Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wprowadzenie: Coppélia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wprowadzenie: Coppélia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 czerwca 2018

Wprowadzenie: Coppélia [7]

Mrugnęłam zdziwiona i przymknęłam powieki, zamyślając się, jednocześnie przysłuchując się wypowiedzi Renee. No tak, miejsce, „gdzie wszystko chciało cię zabić”, jak to określił Gapcio. Pomińmy to, że jego tylko podłoże i wszystko, co stało na jego drodze chciało zabić, a ja nie potrzebowałam pomocy, ze śmiercią byłam już umówiona i miałam nadzieję, że grzecznie i punktualnie przyjdzie, chociaż jeżeli się spóźni, to nie będę narzekała. Tylko niech nie przychodzi za wcześnie.
Westchnęłam cichutko, gdy do moich uszu dotarły informacje o pielęgniarzu. Trudno, o siebie sama umiałam zadbać, najwyżej leki trzeba będzie samemu ogarnąć. Notowałam w pamięci nazwiska podawane przez dziewczynę.
— A przed kim mogę nie uciekać i normalnie zagadać, bez strachu o to mą małą egzystencję? — spytałam, unosząc kącik ust w krzywym, lekkim uśmiechu. — I czy powinnam zaopatrzyć się w jakąś broń? Na przykład kij? Chociaż nie. Prędzej sama sobie bym zrobiła krzywdę, niż komuś innemu — wymruczałam ostatnie zdanie cichszym tonem i przewróciłam oczami. Złośliwy chichot rozbrzmiał w moich uszach. Powstrzymałam ułożenie ust w podkówkę z niezadowolenia i machnięcie dłonią, jakbym chciała odgonić natrętnego komara.
Czasami przeklinałam, że moją zdolnością nie były bariery fizyczne, jednak nie mogłam narzekać w porównaniu do Yevgeniego. Zawsze miałam coś i bywało nawet użyteczne, acz nigdy nie miałam jakiś większych zatargów czy starć z osobami posiadające moce psychiczne.

środa, 20 czerwca 2018

Wprowadzenie: Coppélia [6]

— Trochę mówił, trochę zachowywał się, jakby chronił sekrety cesarskie. Głównie opowiadał o Sofii, Jamesie i pielęgniarzu. Czy ten ostatni od razu mnie znienawidzi przy mojej pierwszej wizycie, czy dopiero wtedy, gdy zacznę chodzić równie często, co Gapcio? — zapytała, a ja prawie parsknęłam głośnym śmiechem, gdy usłyszałam określenie, którym nazywała swojego brata, cholera, tego jeszcze nam tutaj na tym Awuskim padole nie grali. — Ewentualnie prosiłabym o osoby, których powinnam się wystrzegać, bo jak na razie wywnioskowałam, że macie bardzo krzywe podłogi — dodała ze śmiechem, gdy znalazłyśmy się już w ciepłym, przytulnym wnętrzu budynku. Nawet odważyła się wystawić nos spoza szalika, który do tej pory dokładnie opatulał buźkę nastolatki.
— Pielęgniarz ogólnie jest drażliwy, polecam znaleźć sobie znajomych w kimś, kto zna się jako tako na medycynie, naprawdę, pierwszy lepszy uczeń lepiej naklei ci plaster, niż on, o ile w ogóle będzie je miał — parsknęłam cicho. — Powiem tak, wystrzegaj się nauczycieli, szczególnie tej od zielarstwa, stara rura z ambicjami na poziomie pantofelka, której w życiu się nie powiodło, no co zrobisz. Uciekaj, jak usłyszysz nazwiska Miracles, Ophelieon, Oakley, D'arc, O'connor, Illene, Walsh, Davon i Hopecraft, serio, spierdzielaj wtedy w podskokach, nic nie stracisz, ba, wręcz zyskasz.
Mruczałam, kierując się schodami powoli na górę, do jej nowego pokoju.

Wprowadzenie: Coppélia [5]

Starałam się dotrzymać kroku dziewczynie, jednak nadal pozostawałam w tyle, ponieważ serce zaczynało mi się tłuc w piersi, więc starałam się iść w jak najbardziej optymalnym tempie, żeby nie udusić się na miejscu.
— Ja? Trzecia słońca, już półmetek, jak ten czas szybko leci — mruknęła nieco nieobecna, bardziej do siebie niżeli do mnie, jednak nie przeszkadzało mi to. Czyli ten sam rocznik, ale klasy inne. W pewien sposób było to pocieszające. — Jeśli będziesz chciała wiedzieć coś o szkole, ludziach, nauczycielach, to wal śmiało, chociaż pewnie wiesz już co nieco od brata, czy jednak zachowywał tajemnicę państwową?
— Trochę mówił, trochę zachowywał się, jakby chronił sekrety cesarskie. Głównie opowiadał o Sofii, Jamesie i pielęgniarzu. Czy ten ostatni od razu mnie znienawidzi przy mojej pierwszej wizycie, czy dopiero wtedy, gdy zacznę chodzić równie często, co Gapcio? — spytałam, notując sobie w głowie, żeby sprawdzić, czy dostał listę moich leków. Niby swoją niezbędną apteczkę miałam, acz wolałam mieć pewność, że w nieprzewidzianej sytuacji będę zabezpieczona. — Ewentualnie prosiłabym o osoby, których powinnam się wystrzegać, bo jak na razie wywnioskowałam, że macie bardzo krzywe podłogi — dodałam rozbawionym tonem.
Ku mojej uldze znalazłyśmy się w środku budynku i zaraz poczułam falę ciepła, która mnie ogarnęła, więc odsłoniłam twarz, bo jednak przegrzać się też nie chciałam. Ani tamto, ani to nie było dobre.

wtorek, 19 czerwca 2018

Wprowadzenie: Coppélia [4]

Odetchnęłam z ulgą, gdy dziewczyna przytaknęła, zgodziła się i jednocześnie sprawiła, że mogłam bez wyrzutów sumienia ruszyć z nią do środka, bo chyba tego chciałam najbardziej, groźba odmrożonych palców, uszu i nosa naprawdę mi się nie podobała.
— Byłabym wielce rad, zwłaszcza że pogoda do najcieplejszych nie należy, a ty pewnie zmarzłaś, Renee. Prowadź — odparła, widocznie się uśmiechając, bo chociaż usta zasłonięte, to oczy zmarszczyły się w charakterystyczny sposób. Zsunęła jeszcze okulary z powrotem na nos, czego nie skomentowałam, każdy miał swoje widzimisię, swoje fetysze, czy inne pierdoły. — Tak swoją drogą, na którym jesteś roku i klasie? — spytała, gdy wspinałyśmy się leniwie po schodach prowadzących do głównych drzwi budynku.
— Ja? Trzecia słońca, już półmetek, jak ten czas szybko leci — mruknęłam ciszej, bardziej kierując całą wypowiedź do siebie, bo jednak cholera, dopiero co, żem tu przybyła, męcząc się w Katowni i decydując się na małą zmianę w życiu, bo może i to rodzinka mnie tu wysłała, ale w rzeczywistości absolutnie ignorowałam to, co mi kazano zrobić. Nie miałam ochoty zachodzić w ciążę i rodzić pierwszego bachora w wieku siedemnastu lat, żeby skumulować w nim cokolwiek, nie jestem, kurwa, klaczą rozpłodową, co to, to nie. Przynajmniej miło powspominać sobie pierwsze odzywki kierowane do Hopecrafta i ten cały hype na jego osobę. — Jeśli będziesz chciała wiedzieć coś o szkole, ludziach, nauczycielach, to wal śmiało, chociaż pewnie wiesz już co nieco od brata, czy jednak zachowywał tajemnicę państwową?

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Wprowadzenie: Coppélia [3]

Dziewczyna nie wyglądała na najszczęśliwszą osobę na świecie i zdecydowanie trochę się trzęsła. Dopiero na moje krótkie przedstawienie jakby się obudziła i parsknęła śmiechem, na co uśmiechnęłam się nieco szerzej, bo to chyba był dobry znak, prawda?
— Witam Coppélio z uśmiechniętym akcentem na „e”, nazywam się Renee, u mnie akurat uśmiechu brak, ale coś się wykombinuje. To jak, proponuję zanieść walizkę do twojej kwatery i może trochę się ogrzać? — zadała pytanie, na które w odpowiedzi kiwnęłam głową. Zwłaszcza to ogrzanie się brzmiało obiecująco. Odmrożeń w końcu nie chciałybyśmy mieć, a katar jeszcze w porównaniu zapalenia płuc, mocnego przeziębienia czy przeraźliwie wysokiej gorączki, nie był taki zły.
— Byłabym wielce rad, zwłaszcza że pogoda do najcieplejszych nie należy, a ty pewnie zmarzłaś, Renee. Prowadź — powiedziałam, szczerząc się jak głupia, mimo że uśmiech był zasłonięty szalikiem. Ale dobrze jest się uśmiechać, jak się uśmiechasz, to świat z tobą, czy jak to tam leciało. Z powodem nałożyłam okularki na nos, ponieważ czułam się dość niekomfortowo ze swoimi oczyskami i ruszyłam za nowo poznaną Renee w stronę akademika. — Tak swoją drogą, na którym jesteś roku i klasie?
Byłam ciekawa, czy od razu trafiłam na towarzysza niedoli klasowego bądź rocznikowego, czy jednak będę szukała dalej, ale właściwie nie przeszkadzało mi to. Lubiłam poznawać nowych ludzi, zabawę miałam przednią.

Wprowadzenie: Coppélia [2]

Przeklinanie w duchu powoli przestało wystarczać, gdy sterczałam na dworze już piętnastą minutę, przebierając nogami i obejmując się ramionami, bo zdecydowanie, kurwa, ciepło nie było. Żeby jeszcze przenośny grzejnik się tutaj przytargał, to naprawdę, pół biedy, wszyscy szczęśliwi, przytuliłabym się do szarej bluzy i dałabym jakoś radę, mrucząc pod nosem, że powinien przestać spotykać się z tym zidiociałym, zrogowaciałym debilem, który nie ma wyczucia i prędzej czy później go zrani, bo to zawsze robią takie typki, ale jak widać, pan Oakley miał to wszystko głęboko w poważaniu. No i co? No i brnął w to gówno, nie zważając na konsekwencje, a potem przyleci zasmarany, bo pan Walsh postanowi dać mu spektakularnego kosza z nowym chłopakiem w roli głównej. Przelizanie się na dziedzińcu z powiedzmy, już przykładowo, Davonem, nie byłoby dla niego większym problemem, zapewniam.
Już miałam kurwować na głos, krzyczeć, tupać i warczeć pod nosem, gdy nagle ni stąd, ni zowąd, przed moją osobą, jak grzybek po deszczu, wyrosła, no wypisz wymaluj Yev, tylko wersja Gender Bender i zdecydowanie ładniejszy.
— Przepraszam, że tak długo. Nie zmarzłaś? — zapytała, zdejmując okulary przeciwsłoneczne, a wtedy byłam już całkiem pewna swoich poprzednich słów. Trochę sapała, wzdychała, cholera wie co. — Nazywam się Coppélia, ale wolę Éli. Krótsze, łatwiejsze do zapamiętania i trzeba się uśmiechać przez akcent na „e”. — Uśmiechnęła się szeroko i wystawiła dłoń na przywitanie.
Parsknęłam śmiechem.
Kolejne kochane dziecko do wytulania i wymiziania. Brakowało mi kogoś z pazurem, kogoś, kogo mogę pownerwiać i kto mnie pownerwia, bo wszyscy się rozmemłali.
— Witam Coppélio z uśmiechniętym akcentem na „e”, nazywam się Renee, u mnie akurat uśmiechu brak, ale coś się wykombinuje. To jak, proponuję zanieść walizkę do twojej kwatery i może trochę się ogrzać?

czwartek, 14 czerwca 2018

Wprowadzenie: Coppélia [1]

— Tylko nie zabijcie się tam przypadkiem, okej? — Brązowe oczy brata przypatrywały mi się z rozbawieniem, aż w spotkały się z ciemnymi szkłami, które włożyłam na nos. Posłałam mu słodki uśmiech, zanim został przysłonięty szalikiem i naciągnęłam na uszy czapkę.
— Za bardzo się kochamy, żebyśmy się pozabijali  — powiedziałam niewyraźnie przez materiał.
— Dlatego powiedziałem „przypadkiem”, bo cholera was wie — fuknął, na co poczochrałam go po ciemnych kudłach. — Trzymaj się, Éli. I pozdrów Gapcia, jeżeli cię nie pogoni.
Phi, jakbym miała mu zamiar pozwolić się przegonić. Prędzej rozbiłby sobie głowę podczas wyganiania mnie, niż ruszył moją osobę… Dobra, Jughead miał rację, powinniśmy uważać, żeby się nie zabić, bo znając nas, nie minie dzień, a wylądujemy u pielęgniarza. Pomachałam mu na pożegnanie i ruszyłam w stronę dziedzińca uczelni, nie mogąc się doczekać, aż zobaczę minę Yeva. Ale najpierw trzeba załatwić normalności. I się ogrzać, bo jak złapię przeziębienie, to kolorowo nie będzie. Nie miałam ochoty pierwszych dni spędzić w łóżku, smarkając i zwijając się pośród chusteczek.
Rozejrzałam się dookoła, wsłuchując się w przyjemny skrzyp śniegu pod moimi butami oraz kółkami walizki. Rozpromieniłam się, gdy kogoś zauważyłam i na tyle szybko, na ile mogłam sobie pozwolić, podeszłam do, jak się później okazało, nieznajomej z lekką zadyszką. 
— Przepraszam, że tak długo. Nie zmarzłaś? — spytałam dziewczynę, zdejmując ciemne okulary, bo jednak dziwnie musiałam wyglądać zakryta od stóp do głów oraz przeciwsłonecznymi szkłami. — Nazywam się Coppélia, ale wolę Éli. Krótsze, łatwiejsze do zapamiętania i trzeba się uśmiechać przez akcent na „e”. — Wyciągnęłam dłoń odzianą w rękawiczkę w jej stronę, szczerząc się szeroko, mimo że nie mogła tego zauważyć.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Wprowadzenie: Coppélia [0]

I tak oto lecą mi kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata, w tej nędznej, marnej placówce, gdzie uczniowie płaczą, nauczyciele zalewają się w trupa [albo na odwrót], popularsy spijają całą śmietankę, a szare myszki mogą co najwyżej zamieść ogonkiem kurz przed przejściem Hery, Diaskro, Hopecrafta, czy Miraclesa.
Zwykłe, najzwyklejsze życie, w nie do końca normalnej szkole, a przy dychaniu utrzymywał mnie tylko i wyłącznie szeroki uśmiech złocistych oczu, które mrugały radośnie w moją stronę przy każdej nadarzającej się okazji.
Jak i dlaczego wylądowałam z Yamirem, dalej nikt nie wiedział, nawet ja i on, ale szło, jak szło, Nivan trochę się odsunął, Wanda posyłała nam krzywe spojrzenia, ale mimo wszystko staraliśmy się udowodnić całemu światu, że co to, to nie, nie damy się złamać takiej marnej próbie.
Chyba.
Pocałowałam gorące czoło Hindusa na odchodne, tym razem to na mnie zleciała kupa papierów i tym razem to ja miałam zająć się nowo przybyłą uczennicą, która najwyraźniej była blisko spokrewniona z naszym Człowiekiem Krzywdą, który nie potrafił wstać z łóżka bez wyrżnięcia orła na prostej.
Ubrałam się w swój czarny płaszcz, poprawiłam botki i nie czekając dłużej, wyparowałam z budynku, nakładając przy okazji nauszniki.
Copp...
Coppélie?
Coppélia?
Copperfield, cholera, cokolwiek, byle przyszła na czas, już mi zimno.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis