Spojrzał na mnie ostro, z wyzwaniem w oczach, na co ja po prostu nimi przewróciłem i zerknąłem na chłopaka pytająco. Pewny siebie, mocno arogancki, udający, że jest o krok do przodu, choć pewnie najczęściej był dwa do tyłu. Eh, i co ja miałem z tym fantem niby zrobić, co? Najchętniej w sumie zostawić i dać działać czasowi, płynąc z nurtem rzeki. Najwygodniej, rzadko ponosisz konsekwencje, bo w sumie, ty nic nie zrobiłeś. A ja lubiłem nie ponosić konsekwencji.
— Mi również, życzę miłego dnia — odparł w końcu, odchylając się do tyłu i uderzając plecami o oparcie ławki, a później jego wzrok zaginął ponownie na ekranie telefonu, palce zaczęły chodzić w rekordowym tempie.
Uśmiechnąłem się po raz ostatni i z machnięciem ręki odwróciłem się na pięcie, bez słowa, bo przecież pożegnanie mieliśmy już za sobą, aby następnie ruszyć ponownie przed siebie, dalej snuć się wśród tłumu uczniów, szukając kolejnej, interesującej osoby.
I oczywiście, że w końcu natrafiłem oczami na te zielone, cudowne i ukochane, na jasną czuprynę i okulary, które kiedyś były bardziej zniszczone. Pewnie w końcu kupił nowe. Posłałem mu tylko uśmiech, zdecydowanie nie taki szeroki jak chłopakowi w niebieskich włosach.
A następnie po prostu wróciłem do pokoju z dłońmi włożonymi w kieszenie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszyscy jesteśmy szaleńcami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszyscy jesteśmy szaleńcami. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 lutego 2018
piątek, 16 lutego 2018
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [15]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
I powiem szczerze, jego uśmieszek znowu całkowicie zbił mnie z toru, pozbawił możliwości trzeźwego myślenia, zabił mi gwoździa i ogólnie włączył jakieś pierwotne instynkty, maszynkę wypuszczającą hormony i przyspieszone tętno.
— Lepiej uważaj, bo jakaś w końcu coś ci ukradnie i ta twoja pewność zaboli. Ale w końcu kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, prawda? — odparł i puścił mi oczko. Kurwa jego mać, puścił mi jebane, błękitniutkie jak lazur Morza Śródziemnego, oczko. No, a mnie automatycznie wcięło, zatrzymało płytę, zacięło odtwarzacz i rozluźniło szczęki, dlatego lampiłem się na niego z rozwartymi wargami i otępieniem w oczach.
Ty pierdolony, kurwa jego jebana mać, atrakcyjny sukinsynie, pies cię kurwa jebał.
Wstał, wyprostował się, wygiął kocio. Kocio. Wszyscy zachowywali się jak koty. Dajcie mi na niego kocimiętkę, ja pierdolę.
Znowu zasłonił mi słońce, znowu napuszył się jak paw, wyprostował, dominował, nie tylko wzrostem, ale i natężeniem emocji w obecnej sytuacji, napięciem. Emanował władczością, seksualność się z niego wylewała, zabierał sobą całe kilometry sześcienne i czułem się przy nim po prostu jak jakiś zagubiony, skopany szczeniak. No i do tego ten skurwysyński uśmieszek, za który normalny człowiek dałby się pokroić.
— Miło się rozmawiało, ale ileż można siedzieć — rzucił nagle, kiwając głową, a ze mnie wszystko zeszło. Wlepiłem w niego ostre spojrzenie, podjąłem zadowolony grymas i jeszcze raz obróciłem telefon w dłoni.
— Mi również, życzę miłego dnia — odparłem, waląc plecami o oparcie ławki i włączając urządzenie, bo Przewalska coś mocno się rozpisała.
— Lepiej uważaj, bo jakaś w końcu coś ci ukradnie i ta twoja pewność zaboli. Ale w końcu kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, prawda? — odparł i puścił mi oczko. Kurwa jego mać, puścił mi jebane, błękitniutkie jak lazur Morza Śródziemnego, oczko. No, a mnie automatycznie wcięło, zatrzymało płytę, zacięło odtwarzacz i rozluźniło szczęki, dlatego lampiłem się na niego z rozwartymi wargami i otępieniem w oczach.
Ty pierdolony, kurwa jego jebana mać, atrakcyjny sukinsynie, pies cię kurwa jebał.
Wstał, wyprostował się, wygiął kocio. Kocio. Wszyscy zachowywali się jak koty. Dajcie mi na niego kocimiętkę, ja pierdolę.
Znowu zasłonił mi słońce, znowu napuszył się jak paw, wyprostował, dominował, nie tylko wzrostem, ale i natężeniem emocji w obecnej sytuacji, napięciem. Emanował władczością, seksualność się z niego wylewała, zabierał sobą całe kilometry sześcienne i czułem się przy nim po prostu jak jakiś zagubiony, skopany szczeniak. No i do tego ten skurwysyński uśmieszek, za który normalny człowiek dałby się pokroić.
— Miło się rozmawiało, ale ileż można siedzieć — rzucił nagle, kiwając głową, a ze mnie wszystko zeszło. Wlepiłem w niego ostre spojrzenie, podjąłem zadowolony grymas i jeszcze raz obróciłem telefon w dłoni.
— Mi również, życzę miłego dnia — odparłem, waląc plecami o oparcie ławki i włączając urządzenie, bo Przewalska coś mocno się rozpisała.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [14]
Etykiety:
Adam Walsh,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Chłopak ewidentnie przekonany był o swojej małej wygranie. Szczycie góry, na którą wchodzą dziesięciolatki, zjechaniu z oślej łączki najszybciej ze wszystkich, w dodatku bez zatrzymywania się. Uśmiechnąłem się ponownie, przewracając oczami. Niech poczeka albo niech nie zapuszcza się za daleko, bo w końcu wyjedzie poza trasę, a tam można już trafić na wcale nie tak zagubione drzewo, na którym rozwali sobie nos. No cóż.
— Już poleciała — mruknął w końcu, rzucając mi tak bardzo bezczelne i pewne siebie spojrzenie, które o dziwo wcale mnie nie obrzydziło, ale może wynikało to z tego błękitu jego oczu, który dało się opisać samymi ładnymi epitetami.
Westchnąłem, zakładając nogę na nogę i rzuciłem mu równie bezczelne spojrzenie. Tylko troszkę groźniejsze, bo walczył nie z tą osobą, z którą powinien. Jeszcze nie teraz.
— Panienki z dobrych domów są przebieglejsze niż ci się wydaje — szepnąłem, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. — Lepiej uważaj, bo jakaś w końcu coś ci ukradnie i ta twoja pewność zaboli. Ale w końcu kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, prawda? — zapytałem i puściłem mu oko, aby po chwili wstać z ławki, bo przecież ileż można na niej siedzieć.
Przeciągnąłem się kocio, stuknąłem butem o ziemię i obróciłem się na pięcie, by następnie górować nad chłopakiem i spoglądać na niego z góry.
Lubiłem to robić.
— Miło się rozmawiało, ale ileż można siedzieć — stwierdziłem, kiwając głową.
— Już poleciała — mruknął w końcu, rzucając mi tak bardzo bezczelne i pewne siebie spojrzenie, które o dziwo wcale mnie nie obrzydziło, ale może wynikało to z tego błękitu jego oczu, który dało się opisać samymi ładnymi epitetami.
Westchnąłem, zakładając nogę na nogę i rzuciłem mu równie bezczelne spojrzenie. Tylko troszkę groźniejsze, bo walczył nie z tą osobą, z którą powinien. Jeszcze nie teraz.
— Panienki z dobrych domów są przebieglejsze niż ci się wydaje — szepnąłem, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. — Lepiej uważaj, bo jakaś w końcu coś ci ukradnie i ta twoja pewność zaboli. Ale w końcu kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, prawda? — zapytałem i puściłem mu oko, aby po chwili wstać z ławki, bo przecież ileż można na niej siedzieć.
Przeciągnąłem się kocio, stuknąłem butem o ziemię i obróciłem się na pięcie, by następnie górować nad chłopakiem i spoglądać na niego z góry.
Lubiłem to robić.
— Miło się rozmawiało, ale ileż można siedzieć — stwierdziłem, kiwając głową.
niedziela, 11 lutego 2018
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [13]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
I wiedziałem, że zabiłem kurwa takim gwoździem, że trumny, w której spoczywała cała dobra i ciekawa atmosfera, nie dało się już otworzyć i całe napięcie chuj jasny strzelił i nie, wyjątkowo nie mój.
— Słucham? — spytał całkowicie zbity z tropu, a mi zostało jedynie powstrzymywać śmiech, bo może jednak coś mi się udało. Wybiłem chłopaczka z rytmu i w sumie to pewnie też go jako tako wgniotłem w siedzenie. Co jak co, ale sam spodziewałbym się czego innego niż chujowe "Ciecierzycą też?".
— Rozumiem, że coś ci nie wyszło? — Jeszcze chwilę temu bym przytaknął, teraz balowałem przez swoje małe zwycięstwo, które zwycięstwem było pewnie tylko w moich oczach. — Przykro mi, za ciecierzycą nie przepadam. — Zaśmiał się, melodyjnie, znowu, a mi znowu pozostawało zacisnąć szczęki mocniej niż zwykle i znowu się spiąć. — Ale ciekawa próba pociągnięcia rozmowy, nie zaprzeczę, chociaż musisz jeszcze troszkę poćwiczyć, bo nie wiem, czy wychowana panienka z dobrej rodziny poleci na losowe pytania rzucone w eter.
Zmarszczyłem brwi i odwróciłem od niego wzrok, udając, że wcale nie łapie mnie speszenie, że wszystko jest dobrze, a ja nie mam w sumie co się denerwować i niepokoić.
A potem zapaliła się lampeczka.
— Już poleciała — mruknąłem, nie powstrzymując uśmiechu i rzucając mu pewne spojrzenie, na bezczelnego, bo chwila zagubienia prysnęła szybciej, niż się pojawiła.
Bo przynętę zarzuciłem już dawno, a rybka dość szybko dała złapać się na haczyk.
— Słucham? — spytał całkowicie zbity z tropu, a mi zostało jedynie powstrzymywać śmiech, bo może jednak coś mi się udało. Wybiłem chłopaczka z rytmu i w sumie to pewnie też go jako tako wgniotłem w siedzenie. Co jak co, ale sam spodziewałbym się czego innego niż chujowe "Ciecierzycą też?".
— Rozumiem, że coś ci nie wyszło? — Jeszcze chwilę temu bym przytaknął, teraz balowałem przez swoje małe zwycięstwo, które zwycięstwem było pewnie tylko w moich oczach. — Przykro mi, za ciecierzycą nie przepadam. — Zaśmiał się, melodyjnie, znowu, a mi znowu pozostawało zacisnąć szczęki mocniej niż zwykle i znowu się spiąć. — Ale ciekawa próba pociągnięcia rozmowy, nie zaprzeczę, chociaż musisz jeszcze troszkę poćwiczyć, bo nie wiem, czy wychowana panienka z dobrej rodziny poleci na losowe pytania rzucone w eter.
Zmarszczyłem brwi i odwróciłem od niego wzrok, udając, że wcale nie łapie mnie speszenie, że wszystko jest dobrze, a ja nie mam w sumie co się denerwować i niepokoić.
A potem zapaliła się lampeczka.
— Już poleciała — mruknąłem, nie powstrzymując uśmiechu i rzucając mu pewne spojrzenie, na bezczelnego, bo chwila zagubienia prysnęła szybciej, niż się pojawiła.
Bo przynętę zarzuciłem już dawno, a rybka dość szybko dała złapać się na haczyk.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [12]
Etykiety:
Adam Walsh,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Chłopak nagle wybudził się ze swojego dziwnego, cichego transu, drgnął, podskoczył i spojrzał się na mnie z szeroko otworzonymi, błękitnymi oczami. O nie, co on wykombinował.
— Wszy — przerwał na chwilę, chcąc przełknąć ślinę — wszystkim? Ciecierzycą też? — zapytał, a po chwili ściągnął brwi i zmarszczył czoło, bo chyba dopiero do niego doszło, co przed chwilą powiedział, a ja zrobiłem to samo, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi.
Czyżby czekały nas wspólne przygody kulinarne?
— Słucham? — mruknąłem, podnosząc brew do góry zdekoncentrowany.
Bo to nawet nie chodziło o to, że za ciecierzycą nie przepadałem. Po prostu nie zrozumiałem. Tak jak pewnie każdy na moim miejscu. A może Nivan Oakley po prostu został opętany przez samego diabła i zaczął mówić w jakimś dziwnym, obcym języku demonów i innych stworów? Po chwili jednak zaśmiałem się, już po raz kolejny się uśmiechając. No no, chyba niedługo pobiję rekord.
— Rozumiem, że coś ci nie wyszło? — zapytałem, pokazując zęby w uśmiechu. — Przykro mi, za ciecierzycą nie przepadam. — Parsknąłem śmiechem. — Ale ciekawa próba pociągnięcia rozmowy, nie zaprzeczę, chociaż musisz jeszcze troszkę poćwiczyć, bo nie wiem, czy wychowana panienka z dobrej rodziny poleci na losowe pytania rzucone w eter.
— Wszy — przerwał na chwilę, chcąc przełknąć ślinę — wszystkim? Ciecierzycą też? — zapytał, a po chwili ściągnął brwi i zmarszczył czoło, bo chyba dopiero do niego doszło, co przed chwilą powiedział, a ja zrobiłem to samo, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi.
Czyżby czekały nas wspólne przygody kulinarne?
— Słucham? — mruknąłem, podnosząc brew do góry zdekoncentrowany.
Bo to nawet nie chodziło o to, że za ciecierzycą nie przepadałem. Po prostu nie zrozumiałem. Tak jak pewnie każdy na moim miejscu. A może Nivan Oakley po prostu został opętany przez samego diabła i zaczął mówić w jakimś dziwnym, obcym języku demonów i innych stworów? Po chwili jednak zaśmiałem się, już po raz kolejny się uśmiechając. No no, chyba niedługo pobiję rekord.
— Rozumiem, że coś ci nie wyszło? — zapytałem, pokazując zęby w uśmiechu. — Przykro mi, za ciecierzycą nie przepadam. — Parsknąłem śmiechem. — Ale ciekawa próba pociągnięcia rozmowy, nie zaprzeczę, chociaż musisz jeszcze troszkę poćwiczyć, bo nie wiem, czy wychowana panienka z dobrej rodziny poleci na losowe pytania rzucone w eter.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [11]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
I nastała cisza, bardzo krótka cisza, bardzo gęsta cisza. Mogłem przysiąc, że atmosferę, która nas otaczało, dało się przeciąć nożem i tak właściwie dopiero teraz zauważyłem, jak duszno jest, jak bardzo odbierał mi powietrze i z jaką łatwością to robił. Wziąłem głębszy wdech, byle się nie udusić.
— Z każdej rzeczy można stworzyć coś interesującego. Trzeba tylko odpowiednio do tego podejść. — Zdjął ze mnie spojrzenie, a co za tym idzie cały ciężar chwili, która dość ulotna, dość krótka, ale zostawiła na psychice stanowczy, głęboki ślad i naprawdę zacząłem się zastanawiać, z kim, do cholery jasnej, tak naprawdę przyszło mi gadać.
Kim w rzeczywistości jest intrygujący facet.
Gdzie się uczył, co robił, jak wyglądało jego dzieciństwo, z kim się szlajał? Po kim ma te pierdolone niebieskie oczęta? Jakie w dotyku są te brązowe kosmyki, jak wygląda jego garderoba? Co lubi jeść? Woli kawę, czy herbatę? Jak najchętniej je jajka na śniadanie, o ile je je?
Chciałem wiedzieć jak najwięcej o Adamie Walshu. Chciałem chłonąć wiedzę o nim, jak i jego samego. Chciałem móc, chciałem pragnąć, chciałem mieć. Chciałem.
Zastukał butem, wybudzając mnie z dziwnego transu, podczas którego złapałem zdecydowanie zbyt szybkie tętno.
— Wszy — przełknąłem ślinę — wszystkim? Ciecierzycą też? — Zmarszczyłem brwi i miałem ochotę dać samemu sobie w pysk, bo nie wiem jaki urok na mnie rzucił, ale czułem się, jakbym dopiero co się wybudził z kilkutygodniowej hibernacji, czy chuj wie co.
— Z każdej rzeczy można stworzyć coś interesującego. Trzeba tylko odpowiednio do tego podejść. — Zdjął ze mnie spojrzenie, a co za tym idzie cały ciężar chwili, która dość ulotna, dość krótka, ale zostawiła na psychice stanowczy, głęboki ślad i naprawdę zacząłem się zastanawiać, z kim, do cholery jasnej, tak naprawdę przyszło mi gadać.
Kim w rzeczywistości jest intrygujący facet.
Gdzie się uczył, co robił, jak wyglądało jego dzieciństwo, z kim się szlajał? Po kim ma te pierdolone niebieskie oczęta? Jakie w dotyku są te brązowe kosmyki, jak wygląda jego garderoba? Co lubi jeść? Woli kawę, czy herbatę? Jak najchętniej je jajka na śniadanie, o ile je je?
Chciałem wiedzieć jak najwięcej o Adamie Walshu. Chciałem chłonąć wiedzę o nim, jak i jego samego. Chciałem móc, chciałem pragnąć, chciałem mieć. Chciałem.
Zastukał butem, wybudzając mnie z dziwnego transu, podczas którego złapałem zdecydowanie zbyt szybkie tętno.
— Wszy — przełknąłem ślinę — wszystkim? Ciecierzycą też? — Zmarszczyłem brwi i miałem ochotę dać samemu sobie w pysk, bo nie wiem jaki urok na mnie rzucił, ale czułem się, jakbym dopiero co się wybudził z kilkutygodniowej hibernacji, czy chuj wie co.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [10]
Etykiety:
Adam Walsh,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Odwrócił ode mnie wzrok, odchylając przy tym głowę i odsłaniając jakże cudowną szyję. Uśmiechnąłem się w myślach. No ładnie, ładnie, miałem wrażenie, że z każdą sekundą nasza relacja zapowiadała się coraz lepiej.
— Bawienie się w tajemnice na takim poziomie, nie sprawia żadnej frajdy, jeśli mam być szczery — mruknął, stwierdzając oczywistość i psując całą świetną zabawę, a ja przewróciłem oczami. Bo przecież doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. — Również Cesarstwo, żadna to kusząca ciekawostka — mruknął, przymykając oczy, a ja pokiwałem głową z pełną uwagą i skupieniem, cały czas uważnie mu się przyglądając.
Teraz już nawet studiując, bo w sumie to naprawdę był śliczny.
I bardzo kuszący, temu również nie mogłem zaprzeczyć.
— Z każdej rzeczy można stworzyć coś interesującego — stwierdziłem, obracając głowę i przestając obserwować chłopaka. — Trzeba tylko odpowiednio do tego podejść.
Zastukałem kilka razy butem o ziemię, wzdychając. Ciężkie życie, bardzo ciężkie, nie zaprzeczę, zwłaszcza gdy po cichu liczyłem na zobaczenie Przewalskiego gdzieś tam w tłumie tych wszystkich ewidentnie zagubionych uczniów. Tak po prostu. Z ciekawości.
Oczywiście bez Davona jako pieprzonego ochroniarza, który tylko czekał na doskonałą okazję do obicia mi twarzy. No cóż. Ciekawe, czy już dowiedział się o moim pojawieniu się w szkole?
— Bawienie się w tajemnice na takim poziomie, nie sprawia żadnej frajdy, jeśli mam być szczery — mruknął, stwierdzając oczywistość i psując całą świetną zabawę, a ja przewróciłem oczami. Bo przecież doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. — Również Cesarstwo, żadna to kusząca ciekawostka — mruknął, przymykając oczy, a ja pokiwałem głową z pełną uwagą i skupieniem, cały czas uważnie mu się przyglądając.
Teraz już nawet studiując, bo w sumie to naprawdę był śliczny.
I bardzo kuszący, temu również nie mogłem zaprzeczyć.
— Z każdej rzeczy można stworzyć coś interesującego — stwierdziłem, obracając głowę i przestając obserwować chłopaka. — Trzeba tylko odpowiednio do tego podejść.
Zastukałem kilka razy butem o ziemię, wzdychając. Ciężkie życie, bardzo ciężkie, nie zaprzeczę, zwłaszcza gdy po cichu liczyłem na zobaczenie Przewalskiego gdzieś tam w tłumie tych wszystkich ewidentnie zagubionych uczniów. Tak po prostu. Z ciekawości.
Oczywiście bez Davona jako pieprzonego ochroniarza, który tylko czekał na doskonałą okazję do obicia mi twarzy. No cóż. Ciekawe, czy już dowiedział się o moim pojawieniu się w szkole?
piątek, 9 lutego 2018
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [9]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
— Nie zachowasz sobie choć troszkę nutki tajemnicy? — spytał, unosząc brew, tę pierdoloną, idealną, jak zresztą cały on, brew i stukając butem o twardą, ubitą przez podeszwy uczniów, glebę. Przejechał dłonią po swoim policzku, usta przyjęły niezrozumiały dla mnie grymas, a mi zostało przewrócić oczami, udając, że mało co sobie z tego robię. — Po co wyciągać swoje wszystkie karty na wierzch, panie ciekawski? Z Cesarstwa, pewnie jak większość. Przykro mi, że nie mogłem zaskoczyć ciebie czymś romantycznym, na przykład Valentine lub dziką Tajgą. Ale no... — W tym miejscu westchnął ciężko, a ja mogłem poprzysiąc, że mimo dzielącej nas odległości, czułem się, jakby chuchnął mi gorącym powietrzem prosto w ucho, szyję, policzek, cokolwiek. Mogłem to wręcz odczuć. — Akcent zawsze można udać. — Oczywiście musiał zaciągnąć ową cechą, zaznaczyć swoją wypowiedź, przyprawiając mnie o ściśnięcie klatki piersiowej, jakby postanowił najzwyczajniej w świecie na niej przycupnąć. — A ty? Skąd jesteś, jeżeli mogę zapytać? Czy wolisz jednak zachować odrobinę kuszącej tajemnicy?
Odwróciłem od niego wzrok i odchyliłem głowę, prażąc się w przyjemnych promyczkach słońca. Lepsze to niż trzydziestostopniowe mrozy, chociaż w sumie i jedno i drugie większej różnicy mi nie robi.
Jeśli mam być szczery, to dopiero po przybyciu owego osobnika zaczęło mi się robić niebezpiecznie gorąco...
— Bawienie się w tajemnice na takim poziomie, nie sprawia żadnej frajdy, jeśli mam być szczery — mruknąłem, prostując lewą nogę. W końcu wszystkiego dało się dowiedzieć, wyszukać, wystarczyło złamanie dwóch linijek kodu w pierwszej lepszej bazie danych, by dowiedzieć się, większości rzeczy, a co dopiero pochodzenia. — Również Cesarstwo, żadna to kusząca ciekawostka. — Przymknąłem oczy.
Odwróciłem od niego wzrok i odchyliłem głowę, prażąc się w przyjemnych promyczkach słońca. Lepsze to niż trzydziestostopniowe mrozy, chociaż w sumie i jedno i drugie większej różnicy mi nie robi.
Jeśli mam być szczery, to dopiero po przybyciu owego osobnika zaczęło mi się robić niebezpiecznie gorąco...
— Bawienie się w tajemnice na takim poziomie, nie sprawia żadnej frajdy, jeśli mam być szczery — mruknąłem, prostując lewą nogę. W końcu wszystkiego dało się dowiedzieć, wyszukać, wystarczyło złamanie dwóch linijek kodu w pierwszej lepszej bazie danych, by dowiedzieć się, większości rzeczy, a co dopiero pochodzenia. — Również Cesarstwo, żadna to kusząca ciekawostka. — Przymknąłem oczy.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [8]
Etykiety:
Adam Walsh,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Rozłożył łokcie na oparciu ławki, a ja doskonale widziałem ten błysk w cudownym, błękitnym oku. To ja tu rządzę, nie rozpychaj się tak. Ale co mi po tych małych gestach, które i tak nie mogłyby nic mi zrobić. Nawet drasnąć, włos z mojej głowy by nie spadł. Uśmiechnąłem się tylko szerzej, w głowie praktycznie wybuchając śmiechem.
Zastukał palcami w drewno, przywołując mnie do świata realnego.
— W takim razie, czy mogę wiedzieć, skąd cię tu przywiało? — zapytał, oczami skacząc z góry na dół, w lewo, w prawo, wszędzie, uciekając, jakby nie mogąc nigdzie zawiesić wzroku.
Podniosłem brew, przekrzywiając głowę i zastukałem butem kilka razy o ziemię.
— Nie zachowasz sobie choć troszkę nutki tajemnicy? — mruknąłem, dotykając dłonią policzka. W sumie to coś bym zjadł. — Po co wyciągać swoje wszystkie karty na wierzch, panie ciekawski? Z Cesarstwa, pewnie jak większość. Przykro mi, że nie mogłem zaskoczyć ciebie czymś romantycznym, na przykład Valentine lub dziką Tajgą. Ale no... — przerwałem na chwilę i westchnąłem ciężko — akcent zawsze można udać — dodałem właśnie w valentinowskim, miękkim akcencie, kończąc swoją wypowiedź. — A ty? Skąd jesteś, jeżeli mogę zapytać? Czy wolisz jednak zachować odrobinę kuszącej tajemnicy? — zapytałem.
A sam bawiłem się doskonale, widząc drobne reakcje chłopaka na każde moje słowo.
Zastukał palcami w drewno, przywołując mnie do świata realnego.
— W takim razie, czy mogę wiedzieć, skąd cię tu przywiało? — zapytał, oczami skacząc z góry na dół, w lewo, w prawo, wszędzie, uciekając, jakby nie mogąc nigdzie zawiesić wzroku.
Podniosłem brew, przekrzywiając głowę i zastukałem butem kilka razy o ziemię.
— Nie zachowasz sobie choć troszkę nutki tajemnicy? — mruknąłem, dotykając dłonią policzka. W sumie to coś bym zjadł. — Po co wyciągać swoje wszystkie karty na wierzch, panie ciekawski? Z Cesarstwa, pewnie jak większość. Przykro mi, że nie mogłem zaskoczyć ciebie czymś romantycznym, na przykład Valentine lub dziką Tajgą. Ale no... — przerwałem na chwilę i westchnąłem ciężko — akcent zawsze można udać — dodałem właśnie w valentinowskim, miękkim akcencie, kończąc swoją wypowiedź. — A ty? Skąd jesteś, jeżeli mogę zapytać? Czy wolisz jednak zachować odrobinę kuszącej tajemnicy? — zapytałem.
A sam bawiłem się doskonale, widząc drobne reakcje chłopaka na każde moje słowo.
czwartek, 8 lutego 2018
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [7]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
— Gdyby nie można było, to bym tutaj obok ciebie właśnie nie siedział, czyż nie mam racji? — odparł z szerokim, parszywym uśmiechem i już wiedziałem, kogo powinienem się w sumie wystrzegać. Bo Adam Walsh, mimo że cholernie ciekawy, to był również cholernie nieprzewidywalny i wręcz jebał niebezpieczeństwem. Nie mówcie, że nie, to da się wyczuć, to da się zobaczyć już w pierwszych chwilach rozmowy.
Trafiłem na czarną perłę w tym morzu nic niewartych małży. Trafiłem na kogoś, kto mógł zdobyć wszystko, powalić tłumy, pociągnąć za sobą dosłownie każdego, wystarczyłoby tylko ukazanie tych bielutkich ząbków i zmrużenie błękitnych ocząt.
I doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mimo wszystko rozpoczęliśmy już krążyć wokół siebie jak wściekłe psy, obserwując się nawzajem morderczym wzrokiem, szczerząc kły. Doskonale widziałem dłoń, chudą, szczupłą, długą dłoń, która powoli przesuwała się ku mnie po oparciu, niby niegroźnie, jednak każdy świadomy wiedział, że po prostu zagarniał sobie przestrzeń. Rozciągał swoje terytorium, by samemu być w wiecznej strefie komfortu, podczas gdy reszta musiała się gimnastykować co zrobić, żeby nie zginąć.
— Wszystko się da. Trzeba mieć tylko odpowiednie kontakty i predyspozycje, a reszta idzie z górki — mruknął wreszcie, dalej zerkając na mnie spod zasłony rzęs, zakładając przy okazji nogę na nogę. Spojrzałem na nią, przeleciałem przez krocze, przeskanowałem klatkę piersiową, zatrzymałem się na twarzy, która dalej uśmiechała się tak paskudnie.
Założyłem łokcie na oparcie, rozłożyłem się delikatnie. Spierdalaj.
Palce zastukały szybko w drewno.
— W takim razie, czy mogę wiedzieć, skąd cię tu przywiało? — Nie mogłem utkwić wzroku w jednym miejscu. Czoło zbyt nudne, oczy zbyt piękne, nos zbyt idealny, usta zbyt pełne.
A idź do diabła.
Trafiłem na czarną perłę w tym morzu nic niewartych małży. Trafiłem na kogoś, kto mógł zdobyć wszystko, powalić tłumy, pociągnąć za sobą dosłownie każdego, wystarczyłoby tylko ukazanie tych bielutkich ząbków i zmrużenie błękitnych ocząt.
I doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mimo wszystko rozpoczęliśmy już krążyć wokół siebie jak wściekłe psy, obserwując się nawzajem morderczym wzrokiem, szczerząc kły. Doskonale widziałem dłoń, chudą, szczupłą, długą dłoń, która powoli przesuwała się ku mnie po oparciu, niby niegroźnie, jednak każdy świadomy wiedział, że po prostu zagarniał sobie przestrzeń. Rozciągał swoje terytorium, by samemu być w wiecznej strefie komfortu, podczas gdy reszta musiała się gimnastykować co zrobić, żeby nie zginąć.
— Wszystko się da. Trzeba mieć tylko odpowiednie kontakty i predyspozycje, a reszta idzie z górki — mruknął wreszcie, dalej zerkając na mnie spod zasłony rzęs, zakładając przy okazji nogę na nogę. Spojrzałem na nią, przeleciałem przez krocze, przeskanowałem klatkę piersiową, zatrzymałem się na twarzy, która dalej uśmiechała się tak paskudnie.
Założyłem łokcie na oparcie, rozłożyłem się delikatnie. Spierdalaj.
Palce zastukały szybko w drewno.
— W takim razie, czy mogę wiedzieć, skąd cię tu przywiało? — Nie mogłem utkwić wzroku w jednym miejscu. Czoło zbyt nudne, oczy zbyt piękne, nos zbyt idealny, usta zbyt pełne.
A idź do diabła.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [6]
Etykiety:
Adam Walsh,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
— No brawo — parsknął, odchylając się do tyłu, a pewność znowu zaczęła z niego bić. A przynajmniej miałem mieć takie wrażenie, choć dalej zauważałem te ciche iskierki w całkiem ładnych oczach. Przymknął powieki, a ja mu zawtórowałem, również troszkę się rozluźniając, po raz kolejny zagarniając miejsce, przestrzeń i powietrze. — Czwarta klasa? Wymiana? — zapytał, obracając komórkę w dłoni, a ja przechyliłem głowę w bok. — To tak można? — dodał po chwili, a mi pozostało po raz kolejny parsknąć głośnym śmiechem, przeczesać dłonią włosy i uśmiechnąć się ładnie. Dla ładnego chłopca.
— Gdyby nie można było, to bym tutaj obok ciebie właśnie nie siedział, czyż nie mam racji? — mruknąłem pewnie, pokazując zęby w szerokim uśmiechu całkowicie świadomy tego, jak Oakley studiuje mnie kątem oka, wręcz lustruje.
Przyjemne uczucie.
— Wszystko się da. Trzeba mieć tylko odpowiednie kontakty i predyspozycje, a reszta idzie z górki — stwierdziłem po chwili, stukając palcem wskazującym o drewniane oparcie. Moja dłoń, choć zdecydowanie nie daleko, cały czas blisko mnie, tak, żeby nie spłoszyć dopiero co poznanego niebieskowłosego chłopaka, pojechała troszkę, malutko, w jego kierunku, jakby chcąc zagarnąć jeszcze więcej przestrzeni dla siebie, dla mnie, choć nie było to dużo, tak jak chciałbym i mógłbym to zrobić. Jeszcze nie teraz.
Westchnąłem, ponownie zakładając nogę na nogę.
— Gdyby nie można było, to bym tutaj obok ciebie właśnie nie siedział, czyż nie mam racji? — mruknąłem pewnie, pokazując zęby w szerokim uśmiechu całkowicie świadomy tego, jak Oakley studiuje mnie kątem oka, wręcz lustruje.
Przyjemne uczucie.
— Wszystko się da. Trzeba mieć tylko odpowiednie kontakty i predyspozycje, a reszta idzie z górki — stwierdziłem po chwili, stukając palcem wskazującym o drewniane oparcie. Moja dłoń, choć zdecydowanie nie daleko, cały czas blisko mnie, tak, żeby nie spłoszyć dopiero co poznanego niebieskowłosego chłopaka, pojechała troszkę, malutko, w jego kierunku, jakby chcąc zagarnąć jeszcze więcej przestrzeni dla siebie, dla mnie, choć nie było to dużo, tak jak chciałbym i mógłbym to zrobić. Jeszcze nie teraz.
Westchnąłem, ponownie zakładając nogę na nogę.
środa, 7 lutego 2018
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [5]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Zaśmiał się melodyjnie, nietypowo, charakterystycznie. Mogłem już powiedzieć, że był to śmiech idealnie do niego pasujący, bo po prostu wytrzaśnięty z innego uniwersum. Ani to szydercze, ani sympatyczne, ani szczere. Puściłem dłoń szybciej, niż przyszło mi ją objąć i przygryzłem policzek od środka, nie spuszczając wzroku z... Walsha.
— A niby skąd wiesz, że nie chodzę do pierwszej? — Ponownie wbił wzrok, w równie błękitny, co on niebo. Ponownie unosił parszywie kąciki ust i ponownie się prężył. Prawdopodobnie nieświadomie. Albo tylko mi się wydawało, że to robi. — Ale dobry strzał, pierwszakiem nie jestem. Za stary — odparł po chwili, znowu kierując swój wzrok na moją osobę. Ponownie spomiędzy jego warg uciekł melodyjny śmiech. — Druga i trzecia też nie. Starszak ze mnie, wskoczyłem do czwartej, takie coś w stylu wymiany — mruknął, wychylając się do przodu i tym razem nie prezentując mi tylko swojej szyi, a również ramion, szerokie, hipnotyzowały, jak cały mężczyzna. — A ty? Daj mi chwilę, zgadnę... — Zmrużył oczy, udawał, że się namyśla. Wie tyle, co ja? Wie więcej? Też lubi szperać? Też lubi mieć kontrolę? — Druga klasa?
— No brawo — parsknąłem i oparłem się luźno o ławkę. Wyjątkowo nie byłem spięty, wyjątkowo nie bolał mnie kark. Gorąc na dworze co prawda był, ale nie aż tak okrutny, jak zapewniali wszyscy uczniowie i meteorologowie. — Czwarta klasa? Wymiana? — Przymknąłem leniwie oczy, obracając komórkę w dłoni. — To tak można? — Tym razem to ja zerknąłem na niego kątem oka, co jakiś czas opierając krótszy brzeg telefonu o udo. Zagajajmy sztucznie temat, czemu by nie.
— A niby skąd wiesz, że nie chodzę do pierwszej? — Ponownie wbił wzrok, w równie błękitny, co on niebo. Ponownie unosił parszywie kąciki ust i ponownie się prężył. Prawdopodobnie nieświadomie. Albo tylko mi się wydawało, że to robi. — Ale dobry strzał, pierwszakiem nie jestem. Za stary — odparł po chwili, znowu kierując swój wzrok na moją osobę. Ponownie spomiędzy jego warg uciekł melodyjny śmiech. — Druga i trzecia też nie. Starszak ze mnie, wskoczyłem do czwartej, takie coś w stylu wymiany — mruknął, wychylając się do przodu i tym razem nie prezentując mi tylko swojej szyi, a również ramion, szerokie, hipnotyzowały, jak cały mężczyzna. — A ty? Daj mi chwilę, zgadnę... — Zmrużył oczy, udawał, że się namyśla. Wie tyle, co ja? Wie więcej? Też lubi szperać? Też lubi mieć kontrolę? — Druga klasa?
— No brawo — parsknąłem i oparłem się luźno o ławkę. Wyjątkowo nie byłem spięty, wyjątkowo nie bolał mnie kark. Gorąc na dworze co prawda był, ale nie aż tak okrutny, jak zapewniali wszyscy uczniowie i meteorologowie. — Czwarta klasa? Wymiana? — Przymknąłem leniwie oczy, obracając komórkę w dłoni. — To tak można? — Tym razem to ja zerknąłem na niego kątem oka, co jakiś czas opierając krótszy brzeg telefonu o udo. Zagajajmy sztucznie temat, czemu by nie.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [4]
Etykiety:
Adam Walsh,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Wcale nie widziałem, jak chłopak lustrował mnie wzrokiem, jak obserwował, praktycznie się tego nie wstydząc, a przynajmniej nie myśląc o żadnych konsekwencjach, nawet jeżeli miałoby to jakieś przynieść. A ja się w duchu cieszyłem, bo praktycznie pierwsza osóbka, z którą miałem jakiś poważniejszy kontakt lub zmusiłem do tego kontaktu, a już widziałem ten charakterystyczny błysk w oku, ale również niepewność, gdy odpowiadał na mój uścisk dłoni. Po raz kolejny się uśmiechnąłem.
— Nivan Oakley. Nie chodzisz do pierwszej klasy, prawda? — zapytał, a ja parsknąłem śmiechem.
Nivan Oakley. Nivan. Ładnie. Aż chciało się wypowiedzieć imię samemu, delektować się nim i usłyszeć, przekonać się, jak brzmi, gdy wyjdzie z twojej własnej krtani, ale nie mogłem, nie teraz, jeszcze nie.
— A niby skąd wiesz, że nie chodzę do pierwszej? — zauważyłem, ponownie wracając do obserwacji wyjątkowo czystego nieba. — Ale dobry strzał, pierwszakiem nie jestem. Za stary — mruknąłem, po raz kolejny parskając śmiechem i obracając głowę, by ponownie spojrzeć na niebieskowłosego chłopaka. — Druga i trzecia też nie. Starszak ze mnie, wskoczyłem do czwartej, takie coś w stylu wymiany — stwierdziłem, pochylając się trochę do przodu. — A ty? Daj mi chwilę, zgadnę... — przerwałem na chwilę, mrużąc oczy i udając, że się zastanawiam nad najzwyczajniejszym strzałem, rzeczą kompletnie losową. Albo to, albo to. — Druga klasa?
— Nivan Oakley. Nie chodzisz do pierwszej klasy, prawda? — zapytał, a ja parsknąłem śmiechem.
Nivan Oakley. Nivan. Ładnie. Aż chciało się wypowiedzieć imię samemu, delektować się nim i usłyszeć, przekonać się, jak brzmi, gdy wyjdzie z twojej własnej krtani, ale nie mogłem, nie teraz, jeszcze nie.
— A niby skąd wiesz, że nie chodzę do pierwszej? — zauważyłem, ponownie wracając do obserwacji wyjątkowo czystego nieba. — Ale dobry strzał, pierwszakiem nie jestem. Za stary — mruknąłem, po raz kolejny parskając śmiechem i obracając głowę, by ponownie spojrzeć na niebieskowłosego chłopaka. — Druga i trzecia też nie. Starszak ze mnie, wskoczyłem do czwartej, takie coś w stylu wymiany — stwierdziłem, pochylając się trochę do przodu. — A ty? Daj mi chwilę, zgadnę... — przerwałem na chwilę, mrużąc oczy i udając, że się zastanawiam nad najzwyczajniejszym strzałem, rzeczą kompletnie losową. Albo to, albo to. — Druga klasa?
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [3]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Brew powędrowała ku górze, uśmiech nie znikał w twarzy, ale w błękitnych oczach zawirowała nutka zdziwienia, jakby nie spodziewał się reakcji z mojej strony, a przynajmniej nie takiej.
Zmarszczyłem czoło, zmrużyłem powieki, przeskanowałem atrakcyjnego jegomościa wzrokiem razy trzy, bo coś mnie w nim drażniło, coś pobudzało we mnie stronę mówiącą „Nie podchodź do niego, bo cię zabije”, a jednocześnie wręcz dobijało się do drzwi, na których widniało cholerne „Chcę, chcę, chcę, pragnę, pożądam, podejdź do mnie, bierz mnie”.
— Raczej nie — odezwał się wreszcie, gdy przysiadł się na ławkę. Dla bezpieczeństwa odsunąłem się o ten centymetr, czy dwa, bo zdecydowanie zagrażał mojej przestrzeni osobistej. — W sensie, jestem tu nowy, nie do końca jeszcze rozgarniam, szukam jakiś ciekawych osób do gadania, pewnie sam wiesz jak to jest — mruknął, zerkając na mnie bokiem.
I chyba pierwszy raz od dawna czułem się wręcz rozbierany wzrokiem, badany na większości płaszczyzn, jakby spojrzenie nagle przyjęło postać ludzką i gładziło mnie po policzku z szaleństwem i obłąkaniem w oczach. Zacisnąłem szczęki, mimowolnie się spiąłem.
Wibracja telefonu, user Wandy na ekranie.
Zignoruj.
— No. — Wyeksponował swoją pierdoloną, szczupłą szyję. Długą, zaznaczoną ładnymi ścięgnami. I grdyka. Cholerne jabłuszko Adama, które tak pięknie sterczało.
Pieprzony ideał.
— Adam Walsh jestem — rzucił nagle, podając mi dłoń z wielkim uśmiechem wymalowanym na bladej, ekscytującej i przyjemnej dla oka twarzyczce. Atrakcyjnej twarzyczce okalanej lisim uśmiechem, godnego najszczwańszego ze szczwanych.
Ściągnąłem brwi, zerknąłem na rękę, jednak koniec końców ją uścisnąłem. Z dozą niepewności.
— Nivan Oakley. Nie chodzisz do pierwszej klasy, prawda?
Nie wyglądał na pierwszaka. Oni zawsze są rozmemłani, a ten wydawał się ogarnięty. Zbyt ogarnięty. Niebezpiecznie wręcz.
Plus to wcale nie tak, że przeszukałem już serwery i przestudiowałem listy pierwszoklasistów, ich samych, ich rodziny, ich historie.
Wcale.
Zmarszczyłem czoło, zmrużyłem powieki, przeskanowałem atrakcyjnego jegomościa wzrokiem razy trzy, bo coś mnie w nim drażniło, coś pobudzało we mnie stronę mówiącą „Nie podchodź do niego, bo cię zabije”, a jednocześnie wręcz dobijało się do drzwi, na których widniało cholerne „Chcę, chcę, chcę, pragnę, pożądam, podejdź do mnie, bierz mnie”.
— Raczej nie — odezwał się wreszcie, gdy przysiadł się na ławkę. Dla bezpieczeństwa odsunąłem się o ten centymetr, czy dwa, bo zdecydowanie zagrażał mojej przestrzeni osobistej. — W sensie, jestem tu nowy, nie do końca jeszcze rozgarniam, szukam jakiś ciekawych osób do gadania, pewnie sam wiesz jak to jest — mruknął, zerkając na mnie bokiem.
I chyba pierwszy raz od dawna czułem się wręcz rozbierany wzrokiem, badany na większości płaszczyzn, jakby spojrzenie nagle przyjęło postać ludzką i gładziło mnie po policzku z szaleństwem i obłąkaniem w oczach. Zacisnąłem szczęki, mimowolnie się spiąłem.
Wibracja telefonu, user Wandy na ekranie.
Zignoruj.
— No. — Wyeksponował swoją pierdoloną, szczupłą szyję. Długą, zaznaczoną ładnymi ścięgnami. I grdyka. Cholerne jabłuszko Adama, które tak pięknie sterczało.
Pieprzony ideał.
— Adam Walsh jestem — rzucił nagle, podając mi dłoń z wielkim uśmiechem wymalowanym na bladej, ekscytującej i przyjemnej dla oka twarzyczce. Atrakcyjnej twarzyczce okalanej lisim uśmiechem, godnego najszczwańszego ze szczwanych.
Ściągnąłem brwi, zerknąłem na rękę, jednak koniec końców ją uścisnąłem. Z dozą niepewności.
— Nivan Oakley. Nie chodzisz do pierwszej klasy, prawda?
Nie wyglądał na pierwszaka. Oni zawsze są rozmemłani, a ten wydawał się ogarnięty. Zbyt ogarnięty. Niebezpiecznie wręcz.
Plus to wcale nie tak, że przeszukałem już serwery i przestudiowałem listy pierwszoklasistów, ich samych, ich rodziny, ich historie.
Wcale.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [2]
Etykiety:
Adam Walsh,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
— Mogę w czymś pomóc? — Krótkie pytanie, które troszeńkę wybiło mnie z rytmu, bo zdecydowanie się go nie spodziewałem, nie z ust osoby, która siedziała przede mną.
Podniosłem prawą brew do góry, utrzymując uśmiech na twarzy oraz dłonie w kieszeniach. I co ty teraz miałeś powiedzieć, Walsh. W ogóle po co tu podchodziłeś. Westchnąłem, rozglądając się, po czym usiadłem obok niebieskowłosego chłopaka i założyłem nogę na nogę, odchylając się do tyłu.
— Raczej nie — odpowiedziałem zgodnie z prawdą, przyglądając się osobom przechodzącym przed nami. — W sensie, jestem tu nowy, nie do końca jeszcze rozgarniam, szukam jakiś ciekawych osób do gadania, pewnie sam wiesz jak to jest — stwierdziłem, spoglądając na niego kątem oka.
Ładny, nie można zaprzeczyć, może nie idealny czy ten jedyny, ale ładny, zwłaszcza te błękitne oczy przysłonięte gąszczem rzęs. Ale czy w moim typie? Nie, raczej nie, kto wie, zdecydowanie raczej nie.
— No. — Westchnąłem, odchylając głowę do tyłu i spoglądając w niebo, a moment później moja dłoń skierowana była w kierunku pana "całkiem ładne oczy" wraz z szerokim uśmiechem widniejącym na twarzy. — Adam Walsh jestem — przedstawiłem się.
Autentycznie już sam do końca nie wiedziałem, czy aby na pewno byłem czysty.
Podniosłem prawą brew do góry, utrzymując uśmiech na twarzy oraz dłonie w kieszeniach. I co ty teraz miałeś powiedzieć, Walsh. W ogóle po co tu podchodziłeś. Westchnąłem, rozglądając się, po czym usiadłem obok niebieskowłosego chłopaka i założyłem nogę na nogę, odchylając się do tyłu.
— Raczej nie — odpowiedziałem zgodnie z prawdą, przyglądając się osobom przechodzącym przed nami. — W sensie, jestem tu nowy, nie do końca jeszcze rozgarniam, szukam jakiś ciekawych osób do gadania, pewnie sam wiesz jak to jest — stwierdziłem, spoglądając na niego kątem oka.
Ładny, nie można zaprzeczyć, może nie idealny czy ten jedyny, ale ładny, zwłaszcza te błękitne oczy przysłonięte gąszczem rzęs. Ale czy w moim typie? Nie, raczej nie, kto wie, zdecydowanie raczej nie.
— No. — Westchnąłem, odchylając głowę do tyłu i spoglądając w niebo, a moment później moja dłoń skierowana była w kierunku pana "całkiem ładne oczy" wraz z szerokim uśmiechem widniejącym na twarzy. — Adam Walsh jestem — przedstawiłem się.
Autentycznie już sam do końca nie wiedziałem, czy aby na pewno byłem czysty.
wtorek, 6 lutego 2018
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [1]
Etykiety:
Nivan Oakley,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Dobra, ten rok będzie lepszy. Niczego nie odwalę, nie będę miał kłopotów, moje życie się ustatkuje, a ja wyjdę na prostą, jak gdyby nigdy nic, naprawdę, będzie dobrze, będzie fajnie, będzie świetnie, zobaczycie. Nie wiem, kogo w sumie chciałem przekonać do tych bujd, siebie, czy innych, ale chyba raczej siebie, jak mam być szczery. Znając moje szczęście i tak skończę na dywaniku u Mińska razem z moją matką, z rękami w międzygalaktycznych kajdanach, skuty i pilnowany przez FBI, bo jakoś tak wyszło, że ten czarny rynek mi trochę uciekł spod kontroli i jakimś cudem te zwłoki, które miałem ogarnąć gówniarzowi do biblioteki, wypłynęły na powierzchnię jak oliwa i cóż powiedzieć więcej, ma się to szczęście.
Co ja pieprzę, już w pierwszych dniach trafiłem na największego szajbusa psychopatę tej szkoły, który ilością używanych środków odurzających zbija z podium nawet Remusa, ten swoją drogą przypominał już wywłokę człowieka. Kukłę. Wychudzonego paszczura ze zbyt długą brodą, a melancholijny nastrój i chętka popełnienia samobójstwa spływała na każdego, kto miał z nim lekcje.
No ale co ja, zwykły, szary Oakley mogę zrobić co? No nic, jak tylko siedzieć i przeglądać bez sensu telefon, uśmiechając się co jakiś czas na widok wiadomości od Wandy, z którą od dłuższego czasu chatowałem.
Wtem dostęp do światła zastąpił mi długi, brązowowłosy osobnik, na którego twarzy czaił się dziwny, niezidentyfikowany grymas, aż cała fala ciarek przemknęła wzdłuż mojego kręgosłupa, wymusiła wyprostowanie zgarbionych do tej pory pleców i odłożeniem dłoni z telefonem na kolano.
Scena jak z filmu, nie ma co.
— Mogę w czymś pomóc? — Kulturalny, Oakley, bądź kulturalny, dasz radę, wierzę w ciebie, tylko tak dalej.
Co ja pieprzę, już w pierwszych dniach trafiłem na największego szajbusa psychopatę tej szkoły, który ilością używanych środków odurzających zbija z podium nawet Remusa, ten swoją drogą przypominał już wywłokę człowieka. Kukłę. Wychudzonego paszczura ze zbyt długą brodą, a melancholijny nastrój i chętka popełnienia samobójstwa spływała na każdego, kto miał z nim lekcje.
No ale co ja, zwykły, szary Oakley mogę zrobić co? No nic, jak tylko siedzieć i przeglądać bez sensu telefon, uśmiechając się co jakiś czas na widok wiadomości od Wandy, z którą od dłuższego czasu chatowałem.
Wtem dostęp do światła zastąpił mi długi, brązowowłosy osobnik, na którego twarzy czaił się dziwny, niezidentyfikowany grymas, aż cała fala ciarek przemknęła wzdłuż mojego kręgosłupa, wymusiła wyprostowanie zgarbionych do tej pory pleców i odłożeniem dłoni z telefonem na kolano.
Scena jak z filmu, nie ma co.
— Mogę w czymś pomóc? — Kulturalny, Oakley, bądź kulturalny, dasz radę, wierzę w ciebie, tylko tak dalej.
Wszyscy jesteśmy szaleńcami [0]
Etykiety:
Adam Walsh,
Wszyscy jesteśmy szaleńcami
Kilka dni, a ja już czułem się jak ryba w wodzie. I choć ewidentnie rzucano mi nieprzychylne spojrzenia (ekhem, Dexter), to bawiłem się doskonale, obserwując, szukając i ładnie się uśmiechając. Znowu mogłem tańczyć, przeskakiwać z nogi na nogę, podczas gdy inni, próbując dorównać, potykali się o własne stopy, nie wiedząc, gdzie je postawić.
I wcale nie byłem pieprzniętym psychopatą.
Plan na każdy dzień? Przynajmniej jedna wycieczka na korytarzu, raczej po lekcjach, ewentualnie przed jeżeli miałem coś do roboty. Ale tego raczej dużo nie było, na lekcjach zostawało mi stukanie długopisem o biurko i obserwowanie wydarzeń za oknem znudzonym wzrokiem. Ewentualnie ciche przeszkadzanie panu Davonowi, to też całkiem ciekawe zajęcie, z szczerego serca wam wszystkim polecam.
I może dlatego na jednej z tych nudnych, nienudnych wycieczek wzdłuż szkoły dostrzegłem w końcu kogoś ciekawszego od reszty. Bo najzwyczajniej w świecie byłem znudzony. Bardzo znudzony, aż mnie mdliło i choć minęło kilka dni, to ja już potrzebowałem czegoś, co zahamowało by moje skłonności do wciągnięcia czy wstrzyknięcia sobie czegoś, by tylko nie popaść w jakąś dziwną stagnację, mieć na czym się skupić, a nie chodzić po zakamarkach umysłu wyciągając niezbyt bezpieczne pomysły.
A ewidentnie znudzony niebieskowłosy chłopak grzebiący w telefonie był idealnym szczurem doświadczalnym. Dlatego więc pozostawało mi stanąć nad nim, blokując dostęp promieni słonecznych i uśmiechnąć się ładnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)