Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wprowadzenie: Nivan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wprowadzenie: Nivan. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 grudnia 2017

Wprowadzenie: Nivan [X]

— Każdemu klepiesz tę formułkę o stołówce? — Drgnąłem, zastanawiając się z jakiej choinki urwał się ten smarkacz. Niby cichy, ale wygadany, niby z pozoru nic go nie obchodzi, ale odezwać się z właściwym komentarzem nie ma żadnego problemu. Poczułem się wręcz święcie oburzonym, taką profanacją mojej osoby. Ostatecznie jakieś znaczenie tutaj miałem, chociażby piastowałem ten piekielny urząd przewodniczącego, przez co mogli buty mi lizać spać spokojnie, gdy my użeraliśmy się z robotą papierkową.
Na powrót, sam nie wiem skąd, pomyślałem o stercie listów, które powinienem wypuścić, przekazać, oddać, a do czego nie potrafiłem się zmusić. Zaczynałem rozumieć, jak wielkim człowiek potrafi być dupkiem i egocentrykiem w jednym, zwłaszcza, gdy chce zawłaszczyć jakąś cząstkę innej osoby tylko dla siebie. 
 — To co się dziwicie, że w pół godziny żarła nie ma. Każdego straszysz, to lecą na złamanie karku. Bydło. — Prychnąłem pod nosem. — To chyba wszystko. Dziękuję za cały trud włożony w oprowadzenie mnie. Pewnie macie lepsze rzeczy do roboty jak zajmowanie się nowymi studentami... — Byłem pełen miłości i miłosierdzia dla każdego idioty, który w ten sposób śmiał mi się w twarz. Jeszcze sto lat temu. Obecnie mogłem tylko zgrzytać zębami, mimowolnie przewracać oczami i kręcić z niedowierzaniem głową, mrucząc pod nosem "Dobranoc".

Dobranoc, Smarkaczu. 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Wprowadzenie: Nivan [5]

Gadanina, paplanina, odpowiedź na pytanie, której oczekiwałem. Tylko czy nie dało się krócej? Z pewnością się dało...
Mówi to ten, który zawsze robi dosłownie wszystko w sposób bardziej skomplikowany, miłujący się w utrudnianiu życia sobie i wszystkim naokoło.
Przetarłem leniwie swoje ramię, przechyliłem głowę na lewo, spojrzałem na niego spod półprzymkniętych powiek. Zdrzemnąłbym się, jak mam być szczerzy. Spałem w samochodzie, droga nie była długa, ale i tak...
Może to po prostu przez niego? Jamesa? Znudzony ton, monotonny, flaki z olejem. Mordka typowego aniołka, z zachowania podobny, póki co, te włoski tylko wizerunek dopełniały. Złote loczki, kudły, długie. Przypominał mi nieco mojego znajomego, tyle że starszego i... no, bardziej zapuszczonego, co tu dużo mówić.

— Masz jeszcze jakieś pytania? — Spytał z łagodnym, ciepłym uśmiechem na twarzy. Ściągnąłem brwi, przetarłem leniwie buzię, spojrzałem na niego, na rękawiczki, znowu na niego.
Bruzda na czole. Tyle mi wystarczało.
— Każdemu klepiesz tę formułkę o stołówce? — Założyłem ręce na piersi, wyprostowałem się i zadarłem lekko głowę. Trudno było patrzeć na niego z góry, głównie ze względu na jego wzrost. Kiwnął głową bez przekonania. — To co się dziwicie, że w pół godziny żarła nie ma. Każdego straszysz, to lecą na złamanie karku. Bydło. — Pokręciłem głową. — To chyba wszystko. Dziękuję za cały trud włożony w oprowadzenie mnie. Pewnie macie lepsze rzeczy do roboty jak zajmowanie się nowymi studentami... — Posłałem mu delikatny uśmiech, bo zwyczajnie nie mogłem się powstrzymać. — No, a teraz dobranoc — mówiąc to, otworzyłem drzwi i wolno wpełzłem do pokoju. Co z tego, że była pora dość wczesna...

Wprowadzenie: Nivan [4]

Szybki przemarsz po szkole pozwolił zapoznać się chłopakowi ze wszystkimi obowiązującymi prawami. Streściłem godziny wydawania posiłków, że z kucharkami należy być na dobrej stopie relacji, bo inaczej cały rocznik dostaje po tyłku i tak dalej, i tak dalej. Kto jest w samorządzie, że aktualnie trwają wybory i może być później przetasowanie, ale jeżeli miałby jakiekolwiek pytania to zapraszam do mnie i reszta dyrdymałów, które można by spokojnie pominąć. 
Poprawiłem rękawiczki, widząc, jak chłopak przypatruje się im z zainteresowaniem. Nie musiałem ukrywać, czułem się nieco niekomfortowo, zazwyczaj ludzie praktycznie nie zwracali na nie uwagi, ewentualnie dość szybko tracili zainteresowanie. 
— Czy stołówkowe żarcie jest zjadliwe? — spytał znudzonym głosem.
— Jeżeli przyjdziesz wystarczająco wcześnie albo zaprzyjaźnisz się z kucharkami, to tak — odparłem pewnie. — Z rzeczy bardziej aktualnych, to po pół godzinie zazwyczaj nic nie ma, więc staraj się być zawsze wcześniej. No i gdy chcesz się pouczyć, to samotnie do biblioteki nigdy nie chodź, bo tam nam duchy drobne i większe grasują, potem studenci nie wracają, a wysyłanie ekipy poszukiwawczej czasami skutkuje miernymi efektami — ostrzegłem go. Zatrzymaliśmy się w końcu przed pokojem chłopaka, zastanawiając się, co dalej. Wpuściłem go do środka, oddałem mu Kartę Atlancką i poinformowałem, żeby się z nią nie rozstawał.
— Masz jeszcze jakieś pytania? — spytałem ciepło.

niedziela, 19 listopada 2017

Wprowadzenie: Nivan [3]

Ale że serio? Mundurek? Za jakie grzechy, mamo, gdzieś ty mnie posłała? Cały urok prysł, a ja miałem ochotę w trybie natychmiastowym uciekać do samochodu rodzicielki, który chyba jeszcze nie odjechał za daleko. Bardzo prawdopodobne jest to, że nawet nie opuścił parkingu, a kobieta obserwowała mnie przez lornetkę, żeby upewnić się, że wszystko na tysiąc dwieście procent jest w absolutnym porządku.
Ponownie poprawiłem uwierającą mnie w ramię torbę i pokiwałem głową, na znak, że chłopak śmiało może przejść do rzeczy.
Wydawał się miły. Wydawał, to dobre słowo, bo wraz z początkiem recytacji majstersztyku powitalnego, coś nieprzyjemnego błysnęło w jego oku, a cała otoczka ciepłego, miłego chłopaka zniknęła wręcz natychmiastowo. Zamiast tego spotkałem się z uderzeniem równym temu, kiedy ktoś przydzwoni nam zimną patelnią.
Wydąłem wargi i posłusznie podążyłem za chłoptasiem, który paplał ciekawostki o szkole, z jakże potężnym i wyczuwalnym znużeniem.
No i ta pewność siebie, którą szło wyczuć nawet na dwa kilometry. Śmierdział nią, aż w głowie się przewracało. James Hopecraft, pan przewodniczący, Loczek, Złota Główka AWU, Władca... Rękawiczek? Czy on chodził w rękawiczkach? Panicz? Szlachcic? Psychol, który mnie udusi i potrzebuje braku dowodów? A może wszystko naraz? Błękitna krew często miała nieźle nasrane we łbie.
Potrząsnąłem delikatnie głową i ponownie przybrałem swój ulubiony, pełen znudzenia wyraz twarzy. Przydałoby się posłuchać tego, co ma do powiedzenia.
— Jakieś pytania? — Skończył monolog.
— Czy stołówkowe żarcie jest zjadliwe? — Dmuchnąłem delikatnie ku górze, pragnąc odgarnąć kosmyk, który, jak zawsze zresztą, opadł mi na czoło. Tak to się kończy, jak ma się obie ręce zajęte. Zacznę nosić spineczki, przysięgam.

Wprowadzenie: Nivan [2]

Okey, to nie zapowiadało się na miłą znajomość. Smarkacz przypominał bardziej źle obrany owoc, który w dodatku obijał się o wszystkie możliwe skrzynki w drodze z sadu do sklepu, przez co nadawał się, ewentualnie i tylko ewentualnie, co najwyżej na zrobienie z niego papki dla dzieci. Tej wielokrotnie rozdrabnianej, przez co wytrzymać da się ją tylko w wersji płynnej i tylko dla tych, którzy nie mogą odmówić jej zjedzenia, bo, oczywiście, smakowała okropnie. Kolorowe włosy sprawiały, że przypominał bardziej Smerfa, nawet bardziej niż niebieskoskóry Aurelion, może dlatego, że brakowało mu tylko białej czapeczki i podpisu "Maurda", bo mina się zdecydowanie zgadzała. 
— Oto jestem. — Posłał mi przyjazny uśmiech, z którego na kilometry bił fałsz. Może to przez nadmiar kolczyków i tatuaży, byliśmy prawie równego wzrostu i, cóż, jeżeli nie nazwałbym go Smerfem, to należało odnieść się do mafijnego gangstera. 
— James Hopecraft, przewodniczący. Mam cię wprowadzić do akademii, na razie jesteś zakwaterowany w tymczasowym pokoju, mundurek znajdziesz w szafie, na łóżku będzie czekał kuralet, mobilny tablet do twojej dyspozycji. Na terenie całego ośrodka jest darmowy internet, o to się nie martw. Mów, jeżeli będziesz miał jakiekolwiek pytania. — Wyrecytowałem standardową formułkę. — Pozwolisz, że prowadząc cię do pokoju pokażę ci resztę ustrojstwa? Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda zagmatwanie, ale nie martw się, łatwo wbijesz się w klimat.

piątek, 17 listopada 2017

Wprowadzenie: Nivan [1]

Kolejny całus w policzek, podczas którego mamusia musiała stanąć na palcach swoich malutkich stóp, aby być w stanie dosięgnąć mojej twarzy. Wymizianie kciukami moich lic, poprawienie włosów, których pojedyncze kosmyki opadały na oczy. Znowu zamknęła mnie w swoim słabym uścisku. Kto by pomyślał, że żegnanie się z nią będzie trwało dobre pół godziny.
— Ubieraj się odpowiednio do pogody, uważaj na siebie, nie szalej, bądź miły dla uczniów i pedagogów, szanuj wszystkich i siebie też, Nivuś — mruczała, ciągle smarcząc i gładząc mnie po buzi. Przewróciłem jedynie oczami, zerkając z uśmiechem na niższą kobietę, z którą przyszło mi spędzić osiemnaście lat swojej, jakże marnej, egzystencji.
— Przecież wiem, mamo, umiem o siebie zadbać, naprawdę. — Złapałem jej dłonie, ścisnąłem delikatnie i ucałowałem je, starając się dodać otuchy, a potem złapałem walizki i odszedłem, zanim doszłoby do sytuacji, gdzie kobieta się rozmyśla i zabiera mnie z placówki, zanim dobrze się w niej znalazłem.
Mama nie była przyzwyczajona do tego, że nie ma mnie w domu więcej niż dwa dni, a co dopiero cały rok. Po prostu nie przepadaliśmy za sypianiem poza rodzinnym gniazdkiem, tyle.
Poprawiłem przerzuconą przez ramię potężną torbę, gdzie było wszystko. Dosłownie. No, może nie dosłownie, bo druga część wszystkiego znajdowała się w walizce, którą ciągnąłem za sobą ze znudzeniem. Podobno miał być jakiś „komitet powitalny” w postaci jednej persony. Po co? Potrafię sam o siebie zadbać, podobnie jak większość osób... dobra, jednak nie, dzieci tych wszystkich panów i władców wszechświata miały zazwyczaj problem z podtarciem sobie tyłka czymś innym, niż wysadzany cyrkoniami złoty papier toaletowy.
Sam miałem ochotę westchnąć ciężko przez beznadziejność mojego poczucia humoru.
Plac przed szkołą, mizdrzące się za drzewkiem gołąbeczki, centaury kłusujące ze spokojem dookoła budynku, czy siedzące na ławkach, zatracone w świecie lektury persony, a w środku tego całego kotła — ja. Mały, szary człowiek.
— Nivan Oakley? — Miękki, aczkolwiek nieco przesiąknięty irytacją głos zabrzęczał mi nad uchem. Zerknąłem na stojącego obok chłopaka, wyższego ode mnie. Blondasek, przeciętny, z ledwo widocznym grymasem na twarzy, bo prawdopodobnie miał lepsze zajęcia, aniżeli witanie nowych studentów.
— Oto jestem. — Posłałem mu uśmiech jak najmilszy, jak najdelikatniejszy. Tylko mnie nie zjedz, Loczku.

czwartek, 16 listopada 2017

Wprowadzenie: Nivan [0]

Dłonie bolały, tym razem wyjątkowo ból był prawie nie do zniesienia, nie pomagały wszelkiego rodzaju leki, silniejsze lub lżejsze okłady, ani nawet wyładowywanie swojej złości na bezbronnych poduszkach, które ledwo przeżyły starcie z moją głową.
Heather nie wracała, nie wyglądało na to, że pojawi się podobnie. Nie odbierała telefonu, wiadomości, Sky wszystko zlała, stwierdzając, że nie powinniśmy się w to z Dexterem mieszać, Mińsk wyrzucił naszą dwójkę za drzwi po kilku niewygodnych pytaniach.
A poza tym Przewalska dalej kręciła się wokoło, jak rozbiegana kózka, natchniona owieczka, która tylko czeka, żeby mogła wpaść w wilcze łapska i zacząć beczeć (po owczemu i babskiemu) na pół wszechświata, byle tylko ugrać ofiarę. 
Nie zapędzaj się, James, nie zapędzaj się. I nie zwalaj swojej irytacji na młodszą od Fomy. 
Prawda była taka, że chodziłem podminowany, zirytowany, jak tykająca bomba zegarowa, która tylko czekała na wybuch. Zmiana pogody dodatkowo negatywnie wpływała na moje dłonie, stan skóry zaczął się jeszcze bardziej pogarszać, a rękawiczki przestawały być wystarczającą ostoją, gdy najmniejszy dotyk nie bolał mocno, a wykurwiście.
Przekląłem. 
Na Cesarza, to się musi skończyć, zanim zwariuję!
Dowlokłem się jakoś na środek placu, gdzie powinien czekać od kilku minut nasz najświeższy nabytek. Na horyzoncie chłopaka nadal nie było widać, a ja zgrzytałem zębami, pełen wewnętrznej irytacji dla reszty świata. 
.
.
.
.
.
.
template by oreuis