Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojciec Marnotrawny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojciec Marnotrawny. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 maja 2018

Ojciec Marnotrawny [X]

Dziwiłem mu się, że z rozoraną wargą chciało mu się jeszcze zajarać i podzielić ze mną szlugiem. Jedne z droższych, to było pewne, w końcu wszystko, co miał ten parch, było drogie, było bogate, było z najwyższej istniejącej półki.
Ręką dalej mnie świerzbiła, policzek bolał, podobnie jak brzuch i żebra, ale suma summarum uznałem, że po prostu było warto. Było warto mieć świadomość, że te kilka kwiatów, które wyrosło na jego skórze, że krew spływająca po ustach, że ta rozpięta koszula i rozczochrane włosy były moją zasługą.
Potrzebowałem mu wpierdolić. Tak bardzo potrzebowałem mu wpierdolić, zlać, dać w pysk i pokazać, co znaczę, kim jestem i że nie jestem już tylko zapowiedzią człowieka, która nie może mu nic zrobić. Że miałem już dwadzieścia lat, znałem swoją wartość i byłem od niego po prostu silniejszy.
Bo mogłem zrobić wszystko.
Od wpieprzenia mu za to, co zrobił, po rozpierdolenie mu tej i tak nikłej sławy w świecie biznesmenów. Bo wystarczało jedno kliknięcie, żeby spieprzyć wszystko, na co pracował. Bo mogłem wpisać jeden, jedyny ciąg cyfr, mogłem go potwierdzić i wszystko by runęło.
— Jest coś jeszcze, Nivan — powiedział w końcu, otwierając szerzej okno i wydmuchując cały dym z płuc na świeże powietrze. Uniosłem brwi i mruknąłem pytająco, strzepując popiół do popielniczki i poprawiając uścisk na łokciu. — Ktoś, dokładniej.
— Wiem, że masz kobietę. To nie moja sprawa, Na…
— Gabriel — przerwał mi nagle, na co prychnąłem ze zdziwieniem, bo od kiedy jest gejem? — Twój brat. Będzie się tutaj uczyć.

Ojciec Marnotrawny [12]

Wyrzucili mnie z pokoju. To znaczy, wyprosili, tak, oczywiście. Gdzieś pomiędzy wrzaskami, krzykami i krótką przepychanką, podczas której spróbowałem ich rozdzielić i nie chciałem ich zostawiać samych, ale za chwilę obaj przepchnęli mnie przez drzwi, zamknęli je na klucz i zostawili go w środku, a ja mogłem tylko westchnąć głośno, podobijać się chwilę, zagłuszany przez niewybredne słownictwo, a następnie odejść, licząc na to, że się tam nie pozabijają.
Czułem, że mężczyzna przyjeżdżając tu, będzie miał na celu coś więcej, niż tylko przeprosiny i krótką pogadankę w stylu ojciec—syn. Że w tym wszystkim siedzi inna sprawa, która czekała na światło dzienne od dawna, utajniana od jakiegoś czasu, błagająca o uwolnienie, bo nawet zmarszczka na czole Nathana z każdą kolejną chwilą robiła się coraz głębsza i coraz bardziej widoczna, a udawane uśmiechy nie były w stanie jej uciszyć, zmniejszyć i odwrócić od niej uwagi.
Dodatkowo manipulował Nivanem?
Jak bardzo teraz musiał mu nie ufać? Jak bardzo powiększył przepaść, która trwała między tą dwójką? Jak bardzo spieprzył po całej długości i rozdrapał zasklepione już kawał czasu temu rany?
Ale gdy już wyjechał i Oakley powiedział mi dosłownie wszystko, co się stało, otwierałem oczy coraz szerzej i przyznałem sobie w duchu jedno.
Nie dziwiłem się temu, z jaką nienawiścią Nivan opowiadał całą historyjkę.

wtorek, 8 maja 2018

Ojciec Marnotrawny [11]

Nie wiedziałem, co powinienem czuć, co powinienem robić, jak działać, co mówić, dlatego po prostu wyrzuciłem wszystkie karty, pokazałem to, co miałem pokazać już od dawna i otworzyłem się całkowicie przed zupełnie obcą mi osobą, której tak długo mi brakowało i której tak długo nie chciałem widzieć na oczy, a mimo wszystko teraz czułem dziwną przychylność. Uczciwie mówię, że wszystkie zmartwienia zniknęły, że wszystko, co się działo zdawało się tak błogie, tak lekkie, że coś musiało nie grać.
I dopiero wtedy jakaś zapadka mi kliknęła, coś przeskoczyło, a ja sam otworzyłem szerzej oczy, rozumiejąc to, co niejednokrotnie gadała o nim mama, gdy spotykała się z Vitą.
Wszystko znowu opadło, znowu mnie przytłoczyło, żółć wróciła do żołądka, podbijała do gardła, a ja zacisnąłem nerwowo dłonie na pościeli.
— Ty chuju — warknąłem pod nosem.
— Robię to dla twojego dobra, Niv — mruknął ze znacząco kpiącym głosem, jakby chciał tylko pokazać, że był ode mnie lepszy, że jestem zwykłym szczylem, gówniarzem, który nie powinien otwierać pyska i posłusznie dreptać za właścicielem. — Nie poczułeś się lepiej, mogąc zrzucić to wszystko? Pozbyć się tego? Wywalić z głowy na dobre?
— Dlatego mnie kontrolujesz? Mamę też zmanipulowałeś, jak chciałeś ją bzyknąć?

Ojciec Marnotrawny [10]

Rozpędził się. Mówił nieprzerwanie, wylewał się jak wodospad, głos mu się łamał, a mężczyzna tylko słuchał i kiwał głową, doskonale rozumiejąc, co chłopak ma na myśli, co chce mu przekazać, co przez to wszystko okazuje.
Oakley gadał dużo, gadał wszystko, co zdążyło mu zalec na wątrobie przez te ostatnie kilka lat. Łgał w żywe oczy, mówiąc, że mu nie zależy, że ten, który przyjechał właśnie do niego, nic dla niego nie znaczy, że jest dla niego nikim. Bo był, mimo swojej nieobecności, jedną z najważniejszych osób w życiu Nivana. Należał do nielicznego grona, które miało aż tak piorunujący wpływ na młodego chłopaka, na to, jak się kształtował, na kogo wyrósł. Jak się zahartował, jak uczuciowy był, jak bardzo szanował tych najbliższych i jak bardzo zależało mu na tym, żeby inni czuli się kochani, chociaż zdecydowanie nie potrafił tego robić, a okazywanie emocji szło mu nadzwyczaj opornie.
Nawet patrząc na jego tył, mogłem spokojnie powiedzieć, że jednocześnie dostawał zastrzyków energii i słabł. Że wszystko ma na niego dziwny, niezrozumiały wpływ, którego prawdopodobnie sam się bał i nie rozumiał.
Nathan przez cały czas się tylko uśmiechał i przyglądał z radością młodemu mężczyźnie, który tak żwawo rwał się do opowiadań, który mówił wszystko z tak odczuwalną pustką, wstrętem, entuzjazmem, euforią i melancholią w jednym, że niejeden empata dostałby korby, bo przecież ja sam, niezbyt wyczulony na emocje, mógł przysiąc, że aura Oakleya powoli zalewała człowieka i przyprawiała o migreny, szumiała mocno w głowie, drażniła wszystkie organy.

poniedziałek, 7 maja 2018

Ojciec Marnotrawny [9]

— Chcę cię przeprosić — odezwał się po chwili ciszy, podczas której niespokojnie przesuwał się po fotelu, poprawiał, przecierał policzek, drapał nadgarstek, czy wypychał policzek językiem. Całokształtem nie zachwycał i nawet będąc w tej eleganckiej, drogiej koszuli, spodniach w kant i tak idealnie ułożonych, zaczesanych do tyłu włosach, nażelowanych, tak dokładnie przystrzyżonych, to dalej wyglądał jak najzwyczajniejsze w świecie, zagubione dziecko, które za bardzo nie wie, co powinno z sobą zrobić.
— Nie powinieneś przepraszać mnie, tylko mamę — odparłem krótko, zakładając nogę na nogę i podpierając się rękami na łóżku, po obu stronach ciała. Zerknął na mnie wymownym spojrzeniem, które dosłownie mówiło, że doskonale o tym wie, ale już przecież to robił. — To, że przepraszasz mnie, nie ma najmniejszego znaczenia i nic nie robi. Nie skrzywdziłeś mnie. Ty… Nie jesteś kimś… To znaczy, nie masz... — westchnąłem ciężko i pochyliłem się do przodu, automatycznie się garbiąc, bo nie potrafiłem ubrać tego wszystkiego w słowa i doskonale wiedziałem, że skończę, mówiąc mu prosto w twarz to, co o nim myślę.
— Śmiało.
— Nie znam cię. Nie żyłem z tobą. Nie mam z tobą jakiejkolwiek więzi. To jest na zasadzie, gdyby jakaś osoba z ulicy do mnie podeszła i powiedziała, że przeprasza mnie za to, że kiedyś gdzieś tam okradła mojego krewnego. To nie ma... — Ponownie sapnąłem. Naprawdę nie wiedziałem, co robić, jak mówić i wiedziałem, że brzmiałem jak skończony popapraniec, że do niczego nie dochodziliśmy, ale czułem, że powinienem spuścić przed nim parę. — Mam cię w dupie. Głęboko. Powtórzę to kolejny raz, jedyną osobą, którą powinieneś przepraszać za odejście, jest mama. Bo nie odszedłeś ode mnie, nie zostawiłeś mnie. Nie możesz zostawić osoby, której nie znasz, z którą nie spędziłeś czasu, nie miałeś żadnej więzi. I w tym momencie, ty jesteś dla mnie nieznajomym. Nic mnie z tobą nie łączy oprócz genów i...

Ojciec Marnotrawny [8]

Ciekawe jak dziwnie się czuli, rozmawiając ze swoim lustrzanym, nieco skrzywionym i oderwanym od rzeczywistości, odbiciem. W wydaniu nieco starszy i nieco młodszy.
Naprawdę, brakowało tylko piorunów strzelających z oczu, dramatycznego zbliżenia na ich twarze i jeszcze bardziej tragicznej muzyki, która jeszcze długo dudniłaby w głośnikach i uszach oglądających całe przedstawienie.
Bardzo chciałem wiedzieć, co dzieje się w głowie i jednego i drugiego, co tam musi grać, wrzeszczeć, walczyć o dominacje. Co rzeczywiście chcieliby powiedzieć tej osobie, a co skutecznie filtrują, żeby tylko nie wywołać większego kociokwiku.
Miałem świadomość, że nie powinienem się przysłuchiwać i obserwować, bo to była sprawa tylko i wyłącznie między tą dwójką, która miała przed sobą zdecydowanie zbyt wiele niewypowiedzianych słów, niezaznanych słodyczy i goryczy, a także gestów, więzi, zbyt wiele nieprzeżytych chwil, które powinien mieć ojciec z synem.
Zbyt wiele rzeczy, które nigdy nie nastąpią, bo nawet jeśli któryś chciał coś naprawić, to obaj spalili te mosty, rozwiali prochy i zostawili za sobą jednie przepaść, na którą patrzeć nie mieli zamiaru.
— Więc o czym chcesz gadać? — spytał w końcu Nivan, krzywiąc się delikatnie i znowu zapadła ta nieprzyjemna cisza. — Nathan? — dodał po dłuższej chwili namysłu, nieco drżącym głosem i z porządnie zmarszczonym czołem.
Mężczyzna się uśmiechnął, nieco szerzej, nieco radośniej i szczerze.
Nivan natomiast już tak bardzo nie buzował.

niedziela, 6 maja 2018

Ojciec Marnotrawny [7]

Był sparaliżowany, wybity z rytmu, nie mógł zebrać słów, zachowań, czy nawet dobrej mimiki. Czuć było, jak bardzo się gubi, jak nie może zrozumieć, co ma teraz powiedzieć.
Ja też bym nie wiedział. Nikt by nie wiedział.
Mógł się przynajmniej jakkolwiek przygotować, tymczasem przyszedł do mnie z niczym.
— Po pierwsze — mruknął w końcu, przecierając policzek dłonią i sapiąc cicho, na co ponownie się wzdrygnąłem, bo dostrzegałem coraz więcej podobieństw, których zdecydowanie widzieć nie chciałem. — Możesz zwracać się do mnie po imieniu? — spytał, opierając łokcie o kolana i łypiąc na mnie nieco proszącym wzrokiem. Zmarszczyłem brwi. — Nie oczekuję od ciebie mówienia do mnie per tato. I tak wiem, że byś się do tego nie zastosował. — Znał moje podejście. Skąd? Myślał tak samo, czy może mama mu mówiła? Rozmawiają w ogóle? Znając życie, tak. — Nie On, Tamten, czy Ten Chuj. Nathan. Dobrze? — Spiąłem się, bo na wydźwięk imienia nieco mnie zamurowało. Nie słyszałem go wystarczająco długo, a w jego ustach brzmiało jeszcze dziwniej niż w jakimś innym wydaniu.
No i nie chciałem, nie mogłem wierzyć w uśmiech, który nagle wspiął się na jego usta. Niby miły. Niby łagodny, proszący, cierpliwy.
Ale doskonale znałem ten uśmiech, to spojrzenie, żeby wiedzieć, jak bardzo mnie wkręca, jak wiele ma w tym wszystkim swoich interesów. Bo przecież działałem identycznie jak on. Ta sama mimika, te same ruchy, uśmiechy, tempr głosu i całokształt nieco zagubionego, ale uroczego i przyciągającego mężczyzny.
Ale przecież byłem pieprzonym masochistą.
— Niech będzie.

Ojciec Marnotrawny [6]

Drgnąłem, bo Nivan odpuścił. Jego głowa opadła bezwładnie, oczy nieco się zaszkliły, a cała aura buty, którą w sobie nosił, wyparowała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Niekoniecznie chciałem zostawać z nimi w pokoju. Wolałbym rzeczywiście gdzieś pójść, dać im chwilę dla siebie, pozwolić wyjaśnić pewne kwestie, które i dla jednego i dla drugiego najwyraźniej nigdy nie były jasne. Jednak widząc stan Oakleya wiedziałem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Bo zabiłby. Albo jego albo siebie samego.
Dlatego dorosły zajął za chwilę miejsce w fotelu przy oknie, ja na swoim łóżku, Niv na swoim, centralnie naprzeciw mężczyźnie.
I cholera, siedzieli w ten sam sposób, chociaż przecież nigdy wcześniej się nie spotkali. I jego ojciec poprawił włosy, dokładnie tak, jak Nivan. I patrzył na niego dokładnie w ten sam sposób, w jaki Nivan patrzył na swoją matkę, jedyne co ich poróżniało, to kształt oczu i fakt, że te należące do starszego były odrobinę ciemniejsze.
Najwidoczniej starał się wzbudzić atmosferę podobną do tej rodzinnej, jednak syn nie miał zamiaru oddawać uczucia, ba, zwinnie je odbijał, jak piłeczkę pingpongową, tylko przy okazji opatrywał ją w tysiące igieł i płomienie, byle wyrządzić drugiej jednostce jak najwięcej krzywdy.
Spojrzenie dosłownie na chwilę padło na mnie, by za chwilę powrócić do syna.
Złość powoli przelewała się na mnie, dopadała mnie ta cała napięta i pełna agresji aura, którą wydzielał każdy z nich.
Obaj nie mieli zielonego pojęcia, co powinni zrobić.

sobota, 5 maja 2018

Ojciec Marnotrawny [5]

Skrzywiłem się znacząco, gdy skrzypiący i tym razem bardzo nieprzyjemny ton dotarł do moich uszu, gdy mężczyzna zrobił dość srogą, nieznoszącą sprzeciwu minę i musiałem ten jeden raz oddać mu pałeczkę dominanta, bo potrafił zagarniać przestrzeń w pomieszczeniu jeszcze skuteczniej niż ja.
I przyrzekam, dusiłem się zapachem jego osoby. Atmosferą. Tym, co robił z pozornie miłym popołudniem. Jak prędko potrafił zmienić je w piekło
I wrzeszczałem na samego siebie, bo chociaż kurewsko nie chciałem, chociaż kurewsko mocno go nienawidziłem i chciałem go zajebać na miejscu, to miękłem. Miękłem, roztapiałem się i nieco rozklejałem w środku, bo widziałem go.
Widziałem go pierwszy raz w życiu.
I czułem go. Czułem ten duszący zapach jego osoby. Pierwszy raz w życiu.
I widziałem tego, kogo tak bardzo od zawsze mi brakowało. Pierwszy raz w życiu.
I nie wiedziałem, na kogo już się gniewam. Na niego, czy na siebie, czy może na świat.
I stałem w rozkroku. Już nie pierwszy raz w życiu.
I widziałem właśnie wielką miłość mojej mamy. Prawdziwszą, niż ci wszyscy mężczyźni, którzy zdążyli przejść przez nasz dom.
Pierwszy raz w życiu.
Nienawistne spojrzenie złagodniało. Pokiwałem głową, z gulą w gardle, ale jednak. Nie byłem w stanie przełknąć śliny.
— Możesz nas zostawić na osobności? — spytał Kumara, co od razu wzbudziło mój sprzeciw.
— On tu zostaje.
— To sprawa między nami.
— Gówno mnie to obchodzi, ma zostać.
— Boisz się mnie? — Tu parsknąłem śmiechem.
— Boję się siebie.

piątek, 4 maja 2018

Ojciec Marnotrawny [4]

Wrzeszczał. Po prostu wrzeszczał, a my obaj musieliśmy tego słuchać. Ja z grymasem, bólem serca i ogólnym niesmakiem, bo przecież Oakley łamał mi się, rozwalał na malutkie kawałeczki tuż przed moimi oczami, a ja nie potrafiłem nic z tym zrobić. I on. Bez najmniejszego zawahania w mimice, bez drgnięcia, bez słowa, wciąż z kamiennym wyrazem twarzy.
I już nie wiedziałem, po kim ten gówniarz jest takim furiatem.
Jednego byłem pewien. Obaj zdecydowanie byli samcami alfa i obaj nie mieli zamiaru ustąpić swojej pozycji drugiemu, dlatego tylko walczyli. Jeden krzykiem. Drugi cierpliwością.
Mogłem jedynie obserwować i czekać.
I pluć sobie w twarz, bo jak mogłem go tutaj przyprowadzić, bo co mi nagle strzeliło do głowy, bo co ja sobie pomyślałem, że co, że to dobry pomysł?
— Nivan. — Twardy głos wybił nie tylko mnie, ale i Oakleya. Złagodniał prawie natychmiastowo. A mnie olśniło, bo jego ton był zdecydowanie zbyt miękki.
— Co Nivan, co Nivan, to jedyne, co potrafisz z siebie wydukać? Moje imię i pierdolone, kurwa „Hej”? — Już po chwili wrócił do poprzedniego stanu, jakby opanowanie było tylko chwilowym złudzeniem. Mogłem przysiąc, że słyszałem, jak i jeden i drugi zgrzyta zębami. Rzeczywiście, niedaleko pada jabłko od jabłoni i byłem w stanie potwierdzić te słowa po pierwszym spotkaniu kiedykolwiek z ojcem Oakleya.
— Może byś wiedział, co Nivan, gdybyś dał mi dojść do głosu. Powtórzę. Chcę porozmawiać.

Ojciec Marnotrawny [3]

Patrzyłem bezczelnie w te zdradzieckie, skurwysyńskie, świńskie oczka. W ten parszywy ryj, który śmiał kiedykolwiek znaleźć się w życiu mamy. Zgrzytałem zębami. Śmiałem mu się w twarz, gdy ten tylko spoglądał na mnie z pobłażaniem i kurwa.
Byliśmy tak jebitnie podobni.
Co chyba rozjuszyło mnie jeszcze bardziej, dlatego odetchnąłem ciężej, zacisnąłem mocniej szczęki i zmarszczyłem jeszcze bardziej brwi, o ile w ogóle się dało. Mężczyzna nic nie robił. Gapił się na mnie, jak ciele na malowane wrota, marszczył czoło, dalej się uśmiechał, tym samym coraz bardziej wyprowadzając mnie z równowagi, której naprawdę nie chciałem tracić, nawet jeśli w pokoju był również Kumar, którego swoją drogą zapierdolę po wszystkim, bo dlaczego on go tu w ogóle przyprowadził?
— Niv... — Nie dokończył.
— Nie odzywaj się do mnie, nie odzywaj się w ogóle, zamknij ten pysk i spierdalaj, jak cię ładnie proszę, do kurwy nędzy — warczałem z resztkami zdrowego rozsądku, walcząc przy okazji z samym sobą, żeby nie podejść i nie zrobić facetowi krzywdy.
— Chcę tylko porozmawiać — kontynuował, wciąż tym łagodnym, pierdząco—mruczącym głosem.
— O czym? O czym chcesz, kurwa, porozmawiać? Człowieku, zostawiłeś moją matkę samą sobie, spierdoliłeś w podskokach wtedy, to czego nie potrafisz teraz, co? Spieprzaj stąd, wysyłaj te alimenty i dalej miejmy siebie nawzajem w dupie, bo nie mam ochoty podnosić sobie teraz ciśnienia.
— Nivan.
— Nie było cię, przez jebane dwadzieścia lat — ryknąłem, gdy poprzednie wiadomości jakoś średnio do niego docierały. — Dwadzieścia, kurwa, lat, po czym przychodzisz sobie i jak gdyby nigdy nic wyjeżdżasz mi ze swoim „Hej”? Co, kupiłeś w końcu to mleko, czy jaki chuj?

czwartek, 3 maja 2018

Ojciec Marnotrawny [2]

W Oakleyu się gotowało i chyba trzeba było być ślepym, żeby nie zauważyć złości, furii, która nagle wtargnęła na jego twarz. Żeby nie dojrzeć pięści, w których na sekundę przed zamknięciem dłoni pojawiły się jasne języki ognia, które z radością lizały skórę chłopaka. Żeby dojrzeć, jak te dotąd dość radosne, no, albo nieco kpiące oczęta, zmieniają się nagle w dwa żarzące się ogniki, które najchętniej pożarłyby drugiego mężczyznę żywcem.
Czy sam się szykowałem?
Oczywiście, że tak. Nie wiedziałem, co młodszemu mogło strzelić do głowy, nie zdziwiłbym się, gdyby po prostu zdecydował się rzucić na…
Na własnego ojca. Chociaż sam wystrzegał się tego słowa jak ognia… Wody, to nie można było zaprzeczyć, że rzeczywiście, Oakley miał drugiego rodzica. Jak każdy. Świata nie mógł oszukać.
Ale ku mojemu zaskoczeniu nie targnął się na bitkę. Jedynie wstał, ochłonął, wyrzucił z siebie złość, zastąpił ją zrezygnowaniem i zawiedzeniem. Mną. Nim. Sobą samym. Światem.
Starszy mężczyzna wszedł o krok głębiej, zamykając za drzwi i spoglądając uważnie na nosiciela jego genów. Oglądnął go od stóp do głów. Tego już nieco zmarnowanego gówniarza, buntownika z powołania, młodego, zawistnego furiata, władcę swojego własnego życia.
W jego spojrzeniu dało się zauważyć radość, usatysfakcjonowanie tym, co może właśnie zaobserwować, co było jego dziełem, częścią jego, ba, pod pewnymi względami wręcz kopią i dopiero teraz zrozumiałem, że jedyne co ma po matce, to budowę i kształt oczu i to chyba zabolało najbardziej, bo znaczyło to, że przez całe życie był i przypominał o tym, od czego oboje koniecznie chcieli uciec.
— Spierdalaj — wyszeptał tak pewnym, tak bezwzględnym, tak stanowczym i chłodnym głosem, że mnie samego wmurowało. Kącik ust i brew starszego zadrżały. Pierścionek na palcu wskazującym zabłysnął, a ja już nie wiedziałem, kogo przed kim będę musiał bronić. — Powiedziałem, że masz spierdalać, nie rozumiesz, czy o jaki chuj chodzi? — zaśmiał się.
Zaśmiał się w sposób, którego nie znałem.
I którego zdecydowanie się bałem.

środa, 2 maja 2018

Ojciec Marnotrawny [1]

Kauczukowa piłeczka kolejny raz odbiła się od ściany, a następnie od podłogi i kolejny raz gładko wpadła w moją dłoń, a ja kolejny raz westchnąłem ciężko, bo oto i przede mną następny rok w tej szkole i przynajmniej zacząłem nieco lepiej, niż poprzednio, bo powiedzmy sobie szczerze, akcja z Przewalską była dość nieciekawa i w sumie dalej odbijała się za mną głośnym echem. Za nami, tak właściwie.
Chociaż spoufalała się z Kumarem coraz bardziej, tyle dobrego.
Czy chciałem ich razem? Chciałem ich szczęścia, a wiedziałem, że razem potrafią je sobie dać i zapewnić, więc tak. Bo przecież Hindus tak szeroko się uśmiechał, gdy mógł mi oznajmić, że idzie do Wandy albo że Wanda do niego pisze albo że Wanda w ogóle oddycha, bo chyba nawet za to dałby się poszatkować w malutką kosteczkę.
Drzwi skrzypnęły, piłka poleciała pod łóżko, na co cicho przekląłem, a mój, dość leniwy tego dnia, wzrok padł na wrota, w których stanął nie kto inny jak Yamir.
Yamir i mężczyzna.
Obcy, a jednocześnie tak znajomy mężczyzna.
Uśmiechał się, niby ciepło, niby miło, ale jednak tak szelmowsko i obrzydliwie, że poczułem wręcz natychmiastowe ciarki, które żwawo przebiegły wzdłuż mojego kręgosłupa.
— Hej — rzucił. Niepewnie, z dziwnym wyrazem twarzy i zawahaniem.
Błysk w dzikich ślepiach.
A ja wiedziałem już wszystko.

Ojciec Marnotrawny [0]

Czas leciał. Tak po prostu. Wyjątkowo nie przyspieszał, nie zwalniał, jedynie płynął tym swoim ciągłym, monotonnym tempem. Nie uciekał przez palce, nie zostawał pod paznokciami, jedynie gładko przesypywał się przez klepsydrę. Akurat wtedy, kiedy trzeba było.
Równowaga, jaka zapanowała, była wręcz niepokojąca. Cisza, spokój, brak większych wybryków, psikusów, które świat przecież tak uwielbiał płatać. Bo jednak szala w przyrodzie lubiła się od czasu do czasu przechylić bardziej na którąś stronę.
A teraz zastój był już zdecydowanie zbyt długi i mogliśmy tylko czekać, aż coś znowu spadnie nam na głowę.
A raczej wiedzie przed szkołę w walonej, czarnej Tesli.
Czy strzykało mi w kościach? Od samego począteczku. Czy powinienem był wtedy spietrać i pójść stamtąd? Oczywiście, że tak. Czy to zrobiłem? No jasne, że nie. Tylko stałem, jak ten słup soli i gapiłem się na samochód, z którego za chwilę wynurzyła się postawna sylwetka. Spodnie w kant, biała koszula zapięta pod samą szyję, znajomo podwinięte rękawy. Był szatynem, aczkolwiek wiek zdecydował się już przyprószyć boki jego głowy lekką siwizną.
Łypnął granatowym okiem. Groźnym, znajomym, równie mocno żądnym władzy i równie mocno dzikim, zadziornym, pewnym siebie, bo przecież był ustawiony, przyjechał Teslą, pojawił się znikąd i miał już zapewnioną rolę dominanta w tej sytuacji.
I to wszystko było tak bardzo znajome, aż straszne.
I te rysy twarzy, chociaż zdecydowanie bardziej męskie, to dalej niesamowicie podobne.
— Dzień dobry, wie pan, gdzie zastanę Nivana Oakleya? — Niski, mruczący głos łagodnie połaskotał ucho, przyprawił o zawroty głowy. Zmarszczyłem brwi, już miałem otworzyć usta w głuchym „Co?”, gdy mężczyzna się uśmiechnął.
Firmowym uśmiechem numer trzydzieści cztery.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis