— Cześć, wchodź. — Wcisnął paczkę w moje dłonie bez większych ceregieli. Uśmiechnąłem się widząc czarne opakowanie. Lubiłem je, nawet bardzo. Różowe też były nawet nawet, szare znośne, ale to czarne i ich słodkawy posmak były moimi ulubionymi z serii. Posłałem mu szczery uśmiech, dość delikatny, jakbym nie chciał przyznawać się do faktu, że mógłbym go nim obdarować. Że mógłbym nim obdarować kogokolwiek, kto nie jest moją mamą, albo Wandzią. Wandzią. Nie wiem co Przewalska w sobie miała, jakich czarów używała, ale lgnąłem do niej jak rzep do psiego ogona i za żadne skarby świata nie byłem w stanie się odczepić, puścić, zostawić jej w spokoju, chociaż wiedziałem, że ta sytuacja nie skończy się dobrze. Nie mogła. Nie miała takiego prawa, nawet możliwości. To wszystko szło w złym kierunku, niebezpiecznym i dla mnie i dla niej.
Potrząsnąłem głową, gdy wchodziłem do tajemnej komnaty. Zdecydowanie zagalopowałem się z myślami, dopadł mnie ból głowy i serca, połączony z potężnym ciężarem na duszy, jakby ktoś ułożył tam co najmniej tonę ołowiu.
— Hej, dzięki, myślałem, że ich ni znajdziesz, rzadko kiedy bywają w tutejszych sklepach — odparłem. Bez kpiny, bez jadu, bez oschłości, bez najmniejszej cząstki seksualności. Tak zwyczajnie, jak mówiłem do znajomych. Tak normalnie.
Czy Nivan i normalnie jakkolwiek się łączą? Jest taka możliwość?
— No, to ten... — Chrząknąłem cicho i schowałem paczkę do tylnej kieszeni spodni. James zamknął drzwi. — Jaki mamy plan działania? — Wiedziałem, że oczy mi błysnęły, a twarz, mimo że nie zmieniłem mimiki, przybrała ten typowy wyraz, ten, który pokazywałem wszystkim, zawsze i wszędzie.
Nivowy wyraz.
Chciałem się go kiedyś pozbyć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz