Woda się gotowała, herbatki dobrane, ciastka wyciągnięte, a nam pozostawało cierpliwie czekać na wrzątek, który nawet nie zaczynał bulgotać. Słaby, podkradziony czajnik do dupy, a idź pan z tym wszystkim, prędzej Oakley by mi to zagrzał.
Czarnowłosa usadowiła się wygodnie na łóżku, podparła się rękami i spojrzała na mnie tymi niebieskimi oczami. Kolorem przypominały kamień przy bransoletce mojej kuzynki.
— Skąd jesteś? — spytała nagle, niespodziewanie, tak całkowicie znikąd, widocznie próbując tylko zagaić temat i jakoś wybrnąć z dziwnej ciszy, która zalęgła pomiędzy nami. W chwili, gdy miałam już odpowiedzieć na zadane pytanie, czajnik kliknął, na co zostało mi tylko rozlać wodę do kubków i zostawić zioła, żeby się zaparzyły. Torebkowy szajs, najlepszy pod słońcem, jakieś herbatki na wagę? A kto to wymyślił? Zwykła minutka z kiosku na rogu ulicy to jest życie jak prawdziwy burżuj, a co tam. Nawet na Liptona się skuszę, tak szaleję. Odstawiłam kubki i wróciłam wzrokiem do dziewczyny, która nie przesunęła się nawet o milimetr.
— Katownia, niezbyt ciekawie, ale lepszy rydz, niż nic, czyż nie? — odparłam, podciągając nogę na łóżko i obejmując ją ramionami. Wspominki o domu rodzinnym nigdy nie były mi jakoś szczególnie bliskie i w sumie to szkołę traktowałam jaką małą odskocznię i wakacje od wiecznego psychiatryka znanego również jako Klan Illene. — Słodzisz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz