Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smutki w sali artystycznej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smutki w sali artystycznej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Smutki w sali artystycznej [X]

Nauczyciel udawał, że już wszystko dobrze. Tak naprawdę jedyne co się poprawiło, to to, że już nie leciały mu łzy strumieniami, ale ok, nie będę go zmuszać do płakania. 
— Do końca roku i przez wakacje rysujesz tylko swoje emocje. Albo głównie je — powiedział, a ja spojrzałam ze zdziwieniem. To było do mnie, czy do siebie? Może do nas obu? Naprawdę aż tak po mnie widać, że wcale nie miałam się lepiej od nauczyciela? — A potem zobaczymy jak tam twoje emocje i uczucia. — Spojrzał w drugą stronę, ale widać było, że był zadowolony z siebie. Nawet jak to nie było do mnie, to mogłam spróbować. W końcu mogło tylko pomóc, prawda? Odeszłam w głąb sali, zdjęłam fartuch i odłożyłam go na jego nowe miejsce. 
— Akwarele są teraz w szafie po lewej, druga półka od góry. Pędzle w najwyższej w niebieskim pudelku, a te najlepsze w słoiku. A, i karton się kończy, może pan zamówić u dyrektora Mińska? — powiedziałam, obserwując zirytowany wzrok nauczyciela. No tak, nie dziwię mu się, że nie chce do niego iść. —Powodzenia, ja muszę wracać do domu. — Musiałam pogadać z Herą. Poza tym byłam strasznie głodna. — Miłego wieczoru. — Posłałam nauczycielowi uśmiech i wyszłam z sali, kierując się ku głównym drzwiom. To będzie ciężki wieczór. 

niedziela, 21 stycznia 2018

Smutki w sali artystycznej [7]

Tysiąc myśli na sekundę, wystrzeliwane jak z karabinu maszynowego, nie było czasu na przeładowanie, a co dopiero wycelowanie. Tysiąc myśli na sekundę, przebiegające przez moją głowę jak stado rozjuszonych ogierów. Dzikie, nieokiełznane, zalewające, powodujące ataki migreny i chęć rozpłynięcia się w powietrzu.
Stukot stawianego krzesła, dziewczyna usiadła obok, zerkała na mnie z wyczekiwaniem i pewną pobłażliwością w oczach.
Może tylko sobie to ubzdurałem, ale mniejsza.
— Oddychaj. Sześć sekund wdech, pięć trzymaj i siedem wydechu. Skoncentruj się na tym. Naprawdę pomaga. — Tym razem to ja zerknąłem na nią jak na oszołomkę. Takie słowa brzmiały normalnie tylko z ust Solis, która znając życie, przy okazji rzucała na mnie jakieś zaklęcia uspokajające i wręcz otumaniające. Bo znowu gryzłbym za byle co.
— Nie trzeba, dziękuję. — Przetarłem ponownie oczy i chrząknąłem cicho, bo serio, zachowywałem się jak rozwrzeszczany, rozpieszczony bachor, który nie wie, czym tak naprawdę jest życie, a nie wprawiony w boju trzydziestolatek.
Zdecydowanie jestem jeszcze szczeniakiem.
Odłożyłem butelkę na krzesło i poprawiłem mankiety koszuli. Bo starałem się zrobić wszystko, byle odciągnąć się od myśli, że jeszcze chwila i znowu się rozryczę. Bo nie powinienem. Bo nigdy nie powinienem.
Mógłbyś chociaż raz powiedzieć albo nie wiem, pokazać, kurwa mać, o co ci do cholery jasnej chodzi?
A przecież pokazywałem, pokazywałem w pracach, w szkicach, w malunkach...
Gorzka mina dziewczyny nie świadczyła najlepiej, a gęsta atmosfera nie była spowodowana tylko moim załamaniem. Śmierdziała smutkiem. Charakterystycznym.
— Do końca roku i przez wakacje rysujesz tylko swoje emocje — rzuciłem na wiatr ni to do niej, ni to do siebie. Raczej do eteru, by myśl fruwała radośnie. — Albo głównie je. — Wlepiłem wzrok w ścianę, lekko poobdzieraną. Trzeba będzie to uwzględnić w dokumentach odnośnie remontu. — A potem zobaczymy jak tam twoje emocje i uczucia.
Tak. To brzmi jak plan.

sobota, 20 stycznia 2018

Smutki w sali artystycznej [6]

— Przepraszam, już, naprawdę przepraszam, to nie powinno mieć miejsca. — Kaszlnął i zdecydowanym ruchem strzepnął moją dłoń z jego ramienia. — Przepraszam. Zły... dzień. Zły dzień, tak. — Ewidentnie powstrzymywał łzy. Przetarł ręką włosy i oczy, nadal czerwone oraz wyprostował koszulę. — Przepraszam i dziękuję. Wracając, już raczej niczego nie szukam, tylko głowę ludziom zawracam, cholera, jak zawsze — mruknął, a ja spojrzałam na niego.
— Ejjj, nieprawda. Nie wiem, czy wiesz, ale ludzie czasem lubią innym pomagać. Tak po prostu. — Uśmiechnęłam się pod nosem. Nauczyciel zdecydowanie dramatyzował. Lecz kto nie robił tego, gdy miał wrażenie, że wszystkiego smutki świata na niego lecą? Ja najlepiej się ostatnio też nie miałam i najchętniej też bym się rozpłakała, ale jednak jedna zasmarkana osoba wystarczy. Nauczyciel wcale nie wyglądał lepiej z powieszoną nisko głową. No cóż. Uroki bycia dorosłym. Trzeba sobie radzić samemu. Najchętniej uciekłabym w Bieszczady i nie pokazywała się tu więcej. I im więcej obserwowałam świat i pełnoletnich, tym bardziej miałam ochotę to zrobić. Zamknęłam wcześniej otworzone okno, bo zaczynało się robić rześko. Sama też upiłam parę łyków wody na uspokojenie. Postawiłam przed nauczycielem krzesło, a sama usiadłam obok.
— Oddychaj — powtórzyłam — 6 sekund wdech, 5 trzymaj i 7 wydechu. Skoncentruj się na tym. Naprawdę pomaga. — Mi samej nieraz pomagało w dzieciństwie. Kiedy się leżało samemu, w ciszy, i już nawet nie było szumu drzew, potrafiło być naprawdę samotnie.

piątek, 19 stycznia 2018

Smutki w sali artystycznej [5]

Byłem zdecydowanie większym dzieciakiem niż wtedy. Byłem zdecydowanie bardziej emocjonalny niż wtedy, bo chyba wreszcie zaczynałem rozumieć, że nigdy nie byłem jakoś szczególnie twardy i silny. Bliżej było mi do rozryczanej, rozmemłanej kupki, która tylko traciła na werwie, jeśli nie było przy niej nikogo. Tak jak teraz, bo obecność dziewczyny, która chciała coś zdziałać, wcale nie pomagała. Była wręcz zbędna.
Chciałem powstrzymać łzy. Koniecznie tego chciałem, ale buntowały się i dalej płynęły, nieustannie, ciągnąć za sobą całą armię. Potop.
Dłoń na ramieniu drażniła, kuła, paliła. Wyżerała dziurę w skórze, sprawiała, że chciałem jedynie odskoczyć, krzycząc i rzucając się we wszystkie strony, bo nikt, absolutnie nikt nie miał prawa mnie dotykać, nie miał prawa łapać mnie za ramię, ciągnąć, rwać, zaciskać silny, wręcz żelazny, uścisk na biodrze i przysuwać do...
Wyrzuciłem wspomnienie z głowy, wypłynęło wraz z kolejną kaskadą łez.
W moich dłoniach nagle, tak znikąd, znalazła się butelka wody.
— Oddychaj — mruknęła nastolatka, dalej trzymając dłoń na moim barku, dalej wżerając się w mój organizm, dalej wywołując spazmy wyimaginowanego bólu, bo ten w rzeczywistości nigdy nie zaistniał.
Oddychaj, Dusiek i nie bądź baba.
Mogłem poprzysiąc, że w głowie zabrzmiał głos fioletowowłosej, że szare oczy zrypały mnie morderczym wzrokiem, a twarz tylko zachęcała do wypicia piwa, które sam nawarzyłem.
I odłożyłem butelkę, przycisnąłem dłonie do buzi, zacząłem przecierać ją w każdym możliwym kierunku, myśląc o wszystkim, tylko nie o płaczu, byle słona ciecz i ból głowy nie powróciły. Bo w ogóle nie powinienem zacząć tego robić, nie przy nastolatce, uczennicy, która nie miała na imię Heather Amelia Williams, wcale nie tak, że przeglądałem częściowo jej dokumenty.
Odsunąłem dłoń dziewczyny od ramienia i pokiwałem ciężką głową, która jeszcze chwila i wyłamie mi kark. Muszę iść dzisiaj do baru, pubu, cokolwiek, muszę zasnąć na tamtejszej kanapie, muszę obudzić się, sam nie wiem gdzie i muszę zniknąć, schować się przed światem.
Chrząknąłem, co wcale nie usunęło chrypy z mojego gardła.
— Przepraszam, już, naprawdę przepraszam, to nie powinno mieć miejsca. — Odsunąłem się o krok i kaszlnąłem, bo flegma zaległa mi w drogach oddechowych. — Przepraszam. Zły — tydzień, miesiąc, rok. Złe życie cholera jasna — dzień. Zły dzień, tak — powiedziałem to tonem, który wyraźnie wskazywał na to, że sam w to nie wierzę. Jeszcze raz przeciągnąłem dłońmi po twarzy, odgarnąłem włosy i wyprostowałem mniejsze zagniecenie na koszuli. Uśmiechnąłem się słabo. — Przepraszam i dziękuję. Wracając, już raczej niczego nie szukam, tylko głowę ludziom zawracam, cholera, jak zawsze. — Przetarłem wnętrzem dłoni policzek i sięgnąłem po wodę, którą zdecydowałem się napić, bo sól w ustach drażniła. Będę potem musiał się ogarnąć, pewnie jestem czerwony.
Ramię dalej piekło, a płuca dalej rozrywało. Głowa bolała.
Ale przecież będzie dobrze, prawda?

Smutki w sali artystycznej [4]

I wtedy nagle, podczas gdy ja stałam jeszcze ze szmatą do ścierania kurzy w ręku, pan Remus zaczął płakać. Jakby coś nagle pękło, pękło i teraz już nie było odwrotu. Łzy zaczęły spływać mu po policzkach, płynęły strumieniami, całe rzeki, wręcz wodospady. W ciągu chwili nauczyciel zamienił się w dziecko, małe, bezbronne i potrzebujące pomocy. Pomyślałam o tym, jak bardzo bym chciała, żeby Heather teraz tu była. Żeby pomogła, powiedziała, co zrobić. Odłożyłam chustkę i podeszłam do nauczyciela. Poczułam, jak drży, gdy położyłam mu rękę na ramieniu. No bo co zrobić z ryczącym nauczycielem? Przytulić go? Bo to takie dziwne. Dać herbatę? Miałam wrażenie, że jak dam mu teraz herbaty to mi ją wyleje na głowę; nie wyglądał na człowieka, który chce teraz herbatę. Powiedzieć, że wszystko będzie dobrze? Bo każdy kurwa człowiek, który płacze marzy o tym, żeby to usłyszeć, szczególnie gdy wie, że nie będzie. Zdecydowałam się na najbezpieczniejszą opcję, czyli wodę. Jak na mnie wyleje, to przynajmniej się nie poparzę. Wzięłam butelkę łagodzącego napoju i podałam ją nauczycielowi.
— Oddychaj — powiedziałam, po czym miałam ochotę klepnąć się w łeb. I jeszcze musiałam powiedzieć do niego na "ty". No ale co ja mam innego zrobić, jak nauczyciel nie przypominał nauczyciela? Już nie moja wina, że zawsze zapominałam. Po prostu... no... pan Remus był, a szczególnie teraz, bardziej podobny do ucznia, a raczej zasmarkanego bachora, niż nauczyciela. No i co? Miałam go zapytać, co się dzieje? Po pierwsze, nie będzie mi chciał powiedzieć, po drugie, nie wiem, czy chciałam wiedzieć. Stałam więc tak, z ręką na ramieniu nauczyciela i zastanawiałam się co zrobić, bo bardzo chciałam mu pomóc, ale nie wiedziałam jak.

środa, 17 stycznia 2018

Smutki w sali artystycznej [3]

Przetrząsnąłem możliwie wszystkie półki. Nic, nigdzie, non, zero, null, żadnego, nawet najmniejszego pojemniczka. Jakby diabeł ogonem nakrył i rechotał parszywie, siedząc na najwyższej półce i machając radośnie nogami, którym bliżej było do kopyt kozy, czy innego zwierzęcia, które zeżre wszystko. Oparłem się z głośnym sapnięciem o jakąś szafkę i przymknąłem oczy. Żyła mi latała, w głowie kolebało, a wszystko znowu opadło na mnie z jeszcze większym ciężarem.
— Czego pan szuka? Może mogę pomóc? Naprawdę, chętnie panu podam, czego pan szuka, w końcu po moich porządkach może być ciężko coś znaleźć, dużo rzeczy poprzekładałam.
Szlugów szukam. Prochów szukam. Leków szukam. Rodziny szukam, szukam Roweny, szukam Beatrycze, szukam Winony. Szukam Frytki. Szukam Williama, mojego Williama, mojego Złotego Mężczyzny, który wiercił mi dziurę w brzuchu. Szukam Heather, cholernego wrzosu, opium, któremu poddałem się zdecydowanie zbyt szybko i który teraz rozrywał mi trzewia, bo nawet nie byłem pewien, czy ją zobaczę.
Samego...
Samego siebie szukam.
I wtedy wszystko upadło, a razem z tym wszystkim ja, bo nie jestem żadnym Atlasem, żeby nieść na ramionach cały świat, ba nawet własny, o tym należącym do każdego szkoda gadać.
Zaryczany jak największy bachor. Bez opieki, bez ulubionej maskotki, bez chociażby kogoś majaczącego na horyzoncie. Byłem sam, zaciskający wyrośnięte zębiska, wbijający paznokcie w drewniane półki. Od zawsze, bo nic innego robić nie potrafiłem, jak uciekać, albo beczeć.
Jak dziecko z bestyją sapiącą mu w kark.

Smutki w sali artystycznej [2]

— Chcesz order, a może naklejkę dzielny uczeń? — mruknął, a ja spojrzałam na niego. Co mu jest? Zły dzień złym dniem, ale to nie usprawiedliwia nikogo w byciu chujem. Powinien się cieszyć, że w końcu tu ogarnęłam. Otworzyłam usta, żeby jakoś mu się odgryźć, ale zaraz usłyszałam znów głos nauczyciela. Przeprosiny. Gadanina. Jeszcze więcej gadaniny. I kiedy myślałam, że nigdy nie przestanie, zamknął usta i obrócił się, dalej czegoś szukając. Zastanawiałam się, czy to w ogóle było do mnie. No ale cóż, każdy może mieć zły dzień miesiąc, nawet nauczyciel, a szczególnie pan Remus.
— Czego pan szuka? Może mogę pomóc? — powiedziałam, decydując się nie komentować długiego wywodu nauczyciela. Bo po co, co by to dało? Spojrzałam dookoła siebie. Zdecydowanie wyglądało tu lepiej, bez tego kurzu na wszystkich półkach, które prawie przewalały się od nadmiaru rzeczy na nich. Choć trochę było też szkoda, bo razem z kurzem sala coś straciła. Pewną przytulność, ciepłą atmosferę. Nie, żeby ona tu była, jak siedział tu pan Remus. Ale dzisiaj nie miałam zamiaru mdleć, ani podpalać niczego.
Podniosłam wzrok na nauczyciela, który dalej mi nie odpowiedział.
— Naprawdę, chętnie panu podam, czego pan szuka, w końcu po moich porządkach może być ciężko coś znaleźć, dużo rzeczy poprzekładałam. — Wysiliłam się na uśmiech, który ostatnio rzadko bywał na mojej twarzy.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Smutki w sali artystycznej [1]

Delikatnie rzecz ujmując, miałem, kurwa mać, dość. Zdecydowanie dość wszystkiego, zaczynając na innych, przez pracę, po samego siebie i ileż bym dał, żeby mieć wystarczająco dużo odwagi na to, by zakończyć to wszystko i odejść w zapomnienie, krainę paskudną, ale jakże utęsknioną.
No, niestety, byłem parszywym tchórzem i dalej paradowałem po tej ziemi z gargantuicznym krwiakiem na ustach, bo Davon przypierdolił mi o kilkadziesiąt niutonów za dużo.
Krzyżówki wypełniłem, prochy się skończyły, leki gdzieś przepadły, igła się złamała, podobnie jak mój kręgosłup moralny dobre piętnaście lat temu.
Jak dobrze nawciągam się rozpuszczalników, to też chyba nie będzie źle.
No i plan chuj jasny strzelił, bo moją świątynię musiała nawiedzać czarna zmora, pani mdleję na dźwięk przesuwanego krzesła i z chęcią spalę ci twoją salę.
— O, dzień dobry. Dawno tu pana nie było. Ogarnęłam tu nieco. Nie wiem, czy widać, ale trochę kurzu zniknęło. — Mrugnąłem. Serio? Chciało jej się?
W sumie to już ma przygotowanie do zawodu, który znając życie, będzie wykonywać, bo kurwa nigdy nic nie idzie po naszym planie, egzystencja to żart, karma to suka, a zupa była za słona, do cholery jasnej, gdzie są moje piguły.
— Chcesz order, a może naklejkę dzielny uczeń? — mruknąłem, podchodząc do biurka i przetrząsając je w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby wyratować mi dupsko. Niestety zostało mi przejść do szafek i modlić się, żeby zostało odrobinę rozpuszczalnika, kwasów do obróbki metali i może jakichś pisaków na bazie alkoholu. Tylko się kurwa nie potknij, gdy będziesz przechodził od półki do półki, w twoim stanie o to łatwo. — Przepraszam za moje zachowanie, nosi mnie, drażni mnie, bodzie mnie, wszystko, cholera jasna. Wariuję, jak babcia, matka miała rację, trzeba było mniej czasu z ojcem spędzać, to nie zamykałem się z nim w tych walonych oparach i masz babo placek. A mogłem nie iść do tego klubu, cholera jasna, gdzie jest ta pierdolona terpentyna. A chuj z wami wszystkimi, wszystko wykorzystacie, powinniście za to płacić, bo posługiwać się nie potraficie i wylewacie wszystko, ludzie, ja tu się produkuję i jeszcze po pysku dostaję, powinienem pójść do tego chuja po podwyżkę i dodatek za pracę w trudnych warunkach, centaury mnie prawie rozdeptały, kotołak wkręcił sobie, że jebię kocimiętką, a ten idiota z pierwszej klasy prawie mi brodę podpalił i on jeszcze mi śmie powiedzieć, że ja tu mam lekko, niech się zamieni, z chęcią przesiedzę dwanaście godzin sam w gabinecie, popijając wino i zastanawiając się, jaki tym razem dywan wybrać i udawać, że mi uczeń poplamił, pierdolony, stary chuj. — Wewnętrzny monolog okazał się nie być wewnętrznym monologiem, a nieskładnym mruczeniem pod nosem, w towarzystwie nastolatki, która w sumie to mogła mnie udupić jeszcze bardziej... Dało się w ogóle?

niedziela, 14 stycznia 2018

Smutki w sali artystycznej [0]

Siedziałam w sali artystycznej w szkole i układałam farby na półkach. Bo trzeba było tu posprzątać, a nikt inny tego nie zrobi. Wcale nie dlatego, że unikałam Hery. Wcale. Układałam więc tempery kolorami, puste wyrzucałam, glinę przełożyłam do szczelniejszej puszki, kredki naostrzyłam, zamiotłam i przy okazji zrobiłam trylion innych rzeczy, które miały w teorii poprawić wygląd sali. W teorii. W praktyce nadal wyglądała tak samo. No cóż, taki już był los tego pomieszczenia. "Artystyczny nieład", jak to mówią. Spojrzałam dookoła siebie. Trzeba coś z tymi obrazami zrobić. I klub by się przydało ruszyć. Może by jakąś wystawę zorganizować? Ale to najpierw trzeba mieć co wystawić. Eh, dużo pomysłów, mało chęci. Zaraz jednak mój wzrok padł na osobistą kolekcję obrazów ze słonecznikami. Za oknem również świeciło słońce. Gdzie mój entuzjazm? Przekręciłam się na pięcie, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Stał w nich nauczyciel Remus. Uśmiechnęłam się na jego widok.
— O, dzień dobry. Dawno tu pana nie było. — W końcu prawda, dawno go tu nie było. I dawno z nim nie rozmawiałam. Oficjalnie nawet nie miałam z nim lekcji — Ogarnęłam tu nieco — powiedziałam, ręką wskazując dookoła siebie. — Nie wiem, czy widać, ale trochę kurzu zniknęło — zaśmiałam się. Jednak dlaczego nie było tak, jak zawsze? Dlaczego od paru tygodni miałam ciągłą ochotę płakać?
.
.
.
.
.
.
template by oreuis