Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wprowadzenie: Adam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wprowadzenie: Adam. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 lutego 2018

Wprowadzenie: Adam [X]

— W sumie to nie, możesz tylko opowiedzieć mi o jakiś perełkach z uczniów czy rzucić ostrzeżeniami przed Mińskiem i nauczycielami, z resztą raczej sobie poradzę sam. No i co gdzie jest, w sumie to też przydałoby się wiedzieć — mruknął, uśmiechając się leniwie. Zalałem go na szybko rzeszą informacji,  mniej lub bardziej potrzebnych. Standardowe formułki wyjaśniające, co robić, czego nie robić i za co dostanie po łapach. Serdecznie i po przyjacielsku zachęciłem go do zapoznania się z Duchem Biblioteki, który wprost nie może doczekać się jakichkolwiek nowych studentów, wręcz wyczekuje ich z utęsknieniem. A później zaprowadziłem go do pokoju i sam się zmyłem do własnego.
Na łóżku siedział akurat Foma, do którego zaraz się przysiadłem, zaczynając chłopaka tulić i marudzić coś pod nosem o idiotach, którzy pchają się, gdzie ich nie szukają. Wiedziałem jednak, że lepiej, żeby chłopak dowiedział się tego ode mnie, a nie spotkał nagle Adama na środku korytarza. Z zastrzeżeniem, że jakikolwiek komentarz w stronę mojego okularnego szczęścia skończy się rękoczynami, dosypaniem trutki na szczury do napoju i żałowaniu, że cyjanek skończył się do jednego z eksperymentów parę dni temu. 
— Adam przyjechał — wymamrotałem w szyję chłopaka, tuląc go nieco bardziej do siebie. Nawet nie wiedziałem, kiedy znaleźliśmy się w tej pozycji, gdzie moja klatka piersiowa stykała się w plecami chłopaka. Przycisnąłem mocniej jego ciało do siebie. — Chyba powinieneś wiedzieć. 

Wprowadzenie: Adam [7]

Oho, i po wyrazie twarzy doskonale widziałem, że poruszyłem odpowiednią strunę i mało brakowało, abym w pysk nie dostał, ale pozostało mi przewrócić oczami.
— Oczywiście, to doskonały aktor — oświadczył, a ja parsknąłem głośnym śmiechem, bo nie wydawało mi się, żeby nawet najlepszy aktor potrafił udać utratę kontroli nad mięśniami własnych nóg. — Julia wspominała mi o twoich miernych umiejętnościach, swoją drogą, prześlę od ciebie do niej pozdrowienia, gdy następnym razem zobaczę córki ministra. Nie ma się czego wstydzić, to można leczyć Adam — mówił dalej, a ja ledwo powstrzymałem wybuchnięcie śmiechem, bo ewidentnie próbował mi dogryźć, tylko robił to w tak bardzo dziecinny sposób. — Dobra, pora przechodzić dalej. Masz jakieś pytania na temat funkcjonowania akademii, jakieś wątpliwości? — zapytał w końcu, a ja odetchnąłem, choć gdy podszedł do mnie, ewidentnie się prostując, to jednak musiałem zadrzeć brodę do góry, by dalej spoglądać na jego twarz.
No no, dwa metry, jeżeli nie więcej. Schowałem dłonie w kieszeniach, wzdychając.
— W sumie to nie, możesz tylko opowiedzieć mi o jakiś perełkach z uczniów czy rzucić ostrzeżeniami przed Mińskiem i nauczycielami, z resztą raczej sobie poradzę sam. No i co gdzie jest, w sumie to też przydałoby się wiedzieć — mruknąłem, uśmiechając się leniwie.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Wprowadzenie: Adam [6]

— Moje związki jak zawsze, Dexter. Mocno nietrwałe, ale przynajmniej dostarczają dużo rozkoszy — powiedział, parskając śmiechem, a ja spiąłem się, doskonale wiedząc, że zaraz poleci jakaś szpila. Niby nic, niby nie potrafił porządnie ugryźć tematu, ale doskonale znałem własne przyciski, hamulce i wiedziałem, gdy ktoś próbuje te pierwsze nacisnąć z całej giry, te drugie poluzować. Niedoczekanie jego.
— Panienka zwała się Julia, jedna łóżkowa przygoda, była dobra, nie zaprzeczę — mruknął, ruszając w kierunku drzwi. — Ale trzeba przyznać, że ze wszystkich moich partnerów i partnerek to Foma najładniej jęczał. — Ty pierdolona kurwo, której zaraz porachuję wszystkie kości, że się nawet nie obejrzysz. — Więc ciesz się dopóki możesz. To co, oprowadzasz mnie czy stoisz tu jak słup soli? — Ten szeroki uśmieszek zaraz zetrę ci z twarzy, że będziesz rył nią beton, aż cię prawnuki na wizerunku do drzewa genealogicznego nie poznają.
— Oczywiście, to doskonały aktor. Julia wspominała mi o twoich miernych umiejętnościach, swoją drogą, prześlę od ciebie do niej pozdrowienia, gdy następnym razem zobaczę córki ministra. Nie ma się czego wstydzić, to można leczyć Adam — kontynuowałem, z coraz większą troską słyszalną w głosie. — Dobra, pora przechodzić dalej. Masz jakieś pytania na temat funkcjonowania akademii, jakieś wątpliwości? — spytałem, podchodząc do chłopaka, prostując się i napinając nieco barki. Doskonale, że byłem dostatecznie wyższy i mogłem spojrzeć na niego z góry.

sobota, 10 lutego 2018

Wprowadzenie: Adam [5]

— Jestem w szczęśliwym związku, dziękuję — odparł, uśmiechając się szeroko, a ja podniosłem brew, nie wiedząc do końca, kto chciałby na stałe być w związku z kimś... takim. — Foma Przewalski — oh — wybitny umysł, muszę przyznać, że pierwszy raz poznałem kogoś na moim poziomie... Rodzice są niezmiernie zadowoleni ewentualnym mariażem — stwierdził, a ja pokiwałem nieświadomie głową, cały czas przetwarzając informacje. To... zdecydowanie zbiło mnie z tropu. — A jak tam twoje związki? Jak było tej ostatniej pannie, która latała za tobą na tym balu dobroczynnym w Wyoming? — zapytał.
Odchrząknąłem, szeroki uśmiech znowu pojawił się na twarzy.
I wcale nie byłem cholernie zazdrosny, nawet jeżeli to już nie była moja wojna.
— Moje związki jak zawsze, Dexter. Mocno nietrwałe, ale przynajmniej dostarczają dużo rozkoszy — odpowiedziałem, parskając śmiechem i spoglądając na niego z błyskiem w oku. — Panienka zwała się Julia, jedna łóżkowa przygoda, była dobra, nie zaprzeczę — mruknąłem, wzruszając ramionami, po czym ruszyłem do przodu w kierunku drzwi, nie czekając na chłopaka. Bo po co, z tymi nogami i tak zaraz mnie wyprzedzi. — Ale trzeba przyznać, że ze wszystkich moich partnerów i partnerek to Foma najładniej jęczał — powiedziałem, nawet na niego nie spoglądając. — Więc ciesz się dopóki możesz. To co, oprowadzasz mnie czy stoisz tu jak słup soli? — zapytałem, po czym obróciłem się w jego stronę z dłońmi schowanymi w kieszeniach.
I oczywiście, szerokim uśmiechem.

piątek, 9 lutego 2018

Wprowadzenie: Adam [4]

Czasowo cała nasza relacja nie przedstawiała się zbyt pomyślnie. Dziwne spotkania na przyjęciach bez żadnych szczególnych okoliczności, ewentualnie z pominięciem paru cierpkich słów rzuconych w wyrazie irytacji po kieliszku nazbyt ciepłego, słodkiego wina. Doskonale pamiętałem Adama, który stanowił idealne wyzwanie. Gracza, który pobudzał zmysły, walczył o uwagę w sposób wybitnie subtelny i przy tym świetnie się bawił, co tylko dodatkowo podjudzało mnie do ponawiania prób prowokacji. Niezbyt długo, bo szybko zająłem się o wiele ciekawszymi przypadkami i osobami, ale pan W. nadal znajdował jakieś zaszczytne miejsce w mojej pamięci.
Gdzieś pomiędzy zeszłorocznym śniegiem a miejscową pogodą z zeszłego wtorku. 
— Dzięki za propozycję i troskę, ale ja tu jestem z mojej czystej ciekawości, wiesz jak to jest. Jeden rok, może jak mi się spodoba, to zostanę, kto wie. Ty w końcu byłbyś uradowany, prawda? — Przewróciłem oczami, przytakując mu. 
— Nie mogę się doczekać — stwierdziłem prędko, wyczekując dalszych słów chłopaka, bo jego mimikę przez te lata poznałem doskonale i wiedziałem, że wybiera się na poszukiwanie informacji. 
— A jak tam podboje miłosne? Rodzice już ci kogoś znaleźli? A tak serio, to co, przejrzałeś już moje dokumenty?
— Jestem w szczęśliwym związku, dziękuję — odparłem, jak na mnie wyjątkowo pogodnie i chyba szczerze, chociaż miałem ochotę przywalić dupkowi w mordę za to, co zrobił Fomie. — Foma Przewalski, wybitny umysł, muszę przyznać, że pierwszy raz poznałem kogoś na moim poziomie... Rodzice są niezmiernie zadowoleni ewentualnym mariażem. — Ostatecznie wszędzie wygrywa polityka. — A jak tam twoje związki? Jak było tej ostatniej pannie, która latała za tobą na tym balu dobroczynnym w Wyoming? — Pominąłem zgrabnie pytanie o dokumenty. Na to przyjdzie czas. 



środa, 7 lutego 2018

Wprowadzenie: Adam [3]

Wyprostował się i przewrócił oczami. Oho, cały pan Davon w swojej okazałości, czego ja się po nim mogłem spodziewać? Ewidentnie za sobą nie przepadaliśmy, dwójka mistrzów ceremonii w jednym miejscu to zdecydowanie za dużo. W końcu każdy ma swój określony teren, czyż nie?
— Adam! — odpowiedział z szerokim uśmiechem, ale chyba wszyscy domyślić się możemy, jaki typ uśmiechu to był. Sztywny, sztuczny, przerysowany, byleby tylko zachować te ukochane pozory. I ta szpila, tak doskonale wyczuwalna, że nie pozostało mi nic innego jak parsknięcie śmiechem i uśmiechnięcie się. Cudowne uczucie. — Dawno się nie widziałem, dopiero teraz udało ci się dostać? Trzeba było napisać, przedzwonić, mógłbym rozruszać kontakty — oświadczył, jakoś dziwnym przypadkiem głośniej mówiąc pierwszą część wypowiedzi.
Parsknąłem śmiechem, odrzucając włosy do tyłu. Ciekawe, czy przejrzał już moje papiery. Podszedłem do niego i poklepałem chłopaka po ramieniu.
— Dzięki za propozycję i troskę, ale ja tu jestem z mojej czystej ciekawości, wiesz jak to jest — odpowiedziałem, wzruszając ramionami. — Jeden rok, może jak mi się spodoba, to zostanę, kto wie. Ty w końcu byłbyś uradowany, prawda? — stwierdziłem, parskając śmiechem.
Tak, z Davonem zdecydowanie się nie dogadywaliśmy. Nigdy. Dwa typy osób, po prostu, i nawet jeżeli oboje uwielbialiśmy wszelkie gierki, które pozwalały na zdobycie informacji, to robiliśmy to w zupełnie inny sposób, on, zdecydowanie bardziej kalkulujący, robiący wszystko w ten chłodny sposób, a ja po prostu cały czas tańczyłem na krawędzi noża i doskonale się bawiłem (oczywiście wszystko mając pod ukrytą kontrolą, kontroli stracić nikt by nie chciał).
— A jak tam podboje miłosne? Rodzice już ci kogoś znaleźli? — zapytałem, biorą ostatni kęs jabłka. — A tak serio, to co, przejrzałeś już moje dokumenty?
I chyba odpowiedź była oczywista.

Wprowadzenie: Adam [2]

Stojący przede mną mężczyzna był ucieleśnieniem groteski, awangardy i całego zła tego świata. Adam Walsh nie miewał instynktu zachowawczego, wielokrotnie prosząc się o danie mu w mordę, ale gładka gadka, szeroki uśmiech i przyjemny wygląd zwykle wybawiały go z większości nieprzyjaznych sytuacji. Większości. Dzieciak był irytujący, bywał w zbyt wielu miejscach i zadawał się z tym elementem śmietanki towarzyskiej, na który wolałbym nie wpaść w ciemnej uliczce. Co dosyć dużo mówiło o samym zainteresowanym. 
— Czyżby to nie ten, o którym myślę? — Rozłożył otwarcie ręce, jakby zagarniając sobą całą przestrzeń. Nie mogłem się nie wyprostować i nie przewrócić oczami, to zasługiwało na niezmierzone pokłady pogardy, ostentacyjne prychnięcie pod nosem, które sugerowałoby moją wyższość intelektualną. Ale byłem całkowicie poza to, dlatego tylko uważniej przyjrzałem się mężczyźnie. — Syn Dariusa i Marigold, Dexter Davon, jedyny w swojej świetności? — oświadczył poufale. — Wyrosłeś od ostatniej imprezy, zdecydowanie. I schudłeś, to też, nie jesteś taki pulchny jak kiedyś... — mruknął, po czym wziął kolejny kęs jabłka.
— Adam! — odparłem z szerokim uśmiechem, starając się, aby w moim tonie nie dało się usłyszeć nawet najmniejszego zgrzytu. A drobna szpila odnośnie mojej młodzieńczej tuszy zasługiwała przynajmniej na stosy piekielne. Pozerski dupek. — Dawno się nie widziałem, dopiero teraz udało ci się dostać? Trzeba było napisać, przedzwonić, mógłbym rozruszać kontakty — zaakcentowałem szczególnie pierwszą część mojej wypowiedzi. 

czwartek, 1 lutego 2018

Wprowadzenie: Adam [1]

Westchnąłem. Oto i ta sławna szkoła o dosyć dziwnej renomie łączenia dzieci ważnych osobistości z tymi wziętymi z lasu (i mówię tu dosłownie, nie zmyślam, nie żartuję). Ciekawe plotki chodziły już po towarzystwie, ale hej, roczna wymiana międyszkolna brzmiała ciekawie i była idealnym pretekstem do sprawdzenia właśnie tych historyjek na własnej skórze. Krwiożerczy duch, gierki pomiędzy uczniami, dyrektor Adam Mińsk (więcej dodawać nie muszę), czy nauczyciele uzależnieni od wszelakich używek. Idealnie.
Uśmiechnąłem się szerzej, poprawiłem torbę na ramieniu, podrzuciłem czerwone jabłko w lewej ręce, biorąc po tym kęs, a następnie ruszyłem do przodu wesoło. Hej ho, witaj nowa przygodo, mam nadzieję tylko, że nie zakończę jej z dzieckiem na koncie, złamanym nosem czy inną rzeczą, lub jakimiś dziwnymi zdjęciami, które mogłyby wyciec do gazet. Tego nikt by nie chciał, nieprawdaż? A przecież na to czekali cały czas. I jak dotąd im się nie udało, a ja zabawy nie planowałem ułatwiać. Niech tańczą, jak im każę, mogą nawet z instrukcją obsługi czy tutorialem w internecie, a nogi i tak im się poplączą.
Ściągnąłem brwi, widząc pewnego wielkoluda stojącego przed budynkiem i rozglądającego się na lewo i prawo, pewnie w poszukiwaniu kogoś. No tak, zapomniałem, komitet powitalny, jak cudownie. Podszedłem do zdecydowanie wyższego ode mnie chłopaka, trybiki w mojej głowie przeskoczyły na odpowiednie miejsca i... oho.
— Czyżby to nie ten, o którym myślę? — zapytałem z szerokim uśmiechem i rozłożonymi rękoma. — Syn Dariusa i Marigold, Dexter Davon, jedyny w swojej świetności? — oświadczyłem, w końcu stając przed nim. — Wyrosłeś od ostatniej imprezy, zdecydowanie. I schudłeś, to też, nie jesteś taki pulchny jak kiedyś... — mruknąłem, po czym wziąłem kolejny kęs jabłka.
Zacznijmy więc bal.

Wprowadzenie: Adam [0]

Rok po roku mijał, nawet się nie zorientowaliśmy kiedy, aż w końcu byłem już pełnoletni. Parę dni w tamtą, parę dni w tą, kto by to zliczył. Powoli zaczynało nam się układać, mi, Fomie. James. Hera, Vin, Van. Nawet Wanda z Oakley`em wyglądała na nieco bardziej rześką niż zwykle, przynajmniej na rozpoczęciu roku. Również krótkie spotkanie z dyrektorem zaowocowało krótką informacją, że Heather będzie wracała, ale dopiero na następny semestr, że czeka nas dużo pracy, że mamy Cesarza przyjąć w końcu, że bal będzie urządzony z tej okazji i że kolejne trzy semestry spędzimy, harując jak woły. Nie żebyśmy spodziewali się czegokolwiek innego.
Sam mogłem za to odetchnąć, bo powoli zaczynałem wdrażać się z powrotem w szkolny system i dlatego pędziłem na wprowadzenie nowego ucznia. Adam Walsh, jak zwał, tak zwał, nieco niższy ode mnie, z twarzy przyjemniaczek, ale dzięki Jamesowi doskonale zdawałem sobie sprawę, że to tylko pozory.
Stałem przed budynkiem akademika, gdy część uczniów nadal latała jak szalona po korytarzach, witając się ze starymi znajomymi, poznając nowych i w sumie wymieniając się letnimi ploteczkami. Życie ruszyło do przodu, nawet nie zorientowałem się, w którym momencie. To był przecież mój czwarty rocznik, a miałem wrażenie, jakbym spędził tu ledwie kilka miesięcy, znowu będąc pyskatym smarkaczem z pierwszej klasy.
Adamie, gdzie jesteś, zanim już w ogóle stanę się sentymentalnym głupcem.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis