Byłam przygotowana na dużą ilość informacji, ale na Stwórcę, wszystkich bogów i Cesarza, nie aż tyle, na dodatek chaotycznych, za którymi ledwo nadążałam, przetwarzałam, a potem składałam w wątpliwie logiczną całość, jednak mimo wszystko logiczną. W mojej głowie pojawiło się ponownie pytanie, które zagościło w niej już, zanim przyjechałam, a przeczytałam pierwsze strony przewodnika.
Gdzie ja wylądowałam?
Z drugiej strony czy przypadkiem nie pasowałam do tego dziwacznego, barwnego obrazka ze swoimi owadami i zapędami chronienia wszystko, co ma więcej nóg, niż powinno? Zapewne tak. Przynajmniej na nudę nie będę miała prawa narzekać.
Uniosłam zdziwiona brwi, parskając śmiechem.
— Ładnie się to przedstawia, nie powiem. — To Lirve w porównaniu z uczelnią wypadało bardzo blado. I śmiałam narzekać na cudownie zabójczy skład Soneta-Thomas-Misty-Ravel, który tutaj by uchodził za przyzwoitych, normalnych ludzi. — Czuję się trochę, jakbym trafiła do domu wariatów, ale chyba się tutaj zadomowię. — Vene na oku, blisko miałam, a te kilka lat zapowiadało się całkiem dobrze.
Wyciągnęłam dłonie przed siebie i zaczęłam wyliczać.
— Wiem, że do Jamesa się nie bardzo mam zbliżać, bo jakieś panny jeszcze mnie zabiją. Dextera udobruchać słodyczami i nie tykać Fomy, zaś u Fomy nie tykać jego siostry i jakby co przychodzić z kawą. Tyle wiem, nie licząc tego, co powiedziałeś — burknęłam bardziej do siebie niż do niego, ale zaraz podniosłam wzrok na niebieskowłosego. — A ciebie? Czym mam w razie czego ugłaskać, gdy przyjdzie nam się znowu spotkać w starciu "Wolność i życie dla pajęczaków" versus "Zabić te gnidy"?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz