niedziela, 15 kwietnia 2018

Złote runo [4]

Wąż niebezpiecznie zasyczał. Długi mężczyzna podniósł się z łóżka i podążył w moją stronę z tym szarmanckim, jebitnym uśmieszkiem na twarzy, który z chęcią bym mu zdarł. Nie wiem, co tu robiłem i nie wiem, dlaczego nogi nagle mi zmiękły, kolana lekko się ugięły, pierś nagle podniosła, wraz z powietrzem, które do niej wparowało.
I był wyższy, a to jest najgorsze.
— Dzięki — odparł niezbyt rześko, przejmując ciuch z moich dłoni i dalej gapiąc się na moją osobę tym dziwnym, niebieskim spojrzeniem. Oczywiście, musiałem zacząć drżeć jak jakiś łysy kundel, zerkać na niego jak ciele na malowane wrota i ogólnie zachowywać się bardziej niż dziwnie, a cały efekt wzmacniała tylko cisza i dziko poruszające się nozdrza, które bardzo chciały złapać każdą cząsteczkę jego zapachu.
— Jak mam ci się odwdzięczyć? — Podniosłem wzrok z ust na oczy, całkowicie wybity z rytmu i zdezorientowany. Ni cholery nie wiedziałem, co miałem odpowiedzieć, głowa podawała mi pod nos, jak na tacy, jedynie rzeczy, których raczej wypowiadać nie powinienem. — I nie stój tak w progu, przecież to niekulturalne.
Chciałem powiedzieć, że nie trzeba, że ja już pójdę, ale nogi radośnie powiedziały: „A chuj ci w to chude dupsko” i z czystą satysfakcją wlazły na włości mężczyzny.
— Nie trzeba, wiesz, miła przysługa dla starszego kolegi, tak — mruknąłem, śmiejąc się nieco nerwowo, bo nie powinienem się tu znajdować.
Nie w takim kurwa stanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis