wtorek, 17 kwietnia 2018

Złote runo [18]

Nawet nie zauważyłem, gdy chłopak sam zaczął sapać, ciężej oddychać i mruczeć gardłowo, a najwidoczniej robił to od dłuższego czasu, bo jednak ten błogi wyraz twarzy nie pojawił się tam znikąd. Tryumfalny, firmowy uśmieszek wtargnął na moje usta, gdy zaczął męczyć się ze swoją koszulą, rozpinając po kolei guziki.
Dalej wspominałem biodra, które unoszone wysoko, ocierały się moje krocze, dotyk na szyi, brzuchu.
A teraz, z tak rozchylonymi wargami, przymkniętymi oczami, drżącymi palcami, które siłowały się z ubraniem i całą tą, już powiedzmy sobie szczerze, zajeżdżającą erotyką otoczką, doprowadzał mnie na skraj, gdzie resztkami sił powstrzymywałem się przed zrobieniem czegoś jeszcze głupszego.
Wślizgnąłem się między uda mężczyzny, zamruczałem, wciągnąłem go nieco bliżej mojej osoby, gdy uporał się już z zapięciami. Szczupłe palce przebiegły po materacu i przez kosmyki, które nieco zbyt dziko opadały na twarz.
Nie chciałem nawet zastanawiać się, jakim prawem wylądowaliśmy w takiej sytuacji, gdy sam miałem tylko przynieść mu ten pierdolony sweter i nie zrobić niczego, co zaliczało się pod wszelakiej maści debilizmy.
Szybkie przeklęcie w myśli, a potem już tylko zlanie tego wszystkiego, rozchylenie połów koszuli i przyklejenie ust do to unoszącej się, to upadającej, już nieco mokrawej piersi mężczyzny.
Starałem się udawać, że mój interes wcale nie domaga się pomocy, że wszystko jest pod kontrolą, a sam nie dochodzę już do dramatycznego wręcz stopnia zapotrzebowania na dotyk.
Ten hipnotyzujący, intrygujący, elektryzujący dotyk.
Smacznych ust, szczupłych dłoni, długiego ciała.
Ciekawskich, brązowych oczu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis