktoś, zaraz zwariuję.
Westchnąłem, warknąłem, usiadłem pod drzewkiem i zastanowiłem się, dlaczego w ogóle ja tu wylądowałem. A tak. Jeden czy drugi wypadek z fajerwerkami, całkowicie nieszkodliwy, dyra była jak zwykle przewrażliwiona na punkcie swojego chomika, skąd mogłem wiedzieć, że tasmańskie chomiczki wygryzają palce swoim opiekunom, jeżeli zostaną przestraszone dźwiękiem. A że pod oknem, skąd miałem wiedzieć, że to było okno dyrektorki.
I  to wszystko wina świata, to zawsze jest mina świata i...
— O ja pierdolę, co ty wyprawiasz?! — Zerwałem się na nogi, wyrżnąłem karykaturalnego fikołka i przejechałem dupą po mokrej trawie, tak ze dwa metry. Ale przysiągłbym, że czyjaś (najpewniej słomiana dłoń) dotknęła mojego karku.
A potem zauważyłem samobójcę, który trzymał w ręku źdźbła uschłej trawy, którą musiał mnie dźgnąć w kark. 
.
.
.
.
.
.
template by oreuis