Obserwowałam ją z zainteresowaniem. Widać było, że czuje się skrępowana faktem, iż musi o sobie mówić. W pewnym momencie dostrzegłam, że jej źrenice się rozszerzyły, co od razu zdradziło, że skłamała. Nie drążyłam tematu, ale odnotowałam ten fakt w pamięci. Mogła czuć się niekomfortowo przy mówieniu swojej prawdziwej historii albo specjalnie pomijała wybrane fragmenty. Mogła też zwyczajnie nie pamiętać, w wieku ilu lat została adoptowana, ale ten fakt wydawał mi się wyjątkowo podejrzany. Oczywiście, że zawsze są jakieś sieroty, ale ten zbieg okoliczności wydawał mi się jakiś dziwny. Dziewczyna po skończeniu swojej opowieści przez chwilę nic nie mówiła, unikając mojego spojrzenia. Zaczęła rozglądać się dookoła, zatrzymując oczy na niektórych książkach. Dzieje smoków i Anatomia gadów szczególnie ją zainteresowały. Mnie samej osobiście nigdy nie interesowały gady, ale kto co lubi. Najwyraźniej za kotami nie przepadała. Wydawała się przestraszona faktem, iż zmuszam ją do zwierzeń. Albo po prostu miała alergię na sierść, takiej opcji też nie wykluczałam. W końcu Hannah przerwała niezręczne milczenie:
— A więc...? Czy jest jakiś konkretny powód, dla którego miałam tu przyjść, czy mogę już iść? — czuła się albo znudzona tą sytuacją, albo, co bardziej prawdopodobne, przytłoczona. Raczej nie brałam pod uwagę faktu, że ma dużo pracy domowej. Skoro miała czas, żeby rano chodzić na spacery do lasu, to nie miała zbyt wiele zajęć.
Pstryknęłam palcami.
— Uwierzysz mi, jak Ci powiem, iż po prostu chciałam zawrzeć nową znajomość? — dziewczyna pokręciła głową — Tak myślałam — uśmiechnęłam się drwiąco.
Wpatrywałam się jeszcze chwilę w dziewczynę, po czym usłyszałam, to na co czekałam. Charakterystyczny dźwięk przelatującej nieopodal muchy. Popatrzyłam dziewczynie prowokująco w oczy. Zmrużyłam je, żeby jeszcze bardziej ją zdenerwować i przechyliłam głowę.
— A więc... — mruknęłam, specjalnie przeciągając każdą sylabę — Lubisz zwierzęta... — nie było to pytanie, bo doskonale znałam na nie odpowiedź. Sama sierść na spodniach dziewczyny sugerowała, że często z nimi przebywa. Skupiłam się na tym, żeby opuścić rękę w idealnym momencie. Bum. Moja dłoń spoczęła dokładnie na nieszczęsnym owadzie, który przelatywał obok. Cały czas patrzyłam jej przy tym głęboko w oczy.
— Ty... — Hannah wydawała się wściekła. Zaszczyciła mnie spojrzeniem świecących szkarłatnie oczu. Nie powiedziała nic więcej, ale zanim wyszła, zdążyłam zauważyć, że tęczówki na powrót przybrały szary odcień. Zdecydowanie coś było na rzeczy. Złapałam swój ogon i pogładziłam go delikatnie. Uśmiech tego wieczoru nie spłynął mi z twarzy, nadając mi wygląd opętanego detektywa.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony jak... Cegła? Mak? Krew?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony jak... Cegła? Mak? Krew?. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 grudnia 2017
wtorek, 5 grudnia 2017
Czerwony jak... Cegła? Mak? Krew? [4]
Nienormalne. Zdecydowanie takim mianem powinno się określić monolog dziewczyny, z którą właśnie rozmawiałam. Jak jej tam...? Jocelyn. Chyba najwidoczniej nie ma pojęcia o zawieraniu znajomości. Ekhem. Dobra, ja też nie. Patrzyła na mnie, unosząc leciutko prawą brew. Okej, czego ona ode mnie oczekuje?
— Ja... — zająknęłam się, nie wiedząc, jak kontynuować rozmowę. — Przez całe życie utrzymywane było, że urodziłam się w Nowym Yorku, ojca nigdy nie poznałam, a matka oddała mnie do adopcji. — Pominęłam pewien malutki, aczkolwiek jak cholera istotny fakt, że odebrano mnie od tej kobiety, tylko i wyłącznie, dlatego że była narkomanką. — Adoptowali mnie, jedyne co pamiętam. — Wzruszyłam lekko ramionami. Spojrzała na mnie z dołu (jakby zważać na jej dość... niewielki wzrost), mrużąc oczy i przypatrując się moim oczom, jak gdyby chciała z nich wyczytać, czy moja historia naprawdę nie należy do tych bardziej skomplikowanych i złożonych, a jej mina mówiła sama sa siebie: "Powiedzmy, że Ci wierzę, musisz wiedzieć, że to ten ostatni raz", widocznie jej koci nosek wyczuł coś niepokojącego. Nie, żeby coś. Powiedziałam z grubsza wszystko, co sama wiedziałam.
Następne pięć minut dłużyło się w nieskończoność. Przez ten cały czas lustrowała mnie swoimi żółtymi oczkami, jakby próbowała wywęszyć jakieś otwarte, ukryte drzwi do mojej duszy. Niestety, nic z tego, dużo osób już z tego zrezygnowało po paru nieudanych próbach. Nie żeby jakoś szczególnie mi to przeszkadzało, moją uwagę zajmowało raczej odplątywanie słuchawek, niż wgapianie się bez większego sensu w rudowłosą kotołaczkę.
— A więc...? — zaczęłam bez większego przekonania. — Czy jest jakiś konkretny powód dla którego miałam tu przyjść, czy mogę już iść?
— Ja... — zająknęłam się, nie wiedząc, jak kontynuować rozmowę. — Przez całe życie utrzymywane było, że urodziłam się w Nowym Yorku, ojca nigdy nie poznałam, a matka oddała mnie do adopcji. — Pominęłam pewien malutki, aczkolwiek jak cholera istotny fakt, że odebrano mnie od tej kobiety, tylko i wyłącznie, dlatego że była narkomanką. — Adoptowali mnie, jedyne co pamiętam. — Wzruszyłam lekko ramionami. Spojrzała na mnie z dołu (jakby zważać na jej dość... niewielki wzrost), mrużąc oczy i przypatrując się moim oczom, jak gdyby chciała z nich wyczytać, czy moja historia naprawdę nie należy do tych bardziej skomplikowanych i złożonych, a jej mina mówiła sama sa siebie: "Powiedzmy, że Ci wierzę, musisz wiedzieć, że to ten ostatni raz", widocznie jej koci nosek wyczuł coś niepokojącego. Nie, żeby coś. Powiedziałam z grubsza wszystko, co sama wiedziałam.
Następne pięć minut dłużyło się w nieskończoność. Przez ten cały czas lustrowała mnie swoimi żółtymi oczkami, jakby próbowała wywęszyć jakieś otwarte, ukryte drzwi do mojej duszy. Niestety, nic z tego, dużo osób już z tego zrezygnowało po paru nieudanych próbach. Nie żeby jakoś szczególnie mi to przeszkadzało, moją uwagę zajmowało raczej odplątywanie słuchawek, niż wgapianie się bez większego sensu w rudowłosą kotołaczkę.
— A więc...? — zaczęłam bez większego przekonania. — Czy jest jakiś konkretny powód dla którego miałam tu przyjść, czy mogę już iść?
niedziela, 26 listopada 2017
Czerwone jak... Cegła? Mak? Krew? [3]
Lekcje tego dnia minęły mi wyjątkowo szybko. Wszystko przebiegło dość sprawnie, pomijając fakt, iż ktoś znów nadepnął mi na ogon. Oczywiście go ofuknęłam, za co otrzymałam reprymendę w postaci dodatkowej pracy domowej. Osoba, która odważyła się nastąpić na moją kitę, nie poniosła żadnych konsekwencji. Pewnie, gdybym się uparła, dałoby się to podciągnąć pod rasizm bądź seksizm, ale nie zawracałam sobie głowy. Moje myśli skupione były częściowo na szyciu, częściowo na wieczornym spotkaniu. Kiedy więc po kolacji ruszyłam do biblioteki, liczyłam na to, że dziewczyna na mnie czeka. Nie zawiodłam się. Brunetka stała na środku biblioteki, wyglądając na zagubioną. Gdy tylko ją spostrzegłam, ruszyłam w jej stronę. Uśmiechnęłam się chytrze, po czym zagadnęłam:
— Chyba nie miałam okazji się przedstawić. Jocelyn. — Od razu przeszłam do konkretów.
— Hannah — bąknęła pod nosem, ale nie dodała nic więcej.
Najwyraźniej nie jest nazbyt rozmowna. Świetnie, najwyraźniej zapowiadała nam się dobra współpraca. Poprowadziłam Hannah przez bibliotekę, wskazując jej mój ulubiony stolik, schowany na tyłach za innymi półkami. Zazwyczaj mogłam się tu w spokoju uczyć, nie narażając się tym samym na niebezpieczeństwo ze strony jakiegoś zwierzątka Jane. Usiadła przy jednym krześle, a Hannah postanowiła usiąść naprzeciwko. Zauważyłam, że cały czas unikała bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Nieco mnie to irytowało, ale niewiele mogłam na to poradzić.
— Więc tak, mam pewną teorię, która dotyczy ciebie. Uznajmy, że to eksperyment, a jednocześnie test dla mnie. Ale zanim przystąpimy do właściwych badań, powinnyśmy się bliżej poznać. Może ja zacznę... — Nie poczekałam na odpowiedź. — ... Urodziłam się w największym mieście w Valentine. Jestem drugim dzieckiem, ale zarazem pierwszą córką mojej matki, Monique. Nigdy nie poznałam swojego ojca, który od nas odszedł. Matka robiła z tego wielką tajemnicę, więc nie wiem, czy on umarł, czy, nas opuścił. Mam brata, Louisa, który częściowo go zastępuje, jednak sam ma już stałą partnerkę, którą też musi się zajmować. Kilka lat po mnie urodziły się moje młodsze siostry, Veronica, Cassandra oraz Melissa. Zanim zdążyły się urodzić, ojca już nie było. Matce ciężko było utrzymać czwórkę małych dzieci, chociaż mój wtedy zaledwie siedmioletni brat starał się jej pomagać. Źle wspominam ten okres życia, było bardzo ciężko. Nigdy nie chodziłam do szkoły. Nie było na to ani czasu, ani pieniędzy. W bardzo młodym wieku zaczęłam pracować. Często robiłam to do nocy za małe pieniądze, starając się dopomóc rodzinie. — Przemilczałam fakt, że nikt nie chciał mnie w pracy dziennej. — Teraz Twoja kolej. Mów wszystko, do jakich szkół chodziłaś, gdzie mieszkałaś. Nie pomijaj żadnych szczegółów.
Popatrzyłam na nią wyczekującym wzrokiem.
— Chyba nie miałam okazji się przedstawić. Jocelyn. — Od razu przeszłam do konkretów.
— Hannah — bąknęła pod nosem, ale nie dodała nic więcej.
Najwyraźniej nie jest nazbyt rozmowna. Świetnie, najwyraźniej zapowiadała nam się dobra współpraca. Poprowadziłam Hannah przez bibliotekę, wskazując jej mój ulubiony stolik, schowany na tyłach za innymi półkami. Zazwyczaj mogłam się tu w spokoju uczyć, nie narażając się tym samym na niebezpieczeństwo ze strony jakiegoś zwierzątka Jane. Usiadła przy jednym krześle, a Hannah postanowiła usiąść naprzeciwko. Zauważyłam, że cały czas unikała bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Nieco mnie to irytowało, ale niewiele mogłam na to poradzić.
— Więc tak, mam pewną teorię, która dotyczy ciebie. Uznajmy, że to eksperyment, a jednocześnie test dla mnie. Ale zanim przystąpimy do właściwych badań, powinnyśmy się bliżej poznać. Może ja zacznę... — Nie poczekałam na odpowiedź. — ... Urodziłam się w największym mieście w Valentine. Jestem drugim dzieckiem, ale zarazem pierwszą córką mojej matki, Monique. Nigdy nie poznałam swojego ojca, który od nas odszedł. Matka robiła z tego wielką tajemnicę, więc nie wiem, czy on umarł, czy, nas opuścił. Mam brata, Louisa, który częściowo go zastępuje, jednak sam ma już stałą partnerkę, którą też musi się zajmować. Kilka lat po mnie urodziły się moje młodsze siostry, Veronica, Cassandra oraz Melissa. Zanim zdążyły się urodzić, ojca już nie było. Matce ciężko było utrzymać czwórkę małych dzieci, chociaż mój wtedy zaledwie siedmioletni brat starał się jej pomagać. Źle wspominam ten okres życia, było bardzo ciężko. Nigdy nie chodziłam do szkoły. Nie było na to ani czasu, ani pieniędzy. W bardzo młodym wieku zaczęłam pracować. Często robiłam to do nocy za małe pieniądze, starając się dopomóc rodzinie. — Przemilczałam fakt, że nikt nie chciał mnie w pracy dziennej. — Teraz Twoja kolej. Mów wszystko, do jakich szkół chodziłaś, gdzie mieszkałaś. Nie pomijaj żadnych szczegółów.
Popatrzyłam na nią wyczekującym wzrokiem.
niedziela, 19 listopada 2017
Czerwony jak....Cegła? Mak? Krew? [2]
— Spotkaj mnie dziś wieczorem w bibliotece. — Wytrzeszczyłam oczy. Byłam przerażona. Nie chcę jej spotykać. Wystarczy mi, że raz już ją spotkałam i to w dodatku o drugiej w nocy. Czego ta ruda dziewczyna jeszcze ode mnie chce? Jeszcze ta dziwna reakcja na to, że nie używam lakieru, bez wątpienia jest dowodem, że kotołaczka jest świrem.
Spokojnie, to tylko jeden wieczór. I to w dodatku nawet niecały, zapewne zostanie zabrane z mojego życia jakieś trzydzieści minut, czy mniej. Chyba warto spróbować, chociażby po to, żeby się dowiedzieć, czy w przyszłości omijać tę dziewczynę szerokim (czy wąskim) łukiem. A zgadując po pierwszych momentach w jej towarzystwie, nie skończy się to dla nas znajomością. Z resztą nikt nie chce przyjaźnić ani chociażby znać takiej osoby jak ja. Szczególnie taka niezależna dziewczyna jak ona.
Dzień minął mi jak z bicza strzelił, choć muszę się przyznać, że niekoniecznie mnie to satysfakcjonowało. Najważniejszy powód było jasny, a mianowicie przerażało mnie spotkanie z dziewczyną, zaś drugi był raczej strachem przed następną prawdopodobnie nieprzespaną nocą. Minęło dziesięć ciężkich minut, zanim udało mi się choć trochę uspokoić oddech, stojąc z wyrazem bezsilności na twarzy po środku biblioteki, usilnie próbując wmówić sobie, że wszystko jest w porządku. Nie, nic nie jest.
Drzwi biblioteki uchyliły się, a do środka wkroczył nie kto inny, jak rudowłosa dziewczyna. Leniwym spojrzeniem zlustrowała resztę pomieszczenia, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na mnie. Bez zastrzeżeń ruszyła w moją stroną, wymachując z gracją swoim ogonkiem.
czwartek, 9 listopada 2017
Czerwony jak... Cegła? Mak? Krew? [1]
Spanie pięć godzin to dla mnie zdecydowanie za mało. Wywlekłam się z łóżka o siódmej, czyli zbyt późno, żeby w spokoju zjeść śniadanie, ale zdecydowanie zbyt wcześnie, żeby myśleć trzeźwo. Ubierałam się niemal w transie, a mundurek wydawał się szorstki, jakby poprzedniego wieczoru ktoś umyślnie usmarował go woskiem. Potykając się kilka razy o własne nogi z gracją, która kotu nie przystoi, w końcu wyszłam z pokoju. Idąc korytarzem, słyszałam odległe pobrzękiwanie sztućców ze stołówki. Lekko zaburczało mi w brzuchu, jednak nie zmieniłam kierunku. Zanim się obejrzałam, już pchnęłam drzwi wejściowe i wyszłam na dwór. Odetchnęłam głęboko, czując jak moje płuca wypełniły się czystym tlenem. Przetarłam oczy i ruszyłam przed siebie. Nie kierowałam się w żadnym konkretnym kierunku, zwyczajnie spacerowałam. Nagle usłyszałam jakiś dźwięk. Nadstawiłam uszu. Nucenie, dochodzące prawdopodobnie z lasu. Powoli, raczej się skradając, niż idąc, skierowałam się w tamtą stronę. Pod osłoną drzew poczułam się bezpieczniej, stanęłam w bezpiecznej odległości i obserwowałam nucącą dziewczynę zza drzewa. Wydawała się zdenerwowana. Czując się już bezpieczniej, podeszłam jeszcze kilka kroków. Dziewczyna zesztywniała i powoli odwróciła się w moim kierunku. Wydawała się przerażona moją obecnością:
— K-kto t-tam? — zapytała drżącym głosem. Skupiłam swoją uwagę na jej paznokciach. Zdawały się być przezroczyste. Znów spojrzałam na jej twarz. Po policzku płynęła jej pojedyncza łza.
Zmarszczyłam brwi. Dziewczyna była chyba jakaś przewrażliwiona. Rozumiem, stresująca sytuacja, jednak żeby aż płakać?
Wyszłam z cienia drzew, stając naprzeciw niej. Dziewczyna się skurczyła, starając się wyglądać jakby była mniejsza. Co za ironia losu, biorąc pod uwagę, że pewnie byłam jedną z najniższych uczennic z całej szkoły.
— Co tu robisz? — spytałam ostro. — Zaraz się zaczną lekcje, nie chcesz iść do klasy w tym stanie, wyglądasz żałośnie. Kim ty w ogóle jesteś i skąd wzięłaś ten super lakier?
Najwyraźniej teraz zdumienie wzięło górę nad strachem.
— Już tak późno? — spytała zdziwiona, po czym uniosła dłoń. — Nie używam lakieru.
Skonsternowana, znowu zmarszczyłam brwi:
— Ale jak to?
Popatrzyła na mnie dziwnie, po czym po prostu ruszyła z powrotem do szkoły. Patrzyłam za nią zamyślona. Na pewno mi się nie przewidziało. Albo kłamała na temat lakieru albo chodziło o coś innego. I ja koniecznie dowiem się co.
Wychodząc z drugiej lekcji, podążyłam wraz z tłumem. Z moim wzrostem torowanie sobie drogi wśród wielu uczniów było niemal niemożliwe. Zerknęłam w lewo i zauważyłam dziewczynę, która rano nuciła w lesie. Przesunęłam się kawałek w jej stronę:
— Spotkaj mnie dziś popołudniu w bibliotece. — Żeby mnie usłyszała, musiałam krzyknąć. Gwar rozmów skutecznie tamował zwykłą rozmowę.
Dziewczyna wydawała się przerażona, ale i tak posłusznie skinęła głową. Ruszając dalej z tłumem, uśmiechnęłam się triumfująco.
poniedziałek, 6 listopada 2017
Czerwony jak... Cegła? Mak? Krew? [0]
Jest 02:33, a ja nie mogę spać. Postanowiłam, że wyjdę się przewietrzyć. Może głupawy pomysł, ale innego nie było. Oczywiście dziewczyny z pokoju dawno spały, dlatego musiałam wymknąć się cichaczem z pokoju, żeby przypadkiem nie zbudziło ich skrzypienie drzwi. Odgłos skrzypienia łóżek i przewracania się z boku na boku jeszcze bardziej sprawiały, że nie mogłam spać.
Przymknęłam powieki i zaczęłam kołysać się na stopach do przodu i tyłu, żeby choć trochę się uspokoić. Po chwili dołączyło do tego ciche nucenie. Nic się nie stanie. Trwałam tak w całkowitym bezruchu przez parę dobrych minut, podśpiewując co i rusz jedną, potem drugą spokojną piosenkę.
Pewnie mogłabym tak spędzić parę ładnych godzin, gdyby nie odgłos kroków, który odbijał się echem od drzew, a potem cichutki, ledwo słyszalny szelest liści. Mój śpiew momentalnie ucichł, a na moje ręce wstąpiła gęsia skórka.
Kto o tej godzinie szlaja się po dworze?
— K-kto t-tam? — Nie umiałam powstrzymać drżenia głosu. Mój strach osiągnął zdecydowanie najwyższy poziom. Chwilę jeszcze panuje cisza, słychać tylko szum wiatru i dopiero, gdy na ziemię spada łza uświadamiam sobie, że płaczę.
Jak mnie złapią to mam przewalone u dyrektora. Albo od nauczycieli, cholera wie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
