Już myślałem, że może znowu będziemy okupować jego pokój, ale nie tym razem. Pomyłki się zdarzają, a mylenie się to rzecz ludzka, czyż nie? Czyli naprawdę chciał ruszyć dupę aż do kawiarnii w mieście. A niebieskowłosego to wszystko najwyraźniej bawiło.
— Zapraszam, panie Miller, idziemy do kawiarni — mruknął, wskazując na wyjście dosyć szerokim gestem. Bez przesady, ślepy jeszcze nie byłem. — Przykro mi, nie mamy takich luksusów jak czajnik, czy herbata — parsknął, gdy go wymijałem.
Zdążyłem szybko przewrócić oczami, zanim zamknął drzwi i wcisnął wszystko do jednej kieszeni. Zostało mi więc spokojnym, powolnym krokiem powłóczyć za nim gdy zmierzał w stronę schodów. Szczerze mówiąc, to nie miałem jeszcze okazji poznać miasta, więc uznałem to za szczęśliwy splot wydarzeń. Zdawałem się w tej kwestii na Oakleya, bo jednak egzystował tutaj rok dłużej niż ja. Spojrzenie chłopaka było jakby obecne, ale jednocześnie tysiące, a nawet miliony lat świetlnych stąd. Kątem oka po raz kolejny dzisiaj zmierzyłem go od stóp do głów. Wszystko wydawało się być w nivanowskiej normie. Przynajmniej z zewnątrz.
— Jak samopoczucie? Nastrój, życie, cokolwiek? — zagadnąłem na najbardziej chujowy sposób ze wszystkich.
Mogłem spodziewać się kilku rodzajów reakcji, symulacji tego, co mógłby powiedzieć lub jak się zachować. Ale co wybierze maszyna losująca pod kopułą niebieskich pasm, nie wie nikt oprócz samego właściciela. Mimo wszystko, starałem się brzmieć chociaż odrobinę lepiej i może bardziej przyjacielsko. Tak, przy Oakleyu chyba zwłaszcza musiałem zważać na słowa. Nie bałem się, ale po prostu wizja spędzenia najbliższych lat w szpitalu jakoś nie przypadła mi do gustu. A może też po prostu starałem się wpasować jakoś w normy, być pozornie normalnym i porozmawiać jak człowiek z człowiekiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz