Pokiwała twierdząco głową.
Trafione, zatopione, dwa zero dla mnie z nieznanym przeciwnikiem po drugiej stronie. Całkiem nieźle mi idzie.
— Zgadza się. Jak na razie, nie licząc ciebie, no i Jamesa, który mnie wprowadzał, to poznałam Renee i Vanilię. Sympatyczne osóbki. No i zostałam staranowana przez centaury. Mają szczęście, że nie miałam przy sobie książki. Oj marny byłby ich los — przerwała, by westchnąć głośno i smutno, a ja pokiwałem z uwagą głową, po czym pochyliłem się do przodu z zainteresowaniem. — No a ty? Bo w sumie to nawet nie wiem, do której klasy chodzisz, co nie powinno mnie dziwić ze względu na mój krótki pobyt tutaj — dopytała się po chwili, oczywiście z błyskiem w bardzo ładnych, niebieskich oczętach. Uśmiechnąłem się.
Dziewczyna w oczekiwaniu na odpowiedź oczywiście zajadała się bardzo trafionym ciastem czekoladowym.
— Psst. Mogę spróbować? Obiecuję, że będzie to tylko jeden, malutki kawałeczek i ani okruszka więcej — mruknęła nagle, a ja parsknąłem głośnym śmiechem, kiwając głową i podsuwając dziewczynie talerzyk.
Ja i tak już się najadłem.
— Co do klasy, to czwarta, jestem tu na takiej niby wymianie bez wymiany, wiesz o co chodzi — odpowiedziałem, machając przy tym widelczykiem, jakby próbując nadać głębi moim słowom. — Co do tarty, oczywiście, częstuj się, ja i tak już ledwo co mogę.
Tak, walentynkowe popołudnie zdecydowanie spędziłem miło.
W dobrym towarzystwie.
Przy ciekawej rozmowie.
Pysznym cieście.
Perfekcyjnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynkową zabawę czas zacząć!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynkową zabawę czas zacząć!. Pokaż wszystkie posty
piątek, 23 lutego 2018
Walentynkową zabawę czas zacząć! [11]
— Jesteś na pierwszym roku, prawda? — zapytał, chcąc zagaić jakoś rozmowę.
Pokiwałam twierdząco głową, bo właśnie miałam kawałek ciasta w ustach, a przecież nie ładnie mówić z pełną buzią. Przełknęłam, wzięłam łyk soku i byłam gotowa do udzielenia odpowiedzi.
— Zgadza się. Jak na razie, nie licząc ciebie, no i Jamesa, który mnie wprowadzał, to poznałam Renee i Vanilię. Sympatyczne osóbki. No i zostałam staranowana przez centaury. Mają szczęście, że nie miałam przy sobie książki. Oj marny byłby ich los. — Westchnęłam cicho. Zakrwawione kolana to jednak nie najprzyjemniejszy widok na świecie. — No a ty? Bo w sumie to nawet nie wiem, do której klasy chodzisz, co nie powinno mnie dziwić ze względu na mój krótki pobyt tutaj. — Przysięgam, że powinnam się już zamknąć, bo inaczej wyczerpię limit słów na najbliższe trzy lata.
W oczekiwaniu na odpowiedź naturalnie zajadałam się moim darem od bogów, niebios, brownie. Zrobiłam sobie krótką przerwę. Zawsze od szybkiego jedzenia mój brzuch lubił robić sobie długie koncerty złożone z bulgotania o różnej tonacji i intensywności. Tym razem wolałam sobie, jak i chłopakowi tego oszczędzić. Szybko rzuciłam okiem na otoczenie. Wszyscy jakby powoli, stopniowo zaczynali się zbierać, aby przejść do kolejnego punktu wycieczki. Mój wzrok padł na tarcie cytrynowej chłopaka. W sumie to nigdy nie miałam okazji jeść tarty, zwłaszcza cytrynowej.
— Psst. Mogę spróbować? Obiecuję, że będzie to tylko jeden, malutki kawałeczek i ani okruszka więcej. — Dla lepszego efektu zrobiłam tą sławną minę na smutnego szczeniaczka, a przynajmniej się starałam.
Pokiwałam twierdząco głową, bo właśnie miałam kawałek ciasta w ustach, a przecież nie ładnie mówić z pełną buzią. Przełknęłam, wzięłam łyk soku i byłam gotowa do udzielenia odpowiedzi.
— Zgadza się. Jak na razie, nie licząc ciebie, no i Jamesa, który mnie wprowadzał, to poznałam Renee i Vanilię. Sympatyczne osóbki. No i zostałam staranowana przez centaury. Mają szczęście, że nie miałam przy sobie książki. Oj marny byłby ich los. — Westchnęłam cicho. Zakrwawione kolana to jednak nie najprzyjemniejszy widok na świecie. — No a ty? Bo w sumie to nawet nie wiem, do której klasy chodzisz, co nie powinno mnie dziwić ze względu na mój krótki pobyt tutaj. — Przysięgam, że powinnam się już zamknąć, bo inaczej wyczerpię limit słów na najbliższe trzy lata.
W oczekiwaniu na odpowiedź naturalnie zajadałam się moim darem od bogów, niebios, brownie. Zrobiłam sobie krótką przerwę. Zawsze od szybkiego jedzenia mój brzuch lubił robić sobie długie koncerty złożone z bulgotania o różnej tonacji i intensywności. Tym razem wolałam sobie, jak i chłopakowi tego oszczędzić. Szybko rzuciłam okiem na otoczenie. Wszyscy jakby powoli, stopniowo zaczynali się zbierać, aby przejść do kolejnego punktu wycieczki. Mój wzrok padł na tarcie cytrynowej chłopaka. W sumie to nigdy nie miałam okazji jeść tarty, zwłaszcza cytrynowej.
— Psst. Mogę spróbować? Obiecuję, że będzie to tylko jeden, malutki kawałeczek i ani okruszka więcej. — Dla lepszego efektu zrobiłam tą sławną minę na smutnego szczeniaczka, a przynajmniej się starałam.
środa, 21 lutego 2018
Walentynkową zabawę czas zacząć! [10]
— Czy to... Czy to brownie? Podwójne brownie? — zapytała, spoglądając na mnie jak na bóstwo, wwiercając się wzrokiem w mój umysł, a ja z przyjemnością pokiwałem twierdząco głową. Trafione zatopione, to się nazywa wyczucie. — Rajciu, nie wiem, czy czytasz mi w myślach, ale już cię uwielbiam i właśnie zdobyłeś u mnie plus sto punktów — stwierdziła, uśmiechając się baaardzo szeroko, a ja uśmiech odwzajemniłem, bo co miałem innego zrobić i włożyłem kawałek tarty do ust. Jak bardzo mi tego brakowało, zdecydowanie potrzebowałem czegoś słodkiego. Natychmiast. — Bardzo, bardzo dziękuję — dodała na sam koniec, również biorąc się za swoje jedzenie, dzielnie wywalczone przeze mnie i wyciągnięte z tłumu z potem i krwią. Pokiwałem głową, uważnie się jej przyglądając, cały czas z szerokim uśmiechem, bo ludzie, trafiłem, i to jak!
— Jesteś na pierwszym roku, prawda? — zapytałem, chcąc zacząć jakąkolwiek rozmowę pomiędzy nami, bo bądźmy poważni, jak cudowne słodycze nie były, to nie przyszliśmy tu tylko dla nich (choć czas spędzony na jedzeniu nigdy czasem zmarnowanym nie jest), a przecież również i dla siebie nawzajem, jak dziwnie by to nie brzmiało. Walentynki to Walentynki, tak?
Wziąłem kolejny kęs tarry, uśmiechając się błogo. Tak, zdecydowanie bardzo dobry wybór, w tym też dobrze trafiłem.
— Jesteś na pierwszym roku, prawda? — zapytałem, chcąc zacząć jakąkolwiek rozmowę pomiędzy nami, bo bądźmy poważni, jak cudowne słodycze nie były, to nie przyszliśmy tu tylko dla nich (choć czas spędzony na jedzeniu nigdy czasem zmarnowanym nie jest), a przecież również i dla siebie nawzajem, jak dziwnie by to nie brzmiało. Walentynki to Walentynki, tak?
Wziąłem kolejny kęs tarry, uśmiechając się błogo. Tak, zdecydowanie bardzo dobry wybór, w tym też dobrze trafiłem.
Walentynkową zabawę czas zacząć! [9]
— Voila, czekoladowo zgodnie z prośbą i sok pomarańczowy dla ochłody — oświadczył dumnie, stawiając rzeczy na naszym stoliku, a następnie usiadł i westchnął ciężko. — Ciesz się, że tam nie wchodziłaś, przejście z tacą z napojami graniczy z cudem i jakoś mi się udało. Było ciężko, o tak to skomentuję — mruknął, parskając śmiechem.
Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Spowodowało to moje chwilowe zawieszenie się i totalny zanik, bo moja świadomość zaczęła właśnie tańczyć oraz skakać niczym górska kozica. Czy to było brownie? Wyglądało jak brownie, więc musiało nim być. Jednak jakby bardziej czekoladowe niż zwykłe. Czyżby podwójne? Jestem w niebie. Mogę przysiąc, że w moich oczach błysnęły iskierki lub coś w ten deseń. Brownie było dla mnie najlepszym, najwspanialszym ciastem, jakie tylko istniało na świecie, każdym uniwersum i nic nie mogło się mu równać.
— Czy to... Czy to brownie? Podwójne brownie? — wolałam jednak dopytać. Gdy wwiercałam w niego wyczekujące spojrzenie, ten jedynie przytaknął głową. — Rajciu, nie wiem, czy czytasz mi w myślach, ale już cię uwielbiam i właśnie zdobyłeś u mnie plus sto punktów. — Uśmiechnęłam się szeroko i jak najpiękniej tylko potrafiłam. — Bardzo, bardzo dziękuję — dodałam tylko i wzięłam się za jedzenie.
Tak jak się tego spodziewałam, każdy kawałeczek rozpływał mi się w ustach. Mogę przyrzec, że było to jedno z najprzyjemniejszych uczuć, jakie tylko można doznać.
Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Spowodowało to moje chwilowe zawieszenie się i totalny zanik, bo moja świadomość zaczęła właśnie tańczyć oraz skakać niczym górska kozica. Czy to było brownie? Wyglądało jak brownie, więc musiało nim być. Jednak jakby bardziej czekoladowe niż zwykłe. Czyżby podwójne? Jestem w niebie. Mogę przysiąc, że w moich oczach błysnęły iskierki lub coś w ten deseń. Brownie było dla mnie najlepszym, najwspanialszym ciastem, jakie tylko istniało na świecie, każdym uniwersum i nic nie mogło się mu równać.
— Czy to... Czy to brownie? Podwójne brownie? — wolałam jednak dopytać. Gdy wwiercałam w niego wyczekujące spojrzenie, ten jedynie przytaknął głową. — Rajciu, nie wiem, czy czytasz mi w myślach, ale już cię uwielbiam i właśnie zdobyłeś u mnie plus sto punktów. — Uśmiechnęłam się szeroko i jak najpiękniej tylko potrafiłam. — Bardzo, bardzo dziękuję — dodałam tylko i wzięłam się za jedzenie.
Tak jak się tego spodziewałam, każdy kawałeczek rozpływał mi się w ustach. Mogę przyrzec, że było to jedno z najprzyjemniejszych uczuć, jakie tylko można doznać.
wtorek, 20 lutego 2018
Walentynkową zabawę czas zacząć! [8]
— Hmm... Chciałam już prosić o coś czekoladowego, ale chyba raczej się zdam — oświadczyła, a ja pokiwałem głową z uwagą, uśmiechając się pod nosem. Czekolada zdecydowanie brzmiała dobrze. — W końcu kto nie ryzykuje, nie pije szampana — dodała po chwili, aby następnie uciec szybko wzrokiem.
Parsknąłem śmiechem, przeczesując włosy dłonią, bo bądźmy wszyscy poważni, sam lubiłem to powiedzenie, zwłaszcza jeżeli akurat szampan był dobry (ze złym szampanem raczej się nie sprawdzało, no cóż). Pokiwałem głową, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku drzwi kawiarni, za którymi kryło się dosyć zatłoczone pomieszczenie. No cóż, przecież nie tylko uczelnia świętowała Walentynki, a tego typu wyjścia to raczej najpopularniejsza form spędzania czasu w to święto.
Kolejka długa była, no cóż, trzeba było przeczekać, aby następnie powrócić z podwójnie czekoladowym brownie i świeżym sokiem pomarańczowym dla panienki (opcja najbezpieczniejsza, a i w upał idealna), a dla mnie samego tartą cytrynową i mrożoną kawą. Tego dnia musiałem zagryźć zęby i dzielnie zapłacić, taka rola mężczyzny, a przecież nie będę wykłócać się o kilkanaście rubli z dziewczyną, która jednak ten swój czas wolny poświęcała, by spędzić go miło w czyimś towarzystwie. Oczywiście nie obyło się bez nie patrzących ludzi czy wpadających dzieciaków pod nogi, ale tu też po prostu prychnąłem pod nosem, ciesząc się, że nic mi z tacy nie spadło.
— Voila, czekoladowo zgodnie z prośbą i sok pomarańczowy dla ochłody — oświadczyłem dumnie, stawiając rzeczy na naszym stoliku, a następnie usiadłem i westchnąłem ciężko. — Ciesz się, że tam nie wchodziłaś, przejście z tacą z napojami graniczy z cudem i jakoś mi się udało. Było ciężko, o tak to skomentuję — mruknąłem, parskając śmiechem.
Parsknąłem śmiechem, przeczesując włosy dłonią, bo bądźmy wszyscy poważni, sam lubiłem to powiedzenie, zwłaszcza jeżeli akurat szampan był dobry (ze złym szampanem raczej się nie sprawdzało, no cóż). Pokiwałem głową, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku drzwi kawiarni, za którymi kryło się dosyć zatłoczone pomieszczenie. No cóż, przecież nie tylko uczelnia świętowała Walentynki, a tego typu wyjścia to raczej najpopularniejsza form spędzania czasu w to święto.
Kolejka długa była, no cóż, trzeba było przeczekać, aby następnie powrócić z podwójnie czekoladowym brownie i świeżym sokiem pomarańczowym dla panienki (opcja najbezpieczniejsza, a i w upał idealna), a dla mnie samego tartą cytrynową i mrożoną kawą. Tego dnia musiałem zagryźć zęby i dzielnie zapłacić, taka rola mężczyzny, a przecież nie będę wykłócać się o kilkanaście rubli z dziewczyną, która jednak ten swój czas wolny poświęcała, by spędzić go miło w czyimś towarzystwie. Oczywiście nie obyło się bez nie patrzących ludzi czy wpadających dzieciaków pod nogi, ale tu też po prostu prychnąłem pod nosem, ciesząc się, że nic mi z tacy nie spadło.
— Voila, czekoladowo zgodnie z prośbą i sok pomarańczowy dla ochłody — oświadczyłem dumnie, stawiając rzeczy na naszym stoliku, a następnie usiadłem i westchnąłem ciężko. — Ciesz się, że tam nie wchodziłaś, przejście z tacą z napojami graniczy z cudem i jakoś mi się udało. Było ciężko, o tak to skomentuję — mruknąłem, parskając śmiechem.
poniedziałek, 19 lutego 2018
Walentynkową zabawę czas zacząć! [7]
Nie wiem jakim cudem udało nam się znaleźć wolny stolik. I nawet na zewnątrz! Los chyba nam dzisiaj sprzyjał albo to przez te Walentynki. Usadowiłam się wygodnie na krześle i rozejrzałam. Całkiem ładna okolica.
— Co będziesz chciała, to pójdę zamówić? — zapytał, podnosząc się powoli od stolika. — Czy wolisz niespodziankę i zdasz się na moje kubki smakowe oraz wzrok? — dodał po chwili.
— Hmm. Chciałam już prosić o coś czekoladowego, ale chyba raczej się zdam. W końcu kto nie ryzykuje, nie pije szampana — aż sama nie mogłam uwierzyć, że dowaliłam końcówką o tym szampanie.
Gdy tylko chłopak odszedł, czułam, jak moja wewnętrzna moralność płonie z zażenowania własną osobą. Chryste panienko, Nan, następnym razem pomyśl, zanim coś palniesz. Albo chociaż ugryź w język, cokolwiek. W oczekiwaniu na Adama, bo jednak szybko mu tam nie zejdzie, zaczęłam się ponownie rozglądać po okolicy. Miałam teraz chwilę, żeby lepiej przyjrzeć się szczegółom. Ulica, przy której znajdowała się kawiarnia, była całkiem urokliwa, zwłaszcza w taki ciepły dzień. Wokół nas siedziało sporo uczniów ze szkoły. Jakoś mnie to nie zdziwiło. Jeśli nie byli w kinie, to siedzieli tutaj. Czy w tym mieście jest tylko jedna kawiarnia? Podczas tego oczekiwania, jeszcze raz spojrzałam na walentynkę, którą dostałam. Nie mogłam powstrzymać się od cichego parsknięcia. Starałam się nawet nie zabrzmieć jak koń z wysokim rodowodem. Zdążyłam jeszcze wystukać butem jakąś melodię z zakątków umysłu i ujrzałam dobrze znaną mi sylwetkę bardzo wysokiego chłopaka, który dumnie kroczył w stronę naszego stolika niczym olimpijczyk, który właśnie zdobył złoto.
— Co będziesz chciała, to pójdę zamówić? — zapytał, podnosząc się powoli od stolika. — Czy wolisz niespodziankę i zdasz się na moje kubki smakowe oraz wzrok? — dodał po chwili.
— Hmm. Chciałam już prosić o coś czekoladowego, ale chyba raczej się zdam. W końcu kto nie ryzykuje, nie pije szampana — aż sama nie mogłam uwierzyć, że dowaliłam końcówką o tym szampanie.
Gdy tylko chłopak odszedł, czułam, jak moja wewnętrzna moralność płonie z zażenowania własną osobą. Chryste panienko, Nan, następnym razem pomyśl, zanim coś palniesz. Albo chociaż ugryź w język, cokolwiek. W oczekiwaniu na Adama, bo jednak szybko mu tam nie zejdzie, zaczęłam się ponownie rozglądać po okolicy. Miałam teraz chwilę, żeby lepiej przyjrzeć się szczegółom. Ulica, przy której znajdowała się kawiarnia, była całkiem urokliwa, zwłaszcza w taki ciepły dzień. Wokół nas siedziało sporo uczniów ze szkoły. Jakoś mnie to nie zdziwiło. Jeśli nie byli w kinie, to siedzieli tutaj. Czy w tym mieście jest tylko jedna kawiarnia? Podczas tego oczekiwania, jeszcze raz spojrzałam na walentynkę, którą dostałam. Nie mogłam powstrzymać się od cichego parsknięcia. Starałam się nawet nie zabrzmieć jak koń z wysokim rodowodem. Zdążyłam jeszcze wystukać butem jakąś melodię z zakątków umysłu i ujrzałam dobrze znaną mi sylwetkę bardzo wysokiego chłopaka, który dumnie kroczył w stronę naszego stolika niczym olimpijczyk, który właśnie zdobył złoto.
Walentynkową zabawę czas zacząć! [6]
Dziewczyna pokiwała energicznie głową, a ja z uśmiechem się z nią zgodziłem.
I oto my, sunący powoli obok siebie do miasta, bez pośpiechu, bo i tak większość zostawiliśmy w tyle, na szczęście. Słońce świeciło, było ciepło, a ja podciągnąłem rękawy od koszuli, żeby jednak jeszcze się nie ugotować i z rękoma włożonymi w kieszenie spodni posuwałem się z dziewczyną do przodu. I może musiałem troszeńkę zwolnić, bo jednak nogi miałem od niej dłuższe, jednak byłem troszeńkę wyższy, a ona biedna prawie zaczynała obok mnie biec. Parsknąłem śmiechem, widząc jak do mnie podbiega, bo może było to troszeńkę urocze.
— Krzycz, rzucaj się, jeżeli nie nadążasz, przepraszam — powiedziałem, uśmiechając się przepraszająco.
A w końcu i do kawiarni udało nam się dotrzeć, w ciszy bo ciszy, ale w ciszy raczej przyjemnej i nie przeszkadzającej nam zbytnio. O dziwo, jakimś cudem udało nam się złapać pusty stolik, w dodatku na dworzu, dodatkowy plus, bo przynajmniej mogliśmy normalnie porozmawiać, a nie przekrzykiwać się, siedząc mniej niż metr od siebie.
— Co będziesz chciała, to pójdę zamówić? — zapytałem, podnosząc się powoli od stolika. — Czy wolisz niespodziankę i zdasz się na moje kubki smakowe oraz wzrok? — dodałem po chwili.
Bo w sumie to nie był taki zły pomysł, a przynajmniej mogłem w pewien sposób pokazać się od dobrej strony.
I oto my, sunący powoli obok siebie do miasta, bez pośpiechu, bo i tak większość zostawiliśmy w tyle, na szczęście. Słońce świeciło, było ciepło, a ja podciągnąłem rękawy od koszuli, żeby jednak jeszcze się nie ugotować i z rękoma włożonymi w kieszenie spodni posuwałem się z dziewczyną do przodu. I może musiałem troszeńkę zwolnić, bo jednak nogi miałem od niej dłuższe, jednak byłem troszeńkę wyższy, a ona biedna prawie zaczynała obok mnie biec. Parsknąłem śmiechem, widząc jak do mnie podbiega, bo może było to troszeńkę urocze.
— Krzycz, rzucaj się, jeżeli nie nadążasz, przepraszam — powiedziałem, uśmiechając się przepraszająco.
A w końcu i do kawiarni udało nam się dotrzeć, w ciszy bo ciszy, ale w ciszy raczej przyjemnej i nie przeszkadzającej nam zbytnio. O dziwo, jakimś cudem udało nam się złapać pusty stolik, w dodatku na dworzu, dodatkowy plus, bo przynajmniej mogliśmy normalnie porozmawiać, a nie przekrzykiwać się, siedząc mniej niż metr od siebie.
— Co będziesz chciała, to pójdę zamówić? — zapytałem, podnosząc się powoli od stolika. — Czy wolisz niespodziankę i zdasz się na moje kubki smakowe oraz wzrok? — dodałem po chwili.
Bo w sumie to nie był taki zły pomysł, a przynajmniej mogłem w pewien sposób pokazać się od dobrej strony.
niedziela, 18 lutego 2018
Walentynkową zabawę czas zacząć! [5]
Chłopak przejął kartkę i uważnie ją obejrzał. Przez chwilę nie mogłam nic wyczytać z jego twarzy, ale uśmiech, który pojawił się chwilę później, oznaczał, że mój prezent również mu się podobał.
— Bardzo dziękuję, kartka jest cudowna, w sumie cudowniejsza od mojej — powiedział, parskając śmiechem. — Zagości u mnie na biurku, honorowe miejsce gwarantowane, obiecuję — stwierdził, prostując się. — To co, uciekamy stąd i biegniemy jak najszybciej do miasta, do kawiarni, żeby zająć jak najlepsze miejsca zanim wszyscy inni to zrobią, bo w sumie już się do tego gotują?
Przytaknęłam głową, a kilka sekund później byliśmy już poza terenami uczelni, w drodze do miasta. Miałam nadzieję, że załapiemy się na jakiekolwiek miejsca w kawiarni. Adam Walsh... Nie mogłam przypomnieć sobie, czy James coś mi o nim mówił podczas wcale nie krótkiego streszczenia uczniów. W sumie to mało co z tego pamiętałam. Nie wiedzieć czemu, w pamięci zostało mi tylko to, że niejaki Nivan Oakley to szuja i menda, a osoba zwana Pel była Nadzieją Tego Świata i Słońcem Narodów, o ile czegoś nie pomyliłam. Adam Walsh natomiast wydawał się być naprawdę miłym gościem, a przynajmniej taki się wydawał. Wracając do rzeczywistości, byliśmy już prawie w mieście. Udało mi się nawet za nim nadążać, bo jego jeden krok był równoznaczny z moimi niemalże trzema. Rany, czy tutaj wszyscy byli tacy wysocy?
— Bardzo dziękuję, kartka jest cudowna, w sumie cudowniejsza od mojej — powiedział, parskając śmiechem. — Zagości u mnie na biurku, honorowe miejsce gwarantowane, obiecuję — stwierdził, prostując się. — To co, uciekamy stąd i biegniemy jak najszybciej do miasta, do kawiarni, żeby zająć jak najlepsze miejsca zanim wszyscy inni to zrobią, bo w sumie już się do tego gotują?
Przytaknęłam głową, a kilka sekund później byliśmy już poza terenami uczelni, w drodze do miasta. Miałam nadzieję, że załapiemy się na jakiekolwiek miejsca w kawiarni. Adam Walsh... Nie mogłam przypomnieć sobie, czy James coś mi o nim mówił podczas wcale nie krótkiego streszczenia uczniów. W sumie to mało co z tego pamiętałam. Nie wiedzieć czemu, w pamięci zostało mi tylko to, że niejaki Nivan Oakley to szuja i menda, a osoba zwana Pel była Nadzieją Tego Świata i Słońcem Narodów, o ile czegoś nie pomyliłam. Adam Walsh natomiast wydawał się być naprawdę miłym gościem, a przynajmniej taki się wydawał. Wracając do rzeczywistości, byliśmy już prawie w mieście. Udało mi się nawet za nim nadążać, bo jego jeden krok był równoznaczny z moimi niemalże trzema. Rany, czy tutaj wszyscy byli tacy wysocy?
sobota, 17 lutego 2018
Walentynkową zabawę czas zacząć! [4]
Etykiety:
Adam Walsh,
Walentynkową zabawę czas zacząć!
Dziewczyna zrobiła się czerwona jak dojrzałe jabłko, aby następnie wybuchnąć cichym, nieporadnym śmiechem, na co ja opowiedziałem tym samym. Czyli się udało, walentynka zaliczona, sam pomysł nie spalił na panewce, dziewczyna się uśmiechnęła. To dobrze.
— Dziękuję, jest naprawdę świetna i trzymam za słowo. Myślę, że kawiarnia to dobry pomysł — stwierdziła, cały czas obracając kartkę w swoich dłoniach i przeglądając ją uważnie. — Mam nadzieję, że lubisz urocze pieski — oświadczyła, po czym wyciągnęła tą swoją i podała mi ją, a ja grzecznie ją wziąłem, bo hej, co innego niby miałem zrobić. Pokiwałem głową i sam wziąłem się za oglądanie drobnego, walentynkowego prezentu.
A kartka była naprawdę ładna, staranna i chyba, a raczej napewno poświęciła na nią trochę więcej czasu ode mnie. Odwzajemniłem szeroki uśmiech, rysunek przedstawiał pieska ze skrzydełkami, a pieska naprawdę uroczego, więc nikomu nie udałoby się powstrzymać uśmiechu. Nawet największemu twardzielowi.
— Bardzo dziękuję, kartka jest cudowna, w sumie cudowniejsza od mojej — powiedziałem, parskając śmiechem. — Zagości u mnie na biurku, honorowe miejsce gwarantowane, obiecuję — stwierdziłem i wyprostowałem się. — To co, uciekamy stąd i biegniemy jak najszybciej do miasta, do kawiarni, żeby zając jak najlepsze miejsca zanim wszyscy inni to zrobią, bo w sumie już się do tego gotują?
— Dziękuję, jest naprawdę świetna i trzymam za słowo. Myślę, że kawiarnia to dobry pomysł — stwierdziła, cały czas obracając kartkę w swoich dłoniach i przeglądając ją uważnie. — Mam nadzieję, że lubisz urocze pieski — oświadczyła, po czym wyciągnęła tą swoją i podała mi ją, a ja grzecznie ją wziąłem, bo hej, co innego niby miałem zrobić. Pokiwałem głową i sam wziąłem się za oglądanie drobnego, walentynkowego prezentu.
A kartka była naprawdę ładna, staranna i chyba, a raczej napewno poświęciła na nią trochę więcej czasu ode mnie. Odwzajemniłem szeroki uśmiech, rysunek przedstawiał pieska ze skrzydełkami, a pieska naprawdę uroczego, więc nikomu nie udałoby się powstrzymać uśmiechu. Nawet największemu twardzielowi.
— Bardzo dziękuję, kartka jest cudowna, w sumie cudowniejsza od mojej — powiedziałem, parskając śmiechem. — Zagości u mnie na biurku, honorowe miejsce gwarantowane, obiecuję — stwierdziłem i wyprostowałem się. — To co, uciekamy stąd i biegniemy jak najszybciej do miasta, do kawiarni, żeby zając jak najlepsze miejsca zanim wszyscy inni to zrobią, bo w sumie już się do tego gotują?
piątek, 16 lutego 2018
Walentynkową zabawę czas zacząć! [3]
Zaczęłam zastanawiać się nad miejscem. Kawiarnia również wydała mi się odpowiednim miejscem. No i pójście do niej oznaczało coś słodkiego oraz mile spędzony czas przy rozmowie, popijając jakiś napój. Z chwilowego letargu wyrwał mnie jego głos.
— Zapomniałbym, a to w sumie jedna z ważniejszych rzeczy, przekazuję moją walentynkę — powiedział, wyciągając kartkę. — W sumie to mam nadzieję, że tekst zostanie wybaczony, w sumie to starałem się znaleźć ten jedyny, jak najbardziej kiczowaty i nie, nie planuję zrywać z ciebie żadnych ubrań, przysięgam.
Gdy tylko ją zobaczyłam, czułam, jak moja twarz robi się cała czerwona. Następstwem było zakrycie pomidorowych policzków dłońmi, by po chwili zachichotać na tłumaczenia Adama. Koniec końców osiągnął swój cel i wyszło całkiem zabawnie, a ja nie miałam nawet w planach strzelić uroczystego focha, po czym teatralnie tupnąć nogą i oburzona odejść siną w dal. Miałam już dzisiaj zbyt dobry humor na gniewanie się.
— Dziękuję, jest naprawdę świetna i trzymam za słowo. Myślę, że kawiarnia to dobry pomysł. — Przejęłam od niego różową kartkę z wizerunkiem jego samego. Czyli przyszła teraz pora na mnie. Oby mu się spodobała. — Mam nadzieję, że lubisz urocze pieski — dodałam, wysuwając w stronę chłopaka walentynkę dla niego.
No bo hej, kto by nie lubił puchatych i niemiłosiernie towarzyskich czworonogów. Chyba że jakimś trafem Adam okazał się zwolennikiem kotów, a ja zostałabym z nietrafionym prezentem.
— Zapomniałbym, a to w sumie jedna z ważniejszych rzeczy, przekazuję moją walentynkę — powiedział, wyciągając kartkę. — W sumie to mam nadzieję, że tekst zostanie wybaczony, w sumie to starałem się znaleźć ten jedyny, jak najbardziej kiczowaty i nie, nie planuję zrywać z ciebie żadnych ubrań, przysięgam.
Gdy tylko ją zobaczyłam, czułam, jak moja twarz robi się cała czerwona. Następstwem było zakrycie pomidorowych policzków dłońmi, by po chwili zachichotać na tłumaczenia Adama. Koniec końców osiągnął swój cel i wyszło całkiem zabawnie, a ja nie miałam nawet w planach strzelić uroczystego focha, po czym teatralnie tupnąć nogą i oburzona odejść siną w dal. Miałam już dzisiaj zbyt dobry humor na gniewanie się.
— Dziękuję, jest naprawdę świetna i trzymam za słowo. Myślę, że kawiarnia to dobry pomysł. — Przejęłam od niego różową kartkę z wizerunkiem jego samego. Czyli przyszła teraz pora na mnie. Oby mu się spodobała. — Mam nadzieję, że lubisz urocze pieski — dodałam, wysuwając w stronę chłopaka walentynkę dla niego.
No bo hej, kto by nie lubił puchatych i niemiłosiernie towarzyskich czworonogów. Chyba że jakimś trafem Adam okazał się zwolennikiem kotów, a ja zostałabym z nietrafionym prezentem.
Walentynkową zabawę czas zacząć! [2]
Dziewczyna odetchnęła z ulgą, a ja w sumie zrobiłem to samo. Czyli obrałem dobry plan działania.
— Owszem, to ja. Mi również miło cię poznać — potwierdziła, podnosząc błękitne oczy do góry i odwzajemniając mój uśmiech.
Kilka czarnych pasm spadło na jej twarz, jeszcze bardziej podkreślając bladą skórę dziewczyny. Skinąłem głową, kłaniając się przy tym lekko.
— A więc to nam przypadnie spędzić razem południe — stwierdziłem, parskając śmiechem. — Jakieś specjalne życzenia? Park, kawiarnia, może kino? — zapytałem. — Sam proponowałbym kawiarnię, tam można usiąść i po ludzku porozmawiać, bo tak jak kino uwielbiam, tak tam jakąkolwiek dyskusję już ciężko pociągnąć. Oczywiście możemy pójść i tu, i tu, wybór panienki — oświadczyłem, rozkładając ręce na boki i po raz kolejny parsknąłem śmiechem.
I w sumie to prawie zapomniałem o najważniejszej rzeczy, dziele artysty na miarę Da Vinciego, kartce walentynkowej, przez którą, miałem nadzieję, moja partnerka na ten dzień nie planowała się obrazić.
— Zapomniałbym, a to w sumie jedna z ważniejszych rzeczy, przekazuję moją walentynkę — powiedziałem, wyciągając kartkę. — W sumie to mam nadzieję, że tekst zostanie wybaczony, w sumie to starałem się znaleźć ten jedyny, jak najbardziej kiczowaty i nie, nie planuję zrywać z ciebie żadnych ubrań, przysięgam.
— Owszem, to ja. Mi również miło cię poznać — potwierdziła, podnosząc błękitne oczy do góry i odwzajemniając mój uśmiech.
Kilka czarnych pasm spadło na jej twarz, jeszcze bardziej podkreślając bladą skórę dziewczyny. Skinąłem głową, kłaniając się przy tym lekko.
— A więc to nam przypadnie spędzić razem południe — stwierdziłem, parskając śmiechem. — Jakieś specjalne życzenia? Park, kawiarnia, może kino? — zapytałem. — Sam proponowałbym kawiarnię, tam można usiąść i po ludzku porozmawiać, bo tak jak kino uwielbiam, tak tam jakąkolwiek dyskusję już ciężko pociągnąć. Oczywiście możemy pójść i tu, i tu, wybór panienki — oświadczyłem, rozkładając ręce na boki i po raz kolejny parsknąłem śmiechem.
I w sumie to prawie zapomniałem o najważniejszej rzeczy, dziele artysty na miarę Da Vinciego, kartce walentynkowej, przez którą, miałem nadzieję, moja partnerka na ten dzień nie planowała się obrazić.
— Zapomniałbym, a to w sumie jedna z ważniejszych rzeczy, przekazuję moją walentynkę — powiedziałem, wyciągając kartkę. — W sumie to mam nadzieję, że tekst zostanie wybaczony, w sumie to starałem się znaleźć ten jedyny, jak najbardziej kiczowaty i nie, nie planuję zrywać z ciebie żadnych ubrań, przysięgam.
czwartek, 15 lutego 2018
Walentynkową zabawę czas zacząć! [1]
Aby urozmaicić sobie jakoś szkolne życie, zapisałam się do walentynkowej gry samorządu. Czułam jednocześnie ekscytację i stres, aż z tej mieszanki emocji zaczęło mi się wszystko przewracać w żołądku. Jakby tego było mało, moje paznokcie powoli zaczęły przybierać wszystkie kolory tęczy na raz. Właśnie na korytarzu rozwiesili listę wylosowanych par. Jakoś udało mi się do niej przecisnąć, z największą ostrożnością trzymając walentynkę z wizerunkiem uroczego pieska ubranego w białe skrzydełka i opaską z sercami na głowie. Kiedy ja szukałam swojego imienia i godności osoby, którą mi wylosowano, inni szybko już znaleźli swoje pary oraz wymienili się walentynkowymi kartkami. Najwyraźniej duża część osób już się znała. Adam Walsh... Jedyna informacja, którą posiadałam o mojej parze i która kompletnie nic mi nie mówiła, bo nawet nigdy nie widziałam go na oczy. Nie mając za bardzo pomysłu na dalszy plan działania, zdecydowałam się zostać i poczekać, aż wszyscy się rozejdą. Gdy tylko każdy zniknął ze swoją parą, ja zaczęłam ponownie rozglądać się za swoją. Moje poszukiwania przerwał chłopiec, który wyrósł przede mną jak grzyb po deszczu. Nie dało się nie zauważyć, że był pieruńsko wysoki.
— Nanette, jak mniemam? — zapytał, a na jego twarzy zakwitł uśmiech. — Adam Walsh, miło mi poznać.
Adam Walsh, czyli to on był tym, którym los mnie obdarzył. Odetchnęłam z ulgą, bo emocje ze mnie już zeszły i nie próbowały eksplodować w środku mnie oraz udało mi się go znaleźć.
— Owszem, to ja. Mi również miło cię poznać — potwierdziłam, zadzierając do góry głowę i odwzajemniając uroczy wyszczerz. Dziwne byłoby patrzenie w tors rozmówcy niż na jego oczy lub twarz dla zachowania kontaktu wzrokowego.
— Nanette, jak mniemam? — zapytał, a na jego twarzy zakwitł uśmiech. — Adam Walsh, miło mi poznać.
Adam Walsh, czyli to on był tym, którym los mnie obdarzył. Odetchnęłam z ulgą, bo emocje ze mnie już zeszły i nie próbowały eksplodować w środku mnie oraz udało mi się go znaleźć.
— Owszem, to ja. Mi również miło cię poznać — potwierdziłam, zadzierając do góry głowę i odwzajemniając uroczy wyszczerz. Dziwne byłoby patrzenie w tors rozmówcy niż na jego oczy lub twarz dla zachowania kontaktu wzrokowego.
Walentynkową zabawę czas zacząć! [0]
W sumie sam nie wiem, co podkusiło mnie, abym wziął udział w tej walentynkowej zabawie wymyślonej przez samorząd. Kto wie, może po prostu chciałem się troszkę rozluźnić, ładnie pouśmiechać do drugiej osoby i sprawić jej, jak i sobie trochę przyjemności (i bynajmniej nie mówię tu o innych przyjemnościach niż jedzenie czy kino, bez przesady, nie jestem napalonym na każdego dzieciakiem). Dlatego właśnie spoglądałem na listę osób wywieszoną na tablicy szkolnego korytarza wraz ze swoją jakże cudowną walentynką w łapce (miałem nadzieję, że moja druga połówka wylosowana przez samorząd miała choć troszeńkę poczucia humoru), by następnie zacząć rozglądać się po innych twarzach, które tak samo jak ja starały znaleźć się swoją parę. I w sumie robiły to bez problemu, bo ewidentnie wszyscy się znali, więc po prostu podchodzili do siebie z szerokimi uśmiechami, wymieniali swoimi karteczkami, a nawet komuś się poszczęściło i trafił mu się pluszak, więc mi w sumie pozostawało czekać, aż ja i Nanette (bo tak nazywała się osóbka, która miała mieć przyjemność spędzić ten dzień ze mną) zostaniemy po prostu sami. I w końcu tak się stało, a mi udało się dostrzec drobną, czarnowłosą dziewczynę, której błękitne oczy poszukiwały swojej pary. Odchrząknąłem, wyprostowałem się i dziarskim krokiem ruszyłem do niej.
— Nanette, jak mniemam? — zapytałem, uśmiechając się. — Adam Walsh, miło mi poznać.
— Nanette, jak mniemam? — zapytałem, uśmiechając się. — Adam Walsh, miło mi poznać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)