wtorek, 10 kwietnia 2018

Dlaczego by trochę nie pobiegać? [4]

Pozostawało wzdychać mi ciężko (i to wcale nie przez bieg), spoglądając na chłopaka kątem oka. Gwałtowne ruchy, nivy energetyczne, ale naładowane taką cholerną i porządną dawką emocji, że w sumie dziwiłem się, dlaczego nie wyminął mnie w mgnieniu oka, a zamiast tego dotrzymywał, albo ja raczej dotrzymywałem mu, kroku.
— Można tak powiedzieć — burknął krótko, a mi pozostało przewrócić oczami, ponownie westchnąć i skupić się na trasie, bo chłopak z zapuchniętymi, czerwonymi oczami chyba nie miał ochoty na ciekawskie dyskusje typu „ale wszystko ok?” czy „mów, co się stało”.
I w sumie to doskonale go rozumiałem, więc mogliśmy tylko biec obok siebie, telepatycznie wspierając tego drugiego, biednego przedstawiciela płci brzydkiej, albo poprawka, płci nie najpiękniejszej.
No i wtedy wszystko poszło się jebać, bo noga oczywiście musiała w tym pieprzonym momencie zacząć mnie, będąc bardzo szczerym, kurewsko boleć. Jęknąłem, stanąłem, oczywiście prawie się przewracając i nosz na wszystkich Stwórców, Cesarzy, czy kogo wy wszyscy mieliście, pieprzona noga, pieprzone ścięgno, dlaczego za każdym razem. I niby dotykałem je rączką, niby macałem, nie zwracając uwagi na Nivana Oakleya, który chyba nie pobiegł dalej, w sumie to sam nie wiem, ale dlaczego, przecież wszystko było zagojone, przeszedłem tysiące godzin rehabilitacji i mi serio już wystarczy całej tej zabawy.
No i jeszcze ten deszcz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis