Co prawda nie było to pytanie, które chciałam zadać, ale mimo wszystko oczekiwałam w miarę poważnej odpowiedzi. Dlatego słysząc coś o rogu uliczki i kwiaciarni, moje policzki trochę się wydęły, nos zmarszczyłam, a powieki przymknęłam. Chłopak przewrócił oczami, a ja powstrzymałam przed prychnięciem pod nosem oraz większym wydęciem policzków, żeby zademonstrować swoje niezadowolenie.
— Nie wiem, mają tu jakieś zebrania dla młodych alkoholików, jakaś botanika, zielarstwo, ciul wie co i podobno jakieś zatęchłe wróżbiarstwo, na które nawet opiekun nie chodzi. Nie znam się na tym, nie interesuję się za bardzo tymi sferami szkoły. Jeszcze muzyczny, sam w nim jestem i szczerze mówiąc, to nie wiem co tam jeszcze robię. — Alkolohicy [alchemicy], zielarstwo, wróżbiarstwo, muzyczny i z tego, co mi się obiło jeszcze o uszy, to artystyczny. Czyli nic dla mnie. Alchemia nigdy mnie nie pociągała, a przydomek alkoholicy bardzo dużo mówił o tym klubie. Do roślinek miałam rękę tylko wtedy, gdy musiałam nakarmić robaczki. Wróżbiarstwo, choć fascynujące, to nigdy nie ogarniałam tych wszystkich wróżb, kul, kart, przepowiedni. Zaś moje umiejętności muzyczne przedstawiały się tak, że nawet na trójkącie nie umiałam zagrać. Wątpię, żeby założenie klubu Miłośników Owadów kogokolwiek zainteresowało, ale jeśli delikatnie wybadam, czy jednak ktoś przypadkiem nie dzieli ze mną uwielbienia do tych stworzeń, to kto wie? Pomińmy to, że Vene i tak puka się w czoło, gdy słyszy, że mam zamiar sprowadzić Krzysia do szkoły, chociaż pewnie uśmiechnęłaby się, gdybym powiedziała jej o swoich rozważaniach. Może nawet zapisałaby się, żebym miała o jednego członka do znalezienia mniej?
— Dobra, dziękuję za informacje, świadek jest wolny od pytań — powiedziałam, wracając do poprzedniego wyrazu twarzy, czyli standardowego, miłego uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz