Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pióra na wietrze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pióra na wietrze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 września 2018

Pióra na wietrze [1]

Ja pierdolę, kurwa czyjakolwiek mać, czy ja wyglądam na jakiś rzadki okaz miśka polarnego? Co? Czy to już ten okres, gdzie ta buda upadła doszczętnie, zapominając zainwestować w systemy grzewcze? Było zimno, kurewsko zimno, wystarczająco, żebym miał ochotę schować się w jakiejś zapyziałej dziurze, otulić się setką koców i nigdy więcej nie wychylać nosa zza grubych pierzyn. Seryjnie, niby ledwo mróz ściął pobliskie rzeki, strumyki, nasze leśne jeziorko, a ja już kłapałem zębiskami na prawo i lewo, trzęsąc się przy niskich temperaturach. Nic poradzić na to nie mogłem, z natury zaliczałem się do zwierząt wybitnie ciepłolubnych, lubujących się w słoneczku, plażach i ogólnym błogim leniuchowaniu. A do leniuchowania bynajmniej nie zaliczałem przedzierania się przez zaspy, śniegi i tak dalej.
A pośrodku zasypiska stał jakiś idiota, przytulający kwiatka do piersi. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, rozpoznając w nim jednego z młodszych stażem uczniów. Uśmiechał się delikatnie głupio, wprawiając mnie przez moment w osłupienie, bo chyba jako jedyny nie dygotał cielskiem.
No tak, pewnie mu czujników temperatury nikt nie zamontował w tym dzikim ciele.
— Witaj — powiedział z szerokim, ciepłym uśmiechem, na tyle promiennym, że aż musiałem zmrużyć oczy.
— Musisz wstawić go do wody — mruknąłem — inaczej za parę godzin ci padnie z odwodnienia — poinformowałem chłopaka. — Zaklimatyzowałeś się już u nas na uczelni? — spytałem, chcąc podtrzymać lekką konwersację. 

czwartek, 6 września 2018

Pióra na wietrze [0]

Przez ostatnie miesiące było zimno. Bardzo zimno nawet, jak mówili niektórzy ludzie, snujący się bez wyraźnego celu po uczelni. Nie byłem w stanie potwierdzić tych słów ze stuprocentową pewnością. Niby czułem jakieś ukłucia chłodu na syntetycznej skórze, niby policzki przybierały barwę całkiem naturalnego różu. Mimo wszystko jednak zimna samego z siebie nie odczuwałem, podobnie jak wilgoci. Z tego powodu postanowiłem po zajęciach wyjść na mokry trawnik, kiedy to smugi deszczu uderzały w okna w szaleńczym, lecz i po części uporządkowanym, tempie. Moja uwaga została przykuta przez jeden, drobny element, wyróżniający się pośród setek innych, dzielnie trwający mimo wybitnie niesprzyjających warunków pogodowych. Kucnąłem w pobliżu kępki kwiatów, które pewnie dopiero co przebiły się przez ziemię, biegnąc ku górze, aby zdobyć chociaż kilka cennych promieni słońca. Wyglądały jak nieprawidłowy element układanki w mozaice uczelni, gdzie to wszyscy szli przed siebie, zupełnie nie bacząc na pozostałych.
Polubiłem tego kwiatka. I nawet zacząłem mu współczuć. Musi być przecież taki samotny, zagubiony w bezkresnym świecie, potrzebował kogoś, kto się nim zaopiekuje. Dlatego dotknąłem opuszkami palców białych płatków, chłonąc wzrokiem każdy milimetr rośliny, aby później ostrożnie zerwać nowego przyjaciela. Obróciłem go kilkukrotnie, chcąc lepiej się przyjrzeć dziełu natury w dłoniach. Uśmiechnąłem się delikatnie i przytuliłem kwiat do piersi. Podniosłem się stopniowo, oglądając się przez ramię na drzwi, przez które zaledwie chwilę temu wyszedłem z budynku. 
— Witaj — powiedziałem z szerokim uśmiechem, kiedy ujrzałem w środku drugą osobę, kiedyś już zapewne mijaną na korytarzu.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis