— A ty się z jakiej choinki urwałeś? Tutaj pedofilia, tam dragi, tu ktoś kogoś pierdoli bez certolenia się, Dia już obskoczyła mi mój akademika, twierdząc, że tutejsze dziwy wykończyły nawet bibliotekarza. — Wyrównał ze mną krok, a na jego słowa mogłem zareagować jedynie cichym prychnięciem, śmiechem i wzruszeniem ramionami.
— Ze świerku, a te akcje to nawet nie ta dużo, znając życie, z dnia na dzień będzie coraz ciekawiej, więc nie bój żaby, jeszcze się rozkręcimy — odparłem, zawijając kabel od słuchawki na palcu, bawiąc się samym głośniczkiem i starając się dostosować tempo do chłopaka, którego kroki dość ociężałe i smętne nie pozwalały na szybszy spacerek. Sam za to prychał, fukał, rozglądał się, dalej będąc w stadium wyglądania, jakby dopiero co się porządnie spizgał, co w sumie nie jest aż tak bardzo nieprawdopodobne, w końcu kto o zdrowych, trzeźwych zmysłach gubi się w lasku tuż przy szkole, rzuca telefonami i fikołkuje jak na olimpiadzie? No, w sumie to nikt, no, chyba że Miracles jest jakimś wyjątkiem od reguły i trzeba będzie się przyzwyczaić do nowych realiów. — Ta dam, jesteśmy — dodałem, prezentując budynek, gdy zdążyliśmy już wypełznąć spomiędzy drzew, runa leśnego i całego tego świństwa. W sumie to trudno go nie wyczaić, ale jak kto woli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz